Poniżej zamieszczony jest tekst otrzymany 8 grudnia 2000 od: Mirosława J. Wiechowskiego 

Mendel Tune, przemysłowiec z Nowego Jorku, wycenił swoje życie na jednego dolara. Przesłał go swoim polskim wybawcom 50 lat temu. Uważa, ze wyrównal rachunki.

* * *

Tak rozpoczyna się artykuł „Czas, który nie leczy ran” z „Nowej Trybuny Opolskiej” z dnia 17.10.2000, który postanowiliśmy streścić własnymi, nieudolnymi słowami.

* * *

Jest rok 1942, wieś Brzozowice, województwo lwowskie. Żyjąca w potwornej wręcz biedzie rodzina Mendochów (wśród nich 12-letni Adam), przyjmuje na przechowanie Żyda, Lejbe Luzera. Następnego dnia Niemcy wywożą drabiniastymi wozami wszystkich Żydów ze wsi do miejscowości Hodorów. Ludzie opowiadali, ze ziemia, jaka przysypano masowy grób, jeszcze jakiś czas potem się ruszała… Lejba mieszka w szafie. Wychodzi jedynie nocą, by rozprostować kości i do toalety. Mendochowie przestają przyjmować gości w obawie, iż zawsze może znaleźć się ktoś, kto doniesie. Za jakiś czas do Lejby Luzera dochodzi dwu nowych, Mendel Tun i rabin Horowitz, których do tej pory przechowywał u siebie katolicki ksiądz. We trójkę nie mogą mieszkać w szafie, Mendochowie budują zatem schron pod podłogą: glęboki dól, poprzedzielany deskami. W domu panuje bieda. Przysmakiem są wysłodki z buraków: zmielone obierki polączone z mąką i woda na papkę, z której wypiekało się placki. Czasami cos podrzuci ksiądz. Ukryci pod podłogą Żydzi też glodują. Lejba, pochodzący z biednego domu, jest wdzięczny za to, co dostaje. Mendel Tun i rabin, pochodzącyz bogatych domów i wykształceni, zaczynają się buntować. Pewnego dnia stawiają ultimatum: jak nie dacie nam więcej jeść, wydamy was!  Byćmoze z powodu głodu i nieustannego strachu tracą zmysły…   Ludzie już wtedy zaczynają się domyslać, że Mendochowie ukrywają Żydów, pojawiają się ciekawscy pod oknami, ktoś donosi na posterunek. Ojciec Adama (do dziś żyjącego) widzi, ze tak dalej być nie może, gdyż grozi to śmiercią i Żydom i całej jego rodzinie. Wyprowadza wiec Żydów dwa kilometry za wieś, chowa ich w domu na uboczu, nie pozwala wychodzić, sam zaś przeczekuje u sąsiada. We wsi jest pełno Ukraińców. Któregoś dnia właśnie w tym domku za wsią, gdzie teraz ukryci są trzej Żydzi, chronią się przed deszczem. I slyszą, jak na strychu, niczego nieświadomi, Żydzi rozmawiają ze sobą. Ukraińcy mówią: „Zabierzcie ich stad natychmiast !”. Nie straszą, nie groza – lecz ojciec Adama wie, ze gdy krew im uderzy do głowy, to mogą całą wieś wymordować. Nie ma wyjścia: trzej Żydzi wracają na stare miejsce, do schronu pod podlogą. Już wkrótce pojawia się rewizja. W domu jest tylko mały Adam z mama i siostra, ojciec nie mieszka już w domu, ukrywa się. Funkcjonariusze węszą, zaglądają w każdy kąt, zaczynają systematycznie opukiwać karabinami deski podłogowe. Matka Adama udaje, ze nie wie o co chodzi. Adam jest cały blady. Jego siostra nie wytrzymuje i oszalała ze strachu biegnie boso na cmentarz. I staje się cos, co zacofany lud wiejski nazywa cudem: funkcjonariusze dosłownie na pięć centymetrów od schronu przestają walić w deski i wychodzą – choć są pewni, że ukrywają się tu gdzieś Żydzi. Mendel mówi wówczas: „Wy i Wasze dzieci będziecie ozłoceni !”. Albowiem w chwilach wzruszenia człowiek jest skłonny różne głupstwa wygadywać.

