Autor tekstu: Mariusz Agnosiewicz

Trudno jednoznacznie jest sklasyfikować związek jaki około VI w. p.n.e. w Krotonie na południu Italii założył Pitagoras z Samos (gr. Pythagóras; ok. 570 — ok. 497 p.n.e.). Jeśli uznamy, iż było to bractwo religijne, jak się często pisze, powiem wówczas, iż była to jedna z najbardziej fascynujących sekt religijnych w dziejach. Ich wyjątkowość przejawiała się w wielu aspektach, o czym poniżej, a w szczególności w ich stosunku do badań naukowych. Bractwo pitagorejskie można określić syntetycznie jako związek filozoficzno- religijno- naukowy oraz polityczny. Wokół pitagorejczyków narosło bardzo wiele legend; samą postać Pitagorasa możemy uznać za wpół legendarną; rzymski Pitagoreizm charakteryzowany był czasami jako „starożytna masoneria” [_1_]. Ich symbolem był pentagram. Sam związek istniał około jednego wieku (od połowy VI do 440 r. p.n.e.), jednak myśl jego była nadal kontynuowana i rozwijana, do III w. p.n.e., odcisnęła silne piętno na całym życiu intelektualnym starożytnej Grecji (której jesteśmy spadkobiercami), a w szczególności na Platona [_2_]. Odrodziła się później u schyłku republiki rzymskiej pod postacią neopitagoreizmu (60 r. p.n.e. — 50 r. n.e.). Opisując doktrynę i znaczenie Pitagoreizmu, na marginesie jedynie omawiam neopitagoreizm, który mnie generalnie tutaj nie interesuje.

Boski Pitagoras

Dziś, jeśli kojarzymy Pitagorasa, to przede wszystkim z „twierdzeniem Pitagorasa” i z matematyką, tymczasem w rzeczywistości jest nie tylko nader wątpliwe, aby Pitagoras był autorem tego twierdzenia, ale i nie jest pewne, czy w ogóle zajmował się nauką. To co na pewno o nim można powiedzieć, to że zainicjował religijno- etyczno- polityczne idee związku krotońskiego, a następnie pod imieniem Mistrza świat poznał różne dzieła, myśli i odkrycia, które w większości były zapewne dokonane przez jego uczniów i kontynuatorów. Ogromna większość z tego co napisano na temat „Mędrca samijskiego” to legendy i zmyślenia, a teksty firmowane jego imieniem są apokryfami, Pitagoras nie pozostawił pism. Jeśli więc gdzieś spotykamy się ze stwierdzeniem, że Pitagoras powiedział to czy tamto, bądź dokonał tego lub owego, należy podchodzić do tego z należytą rezerwą.

Pitagoras pochodził z Samos. Nie mogąc jednak znieść rządów Polikratesa, udał się na emigrację, do Wielkiej Grecji, czyli na południową Italię. W międzyczasie ponoć wiele podróżował na Wschód i do Egiptu (tam miał zdobyć swoją wiedzę matematyczną). Jako pierwszy sam określał się filozofem. Uważano go za maga i taumaturga. Obok Epimenidesa zaliczany bywa do największych szamanów starożytności. Miał przypomnieć sobie poprzednie swe wcielenia, czyli:

  1. Syna Hermesa.
  2. Euforba Frygijczyka, który walczył pod Troją z Patroklosem.
  3. Hermotimosa, wieszczka Klazomene.
  4. Rybaka.

Jako założyciela sekty religijnej, proces jego deifikacji był podobny jak w przypadku Jezusa, o którym jednak wiadomo jeszcze mniej pewnego niż o samym Pitagorasie. Co więcej, losy sekt neopitagorejskich w Rzymie były pod pewnymi względami podobne do losów sekt chrześcijańskich, tyle że prześladowania tych pierwszych były skuteczniejsze i w połowie I w. n.e. zostali rozbici. Gdyby więc dzieje potoczyły się nieco inaczej, być nigdy nie powstaliby jezuici, gdyż zamiast Towarzystwa Jezusowego, mielibyśmy Towarzystwo Pitagorejskie, zaś naszym „Zbawcą” mienilibyśmy Pitagorasa…

Jamblich (ok. 270 — ok. 330) w „żywocie” Pitagorasa nazywa go „przywódcą i ojcem boskiej filozofii”, „bogiem, demonem (to jest istotą nadludzką) czy boskim człowiekiem”. Przypisywano mu nieziemską wiedzę i moc czynienia cudów (w pismach świętych wyliczano 11 rodzajów cudów jakie miał zdziałać). Wielu uważało go za wcielenie Hermesa lub Apollona Hyperborejskiego. Podobnie jak Jezus, miał zstąpić do Hadesu. Dzięki zaczarowanej strzale otrzymanej od hiperborejskiego kapłana Abarisa, mógł latać w powietrzu, uśmierzać zarazę i uciszać burzę. [_3_] W imperium rzymskim powszechnie wyobrażano go sobie jako Człowieka-Boga z Samos i proroka nowej wiary, jego życiorysy w niewielu punktach były zgodne z rzeczywistą postacią Pitagorasa, o której nieco wiemy z pism wcześniejszych pitagorejczyków. Według badaczy (m.in. I. Levy, D. Musiał), opowieści o Pitagorasie wpłynęły na autorów układających opowieści o Jezusie. Podobieństwa są zbyt wyraźne. I w przypadku życiorysów ewangelicznych Jezusa mamy takie same powody przypuszczać, że jeśli Jezus istniał, to postaci z opowieści ewangelicznych użyczył przede wszystkim imienia.

Jest pewne, że porównywano obu „bogów”, jak np. w traktacie antychrześcijańskim Celsusa Alethes Logos, gdzie sceptyczny autor tak pisał o zapowiedzi zmartwychwstania przez Jezusa: „Zgoda, załóżmy, że naprawdę to powiedział. Iluż jednak innych ludzi opowiadało o takich cudach po to, by przekonać naiwnych słuchaczy i ciągnąć zyski z oszustwa? Podobno to samo uczynił wśród Scytów Zamolksis, uczeń Pitagorasa, sam Pitagoras w Italii”.

Dalej idących związków doszukiwała się Simone Weil (1909-43), chrześcijańska myślicielka, która w książce Szaleństwo miłości, w której tropi „przedchrześcijańskie intuicje w myśli starożytnej Grecji”, doszła do wniosku, iż pitagorejczycy byli tymi, którzy przygotowali ludzkie dusze na Światło Prawdy. Z pewnością chrześcijaństwo zaczerpnęło pewne elementy swych wierzeń z Pitagoreizmu, ale trudno uznać, aby Pitagoreizm w zdrowej swej postaci zainspirował chrześcijaństwo. Co najwyżej można mówić o tym, iż jego mutacja neopitagorejska, mieszanka bardzo eklektyczna, przyprawiona religiami Wschodu, oddziałała na ten proces. Wiadomo bowiem, że bezpośrednio w okresie narodzenia się gmin chrześcijańskich, na przełomie er, świat rzymski zalewany był mistyczno-eschatologiczną literaturą przypisywaną pitagorejczykom. Legendy dotyczące neopitagorejczyka i teozoficznego gnostyka Apoloniusza z Tiany ogromnie przypominają nam to co pisało się o Jezusie z Nazaretu. Apoloniusz miał być wybitnym cudotwórcą, pośrednikiem między bogiem a ludźmi, podróżował po dalekim Wschodzie.

Pitagorejska polityka i etyka

Jeśli chcielibyśmy scharakteryzować nurt polityczny pitagorejczyków, to najwłaściwszym jego określeniem byłyby słowa: konserwatywno-arystokratyczny. Choć pitagorejczycy czynnie angażowali się w politykę i w sprawowanie władzy, błędem jednakże byłoby uznanie ich za partię polityczną, jaką z pewnością nie byli. Byli jakby szkołą mężów stanu. W Życiu Pitagorasa Jamblich pisze, iż w związkach pitagorejskich o człowieku stanowią nie umiejętności technokratyczne, a takie wykształcenie, które przygotowywałoby do „zajmowania się sprawami publicznymi” i dawało umiejętność rządzenia. Rozumieli, iż warunkuje to znajomość zasad struktury świata i rzeczy. Dziś w polityce liczą się wyłącznie, a co najmniej przede wszystkim, umiejętności technokratyczne i umiejętność sprzedania nadziei jak największej ilości klientów. Reklamacji nie przyjmuje się. Nie ma bardziej odległych pojęć jak etyka i polityka.

Poglądy polityczne Pitagorasa wynikały z jego poglądów etycznych (polityka miała służyć ideom etycznym, ich wcielaniu w życie społeczeństw). Etykę tę można określić „dorycką” (w odróżnieniu od jońskiej), a charakteryzowała się surowością i głosiła wyrzeczenia. Tzw. pitagorejski sposób życia (pythagoricos bios) chwalił Platon (zob. 7. list), porównując ze sobą Syrakuzy i Tarent. W tym ostatnim, leżącymw południowej Italii, przez lata sprawował władzę pitagorejczyk, Archytas z Tarentu (ok. 428 — ok. 365 p.n.e.).

Pierwszy związek pitagorejski w krótkim czasie stał się potęgą polityczną, opanowując miasta południowej Italii. Pitagorejczycy uważali siebie za najlepiej predysponowanych do sprawowania władzy, gdyż posiadali wiedzę i etykę. Nazywali się aristoi (aristos ‚najlepszy’), jako „najlepsi rządcy”. Występowali przeciw nieprzewidywalnej władzy sprawowanej przez lud (demos). Do ścisłego związku nie mogli być dopuszczani wszyscy. Człowiek nie tylko staje się aristeus poprzez wychowanie, ale dziedziczy to po przodkach. Stąd właśnie Pitagoras podkreślał konieczność dbałości o zdrowie i wychowanie silnego potomstwa, a także zachowanie tradycji obyczajów i praw („Nie obrywać wieńca, to znaczy nie gwałcić praw, które są wieńcem — koroną miasta”). Potępiał posłuch dla burzycieli i rewolucjonistów.

Aristoi nie ulega communis opinion. „Nie chodzić po ulicach, przez co zakazywał przyjmowania sądów i opinii ogółu, a nakazywał przyjmowanie poglądów nielicznych i wykształconych”. Horacy dodałby: „Odi profanum vulgus et arceo” (Nienawidzę ciemnego tłumu i trzymam się odeń z daleka).

Symbolem etyki Pitagorasa było „Y” (tzw. litera pitagorejska lub samijska), która reprezentowała rozdroża ludzkiego życia. Człowiek wkracza w życie, w wieku młodzieńczym staje przed rozdrożem: dobra oraz zła, trudu i pracy nad sobą do tego co prawe, szlachetne i wzniosłe oraz łatwizny, przyziemności, zaspokajania wyłącznie sytości ciała lub zmysłów. Aby móc wybrać właściwie należało zdobyć rozeznanie w otaczającym nas świecie. Pitagoras przekonywał dlaczego droga trudu jest tak ważna, dlaczego kroczą nią aristoi. Najważniejszym elementem tej etyki jawi się nam postawienie intelektu nad zmysłową naturą człowieka. Najlepsze zatem jest życie poddane dyscyplinie umysłowej. Zaproponował nowy sposób życia — bios theoretikos, co znaczy życie kontemplacyjne. Nie jest to jednak to znaczenie, które skłonni jesteśmy przypisywać temu terminowi zaanektowanemu przez chrześcijańskich anachoretów. Inne reguły pitagorejskie miały pouczać: „Serca nie zjadać, to znaczy nie pogrążać się w smutku”; „Nie siadać na beczce, to znaczy nie żyć w bezczynności”; „Nie przyjmować do domu jaskółek, to znaczy nie mieszkać pod jednym dachem z ludźmi gadatliwymi i odznaczającymi się niepowściągliwym językiem”; „Pomagać ludziom w dźwiganiu ciężarów, nie zaś w ich zrzucaniu, przez co nakazywał sprzyjać nie gnuśności i lenistwu, lecz dążeniu do trudów i dzielności”.

W sposób interesujący droga do właściwego życia wiązała się oczyszczaniem. Dusze miała oczyszczać nauka i muzyka, zaś ciała – medycyna. Także zdrowe odżywianie, wsparte systemem zakazów. W Żywocie Pitagorasa Porfiriusz pisał: „Jego śniadaniem był miód, obiadem – chleb z prosa lub z jęczmienia i gotowane lub surowe jarzyny; rzadko [jadał] mięso zwierząt ofiarnych i to nie ze wszystkich [ich] części”. Według Cicerona, Pitagoras miał odradzać uczniom jedzenie bobu, gdyż powoduje on wzdęcia a tym samym mąci spokój umysłu poszukującego Prawdy. Można darować fantazje metafizyczne temu, kto wpadł na związek Prawdy z bobem… Wyrażało to coś co określilibyśmy sentencją: w zdrowym ciele, zdrowy duch. Całkowitym przeciwieństwem były różne sposoby umartwiania ciała stosowane m.in. przez chrześcijan. To przeciwieństwo dosadnie podkreślił Nietzsche, pisząc w swym Antychryście: „Chrześcijaństwo potrzebuje choroby, mniej więcej tak, jak Grecy potrzebowali nadmiaru zdrowia — wywoływanie choroby jest ukrytym zamiarem całego systemu procedur leczniczych Kościoła. (..) Gardzi się tu ciałem, higienę odrzuca jako zmysłowość; Kościół broni się nawet przed czystością (- po wypędzeniu Maurów pierwszym krokiem chrześcijan było zamknięcie łaźni publicznych, których sama Kordoba liczyła 270 ). (…) dietę wybiera się tak, by sprzyjała zjawiskom chorobowym i rozdrażniała system nerwowy.”

Innym rysem charakterystycznym pitagorejskiej etyki był sprzeciw wobec samobójstwa, które wielu starożytnych filozofów dopuszczała: kiedy jesteśmy starzy i niedołężni, kiedy trapią nas liczne choroby i życie staje się udręką, znaczy to, że natura daje nam znak, że czas już odejść. Niektórzy nawet przekuwali słowa w czyny, jak Zenon z Kition, założyciel szkoły stoickiej a Atenach, który w starości odebrał sobie życie. Potomni wznieśli mu posąg z inskrypcją: „Temu, który żył tak jak nauczał”. Jednak pitagorejczycy, a później Platon oraz epikurejczycy odrzucali takie postępowanie. Pisana jest nam bowiem „śmierć ze starości”, czyli śmierć „symetryczna”, zgodna z miarą, jak powiadali.

Jak to jednak bywa w polityce, raz na wozie, raz pod wozem. „Rzeczpospolita Filozofów, tj. Liga Krotońska, kierowana przez przywódców Bractwa Pitagorejskiego, po około pięćdziesięcioletnim okresie sprawowania kontroli nad losami politycznymi znacznych połaci Sycylii i południowej Italii, utraciła całą swą potęgę w następstwie ludowej rewolty” (Ghyka). Przeciwko pitagorejczykom wybuchło powstanie krotońskie. Zostali ostatecznie rozbici jako klub polityczny, a członkowie w większości zostali wymordowani, reszta zaś zbiegła do innych miast. Jak ujął ich dzieje polityczne Jacques Brosse: „Były to grupy arystokratyczne, które załamały się pod ciosami demokratów.”

Ostatnim pitagorejczykiem sprawującym władzę polityczną był wspomniany matematyk, Archytas z Tarentu, władca i siedmiokrotny generalissimus „tarenckiej republiki pitagorejskiej”.

Choć najbardziej znaną starożytną utopię polityczną stworzył Platon, jednakże pierwsze utopie [_4_] – modele ustroju doskonałego — pojawiły się właśnie w związkach pitagorejskich.

Równie gwałtownie swój instytucjonalny żywot zakończyły związki neopitagorejskie w Rzymie. Uważani za magów i taumaturgów, zostali w końcu poddani represjom władzy. J. Carcopino twierdził, że to głównie przeciw nim kierowano wszystkie rozporządzenia przeciw astrologom i magom, wydawane przez Augusta i Tyberiusza. Ostateczny cios miała im zadać uchwała senacka z 52 r. n.e. nakazująca wygnanie z Italii astrologów. Zapewne jednak ich doktryny, w formie tajnych bractw, kontynuowane były nadal.

Pitagoreizm i orfizm

Jeśli politykę pitagorejczyków uznamy za pochodną ich etyki, wówczas dodać należy, iż etyka z kolei była pochodną wierzeń religijnych. Pitagorejczycy stanowili związek orficki lub pod wpływem orfizmu pozostawali. Orfizm był to mistyczny nurt religijny starożytnej Grecji, który w odróżnieniu od religii oficjalnej i tradycyjnej dawał jego adeptom możliwość poczucia indywidualnego kontaktu z sacrum. Warto podkreślić, iż nie czyniły one zróżnicowania na wolnych i niewolnych, mężczyzn i kobiety — boskości mógł dostąpić każdy. I podobnie było w związku pitagorejskim: mogły doń należeć kobiety i wiemy, że były pitagorejki, m.in. żona Pitagorasa, Teano, oraz jego córka, Damo.

Nurty mistyczne w greckim życiu religijnym rozwijały się od VIII w. p.n.e., pod wpływem Wschodu i Tracji. Opierały się na tajnych naukach i misteriach, dających mistyczne przeżycia. [_5_] Pitagoreizm wpisał się w ten nurt mistyczno-orficki, a choć wielu badaczy wyklucza pochodzenie doktryny Pitagorasa od orfików, można jednak przyjąć, że obie one zawierały bardzo wiele elementów wspólnych, tak w sferze etyki jak i teologii.

Podobnie jak u orfików, w związku pitagorejskim wymagano od adeptów określonego stylu życia, polegającego m.in. praktykach oczyszczających, powstrzymywaniu się od jedzenia mięsa i bobu, wegetarianizmie.

Związki orfickie charakteryzowały specjalne procedury inicjacyjne, mające za cel przyjęcie profana w krąg wtajemniczonych. Występowało to również u pitagorejczyków. Aby móc zostać przyjętym należało przejść egzamin, trzyletnie studia oraz pięcioletnią praktykę ascezy i milczenia. Wówczas objawiano im tetraktys, czyli symbol świętej liczby pitagorejskiej, będący specyficznym trójkątnym przedstawieniem liczby 10 — „potężnej i tajemniczej Dziesiątki”, „źródła i korzenia Wieczności” — jak mawiali.

Szczególnym rysem orfizmu stała się nauka o duszy. Orficy głosili, że dusza jest niezależna od ciała, jest w nim uwięziona jak w klatce, jest pierwiastkiem boskim i wyższym. Pojęcie to przeniknęło następnie do filozofii i innych religii. Przejął je również późniejszy judaizm i chrześcijaństwo. Chrześcijanie mają dusze nie od Jehowy, gdyż pierwotne pisma biblijne nie znają jeszcze takiego rozumienia duszy, a od Orfeusza (który też zresztą nigdy nie istniał). Nieprzypadkowo postać Orfeusza odgrywała tak duże znaczenie w pierwotnym chrześcijaństwie. Miał on być symbolem Chrystusa. Obraz Orfeusza, który gra na swej lirze dla zwierząt, jest jedynym motywem mitologicznym, który odnajdujemy w chrześcijańskich katakumbach. Ojcowie Kościoła tłumaczyli to bardzo prosto: „Orfeusz był uczniem Mojżesza”. Trafnie podsumowuje to religioznawca Reinach: „Między orfizmem a chrystianizmem były analogie tak oczywiste, tak wyraziste nawet, że nie można było przypisywać ich przypadkowi; przypuszczano starożytną wspólność natchnienia. Krytyka nowożytna szuka wytłumaczenia tych podobieństw gdzie indziej, niż w awanturniczej hipotezie zażyłości między Mojżeszem a Orfeuszem. Dostrzega zresztą, że orfizm ma nie tylko rysy wspólne z judaizmem, ale z innymi odleglejszymi religiami, jak buddyzm, a nawet z zupełnie pierwotnymi wierzeniami dzikich współczesnych. Jeżeli się znajduje, przyglądając się z bliska, trochę orfizmu we wszystkich religiach, to dlatego, że orfizm uruchomił pierwiastki, które są wspólne im wszystkim, zaczerpnięte na samym dnie natury ludzkiej i karmione jej najdroższymi złudzeniami.”

Wierzenia pitagorejskie

Naczelnym pojęciem w doktrynie pitagorejskiej jest dusza. Według nich, dusza jest bytem odrębnym i trwalszym od ciała, może się łączyć z dowolnym ciałem. Wpisując duszę w kontekst kosmologiczny, wiązali ją z substancją, którą nazywali eterem. Ich kosmologia na ogół przedstawiała dziesięć planet (w tym Ziemię) krążących wokół centrum wszechświata. Nie okala tego wszystkiego powietrze, które jest czynnikiem wyłącznie ziemskim, ale właśnie ów „eter”, substancja doskonalsza niż inne, gdyż bardzo ruchliwa (znaczy dosł. ‚zawsze się porusza’), która jest wieczna, niezniszczalna i niestworzona. Dusza to właśnie ten czynnik eteryczny, jednak człowiek ma go mało, więc jest śmiertelny, natomiast ciała niebieskie, które mają go więcej, są przez to nieśmiertelne. Jednak dusza w człowieku jako taka posiada właściwości eteryczne.

Jak jednak wytłumaczyć, iż ta doskonała dusza jest skazana na taki „mezalians”, czyli jej związek z kruchym i marnym ciałem? Przyczyną są jej przestępstwa. Dusza jako winna, doznała Upadku. Aby zostać zbawioną z tego podłego stanu musi się oczyścić, przez odpokutowanie win. Pokutuje zaś w więzieniu ciała. Wina jednak jest tak wielka, że jedno wcielenie to za mało. Wprawdzie na amnestię nie ma co liczyć, ale istnieje możliwość wyjścia na przepustkę lub nawet przedterminowego zwolnienia za dobre sprawowanie. Dobrym sprawowaniem jest oczywiście udział w misteriach i inne praktyki religijne, ale także życie ascetyczne, pobożne i sprawiedliwe (tzw. pitagorejski tryb życia).

Jak wynika z powyższego, pitagorejczycy wierzyli z reinkarnację (metempsychozę). Ma to być dogmat importowany z Indii. Ponoć Pitagoras przejął to od Pherekydosa z Syros, który ponoć przywiózł to znad Gangesu. Raczej skłonny byłbym uznać to za błędny punkt widzenia sympatyków religii Indii. Wiara w wędrówkę dusz występowała w wielu odległych od siebie kulturach (już w paleolitycznych), nie sposób przypisać to wzajemnym przenikaniem się wpływów. Właściwsze zdaje się wyjaśnienie dra J. T. Bąbla: „Wiara w ‚wędrówkę dusz’ jest zjawiskiem konwergentnym, którego źródeł należy szukać przede wszystkim w sferze ludzkiej psychiki.”

Z wędrówki dusz wynikał również zakaz przysięgania [_6_] – aby nie skłamać wobec zobowiązań z innych wcieleń, o których jednak po napiciu się z wód rzeki zapomnienia zatarła się pamięć. Z wierzeń o wcielaniu się dusz w różne formy cielesne wynikał również ich wegetarianizm – aby nie pożreć brata, któremu akurat w udziale przypadło więzienie np. w kaczce czy w świni.

Być może dzisiejsi pitagorejczycy, zakładając, że kontynuowane byłoby skrzydło naukowe ich sekty, zwołaliby sobór celem uchylenia tego dogmatu, gdyż nie zawsze wegetarianizm jest pożyteczny dla „celi więziennej”. Być może swój akt uzasadniliby tak jak autorka Filozofii zdrowia, Anna Ciesielska, która napisała, że w naszym klimacie spożywanie mięsa jest niezbędne, gdyż zawiera ono białko, całą harmonię makro- i mikroelementów, witamin [_7_]. Jest głównym źródłem naszej energii. Za Heleną Kowalik dodaliby może: „Można być wspaniałym wegetarianinem w Kalkucie, bo tam są odpowiednie warunki klimatyczne. Polacy to inna kultura żywieniowa. Ale szerokie otwarcie granic i łatwość podróżowania sprawiają, że rodacy przywożą kulinarne nowinki ze świata potraktowane jednak bardzo wybiórczo. (…) wegetarianizm to nie tylko bezmięsne dania, to sposób na życie — wbrew pozorom agresywny. A agresja wywołuje agresję.” [_8_] Agresywne zachowania mącą spokój ducha, a tym samym są sprzeczne z pitagorejskim trybem życia. Gdyby doszło do wspomnianej modyfikacji doktrynalnej, w konsekwencji musieliby poprawić też interpretację problemów związanych z transmigracją. Pożarcie kaczki nie musiałoby być przecież tożsame z pożarciem brata, gdyż duszy nie sposób unicestwić przez zjedzenie. Oznaczałoby to zatem zaproszenie brata do własnej celi, aby raźniej było pokutować. Jeśli jakiś sceptyczny niedowiarek zarzuciłby takiej interpretacji słabość, implikującą, jego zdaniem, schizofrenię mięsożerców, tedy ja odparłbym mu, iż kolejne dusze nie oznaczają przecież rozbicia osobowości. Różne dusze manifestują się przez wielość nastrojów, zmienność zachowań i reakcji, jak to określa niewierna nauka. Metafizyczne implikacje takiej modyfikacji byłyby bardzo konstruktywne, gdyż wiadomo przecież, że wielkość celi nie jest nieskończona, zbyt dużo dusz nie pomieści, a też pokuta nie może się przerodzić w rozrywki, o jakie łatwiej w dużym towarzystwie. Ergo: za dużo mięsa to też nie zdrowo, a im starsi jesteśmy tym powinniśmy go jeść mniej. Aby z więzienia nie zrobił się burdel.

Koncepcja transmigracji dusz, może mieć jednak pewną wartość dla zmiany naszego sposobu traktowania zwierząt. Ksenofanes opisywał jak Pitagoras widząc człowieka bijącego psa, nakazał mu zaprzestanie, gdyż rozpoznał w skowycie psa głos swego przyjaciela. Pies jest na ogół wierniejszym przyjacielem człowieka niż inny człowiek, Pitagoras z pewnością się nie mylił. Oczywiście nie tylko psy zasługują na lepsze traktowanie. Zresztą, nie tylko zwierzęta, ale wszystko co żyje — cała nasza przyroda jest w wielkim niebezpieczeństwie. Atakuje ją wielki wróg: człowiek…

Nauka o duchu a duch nauki

Pitagoras wtajemniczony był nie tylko w orfizm, ale i w misteria apollińskie. Jego doktryna religijna była syntezą ich obu. Pierwiastek apolliński, w przeciwieństwie do pierwiastka dionizyjskiego łączonego z uczuciami, utożsamiany jest z rozumem. Znalazło to doskonałe odzwierciedlenie u pitagorejczyków. Jeśli istnieje jakiś idealny model relacji wiary religijnej i nauki, to jest to model pitagorejski: Każdy człowiek został stworzony przez Boga w tym celu, ażeby poznawać i oglądać. Fenomen ich wierzeń religijnych polegał na tym, iż w odróżnieniu od innych grup mistycznych, które praktykowały jako środki mistyczne muzykę, tańce oszałamiające czy wino, pitagorejczycy za najważniejsze środki oczyszczania duszy uznawali życie ascetyczne, muzykę i pracę naukową. Dla wielu z nich ten ostatni stawał się najważniejszym, w efekcie czego w V w. doszło do rozłamu. Grupa, którą określa się mianem „akuzmatyków”, koncentrowała się na wątkach mistycznych i sakramentalnych. Natomiast tzw. matematycy (od mathéma ‚nauka, umiejętność’), pozostając przy dawnych wierzeniach, na głównym planie stawiali naukę. Jednak nauka jako środek oczyszczenia nie stanowił dla nich sposobu do osobistego wyróżnienia się. Dla współczesnych naukowców jest to bardzo ważny i stymulujący aspekt badań, zupełnie zrozumiały i pozytywny, choćby w tym sensie, że przez skromność pitagorejskich uczonych dziś nie znamy wiele ich nazwisk ani tego kto czego dokonał. Jako przyczynę tego, wielu skłonnych byłoby wskazać tajemnicę jaką mieli pitagorejczycy otaczać swe nauki. Krążyło np. podanie o tym jak jeden z adeptów sekty został przez braci utopiony za to, że wyjawił obcym odkrycia dotyczące liczb. Są to jednak zapewne legendy.