* * *

Zbliża się front. Niebawem Żydzi wyjdą na wolność. Nie doczeka jej jednak rabin Horowitz – którejś nocy umiera na zakażenie, które spod paznokcia rozeszło się na cały organizm. Ojciec biegnie jeszcze po znajomego lekarza, ale nie zdąży. Mendel wyjeżdża do Ameryki, gdzie, jak mówi, nie będzie mu żle, bo jego siostra ma fabrykę. Lejba wraca do swego rodzinnego domu, do którego sprowadza rownież swych wybawców. Mieszkają razem. Lejba chce odwdzięczyć się Mendochom, pracuje, stara się, jak może. Niestety, w myśl zasady, ze złe rzeczy przytrafiają się głównie dobrym ludziom, już wkrótce, wygłodzony i wycieńczony, umiera na gruźlicę. Przed śmiercią prosi o chrzest, do Mendochowej wola „mame”. Zostaje pochowany na katolickim cmentarzu. Mendochowie jadą na zachód, osiedlają się w Szczecińskiem, dają sobie radę. Z Ameryki przychodzi list od Mendla. W środku 1 (jeden) dolar i kilka słów. Gdy odwiedzają go w Stanach znajomi, pokazuje paczki przygotowane do wysyłki do Polski. Ale paczki nigdy nie nadchodzą, potem kontakt się urywa, a Mendochowie nie szukają go na sile, gdyż, jak wiemy, jakoś sobie radzą – jak wiele podobnych rodzin w PRL-u. Po wielu latach Adam – ów dwunastoletni chłopiec, dziś stary człowiek -zapada na zdrowiu. Lekarze radzą wziąć kredyt na leczenie nerek. Adam nawiązuje kontakt z Żydowskim Instytutem Historycznym, chce odszukać Mendla, chce – po tylu latach – poprosić o pomoc. Mendel jest zamożnym człowiekiem, móglby załatwic prace synowi Adama, mógłby wesprzeć swego dawnego wybawcę. Żydowski Instytut Historyczny ustala miejsce zamieszkania Mendla Tuna: Brooklyn w Nowym Jorku. Mendel żyje tam i miewa się dobrze. Instytut zaleca wyslać doń list i poprosić o wypełnienie oświadczenia oraz wniosku o uhonorowanie medalem rodziny Mendochów. List zostaje wysłany, ale odpowiedz nigdy nie nadchodzi. W imieniu p. Adama Mendochy do Instytutu w Yad Vashem występuje polski adwokat. W październiku r. 2000, po trzech miesiącach oczekiwania, dostaje odpowiedz, ze Adam Mendocha winien poszukać świadkow, którzy potwierdziliby, ze jego rodzina ukrywała podczas okupacji Żydów. Adam Mendocha, lat 70, zamieszkały w Opolu, ma emeryturę, która wystarcza na czynsz.  400-zlotowa emerytura żony musi im wystarczyć na utrzymanie do pierwszego. Adam Mendocha próbuje usprawiedliwić Mendla Tuna: „Może Mendelowi wstyd, może nie ma odwagi się do nas odezwać. Przecież nie musi nam placić. Aby tylko potwierdził, że dwa lata spędzil pod nasza podłogą”. Przemyslowiec Mendel Tune nie ma jednak zamiaru niczego podpisywać ani niczego potwierdzać.

* * *

Nie potępiajmy zbyt pochopnie Mendla Tuna. Mendel Tun przynajmniej (o ile wiemy) nie twierdzi, iż to Niemcy przechowywali go pod podlogą, by nie wpadł w ręce zezwierzęconych Polaków, co to niejedno wyssali z mlekiem matki. Nie obwinia Polaków o Holocaust, o wybudowanie obozu w Auschwitz, ani nawet o tzw. pogrom kielecki. A w dzisiejszych czasach to już bardzo dużo.

 Mirosław J. Wiechowski (mjw@bahnhof.se)

Reklamy