Związek pitagorejski prawdopodobnie składał się z dwóch kategorii członków: właściwych „pitagorejczyków” (pythagoreioi), którzy tworzyli wspólnotę sensu stricto (wspólnota dóbr, wspólne zamieszkiwanie, noszenie białych szat, przestrzeganie tabu), oraz „pytagorystów” (pythagoristai), którzy zbierali się jedynie dla wysłuchiwania wykładów Pitagorasa. Na podstawie Jamblicha, ten podział możemy utożsamić z podziałem na matematyków i akuzmatyków. J. Brosse przedstawia ten podział jako „krąg zewnętrzny”, czyli akuzmatycy, którzy mieli za zadanie obronę związku, tworzyli konfraternię wojowników dowodzonych przez Milona z Krotony, zięcia Pitagorasa, oraz „krąg wewnętrzny”, czyli matematycy, wtajemniczeni m.in. w prazasadę liczb. [_9_] Pytagoryści-akuzmatycy nie tylko nie zajmowali się pracą naukową, ale z czasem do słów Mistrza zaczęli pochodzić z nabożną czcią, traktując je jako dogmaty (podobnie jak w Średniowieczu traktowano Arystotelesa). Wśród nich za mędrca nie uchodził ten, kto dokonał osobiście najwięcej, lecz ten kto spamiętał więcej z nauk Guru. To oni przyczynili się do ubóstwienia Pitagorasa oraz rozrostu legend pitagorejskich. Jest to postawa zupełnie przeciwna duchowi naukowemu i podobnie jak neopitagoreizm, akuzmatycy stanowią ten nurt w łonie Pitagoreizmu, który nie zasługuje na nasze większe zainteresowanie.

Na temat relacji wiara-nauka w Pitagoreizmie, niezwykle istotna i celna jest uwaga Bertranda Russella: „Niezależnie od elementu mistycznego, wywodzącego się z odżywającego ruchu orfickiego, naukowy aspekt działalności szkoły nie został przyćmiony przez jej koncepcje religijne. Nauka nie nabrała posmaku religii, choć pragnienie poświęcenia się teoriom uznano za coś religijnego.” [_10_] Wielu późniejszych naukowców wyrażało się o swoim stosunku do nauki w podobnym duchu. Oczywiście absurdalne i złośliwe jest przedstawianie tego jako „religii nauki”, czym do znudzenia bałamucą swoich czytelników religijni apologeci i inni przeciwnicy nauki. Posłuchajcie fragmentu popularnonaukowego wykładu Feynmana: „Tej pracy [tj. badań i odkryć] nie wykonuje się dla korzyści płynących z wdrażania w życie nowych osiągnięć. Motywem są emocje związane z odkryciami. Być może, większość was o tym wie. Jest jednak niemal niemożliwe przekazanie podczas wykładu tym z was, którzy tego uczucia nie znają, owego ważnego aspektu pracy naukowej, jej ekscytującej strony, prawdziwego powodu, dla którego ludzie zajmują się nauką. A nie rozumiejąc tego, gubicie istotę rzeczy. Nie możecie pojąć nauki ani jej związku z czymkolwiek innym, dopóki nie zrozumiecie i nie docenicie tej wielkiej przygody naszych czasów. Nie żyjecie pełnią swojej epoki, jeśli nie rozumiecie z jak wielką przygodą — a przy tym szalonym i podniecającym przedsięwzięciem — macie do czynienia. Myślicie, że nauka jest nudna? Nie, nie jest.” Innym razem mówił: „Kiedy taki obiektywny obraz zostaje w końcu skonstruowany, a tajemnica i majestat materii widnieją przed nami w całej krasie, wtedy przyjrzenie się z powrotem człowiekowi jako skupisku materii, potraktowanie życia jako części uniwersalnej, najgłębszej tajemnicy przynosi doznanie, które jest bardzo rzadkie i niezwykle poruszające. Zwykle kończy się to śmiechem i refleksją nad daremnością usiłowań zmierzających do zrozumienia, czymże jest ten atom we Wszechświecie. Czymże jest ta istota – atom obdarzony ciekawością — który przygląda się sobie i zastanawia, dlaczego w ogóle się zastanawia? Zwykle takie naukowe rozważania prowadzą do przerażenia i tajemnicy, do zagubienia na granicy niepewności. Wydają się jednak tak głębokie i tak istotne, że teoria zakładająca, że wszystko to jest sceną, na której Bóg obserwuje ludzkie zmagania z dobrem i złem, okazuje się niewystarczająca. niektórzy powiedzą, że przed chwilą opisałem doświadczenie religijne. Bardzo dobrze. Możecie to nazywać jak chcecie. Powiem wtedy, że dzięki przeżyciu religijnemu tego rodzaju młody człowiek przekonuje się, iż religia wyznawana w jego Kościele nie wystarczy, by opisać, by ogarnąć podobne doświadczenie. Bóg tego Kościoła nie jest dość potężny.” [_11_]

Wilson w swej Konsiliencji nazywa to „jońskim zauroczeniem”. Moim zdaniem słuszniejszym i bardziej adekwatnym określeniem byłoby „pitagorejskie zauroczenie”. Jak powiada Jacob Bronowski: „Kiedy Pitagoras dowiódł swego wielkiego twierdzenia, złożył muzom w ofierze sto wołów w podziękowaniu za natchnienie. Był to gest dumy i pokory zarazem, uczuć jakie po dziś dzień odczuwa każdy uczony, gdy otrzymane dane liczbowe pasują do siebie i powiadają: Oto fragment struktury samej przyrody, klucz do niej.”

Pitagorejski ośrodek badawczy

Główny rozkwit naukowy w łonie Pitagoreizmu wiąże się z czasem tzw. młodych pitagorejczyków (przełom V i IV w. p.n.e.), już po upadku pierwszej szkoły w Krotonie. Do najwybitniejszych młodopitagorejczyków zaliczamy Archytasa z Tarentu i Timajosa z Lokri. W kolejnych generacjach wyróżnił się Eudoksos z Knidos. Filolaos i Eurytas eksportowali Pitagoreizm do Grecji, zakładając związek w Tebach. Ich uczeń, Ksenofil, założył szkołę pitagorejską w Atenach.

Głównymi dziedzinami, jakimi zajmowały się szkoły pitagorejskie były:

  1. Medycyna
  2. Muzyka
  3. Matematyka

Jest to wszelako nasz podział. Pitagorejczyk powiedziałby, że oprócz medycyny ich nauka zajmuje się matematyką, a tutaj: a) geometrią, b) geometrią stosowaną (za jaką uważali astronomię), c) arytmetyką, d) arytmetyką stosowaną (za jaką uważali muzykę).

Największy powód do chluby dała im szkoła matematyczna, (która z pewnością zawdzięczała wiele Babilończykom), dorównując swej sławie szkole medycznej z wyspy Kos (w koskiej szkole działał m.in. Hipokrates). Arystoteles pisał: „Tak zwani pitagorejczycy zajęli się pierwsi matematyką i pchnęli ją naprzód”. Nie znaczy to, że wcześniej ludzie nie umieli liczyć i rachować. Pitagorejczycy stworzyli matematykę jako dziedzinę naukową, podczas gdy wcześniej funkcjonowała w sferze praktyki. Tym samym jeśli ktoś miałby być patronem matematyków, to Pitagoras jest najlepszym kandydatem.

Badanie figur i stosunków przestrzennych (geometria)

Odkryli dwa najważniejsze elementarne twierdzenia: o sumie kątów w trójkącie (jednak twierdzenia te dowodzili oddzielnie dla trójkątów równobocznych, równoramiennych i nierównoramiennych) oraz tzw. twierdzenie Pitagorasa: pole kwadratu zbudowanego na przeciwprostokątnej trójkąta prostokątnego jest równe sumie pól kwadratów zbudowanych na przyprostokątnych: c2 = a2 + b2. Od nich pochodzą takie pojęcia jak „parabola”, „hiperbola”, „elipsa”.

Oni też odkryli regułę „złotego podziału” mówiącą, jak należy ustalić proporcje elementów dzieła plastycznego, by dawały najlepszy skutek estetyczny.

Nauka o liczbach (arytmetyka)

Należy przede wszystkim zaznaczyć, że pitagorejskie pojęcie liczby nie było tak abstrakcyjne jak nasze, traktowali je łącznie z wielkościami przestrzennymi, liczba była rozumiana zawsze jako przestrzenna wielkość (od tego do dziś pozostała nazwa liczb „kwadratowych”).

Zajmowali się klasyfikacją liczb. Wprowadzili takie rozróżnienia, jak liczby parzyste i nie, będące kwadratami i nie. Liczby kwadratowe to sumy kolejnych liczb nieparzystych (np. liczba kwadratowa 9 jest sumą: 1+3+5, nazwa wzięła się z przedstawiania tych liczb pod postacią kwadratów stworzonych z kamyków). Natomiast sumy kolejnych liczb parzystych nazywali liczbami prostokątnymi. Specjalne znaczenie miała suma pierwszych czterech liczba naturalnych (1+2+3+4) — tzw. tetraktys (arcyczwórka lub czwórnia). Układana z kamyków w kolejnych rzędach przybierała postać trójkąta (liczba trójkątna) i była ich liczbą świętą.

Odróżniali także liczby niewymierne (niedające się zapisać w postaci ułamka). Liczby niewymierne odkryli dzięki stosowaniu liczb w odniesieniu do geometrii: stwierdzili, że stosunek długości przekątnej kwadratu do długości jego boku nie jest równy stosunkowi 2 liczb całkowitych.

Nauka o dźwięku (akustyka)

Teorię muzyki rozwijali w związku ze znaczeniem oczyszczającym jakie przypisywali muzyce. Odkryli, że przyczyną dźwięku jest ruch (akustyka jest w istocie nauką o rozchodzeniu się dźwięku w różnych ośrodkach). Wskazali, iż dźwięki muzyczne wykazują matematyczną prawidłowość: odkryli stosunki liczbowe między interwałami harmonicznymi (różnicami wysokości dwóch dźwięków współbrzmiących). Wprawiona w drganie naciągnięta struna wydaje nutę podstawową. Dźwięki brzmiące harmonijnie z nią uzyskujemy w wyniku podziału struny na równe części: dwie, trzy, cztery… W innych punktach unieruchomiona struna wyda dźwięk dysonansowy. Połowa struny daje dźwięk o oktawę (stosunek częstotliwości drgań 2:1) wyższy, zaś 2/3 — o kwintę wyższy od tonu zasadniczego. Akord C, G, c nazwali „harmonijnym” (długość strun: 1, 2/3, 1/2). [_12_]

Nauka o ciałach niebieskich (astronomia)

Osiągnięcia pitagorejczyków w tej dziedzinie również były imponujące, w pewnym sensie wręcz rewelacyjne. Najpierw doszli do kulistości Ziemi. O ile np. kosmologia biblijna ukazywała Ziemię jako płaski naleśnik, o tyle Grecy doszli do odmiennych wniosków. Poczyniono bowiem spostrzeżenie, iż na Wschodzie gwiazdy „wstają wcześniej” niż w Grecji. Przed pitagorejczykami uczeni przypuszczali, iż w konsekwencji tego Ziemia musi być wklęsła, a Wschód leży po prostu bliżej brzegów owej wklęsłości, a tym samym jest bliżej gwiazd. Pitagorejczycy odrzucili to i wysunęli hipotezę o wypukłym kształcie Ziemi.

Odrzucili ponadto pogląd, iż wszechświat jest wypełniony ziemskim powietrzem. Twierdzili, że powietrze otacza jedynie Ziemię, a reszta wszechświata jest próżnią wypełnioną eterem. Konsekwencją tego poglądu było stwierdzenie, że gwiazdy nie są poruszane przez powiewy powietrza, lecz mocą sił tkwiących w nich samych. Planety nie błąkają się przypadkowo po niebie, jak sądzono dawniej, a krążą tą samą drogą poruszane tę samą wewnętrzną siłą (w kosmologii chrześcijańskiej miały to być anioły boże). Dla nauki był to pogląd o ogromnym znaczeniu, implikował bowiem wniosek, iż we wszechświecie panuje porządek (kósmos) i regularność. Wszechświat jest kosmosem — twierdzili pitagorejczycy. Dziś „wszechświat” i „kosmos” to synonimy. Oznaczało to zasadniczą zmianę paradygmatu — całkiem nowy obraz świata.

Po kulistości Ziemi, wpadli na pomysł, iż może się ona obracać dookoła własnej osi.

Inni natomiast zaczęli przypuszczać, że krąży ona dookoła idealnego ośrodka systemu planetarnego (tzw. system pitagorejski; poglądu tego bronili m.in. Hiketas, Filolaos, Ekfantos). Owym ośrodkiem miał być ogień jako „serce wszechświata”, utożsamiany z liczbą Jeden. Ziemia utraciła swoje centralne miejsce we wszechświecie. „To była nowa koncepcja świata. A pomysł pitagorejczyków stanowił najtrudniejszy może krok naprzód w poznaniu ustroju świata, bo przez rozumowanie przezwyciężał najbardziej naturalne i uparte wyobrażenia ludzkie” (Tatarkiewicz). O tym jak trudny i rewelacyjny był to krok świadczy m.in. fragment z utyskiwań Arystotelesa: „Przeciwnego zdania są ci, którzy należą do szkoły italskiej, zwani pitagorejczykami. Twierdzą oni mianowicie, że w środku wszechświata jest ogień, a Ziemia jest tylko jedną z gwiazd i swoim ruchem dokoła środka powoduje dzień i noc. Prócz tego dobierają do pary jeszcze inną Ziemię, przeciwległą do naszej i nazywają ją Antychton (Przeciw-Ziemią) [_13_]. Zamiast opierać swoje poglądy i wyjaśnienia przyczyn na zjawiskach zaobserwowanych, wciągają zjawiska do kadr swoich rozumowań i mniemań i starają się dostosować je do nich” (O niebie, 295a). Jakże stąd już blisko do heliocentryzmu i podwójnego obrotu Ziemi! Dziś największymi laurami honorowany jest Arystarch z Samos ze szkoły Arystotelesa, który w III w. p.n.e. twierdził mniej więcej to co Kopernik. Powinniśmy jednak uznać, iż największym przełomem był system pitagorejski, a Arystarch dokonał jedynie śmiałej syntezy poglądów pitagorejskich.

Warto zauważyć, że po wiekach, kiedy Kościół podjął walkę z kopernikanizmem, to potępiany on był jako „doktryna pitagorejska”! Dekret kościelny z 5 marca 1616 nakazujący zamieszczenie książki Kopernika na Indeksie Ksiąg Zakazanych, głosił m.in.: „Doszło do wiadomości tejże Świętej Kongregacji, iż fałszywa i sprzeczna z Pismem Świętym doktryna pitagorejska o ruchu Ziemi i nieruchomości Słońca, nauczana również przez Mikołaja Kopernika w De revolutionibus orbium coelestium…” W istocie nowożytni heliocentryści nawiązywali do starożytnych, np. Kepler pisał, że niektóre odkrycia zawdzięczał inspiracjom pitagorejskim (m.in. tzw. proporcje interwałowe w torach planet).

Podobnie jak filozofowie jońscy, Pitagoras uznawał też wielość światów, jednak nie nieskończoną wielość.

Nauka o zdrowiu i budowie ciała (medycyna i anatomia)

Bardzo wielu pitagorejczyków było medykami. Najsławniejszym z nich była Alkmeon (Alkmajon) z Krotonu, jeden z pionierów naukowej medycyny, lekarz, anatom i filozof, żyjący w pierwszej połowie V w. p.n.e. Był twórcą pierwszej w filozofii greckiej fizjo-sensualistycznej teorii poznania, opartej na badaniu mózgu i analizie gromadzonych w nim wrażeń. Odróżniał doznania zmysłowe od procesów myślowych. Procesy poznawcze rozumiał jako uzależnione od doświadczenia zmysłowego oraz od zdrowego stanu mózgu. On jako pierwszy twierdził, że emocje, rozum i świadomość mieszczą się w mózgu. Jego poprzednicy doszukiwali tych właściwości m.in. w sercu i w wątrobie.

Numerozofia czyli filozofia pitagorejska

Jak wspomniałem, u pitagorejczyków etyka i polityka wynikały z wierzeń religijnych. Z wierzeń wynikało też zainteresowanie badaniami naukowymi. Natomiast z badań naukowych wynikała filozofia. Filozofię tę stanowiły różnorakie spekulacje związane z liczbami.

Jako pierwsi, którzy w sposób tak intensywny zajęli się matematyką teoretyczną i badaniem stosunków liczbowych w świecie przyrody, wpadli w fascynację „magią liczb”. Odkrywszy, iż własności rzeczy i relacje między nimi tak fenomenalnie mogą być wyrażane za pomocą liczb i stosunków liczbowych, przypisali liczbie mistyczną potęgę — liczby są prazasadą bytu (pratworzywo, archezasada). Jest to zasadnicza zmiana w filozofii w stosunku do tzw. filozofów jońskich, którzy przyjmowali materialną prazasadę bytu (woda — wg Talesa; powietrze — wg Anaksymenesa; ogień – wg Heraklita; natomiast Anaksymander za prazasadę przyjmował apeiron, bezgraniczna, nieskończona, wieczna, bezkształtna i bezkresna pramateria). U pitagorejczyków to nie materia jest prazasadą, a jej forma. Według nich ład i kształt świata opiera się na liczbach. O pitagorejskiej archezasadzie Arystoteles pisał następująco: „Przejąwszy się matematyką, jęli uważać, że zasady jej są zasadami wszelkiego bytu (…) uważali liczby za rzecz pierwszą w całej naturze, pierwiastki liczb za pierwiastki bytu, niebiosa całe za harmonię i liczbę”. Nie należy tego rozumieć w tym sensie, iż byty są liczbami, lecz że mają liczby: podstawową właściwością rzeczy są kształty geometryczne, a ich geometria była ściśle zespolona z arytmetyką, stąd wykoncypowali wniosek: wszystko jest liczbą, liczba jest realną siłą w przyrodzie.

Jednak liczba nie była jedyną zasadą bytu, jako forma musiała istnieć wespół z tym co jest formowane, z substratem. Byt ma zatem charakter dwoisty i tworzy go czynnik kształtujący (peras) oraz kształtowany (apeiron). Peras określa coś co ma w sobie miarę, normę, wzór. Apeiron oznaczał z kolei coś co nie jest przez nic ograniczone. Peras nakłada się na apeiron i go sobie podporządkowuje. Liczba jest peras. Gdyby świat nie miał liczby, to nie istniałby. „Bez liczby byłoby wszystko bezgraniczne, niejasne i niepojęte”. Gdy poznamy stosunki liczbowe świata, będziemy mogli nad nim zapanować. Liczba zatem umożliwia nam poznawanie, gdyby bowiem rzeczy nie miały swoich liczb, nie moglibyśmy ich poznać. Poznanie to sprowadzenie do liczb, wzorów. W istocie, dziś wiemy, że są takie aspekty rzeczywistości, które niezwykle trudno jest na poznać inaczej jak za pomocą wzorów i równań matematycznych. Ta intuicja pitagorejczyków jest nam więc bliska. B. Russell zauważa: „Jest to najważniejsza teza Pitagorasa, zapomniana w okresie posthellenistycznym i odkryta na nowo z tekstami myślicieli starożytnych. Obecnie stanowi ona podstawową cechęmyślenia naukowego.”

Uzupełniając obraz pitagorejskiej epistemologii, należy dodać, iż uznawali oni, że wiedza doskonała jest domeną wyłącznie bogów. Człowiek natomiast wnioskuje tylko ze znaków-objawów. Od znaków można jednak przejść do istoty rzeczy — od fenomenów do esencji (model indukcyjny Alkmeona z Krotonu). Natomiast u Archytasa z Tarentu spotykamy się po raz pierwszy w filozofii z modelem dedukcyjnym.

Dualizm bytu przyjmowany w filozofii pitagorejskiej pobudzał ich do tropienia przeciwieństw we wszystkich zakamarkach istnienia. Oprócz przeciwieństw oczywistych, jak granica i bezkres, spokój i ruch, światło i ciemność, dobro i zło itd., czasami wykazywali wielką pomysłowość w ich odkrywaniu. Za pomocą przeciwieństw Alkmeon z Krotonu tłumaczył istotę choroby. Zdrowie według niego to równowaga przeciwnych sobie jakości, choroba zaś jest panowaniem jednej z nich, jest zatem zaburzeniem równowagi.

Filolaos z Tarentu (ok. 470-399 p.n.e.), który pierwszy spisał nauki Pitagorasa, do tych dwóch zasad bytu dodał trzecią – harmonię, czyli coś co nakłada peras na apeiron, co utożsamiał z demiurgiem, bogiem.

Do liczb przypisane były określone znaczenia, np. 5 oznaczała własności ciał fizycznych, 6 — życie, 7 — ducha, 8 — miłość, 9 — roztropność i sprawiedliwość.

Liczba dziesięć, przedstawiana pod postacią tzw. tetraktys, była dla nich doskonałą i świętą, gdyż symbolizowała strukturę całego świata. Rozumieli to następująco:
1 — punkt,
2 — odcinek (jako połączenie dwóch punktów),
3 — figura (połączenie trzech punktów, trójkąt),
4 — bryła (punkt umieszczony nad figurą w przestrzeni trójwymiarowej daje bryłę).
1 + 2 + 3 + 4 = 10.

Szczególne znaczenie miała też Jedynka — Monada, która symbolizowała także środek wszechświata. W jedynce wszystko znajduje swoją przyczynę, wszystko sprowadza się do tej Jedności, czyli do czegoś stabilnego i skończonego, czyli doskonałego, nieparzystego, męskiego, prostego i dobrego. Jedno to bóstwo i ład, wielość charakteryzuje antybóstwo i bezład. Bóstwo jako Jedno jest wolne od wszelkich przeciwieństwo, jest doskonałą monadą.

Można dodać, że nieco inaczej widział to poeta Ion działający w drugiej połowie V. w. p.n.e. w Chios, który pozostawał pod wpływem pitagorejskiej numerozofii. Za boga w dziele Triagmos (Trójbóg) przyjmował trójkę, jako liczbę oznaczającą początek, środek i koniec wszystkiego.

Władysław Tatarkiewicz dodaje: „Wszelako skłonność do takich spekulacji ogarnęła pitagorejczyków w późniejszych generacjach, bodaj dopiero pod wpływem Platona. Ich oryginalny sposób myślenia wyraził się raczej w empirycznych, ściśle naukowych badaniach przyrody.” Nie jest jednak zupełnie bezpłodna ta filozofia. Zapowiedziała ona ogromną i zasadniczą rolę matematyki w naszym poznaniu świata. Pitagorejczyk powiedziałby, że językiem przyrody są liczby, my powiedzielibyśmy, że jest to piękna metafora dla współczesnej nauki. Jeszcze ważniejsza nauka płynie z numerozofii dla współczesnej filozofii: jakkolwiek filozofia pitagorejska opierała się na spekulacjach i zawierała liczne tezy z którymi trudno jest zgodzić się współczesnemu racjonaliście, jednakże przyjmowała ona zasadę opierania tych spekulacji na badaniach naukowych, zasadniczo była swoistą metafizyczną ekstrapolacją ówczesnej wiedzy naukowej, tymczasem wiele nowożytnych systemów filozoficznych powstawało w zupełnym oderwaniu od nauki. Wiele współczesnych systemów filozoficznych jest znacznie bardziej oddalone od nauki niż numerozofia. Filozofia powinna zasadniczo opierać swe spekulacje i postulaty na nauce.

W żaden natomiast sposób nie odnosi się to do filozofii neopitagorejskiej, która uległa jeszcze większemu wypaczeniu niż spekulacje późnych pitagorejczyków, i która w istocie stała się wiedzą o bogu i służbą bożą. Neopitagorejczycy przejęli głównie mętne elementy pierwotnego Pitagoreizmu, koncentrowali się przede wszystkim na spekulacjach liczbowych. Ich światopogląd religijno-filozoficzny zmodyfikowany został istotnie wpływami wschodniej magii, astrologii [_14_], judejskiej gnozy i egipskiego hermetyzmu. [_15_] Jak ujmuje to Jan Legowicz: „Neopitagorejski filozof to już nie uczony z okresu Pitagoreizmu pierwotnego, ale ktoś natchniony przez Boga, boży posłaniec, ktoś tak do bóstwa zbliżony, że niemal z nim tożsamy, gnostyk-prorok i cudotwórca, dla którego nie ma nic niemożliwego.” W Pitagoreizmie pierwotnym liczby były rozumiane jako prazasady świata, w neopitagoreizmie natomiast liczby same dla siebie stają się realnością.

Muzyka sfer a drgania superstrun

Bardzo ważnym rysem numerozofii było przekonanie o harmonii świata. Budowa wszechświata, wyrażana w świętej dziesiątce, połączona z odkryciami w dziedzinie akustyki (drgania jako przyczyna dźwięków), skłoniła ich do przypuszczenia, iż sfery gwiezdne, krążąc dookoła środka świata, swym ruchem wydają dźwięk. Jako że odległości sfer tworzą harmonijną proporcję, przeto dźwięk przestworzy również jest harmonijny i dla nas niesłyszalny. Wystarczy wsłuchać się w harmonijną „muzykę sfer”, aby umieć rozgryźć i opisać (za pomocą równań matematycznych) wszechświat, jego istotę.

Można w tym dostrzec jakby zapowiedź i przedsmak nowożytnych poszukiwań „teorii wszystkiego” (TOE, od theory of everything), czyli spójnej syntezy wszystkich praw rządzących wszechświatem. Więcej nawet! Owa dziesiątka wyrażająca strukturę wszechświata, owe dźwięki wszechświata możemy odczytać jako prapostać teorii superstrun z jej elementarnymi drganiami i dziesięcioma wymiarami — współczesnej kandydatki do miana TOE. Według tej teorii „wszystkie cząstki, jakie obserwujemy we Wszechświecie, łącznie z atomami naszych ciał, składają się z małych wibrujących strun — pisze Michio Kaku. — Rezonanse, czyli ‚dźwięki’ tych strun, tworzą menażerię cząstek elementarnych (elektrony, kwarki, fotony i tak dalej). Wszechświat jest symfonią drgających strun, a zasady harmonii są znanymi nam [powinien dodać: „dzięki pitagorejczykom” – przyp. M.A.] prawami fizyki. (..) Zaskakujące jest to, że teoria superstrun ogranicza liczbę wymiarów przestrzeni i czasu do dziesięciu. Szczególną cechą teorii superstrun jest to, że mikroskopijne struny (około 100 miliardów miliardów razy mniejsze od protonu) mogą drgać tylko w dziesięciowymiarowej czasoprzestrzeni. (..) mamy matematyczne powody, aby wierzyć w dziesięciowymiarową czasoprzestrzeń, ponieważ tylko we wszechświecie o takiej liczbie wymiarów jest wystarczająco dużo miejsca, aby pomieścić zarówno teorię kwantową, jak i teorię Einsteina.”

Refleksje końcowe

Powyższy tekst był nie tylko charakterystyką pewnego nurtu i doktryny, był również argumentacją mającą na celu wydobycie Pitagoreizmu z ezoterycznych odmętów, w jakie wtrącili go pitagorejscy epigoni i epigoni epigonów, a w jakich tkwi chyba po dziś dzień. Miał on na celu wskazanie istoty i fenomenalności Pitagoreizmu, które zostały zniekształcone szkodliwą mutacją — spowodowaną „egipskimi ciemnościami”, które zaślepiają, i „wiatrem ze Wschodu”, który wywiewa czynnik ratio — w świetle której często był i jest on postrzegany i oceniany. Mówi się np., że Pitagoras „szerzył ezoteryczną doktrynę, której echa spotykamy u myślicieli-spirytualistów całej starożytności”. Jest to w pewnym sensie prawda, ale prawda, która uwypukla nie to co należy do istoty, a tym samym prawda zniekształcająca.

Przedstawia się jończyków jako tych, którzy natchnęli obiektywne i naukowe badania przyrodnicze, a pitagorejczyków jako tych, którzy natchnęli rozwój spekulacji metafizycznych. Moim zdaniem jest to chybione i niesprawiedliwe. Uważam, że i jedni i drudzy mieli inspiracyjne znaczenie dla nauki zachodniej. O ile jednak u jończyków dominowały elementy empiryczno-sensualistyczne, o tyle u pitagorejczyków były to elementy bardziej abstrakcyjne, teoretyczne, spekulatywne i racjonalistyczne. Współczesna nauka opiera się na obu ujęciach. Są w niej dziedziny bardziej „jońskie”, ale są też i bardziej „pitagorejskie”.

Rdzeń Pitagoreizmu opierał się na badaniach empirycznych i na śmiałych, czasami nieudanych, czasami naciąganych uogólnieniach i ekstrapolacjach. Ale przecież pomimo tego, w wielu kwestiach mieli oni rzeczywiste osiągnięcia, czasami wręcz rewelacyjne (m.in. kulistość i ruchy Ziemi, kosmos). Pomimo przyprawiania tego wszystkiego w sosie spirytualistycznym, istota była jak najbardziej naukowa. Warto mieć na uwadze to, że ścisłą czołówkę i esencję tych szkół stanowili „matematycy”, czyli ludzie bez wątpienia kładący naukę na czele środków oczyszczających duszę, czyli w praktyce na pierwszym miejscu. Zwróćmy też uwagę na to, że rekrutowali się oni nie z egipskich magów, wędrownych cudotwórców czy rybaków, ale z ówczesnych naukowców, głównie medyków. Mistycy, bawiący się głównie religijną stroną Pitagoreizmu, stanowili jakby otoczkę, krąg zewnętrzny, także swoisty pion public relations, jakbyśmy powiedzieli współczesnym językiem. On w sposób istotny przyczyniał się do budowania zniekształconego wizerunku Pitagoreizmu.

Jednak pseudonauka i ezoteryka, które dzięki legendom „upadłego Pitagoreizmu” na Pitagoreizm się powołują i w swe pióropusze wpinają pitagorejskie piórka, w sposób zasadniczy z duchem pitagorejskim się różni: o ile ten ostatni przyniósł niekwestionowane osiągnięcia w naszym poznaniu i rozumieniu świata i człowieka, o tyle te pierwsze nie są w stanie nic powiedzieć z czym można by się zgodzić nie będąc ich wyznawcą.

Znając istotę Pitagoreizmu, możemy słusznie przypuszczać, że gdyby żyli oni dziś, to nie zajmowaliby się nonsensami ezoteryczno-okultystycznymi, gdyż musiałoby to oznaczać, że przez wieki musieliby trwać w tym samym punkcie, zaprzestać rozwoju i wyrzec się nauki. Ale nauka przecież oczyszcza duszę! Archytas z Tarentu z pewnością nie zajmowałby się numerologią, choćby dlatego, że równania mechaniki kwantowej bardziej by go oszałamiały i fascynowały. Ktoś mógłby powiedzieć, że odrzuciłby je jako sprzeczne z pitagorejskim światopoglądem. Nic bardziej błędnego. Wszak dziś w arytmetyce kojarzeni są z liczbami niewymiernymi. Liczby te były jednak sprzeczne z ich filozofią, sprzeczne z harmonią wszechświata. Wedle legend obowiązani byli do utrzymywania ich istnienia w tajemnicy, jednak nie odrzucili ich jako sprzecznych ze światopoglądem i wyznawaną filozofią. Nauka była wyżej mniemań. Alkmeon z Krotonu zajmowałby się nie bioenergoterapią czy radiestezją, a neuropsychologią, neurobiologią, neurochemią, neuropsychofarmakologią lub neuropsychiatrią, z całą pewnością jako naukowiec przesiąknięty duchem pitagorejskim starałby się rozwikływać naturę świadomości. Hiketas odrzucałby astrologię, a zajmowałby się kosmologią kwantową, teorią superstrun i wieloświatu. Wreszcie, Pitagoras nie zostałby papieżem czy awatarem, lecz Bertrandem Russellem. Współcześni pitagorejczycy uznaliby, że dla doktryn paranaukowo-magicznych jest miejsce w telewizji Polsat, po serialu „M jak miłość”, a przed transmisją z wyglądania Ojca Świętego przez okno swego pałacu, czyli generalnie między rozrywkami dla ludu. Podczas gdy oni, jako aristoi, zajmują swe dusze nauką…

Jeśli utrzymałby się ich pierwiastek mistyczny i religijny w badaniach naukowych, to zredukowałoby się to do „religijności” jaką widzimy u Alberta Einsteina, Edwarda O. Wilsona, Richarda P. Feynmana, Carla Sagana, czyli do owego „kosmicznego uczucia religijnego” Einsteina i tego co Wilson niesłusznie określił „jońskim zauroczeniem”. (Zob. więcej: str. 2552)

Ich dawne zabawy z liczbami, przypisywanie im znaczenia sakralno-mistycznego i jakby magicznego, możemy zrozumieć. Zrozumieć, to znaczy ujrzeć to w kontekście swoistego „oszołomienia matematyzmem świata”. Oni jako pierwsi zaczęli to zgłębiać i odkrywać — i się zachłysnęli. Takie „oszołomienia” zdarzają się także dziś. Uległ mu nawet Heisenberg, który miał powiedzieć: „Pierwszy kieliszek z butelki nauk przyrodniczych robi z nas ateistów, ale na dnie tej butelki jest Bóg”. Tak samo mniemali Pitagorejczycy, kiedy czuli się wtajemniczeni w największą tajemnicę „butelki”, gdyż dokonali odkrycia, które radykalnie zmieniało światopogląd. Jednak „metodologia picia” z „butelki świata” polega na tym, aby nie zaciągać się zbyt gwałtownie. Heisenberg pomylił Boga z korkiem owej butelki, który po jej otwarciu spoczął na dnie. Dlatego właśnie trzeba pić z niej rozważnie, gdyż może się zdarzyć tak, że Bóg-korek znów zatka butelkę w razie zbyt nachalnego jej nachylania…

Ważniejsze źródła:

  • J. Gajda, Pitagorejczycy, Warszawa 1996.
  • M.C. Ghyka, Złota liczba. Rytuały i rytmy pitagorejskie w rozwoju cywilizacji zachodniej, Kraków 2001.
  • D. Musiał, Sodalicium sacrilegii. Pitagorejczycy w Rzymie w okresie republiki: fakty i mity, Toruń 1998.
  • Żywoty Pitagorasa. Porfiriusz. Jamblich. Anonim, przekł., wstęp i przyp. J. Gajda-Krynicka, Wrocław 1993.
  • W. Tatarkiewicz, Historia filozofii, Warszawa 2001, T.1, s.53-60.
  • J. Legowicz, Historia filozofii starożytnej Grecji i Rzymu, Warszawa 1973, s.31-43, 479-485.
  • S. Bednarek, J. Jastrzębski, M. Kocur, Jak żyć? 265 sposobów na życie. Leksykon, Warszawa — Wrocław 1999, s.425-428.
  • J. Bronowski, Potęga wyobraźni, Warszawa 1988, s.151-160.

 

 

Pitagorejska ezoteryka racjonalna [1]

Autor tekstu: Mariusz Agnosiewicz

 

Zarzucono mi, że nie mam kompletnego pojęcia o związku pitagorejskim, o którym napisałem dość obszerną pracę (Bractwo pitagorejskie). Opinia dość ryzykowna, mówiąc eufemistycznie. Komentator, Andrzej Kosela, wytknął mi przede wszystkim, iż nagiąłem swój rys do „ideologii” wyznawanej przeze mnie. Nie uchwyciłem jakoby istoty związku pitagorejskiego, którym była „ezoteryka”, „święta nauka”. Miast tego unurzałem go w racjonalizmie i „zwykłej” nauce. Radykalność potępienia mojego szkicu nie budzi zdziwienia, kiedy się weźmie pod uwagę, że nauka i racjonalizm nie cieszą się szczególną sympatią wśród „miłośników ezoteryki”. Pomimo tego nadal uważam, że moje ujęcie pitagoreizmu znacznie lepiej wyjaśnia jego istotę niźli oparte na legendach, spekulacjach i przekłamaniach obrazki wielbicieli Niedocieczonych Tajemnic, a że temat uważam za bardzo ciekawy i warty szerszego zainteresowania, na zarzuty odpowiem nieco szerzej.

Temat pitagoreizmu jest trudny zwłaszcza z tego względu, iż opinie o nim kształtowane są często przez pryzmat neopitagoreizmu bądź tego co o Pitagorasie i jego związku pisali pitagorejscy epigoni w ich zmutowanej postaci. Mój tekst miał na celu zrekonstruowanie pierwotnego związku pitagorejskiego. Jest to niemal tak trudne jak pisanie o Jezusie i jego sekcie. Mało kto wie, że Pitagorasa spotkało dokładnie to samo co Jezusa: jako przywódca sekty został deifikowany, uznany za istotę boską w ludzkiej postaci, która potrafi czynić cuda, która zmartwychwstała po śmierci zstąpiwszy wcześniej do piekieł, i była założycielem nowej wiary. Oryginalny Pitagoras utonął pod legendami jakie na jego temat powstały w szeregu „pitagorejskich ewangelii”. Pomimo swego zwulgaryzowania religia-filozofia neopitagorejska była dużo bardziej elitarna niż np. chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo zorientowało się na masy, stąd też dziś czcimy „boskiego” Jezusa, a nie Pitagorasa, Mitrę czy innego „proroka nowej wiary”, jaki musiał się wyłonić z impotencji religijnej tradycyjnych religii starorzymskich. Rekonstrukcja pierwotnego pitagoreizmu jest zajęciem interesującym po pierwsze dlatego, że pomimo wielu legend jest pewna ilość materiałów źródłowych, które dają podstawy do rzetelnych badań [_1_], po drugie zaś dlatego, że związek krotoński, moim zdaniem, zasługuje na szczególną uwagę spośród szkół starożytnych. Dla mnie osobiście, jeśli idzie o starożytną historię filozofii, nauki, religii i etyki, pitagoreizm jest numerem jeden. Nie Sokrates, Platon, Arystoteles, stoicy, epikurejczycy, cynicy, sceptycy itd., lecz właśnie pitagoreizm przedkładam nad innych starożytnych myślicieli i sekty. Pitagoreizm swego czasu odegrał dużą rolę społeczną i intelektualną, a do dziś w naszej kulturze obecne są jego owoce.

Do Pitagorasa i pitagoreizmu nawiązywali później m.in. neoplatonicy, alchemicy, gnostycy, neopitagoreiczycy, numerologowie, hermetyści, różokrzyżowcy, okultyści, ruchy New Age, wolnomularze, Pico della Mirandola pitagoreizm odczytywał w świetle kabały.

W wolnomularstwie Pitagoras, obok Hirama (architekta i budowniczego świątyni Salomona), jest uznawany za głównego patrona duchowego ruchu masońskiego, przede wszystkim jako twórca elitarnego zakonu ezoterycznego, ale także ruchu polityczno-społecznego, co w działalności masonerii ma istotne znaczenie. Nowożytna masoneria była jedną z ważniejszych sił kształtujących, zwłaszcza poprzez wychowywanie i stymulowanie, wolnościowe przemiany ustrojowo-społeczne społeczeństw zachodnich. Jej znaczenie w wiekach XVIII i XIX było zbliżone do znaczenia związku krotońskiego w okresie staropitagorejskim, kiedy „myśl i praktyka działania pitagoreizmu nierzadko decydowała o politycznym i ustrojowym obliczu miast greckich południowej Italii”. Cicero był przekonany, że przy organizacji wielu instytucji rzymskiego życia publicznego wzorowano się na związkach pitagorejskich. Etyka i doskonalenie moralne były jednymi z najważniejszych aspektów działalności związków pitagorejskich, podobnie jest w masonerii, która pielęgnuje szczególną postać laickiej moralności. Nie tylko na tych podstawach można mówić, że istnieją podobieństwa między nowożytną masonerią a związkami pitagorejskimi. Stąd też niektórzy współcześni badacze (m.in. F. Cumont, J. Carcopino, G. Freyburger) wiążą ze sobą te nurty i stowarzyszenia. Z drugiej strony, jak wspomniano, także wolnomularze chętnie nawiązują do Pitagorasa (np. masońska konferencja w Rzymie zorganizowana była pod szyldem: „Pitagora 2000″; pewna amerykańska organizacja masońska dla młodzieży nosi nazwę „Rycerzy Pitagorasa”)

Część jednak wymienionych powyżej ruchów i nurtów ezoterycznych opierała się na legendarnym obrazie pitagoreizmu. Główny zarzut, jaki mi uczynił komentator, brzmi: „Autor nie dostrzega że esencją pitagoreizmu była ezoteryka, a we właściwym rozumieniu tego słowa oznacza to nic innego jak świętą naukę, która jednak z dzisiejszą materialistyczną nauką współczesności ma mało wspólnego, a raczej dzisiejsza nauka jest tylko przedsionkiem tego co wiedzieli pitagorejczycy, choć inaczej ujętym”. Twierdzę, że jest to: a) nieporozumienie (ezoteryka jako esencja), b) ignorancja (nieznajomość głębi współczesnej nauki), c) naiwność (pitagoreizm bardziej zaawansowanym systemem poznawczym niż współczesna nauka).

Co oznacza ezoteryka?

Duże znaczenie dla wyjaśnienia wielu nieporozumień związanych z pitagoreizmem mają kwestie terminologiczne. Nie ulega wątpliwości, że związek pitagorejski miał charakter ezoteryczny, mówi się też, że Pitagoras „szerzył doktrynę ezoteryczną”. Dziś z pojęciem tym, z racjonalistycznej optyki, wiąże się pejoratywne skojarzenia. Wynika to z faktu, że za ezoteryką, szczególnie obecnie modną, kryją się dziś na ogół różnej maści szarlatani i ich pseudonaukowe teorie. Ezoteryka nie oznacza wszelako jakiejś konkretnej doktryny czy systemu, lecz jest cechą formalną. Wiedza ezoteryczna, w przeciwieństwie do egzoterycznej, jest przeznaczona tylko dla wybranych. Związek ezoteryczny jest miejscem gdzie profan powinien poszukiwać owej „elitarnej” wiedzy i jeśli na nią zasługuje, dostąpi wtajemniczenia, na ogół poprzez specjalne rytuały, aby stopniowo mógł zgłębiać ową wiedzę. Ezoteryczność związku może też wiązać się nie tyle ze zdobywaniem w nim tajemnej doktryny, ale sposobu i metod jego działania, obrzędów, symboli itd. Jest naturalne, że w związkach tego rodzaju będą się skupiać zwłaszcza szarlatani różnej maści, gdyż nimb tajemności jest tarczą ochronną przed sceptykami i innymi niedowiarkami, którzy chcieliby ową wiedzę poddać racjonalnym próbom. Mogę sobie jednakże bez trudu wyobrazić różne oblicza naukowej, racjonalnej czy po prostu niepodszytej blagą ezoteryki. Takie związki ezoteryczne mogą powstawać wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z wiedzą, która nie powinna być znana szerokiemu ogółowi, oraz tam, gdzie sposoby i metody osiągania pewnych celów społecznie pożądanych, lepiej realizują się w towarzystwie tajności czy dyskrecji. Inna ezoteryka nie zasługuje na miano racjonalnej: co do zasady wiedza i działania powinny być maksymalnie jawne, transparentne, ekshibicjonistyczne. Ideał oświeceniowy głosi, iż wiedzę należy czynić maksymalnie powszechną i dostępną.

W takim ujęciu kwestii terminologicznej sprzeciwiłbym się też tezie, iż wiedza ezoteryczna to koniecznie najbardziej zaawansowana, wręcz „boska”, dotykająca najgłębszych problemów człowieka i świata. Otóż nie, ezoteryczną nazwałbym wiedzę utajnionej receptury jakiejś potrawy czy piwa, przekazywanej np. w ramach rodziny, z ojca na syna. Nierzadko zresztą towarzyszą temu swoiste obrzędy czy zasady, w jakich wiedza ta jest przekazywana, które mogą być uznane za odpowiednik sformalizowanego wtajemniczenia np. w sektach ezoterycznych. Węższym od ezoteryzmu określeniem wiedzy tajemnej będzie „okultyzm” — pojęcie związane z wiedzą tajemną o siłach i zjawiskach nadprzyrodzonych, nadzmysłowych (warto jednak dodać, że pojęcie to etymologicznie związane jest z łacińskim słowem occulere ‚ukrywać, zatajać’; z kolei pojęcie „ezoteryczny” związane jest z greckim słowem esõterikós ‚wewnętrzny’).

Mogę sobie wyobrazić także naukową organizację ezoteryczną. Otóż wyobraźmy sobie, że kiedyś gdzieś pewna grupa naukowców dochodzi do przekonania, że pewne odkrycia, badania czy ogólnie nauka jako taka jest „bronią” zbyt potężną, aby można było ją czynić w całości powszechnie dostępną. Nasza hipotetyczna grupa naukowców-humanistów dochodzi do przekonania, że określone odkrycia, efekty prac w laboratoriach, dociekania mogą nie sprzyjać szczęściu ludzkości lub też, że istnieje zbyt łatwa możliwość ich katastrofalnie nieodpowiedzialnego zastosowania, a przecież rozwój nauki i techniki, jak się czasami dziś słyszy, nie idzie w parze z rozwojem moralno-etycznym. Jednak w związku z tym, że powstrzymanie nas od pasji badania, dociekania, odkrywania jest absolutnie niemożliwe, gdyż nasza naukowa natura nie uznaje kompromisów z ciekawością, zakładamy przeto ezoteryczny związek naukowo-etyczny, w ramach którego adepci będą się doskonalić naukowo i etycznie, oraz poznawać najgłębsze tajemnice świata i człowieka. Nie wnikam w to, czy byłoby to moralnie fair wobec ludzkości, ani też, czy związek taki mógłby efektywnie funkcjonować. Mogę sobie wyobrazić argumenty zarówno na tak, jak i na nie, jednak niewątpliwie mogę sobie wyobrazić „naukową ezoterykę”.

Uwypuklenie znaczenia szerokiego, ahistorycznego, formalnego ezoteryki, daje nam lepsze wyjaśnienie dlaczego tak wiele doktryn ezoterycznych nawiązywało do Pitagorasa. Jeśli były to często nawiązania oparte na legendach lub na formalnym charakterze związku krotońskiego, to oczywistym jest, że faktyczne związki pitagoreizmu ze szkołami, które się nań powoływały na przestrzeni wieków, mogą być nikłe, powierzchowne lub zgoła żadne.

Często tak się dzieje, że „uhistorycznienie” określonego pojęcia utrudnia nam ujęcie jego istoty, bowiem dane pojęcie kojarzy się nam przede wszystkim z jakimś swoim historycznym odniesieniem. Jan Skoczyński podkreśla to w odniesieniu do „gnozy”: gnoza uhistoryczniona kojarzy się przede wszystkim z początkami chrześcijaństwa i gnostycznymi sektami chrześcijańskimi. Jest to jednak ujęcie wąskie. W ujęciu ahistorycznym definiuje Skoczyński gnozę jako rodzaj poznania, w którym dominuje czynnik emocjonalny; staje się więc gnosis wypadkową napięcia między biegunami wiedzy i wiary, wyrazem ogólnoludzkiej tęsknoty osiągnięcia wyższej jedności między wiedzą i wiarą. Poznanie gnostyczne będzie miało charakter jednoczącego, miłującego, służącego. Będzie tym samym różne od „poznania diabolicznego”, czyli naukowego, od episteme, które „dzieli i rozbija”, służy beznamiętnemu i rozumnemu opisowi rzeczywistości. Takie ujęcie gnozy pozwala Skoczyńskiemu doktrynę Jana Stachniuka (tzw. kulturalizm) określić mianem „polskiej neognozy” [_2_].

Numerologia a numerozofia

Nie przeczę bynajmniej, że związek krotoński można określić ezoterycznym, że pielęgnował „świętą naukę” i w moim tekście dałem temu niejednokrotnie wyraz. Problem w tym, że owe „święte nauki” poddałem racjonalnej analizie, racjonalistycznemu zachwytowi, a przede wszystkim, że wyraźnie odciąłem je od niemal całej późniejszej i współczesnej „ezoteryki”, jako w gruncie rzeczy dość prymitywnych i naiwnych zabaw dla ludzi z rozbudzoną fantazją, niezdyscyplinowanych intelektualnie, ale z potrzebami poznawania i rozumienia, acz bez solidnego zaplecza wiedzy niedostępnej owym „ezoterystom” przez fakt jej zaawansowania, czyli wiedzy naukowej. Współczesna „ezoteryka” jest wyjątkowo zwulgaryzowana — „wtajemniczenia” można dostąpić na seansie u pani Zosi vel Adelajdy za określonym „co łaska”. Jest bowiem „ezoteryka” dziś głównie modnym towarem niuejdżowym dla znudzonych gospodyń. Aby ocenić współczesną „ezoterykę” wystarczy się udać do jednej z większych księgarń ezoterycznych… Eksponowanie ezoteryczności związku pitagorejskiego mogłoby się przyczyniać do nieporozumień, a moim zdaniem fakt jego otoczenia tajemnością czy istnienia w nim wtajemniczeń nie jest kluczowo ważny dla zrozumienia jego istoty i znaczenia.

Wiedza „ezoteryczna” pitagorejczyków była związana z liczbami, jednak nie była to żadna numerologia, jak się czasami pisze, gdyż badania związane z liczbami miały u pitagorejczyków zasadniczo naukowe podłoże w zdrowym sensie tego słowa. Numerologia natomiast docieka liczbowej natury człowieka, uczy, jak za pomocą liczb wpływać na nasze życie, jest swoistą psychologią liczb i systemem wróżebnym. W słowniczku numerologa szalenie ważne jest pojęcie „wibrowania”, które wyjaśnia związek liczb z naszą naturą i osobowością: otóż, mówią numerologowie, jesteśmy zbudowani z atomów w których wirują elektrony, a cyfry i litery na jakich operują numerologowie po prostu „odzwierciedlają kształt tych wibracji, opisując go w formie ludzkich zachowań”.

Poddawszy się numerologicznym testom dowiedziałem się paru miłych banałów na swój temat, z których część była „prawdziwa”, a część „nieprawdziwa” (w dobrodusznej interpretacji mogę uznać, że jeszcze nie całość numerologicznej prawdy o mojej osobie została przeze mnie odkryta). Sumując cyfry daty mojego urodzenia i dokonując tzw. redukcji teozoficznej, dowiedziałem się, iż jestem numerologiczną Czwórką. Czwórka, jako liczba mojej karmy, oznacza, że osiągnę w życiu sukces, że jestem ambitny i wytrwale dążę do celu; że moje marzenia wykraczają poza przeciętność; że moją domeną jest umiejętność logicznego i analitycznego a także zdroworozsądkowego myślenia, tudzież inteligencja; że mam dobrze rozwinięte poczucie moralności i sprawiedliwości; że irytuje mnie rozmowa o niczym a jako osoba o materialistycznym podejściu do życia „rozważania duchowe” pozostawiam innym; że najlepiej odnalazłbym się w zawodzie urzędnika, księgowego tudzież mechanika, jednak i żołnierz byłby ze mnie niezgorszy. Wiem wreszcie, że moja optymalna partnerka powinna być numerologiczną Dwójką, Szóstką bądź Siódemką.

Numeroanaliza własnej osobowości zawiera kilka aspektów (m.in. liczba przeznaczenia, osobowości, serca, wyrazu; powinniśmy jednak zwrócić uwagę, że pomiędzy numerologami występują tutaj pewne dystynkcje terminologiczne, np. pani Natasza, numerolożka Radia Zet, dwie ostatnie określa mianem — Liczby Duszy i Liczby Ekspresji Zewnętrznej). W badaniu mej osobowości odkryłem drobne nieścisłości zachodzące na poziomie poszczególnych aspektów numerologicznych. I tak, jeden orzekał, że jestem stały i odpowiedzialny, inny — żem niestały i w sumie lekkomyślny; jeden twierdził, że jestem sybarytą, duszą towarzystwa, inny przekonywał, że jestem nierozumianym przez otoczenie dziwakiem, którego bardziej kręci wiedza tajemna niż życie towarzyskie. Niedowiarkom od razu wyjaśniam, że jest wyjaśnienie tych pozornych sprzeczności: „Liczbę tę [osobowości] jednak należy zawsze rozpatrywać w łączności z Liczbą Urodzenia i z etapami Drogi Życia, bacząc czy te wibracje są zharmonizowane, czy wspierają się i wzmacniają, czy może odwrotnie: tworzą dysonans, specyficzne wyzwanie domagające się od nas indywidualnego sposobu przezwyciężenia uosabiających nas sprzeczności”. (Jeśli w zrozumieniu sensu owego wyjaśnienia przeszkodą jest specyficzny żargon „ezoteryczny”, informuję, że rudymenty numerologii można zdobyć via Internet.) Oto wyjaśnienie, jakiego nie powstydziłby się i najlepszy apologeta biblijny!

Numeroanaliza nie jest sztuką dla sztuki, albowiem ogląd liczbowy samego siebie pozwala nam dokonywać „świadomej już korekty losu przy pomocy technik numerologicznych”. Ważną sprawą jest jednak konsultacja z biegłym numerologiem ewentualnego planu zmiany imienia czy nazwiska, bo nieświadom numerologicznego aspektu tej czynności mogę sobie przysporzyć nieopisanych szkód. Wraz ze zmianą nazwiska zmienia się przecież Portret Numerologiczny osoby, który wiąże się z liczbową reprezentacją tej nazwy własnej, a tym samym z jej „wibracją” (tzw. WWW — Wibracja Wyrazu Własnego), cokolwiek to znaczy. W odpowiedzi na pytanie: jak to możliwe? — otrzymujemy ezoteryczny wymiar numerologii. Otóż: „Tu właśnie dopatrywać się trzeba jednej z wielkich tajemnic i zagadek numerologii — pisze pewna numerolożka — która, ujmując w precyzyjne obliczenia liczbowe cały „mikrokosmos” człowieka, stwarza metaforyczny obraz jego motywacji, ukrytych dążeń, predyspozycji, działań, oceny przez innych itd., co zbliża ją raczej do poezji i dywinacji niż do nauki. Duch czasu podpowiada jednak coraz wyraźniej, że nauka — przy całym uznaniu dla jej zasług — straciła monopol na dociekanie Prawdy, a racjonalistyczne dziedzictwo Oświecenia coraz częściej ustępuje miejsca tzw. nowemu paradygmatowi — który pełnymi garściami czerpie z na nowo docenionych zasobów różnorodnych tradycji duchowych Zachodu i Wschodu, z mitologii (…), a także z magii, szamaństwa i gnozy”.

Jako redaktor Racjonalisty otrzymałem ponadto informację tej treści: „Zamiłowanie do perfekcji może ich zaprowadzić daleko, ale cel osiągają samotnie — współpracownicy dawno już odpadli gdzieś po drodze, nie mogąc wytrzymać narzuconego tempa”. Jakże więc bym mógł dać wiarę takim „wróżbom”!?…

Pomimo, że numerologowie powołują się na Pitagorasa jako na jednego ze swych najważniejszych protoplastów, jest to jednak uzurpacja. Znacznie bliższa jest numerologia np. tradycji wedyjsko-chaldejskiej czy żydowskiej kabale z jej gematrią i kodami numerycznymi, niż pitagoreizmowi. Dla podkreślenia tych różnic, pitagorejską „świętą naukę” o liczbach nazwałem numerozofią.

Wiedza tajemna pitagorejczyków

Na czym polegała numerozofia? Była przede wszystkim kwintesencją ich wiedzy ezoterycznej, swoistą mistyką liczb. Pra-zasadą świata jest liczba, wszechświatem rządzić mają liczby, odkrywanie liczbowych stosunków tworzących rzeczywistość jest najdoskonalszym sposobem wtajemniczenia i poznania.

Ezoteryczność tej wiedzy to nie tyle fakt ukrywania nauk i doktryny, co przede wszystkim przekonanie, iż stanowi ona najgłębsze tajemnice wszechświata. Wydzierając przyrodzie jej tajemnice, możemy nad nią zapanować. Rozumienie racjonalnej struktury wszechświata przyczynia się do oczyszczania duszy, która zarazem sama staje się coraz bardziej racjonalna. Studiowanie racjonalnej i uporządkowanej struktury wszechświata, zamiast jego irracjonalnej i chaotycznej powłoki, ma moc wyzwalania duszy z ciała [_3_]. Nie tyle przypomina to nam mistykę np. kabalistyczną, co Einsteina „kosmiczne uczucie religijne”, o którym pisał: „Religia przyszłości będzie religią kosmiczną. Przekroczy ona osobowego Boga i odrzuci dogmaty i teologię. Będzie opierać się na religijnym zrozumieniu, wypływającym z doświadczania natury i duchowości jako pełnej znaczenia jedności”, „jestem usatysfakcjonowany tajemnicą wieczności życia i spojrzeniem na cudowną strukturę istniejącego świata, wraz z pełną oddania próbą pojęcia choćby maleńkiej części Rozumu, który ukazuje się w naturze”.

Jeśli chodzi o tajemność samych odkryć, to krążyło podanie o tym, jak jeden z adeptów sekty został utopiony, gdyż wyjawił profanom pewne odkrycia związane z liczbami (niewymiernymi). Nie wiadomo jednak, na ile wiarygodne a na ile legendarne są to podania. Nauki i poglądy pitagorejskie były szeroko popularyzowane w świecie starożytnym (m.in. przez Platona). Jeden z czołowych znawców pitagoreizmu, Jerôme Carcopino, pisał nawet, iż w szczytowym okresie swojej popularności nad Tybrem, na przełomie er, wszyscy Rzymianie byli po trosze pitagorejczykami, a elementy nauk Pitagorasa można było odnaleźć w doktrynach większości szkół filozoficznych. Być może więc ezoteryzm pitagoreizmu należy przede wszystkim rozumieć jako badanie tajników przyrody, do której zgłębiania potrzeba było pracy w ramach związku pitagorejskiego poprzedzonej obrzędową inicjacją, przede wszystkim jednak indywidualnego wysiłku intelektualnego i dyscypliny.

Po owocach ich nauk poznacie ich…

Mocno należy podkreślić, że pitagorejskim spekulacjom i symbolicznym skojarzeniom towarzyszyły także naukowe badania liczb i stosunków między nimi oraz ich manifestacji w przyrodzie. Przecież samo odwoływanie się do liczb nie może stanowić głębszej nici łączącej nawet krańcowo różne rodzaje fascynacje liczbami. Już przed pitagorejczykami kapłani zajmowali się liczbami symbolicznie, rachmistrze i geometrzy zajmowali się nimi praktycznie. Wielkość pitagorejczyków polegała na tym, że, jak pisze Tatarkiewicz, „umieli znaleźć drogę naukową pomiędzy symboliką a praktyką”. Zatem, obok rozwiniętej symboliki liczbowej, dokonywali oni weryfikowalnych odkryć matematycznych (zwłaszcza tzw. twierdzenie Pitagorasa), naukowych typologii (m.in. liczby parzyste i nieparzyste), odkryć liczbowych stosunków w świecie przyrodniczym (m.in. stosunki liczbowe między interwałami harmonicznymi w muzyce). Słusznie więc podkreśla Tatarkiewicz: „skłonność do… spekulacji ogarnęła pitagorejczyków w późniejszych generacjach, bodaj dopiero pod wpływem Platona. Ich oryginalny sposób myślenia wyraził się raczej w empirycznych, ściśle naukowych badaniach przyrody”.

Tymczasem numerologowie, z ich luźnymi asocjacjami i wariacjami na temat liczb, nie dokonali jak dotąd ani jednego choćby maciupeńkiego odkrycia matematycznego, żadnej właściwości liczbowej, którą dałoby się dowieść inaczej niż stwierdzeniem: „jest to niedocieczona tajemnica”. Mało osób zdaje sobie sprawę z tego, że zasługa pitagorejczyków nie polega na „odkryciu twierdzenia Pitagorasa”. Właściwość ta znana była już ponad tysiąc lat przed Pitagorasem w Babilonii. Jednak dopiero pitagorejczycy przedstawili jego niepodważalny dowód i wyjaśnienie [_4_]. Z kolei w pracach domniemanych następców Pitagorasa spod sztandaru numerologii czy innej ezoteryki, można szukać wszystkiego prócz dowodów ich spekulacji na liczbach. „Dowód” to tabu numerologów, dla którego tarczą jest ezoteryka.

Kontynuacją pitagorejskiej „świętej nauki” o liczbach nie była numerologia, kabała czy inna późniejsza ezoteryczna nauka związana z liczbami, lecz naukowa matematyka oraz odkrywanie istniejącego faktycznie matematyzmu przyrody. Ten ostatni, jako paradygmat naukowy, jest jednym z fundamentów współczesnej nauki, który do dziś budzi zachwyt badaczy. Jak podkreśla Jacob Bronowski: „Odkąd Pitagoras stwierdził, że liczby są językiem przyrody, jej prawa wyrażano zawsze za ich pośrednictwem” [_5_].

Wiedza święta a wiedza profańska

Mój krytyk odnosząc pitagoreizm do współczesnej nauki stwierdził, że święta nauka pitagorejczyków nie ma wiele wspólnego z „materialistyczną nauką współczesności”, oraz że owa profańska nauka jest tylko przedsionkiem tego co wiedzieli pitagorejczycy. W ocenie swej Kosela sprawia wrażenie, iż jego znajomość współczesnej nauki zatrzymała się na poziomie mechaniki Newtona. Jednak współczesna nauka zawiera w sobie niezwykłe piękno, głębię, szereg tajemnic, majestatu i niezwykłości. Nie bez przyczyny Edward Wilson w swej Konsiliencji stwierdził: „Nauka oferuje dziś najśmielszą metafizykę naszych czasów”. Jeśli nie jest ezoteryczna de iure, to niewątpliwie poprzez swe zaawansowanie w poważnej mierze jest taką de facto: aby ją poznać należy dostąpić (nierytualnego) wtajemniczenia, dla którego potrzeba wiele wysiłku i pracy. Przy czym można uznać, że do wtajemniczenia nie wystarczą same chęci, gdyż zbyt duże lenistwo oraz za niski stopień inteligencji uniemożliwiają poznanie większości współczesnej nauki o świecie i człowieku. Przy wtajemniczeniu w tę „naukową ezoterykę” wtajemniczenie w ezoterykę niuejdżowo-nienaukową jest jak wyprawa po bułki do sklepu względem założenia własnej piekarni.

Podobnie należy się odnieść do twierdzenia o rzekomej niezwykłości pitagoreizmu w porównaniu ze współczesną nauką. Rozumiem, że ludzka natura lubuje się w sensacjach, tajemnicach, cudach, lecz rzeczywistość jest na ogół dużo bardziej prozaiczna. Przypisywanie starożytnym i różnym związkom ezoterycznym posiadania wiedzy tajemnej, niesamowicie zaawansowanej czy nawet takiej do której nasza współczesna wiedza „oficjalna” ma jeszcze daleko, jest dziś szczególnie modne, zwłaszcza wśród różnej maści fantastów i mitomanów. Na tym przecież po części bazuje daenikenizm, fascynacja św. Graalem czy Atlantydą, legendy związane z masonerią i wiele innych awanturniczych hipotez. Dla takich ludzi masoneria, będąca zakonem etyczno-filantropijnym, jest tajną organizajcą sterującą światem i od czasu do czasu urządzającą satanistyczne orgie. Jednak bez posiadania dowodów opinie takie są jedynie czczymi spekulacjami. Zgodzimy się, że „święta wiedza” pitagorejczyków była imponująca, w dużej mierze wyprzedzała swą epokę (zwycięski heliocentryzm renesansowy zapoczątkowany został przecież już u pitagorejczyków i w kościelnych potępieniach ujmowany był często jako „system pitagorejski”), że odznaczała się oryginalnością i pionierskością – i to stanowi o jej wielkości i niepodważalnym szacunku na jaki zasługuje także dziś. Nie przekonuje jednak twierdzenie o jakiejś jej absolutnej doskonałości, niezrównaniu, gdyż w zestawieniu z wiedzą współczesną jest bardzo skromna i czasami nieporadna, np. twierdzenia o sumie kątów w trójkącie dowodzili oddzielnie dla trójkątów równobocznych, równoramiennych, nierównoramiennych. Tylko oceniając ich wiedzę z punktu widzenia ich epoki mogą budzić nasz podziw.

Controversiae

Mojemu szkicowi na temat pitagorejczyków zarzucono „wybiórczą interpretację faktów”. Zarzut ten jednak został mizernie uzasadniony. Napisano, że Teano była żoną Pitagorasa, a to przecież nie jest pewne, pisze krytyk. Pomijam już fakt, iż jest to zagadnienie w mojej pracy więcej niż marginalne, jednak uważny czytelnik zauważy, że nieco wyżej napisałem, że praktycznie nic pewnego o Pitagorasie nie można powiedzieć. Następujące dalej twierdzenia na temat Pitagorasa należy więc odczytywać przez pryzmat tego zastrzeżenia. Analiza pożycia małżeńskiego mędrca z Krotony nie była czymś co miałoby znaczenie dla mojego szkicu, zwłaszcza, że nie pisałem przecież książki na temat pitagoreizmu, lecz artykuł, który wyszedł i tak nazbyt długi.

Kolejnym moim błędem miało być pomylenie rozłamu ze stopniami inicjacji. Oto kolejne nieporozumienie. Napisałem, że podział na tzw. akuzmatyków i matematyków w łonie pitagoreizmu był wyrazem rozłamu, jaki się dokonał w V w. Grupę akuzmatyków utożsamiłem z nurtem, który przywiązany był przede wszystkim do mistycznego aspektu pitagoreizmu. Z kolei matematycy mieli być tymi, którzy na pierwszym planie stawiali naukę i badania. Matematycy mieli być też jądrem szkoły krotońskiej. Komentator zarzucił mi, iż podział na akuzmatyków i matematyków nie był wyrazem żadnego rozłamu, lecz stopni wtajemniczenia: akuzmatycy mieli być swoistym pitagorejskim nowicjatem zakonnym, adeptami, którym przekazywano jedynie egzoteryczne formuły i alegoryczne treści; zaś matematycy mieli stanowić drugi stopień wtajemniczenia, który, wedle krytyka, polegać miał na objaśnianiu alegorii i symboli. A gdzie badania i nauka? Detal, który umknął mojemu miłośnikowi ezoteryki, który to jest święcie przekonany, że tajemna wiedza pitagorejczyków zasadzała się na objaśnianiu alegorii i symboli… Nawet z tą ułomnością miałby ten zarzut pewien sens, gdyby nie fakt, że …o istnieniu takich właśnie stopni wtajemniczenia wyraźnie pisałem w moim „Bractwie pitagorejskim”, krąg ścisły, wewnętrzny określając mianem pythagoreioi, zaś krąg zewnętrzny – mianem pythagoristai. Co więcej, napisałem także, że na podstawie Jamblicha podział ten możemy utożsamić z podziałem na matematyków i akuzmatyków [_6_]. O ile istnienie owych dwóch zasadniczych stopni wtajemniczenia nie podlega wątpliwościom w moim tekście, o tyle samo utożsamienie tych stopni z matematykami i akuzmatykami nie jest niewątpliwie. Opinię o tym, że nie jest to tożsame zaczerpnąłem od Tatarkiewicza, który pisał: „W V w. dokonał się w związku rozłam: na akuzmatyków i matematyków. Pierwsi chcieli pielęgnować w związku ducha orfickiego i przylgnęli do jego tradycji mistycznych i sakramentalnych; drudzy, nie porzucając związku ani wiary akuzmatyków, chcieli jednakże być przede wszystkim ludźmi nauki i na tym polu służyć związkowi. U pierwszych górę wzięły mistyczne tajemnice, u drugich — dążność do racjonalnych wyjaśnień. Ci przetworzyli związek religijny w szkołę naukową” [_7_].

Gdyby nawet upierać się, że taki rozdział nie istniał równolegle (a wątpię, czy można wysuwać takie hipotezy), to chyba trudno byłoby nie zauważyć, że istniały różne fazy rozwojowe pitagoreizmu, które wyrażały tendencje takie, jakie ukazaliśmy za pomocą podziału na matematyków i akuzmatyków. Pierwszą fazą był okres staropitagorejski, który cechował się największym ładunkiem religijnym związku, który podówczas także stanowił potęgę polityczną. Drugi był tzw. okres młodopitagorejski (albo średniopitagorejski), kiedy to religijne i polityczne wątki uległy osłabieniu a na czoło wysunęły się zadania naukowe. Temu to właśnie okresowi związek pitagorejski zawdzięcza swe poczesne miejsce w dziejach nauki i filozofii. Okres młodopitagorejski można dalej podzielić na fazę, w której dominowały badania empiryczne, oraz fazę poplatońską, kiedy na czoło wysunęły się dociekania spekulacyjne. Okres trzeci, przypadający na I w. p.n.e. i I w. n.e., to okres neopitagorejski, który związany był ze wzmożonymi nastrojami religijnymi i eschatologicznymi społeczeństwa rzymsko-greckiego. W stosunku do okresu młodopitagorejskiego, zwłaszcza fazy badań empirycznych, była to degradacja, uwstecznienie.

Abstrahując od faz rozwojowych, można powiedzieć, że jeśli ja przytaczam oba poglądy na znaczenie podziału na akuzmatyków i matematyków, to zarzut jaki sformułował Kosela, jego absurdalność, praktycznie dyskredytuje go nie tylko jako poważnego krytyka, ale i jako rzetelnego czytelnika. Czytanie ze zrozumieniem jest cechą, której brak jest szczególnie uciążliwy we współczesnych społeczeństwach, i to już na poziomie instrukcji obsługi sprzętu gospodarstwa domowego, cóż więc dopiero kiedy mowa o tekstach nieco bardziej zaawansowanych…

Jakby tego było mało, wziął się na końcu komentator za wytykanie mojego niezrozumienia istoty także i neopitagoreizmu, którego esencją był eklektyzm. Pomijając fakt, że na wstępie odkreśliłem, że poza moim zainteresowaniem jest neopitagoreizm, czyli nie można się spodziewać, że poświęcę mu jakieś pogłębione analizy, godzi się zauważyć, że akurat eklektyzm tego nurtu podkreśliłem expressis verbis

Kończąc mój kolejny szkic poświęcony pitagoreizmowi, zachęcam czytelników Racjonalisty do szczególnego zainteresowania tą szkołą antycznej myśli, której odkrywanie jest tyleż frapujące co inspirujące. Bez wątpienia możemy odebrać „ezoterystom” Pitagorasa i twórczo przyswoić go nurtowi racjonalistycznemu…

 

 

 

Spór o Pitagorasa

Autor tekstu: Mariusz Agnosiewicz

 

Polecam wcześniej zapoznać się z poprzednimi tekstami o pitagoreizmie:
1. Bractwo pitagorejskie (plus komentarz Andrzeja Koseli)
2. Pitagorejska ezoteryka racjonalna (plus polemika Andrzeja Koseli)

Spis treści:
Krytyczne i konstruktywne podejście do źródeł
Możliwość porozumienia racjonalisty z neopitagorejczykiem
Porządki pojęciowe
Czy Pitagoras został ubóstwiony?
Rytuały wtajemniczenia
Symbolika
Triumf akuzmatyków
Związki pitagoreizmu z innymi szkołami
Wschodni depozyt
Pitagoreizm redivivus!

*

Nepitagorejczyk Andrzej Kosela, z jakim mam przyjemność polemizować na pitagorejski temat, był łaskaw szerzej przedstawić siebie i swoje postrzeganie pitagoreizmu. Wyjaśnienie, iż odcina się on od nowomodnej „ezoteryki” jest dla mnie ważną informacją, gdyż jednym z istotniejszych motywów moich prezentacji pitagoreizmu „starej szkoły” było wykazanie absurdalności powoływania się nań zwłaszcza przez adeptów „wiedzy tajemnej” spod znaku New Age, którzy ostentacyjnie gardzą rozumem i wyjaśnieniami racjonalnymi zjawisk. Były te teksty odpowiedzią na takie z głupoty lub bezlczeności się biorące uzurpacje szarlatanów:

Jak powszechnie wiadomo, Pitagoras stworzył koncepcję opartą na stwierdzeniu, że liczby posiadają pewną magnetyczną siłę, oddziałującą na osobowość i zachowanie człowieka. Początkowo jego teoria znana była jedynie nielicznym, głównie w krajach Orientu. Dziś naszą wiedzę na ten temat znacznie wzbogaciły odkrycia takich naukowców jak dr. Jordan z instytutu Nauk Numerologicznych w Kalifornii, a także licznych badaczy — numerologów angielskich i amerykańskich. Numerologia została powszechnie uznana jako odrębna dziedzina wiedzy, a jej praktyczne zastosowanie pozwala w dokładny i trafny sposób określić charakter, osobowość, a nawet przeznaczenie danej osoby.” (Ezoteryka – Numerologia)

Nawet dziewczęta z pewnego kółka matematycznego powtarzają na swych stronach dezinformujące tezy numerologów: „Ojcem numerologii był Pitagoras, który twierdził, że liczby mają magnetyczną siłę, która wpływa na charakter i los człowieka. Ukryte w liczbach wibracje łączą się z całym Kosmosem, z planetami i ludźmi, z którymi się stykamy. To od wysyłanych przez nas fal zależą kontakty z bliskimi, znajomymi, współpracownikami wreszcie.” Jeśli zgodzimy się ze Steinerem, iż staropitagorejska mistyka liczb uległa z czasem spłyceniu w nurcie pitagorejskim, to powyższe opinie są niczym innym jak karykaturą. Odpowiedzmy im słowami Galileusza: „aby tajemnice, na podstawie których Pitagoras odnosił się wraz ze swoją szkołą z takim szacunkiem do nauki o liczbach, miały być owymi głupstwami płynącymi z ust i pism pospólstwa, w to żadną miarą uwierzyć się nie da” [_1_].

Mam nadzieję, że mój krytyk nie uważa moich tekstów na temat pitagoreizmu za równie wypaczające istotę rzeczy. W każdym jednak razie moje stanowisko potrafię obronić i udowodnić — nawet jeśli nie niepodważalnie, to w sposób, który skłoni do uznania go za najbardziej prawdopodobne i płodne intelektualnie.

Krytyczne i konstruktywne podejście do źródeł

Ja piszę o pitagoreizmie w wyrazie mojego zafascynowania tą szkołą, ale jednak z pozycji zewnętrznego obserwatora, z kolei mój polemista pisze z punktu widzenia wyznawcy. Rzetelny wyzawca, który bada historię swojej doktryny, musi stale mieć na baczności niebezpieczeństwo bezkrytycznego stosunku do materiałów źródłowych. Łatwo bowiem można za dobrą monetę brać pisma starożytnych pitagorejczyków, które nazbyt koloryzują bądź służą uzasadnieniu „prawa sukcesji” po wielkich poprzednikach, zwłaszcza jeśli to pasuje do naszego obrazu pitagoreizmu (a każdy wyznawca ukuwa taki bardziej lub mniej subiektywny obraz dla własnych potrzeb). W naszym przypadku jest to o tyle ważne, iż mój oponent krytykuje moje analizy i tezy z punktu widzenia neopitagoreizmu, który według mnie (i nie tylko) najbardziej przyczynił się do wypaczenia obrazu pierwotnego pitagoreizmu. Niestety, nie wszyscy „wielcy” znawcy pitagoreizmu bądź pitagorejczycy mieli wystarczająco krytyczne nastawienie. Jedną z niewielu prac poświęconych krytycznej analizie materiałów źródłowych na temat pitagoreizmu jest Sodalicium sacrilegii. Pitagorejczycy w Rzymie w okresie republiki: fakty i mity (Toruń 1998) Danuty Musiał, w której autorka w szczególności ponownie rozważa dorobek „najwiekszego” bodaj znawcy pitagoreizmu — Jerôme Carcopino, na którego powołuje się wielu innych badaczy. Pisze, iż w przypadku Carcopino można mówić nie tyle o jego badaniach pitagoreizmu co o „wizji” pitagoreizmu (który był mu bardzo bliski osobiście). Kwestia krytycznego podejścia do źródeł musi stale wisieć nad naszymi poglądami na ten temat, zwłaszcza zaś odnośnie okresu „starej szkoły”. W razie jakichkolwiek wątpliwości co do danego świadectwa należy zadać sobie pytanie: z jakiej perspektywy piszący mógł zniekształcić obraz rzeczywistości?

Odrzucam przy tym pogląd jakoby jedyne co było nam dziś dostępne o Pitagorasie to „legendy, spekulacje i mniejsze lub większe przekłamania”. Taką sytuację mamy odnośnie rzekomego twórcy chrześcijaństwa, natomiast w przypadku Pitagorasa po pierwsze dysponujemy większą ilością materiałów źródłowych, po drugie zaś wcześniej od jego śmierci powstały pierwsze prace na jego temat z aspiracjami obiektywności. Jeszcze więcej można powiedzieć o samej szkole krotońskiej. Pogląd o zupełnej niepewności naszych informacji o wczesnym pitagoreizmie może być wykorzystywany jako przepustka dla uzurpatorów snujących na jego temat fantastyczne spekulacje.

Przyjmując najgorszy wariant: zupełnej niewiarygodności zachowanym źródłom, nasza polemika zostaje sprowadzona do prezentacji dwóch konkurencyjnych wizji pitagoreizmu…

Możliwość porozumienia racjonalisty z neopitagorejczykiem

Zarówno mój polemista, jak i ja deklaratywnie przyjmujemy optykę racjonalistyczną, ale pomimo tego nasze podejście jest bardzo różne. Dla Andrzeja Koseli racjonalizm to „czysta intelektualna nauka i wiedza” „nieskażona przez materializm”. Dla mnie „skażenie materializmem” nie jest wynikiem przyjęcia określonego paradygmatu, lecz konsekwencją racjonalistycznego przywiązania do uzasadnień i dowodów dla przyjmowania poglądów na określony temat. Sądzę wszelako, iż podział na materializm i idealizm w pryzmacie współczesnej nauki cokolwiek się zaciera, z pewnością nie ma już tego znaczenia co w starożytności. W każdym bądź razie najbardziej naiwny idealizm wiążę z teizmem, zwłaszcza w jego monoteistycznym wydaniu. Niektóre idealistyczne interpretacje pitagoreizmu (np. R. Steinera) czy innych „ścieżek duchowych” oceniam pozytywnie co najmniej z estetycznego punktu widzenia. Jestem racjonalistą sceptycznym otwartym na nowe doznania intelektualne.

W pewnej części cała ta polemika jest zupełnie bezprzedmiotowa: jeśli z pobudek światopoglądowych twierdzi się, że istnieje pewna wiedza na temat pitagoreizmu, której ja znać nie mogę jako czowiek egzoteryczny (o znaczeniu symboli, naukach, racjonalnych przesłankach wiedzy okultystycznej), to uczciwość intelektualna wymagałaby podejmować polemiki tylko na temat treści, które oponent uznaje za egzoteryczne. Na wskroś nieuczciwa jest taka postawa w której się twierdzi: Jesteś w błędzie, musisz mi uwierzyć na słowo. Taka argumentacja względem racjonalisty jest wadliwa i nieskuteczna.

Porządki pojęciowe

Jeśli chcemy jakoś określić filozofię liczb pitagorejczyków, to nawet jeśli kiedyś mogła to być numerologia, jako po prostu „nauka o liczbach”, to w obliczu kradzieży i upowszechnienia tego pojęcia przez współczesnych szarlatanów, używanie tego określenia dla systemu pitagorejskiego jest szkodliwe, bo jest dezinformujące i może de facto legitymować szarlatanów. Dlatego właśnie według mnie należy używać pojęcia numerozofia.

Ponadto sprzeciwiłbym się utożsamianiu pojęć ezoteryka i okultyzm, nawet jeśli etymologicznie czy historycznie były ze sobą ściśle związane. Sądzę, że ezoteryka powinna być pojęciem szerszym, zaś dla okultyzmu zarezerwowałbym tę ezoterykę, która związana jest z magią, parapsychologią itp., nawet jeśli według niektórych magia czy parapsychologia mają racjonalne podstawy (mam nadzieję, że ich legitymacją jest coś więcej niż hipotezy Mesmera). Chętnie się dowiem dlaczego stworzenie bomby atomowej było „wynalazkiem paru adeptów czarnej magii” czy też poznam okultyzm jako „czystą i pełną naukę o przyrodzie”, jednak na wypadek nieuleczenia mojej ignorancji uznałbym powyższe kryteria pojęciowe za użyteczne i porządkujące. Natomiast nie uważam za sensowne wyróżnianie „prawdziwej” i „fałszywej” ezoteryki, jak czyni to mój oponent.

Komentator wiele pisze o domniemanym „biopolu”, o którym ja nic nie wiem. Jednak wyjaśnianie za jego pomocą zjawisk naturalnych wydaje się słabo uzasadnione. Powstawanie wizji, zjaw czy różnych projekcji w „odmiennych stanach świadomości” przypisać możemy deprywacji sensorycznej (zob. więcej: str. 1955, 2116, 2153), a nie rzekomej „wyobraźni wszechświata”, „Human Energy Field”, czy jak nazwać to ezoteryczne „biopole”. Za pomocą współczesnej nauki można wyjaśnić większość innych zjawisk, jakie niektórzy mogą wiązać z jakimiś „tajemnymi siłami natury”. Właśnie weszliśmy na pole paranauki. Dla takiej ezoteryki koniecznie trzeba węższą nazwę — okultyzmu właśnie. Jeśli ma on racjonalne podstawy, to mam nadzieję, że kiedyś je poznam, lecz aktualnie nie mam podstaw, aby to stwierdzić.

Nie zgadzam się z twierdzeniem, iż pojęciu naukowy odpowiada poznany rozumowo, intelektualny, gnostyczny. Za wadę naszego języka uważam tak szerokie pojęcie naukowości, bez osobnego pojęcia dla tzw. science. W języku polskim naukowcem określimy zarówno literaturoznawcę jak i biologa molekularnego. Ja zawsze staram się używać pojęcia „naukowy” dla określenia tego procesu badawczego i poznawczego, który wiąże się z precyzyjną i efektywną metodologią nauk przyrodniczych i częściowo nauk społecznych. Jeśli jakakolwiek wiedza okultystyczna jest w stanie przejść przez ten proces metodologiczny, to może być uznana w moim rozumieniu za wiedzę naukową. Jeśli nie, może być określona „doktryną”, „filozofią”, „wierzeniem” itp.

Czy Pitagoras został ubóstwiony?

Andrzej Kosela zarzucił mi: „Pitagoras nigdy tak naprawdę nie został deifikowany przez swoich potomnych, a co dopiero za życia. To jest nonsens, pokazujący jak małą tak naprawdę wiedzę autor posiada o Pitagorasie i o filozofii, którą on reprezentował. Jeśli już, to był on uważany za jednego z największych filozofów i mędrców w historii świata, obok Hermesa, Zoroastra, Ostanesa, Orfeusza, Platona czy Arystotelesa, ale nigdy za boga.” Nie wiem co autor słów rozumie poprzez deifikację, ale jeśli nie możemy mieć pewności co do wiarygodności opinii neopitagorejczyków o Pitagorasie, to nie mamy powodów, aby nie wierzyć im, że traktowali Pitagorasa jako boga, boga w ludzkiej postaci, boską istotę — jeśli tak pisali. A pisali. Z faktu jego deifikacji biorą się właśnie tak bujnie produkowane legendy na temat Mędrca Samijskiego: wszystkie jego cuda (częściowo podobne do cudów Jezusa), zdolności, proroctwa i inne zmyślenia. Przecież nawet przy wyjątkowo dobrej woli trudno jest uznać, że cała ta hagiografia to po prostu symbole. Trudno się zgodzić z tezą, że Pitagoras był traktowany podobnie jak Platon czy Arystoteles. Ci traktowani byli jako niezwykli mędrcy, ale nigdy nie dostąpili wątpliwego zaszczytu ubóstwienia (chyba że za to uznać średniowieczny skostniały arystotelizm chrześcijański z nabożną czcią traktujący pisma Arystotelesa). Pitagoras, podobnie jak Empedokles czy Jezus, został przez swych wyznawców deifikowany. Przy określonym pojmowaniu ubóstwienia można uznać, że Pitagoras nie dostąpił tego zaszczytu, lecz była to z pewnością deifikacja analogiczna do tego co spotkało Jezusa (tym bardziej, że w niektórych ewangeliach jest on „mniej boski” niż Pitagoras w niektórych pismach pitagorejskich).

Ze świadectw jakie nam pozostały wiemy, jakie znaczenie miała w pitagorejskiej szkole formuła, za pomocą której przedstawiano uczniom myśli Pitagorasa: „On tak powiedział” [_2_]. To formułka dla wiedzy w randze dogmatu z pieczęcią boskiego Pitagorasa. U Apulejusza znajdujemy taki fragment: „…zanurzywszy się w ich falach siedmiokroć razy — bowiem tę liczbę boski ów Pitagoras zalecił jako szczególnie się przy świętych obrzędach nadającą.” [_3_]

W Żywocie Pitagorasa (2 poł. III w. n.e.) Porfiriusz tak pisał o jego uczniach z miast greckich na południu Italii: „Zajęli oni, wzniósłszy miasta, tę część Italii, którzy wszyscy nazywają Wielką Grecją, przyjąwszy od Niego prawa i ustawy, traktując je jak boskie nakazy, wbrew którym nie godzi się czynić niczego. Ci również dobra swoje uczynili wspólnymi i zaliczyli Pitagorasa w poczet bogów. Dlatego wszyscy spośród nich — ilekroć zamierzali przekazać komuś coś z niewypowiedzianych tajników Jego nauk, z czego wyprowadzali liczne wnioski dotyczące natury rzeczywistości – [wymieniali] tak zwaną arcyczwórkę (tetraktys), na którą przysięgali, przywołując na świadka Pitagorasa jak boga.” Dalej pisze Porfiriusz: „Opowiada się zresztą niezliczone, jeszcze bardziej zadziwiające i boskie historie o tym mężu, zgodnie i jednogłośnie poświadczone. By rzec krótko, nikt nie uchodził za większego i sławniejszego. Są przechowywane w pamięci [ludzi] sprawdzone przepowiednie [Pitagorasa] o trzęsieniach ziemi, jak i to, że potrafił odwrócić epidemie i powściągnąć gwałtowne wiatry i grad, jak też uciszać fale rzeczne i morskie, by przyjaciele mogli bezpiecznie płynąć.” Podobnie pisze Jamblich, wedle którego Pitagoras miał być czczony w Krotonie jak bóg. [_4_]

Do procesu deifikacji mógł zresztą przyczyniać się sam Pitagoras, bo wiele wskazuje na to, że już za swego życia gorliwie dbał o swój „boski” image. Było to jednak, jak się zdaje, nietypowe podejście do boskości jak na ówczesne czasy i kulturę, przeto zniekształcenia były czymś zupełnie naturalnym. Pitagoras miał bowiem w dążeniu do prawdy widzieć drogę upodobniania się ludzi do Boga, wznoszenia się na drabinie doskonałości. Interesująco pisze o tym Steiner: „Lud czuł się dobrze ze swoimi bogami; Pitagoras zaś musiał odesłać tych bogów do królestwa tego, co niedoskonałe. W tym też należy doszukiwać się „tajemnicy”, o której mówi się w związku z Pitagorasem i której nie wolno było zdradzić niewtajemniczonemu. Polegała ona na tym, że jego myślenie musiało przypisywać duszy ludzkiej inną przyczynę niż boskie dusze religii ludowej. Do tej „tajemnicy” sprowadzają się ostatecznie liczne ataki, których doświadczył. (…) Tak jak dusza w tonach muzyki przeżywa stosunki liczb, tak Pitagoras wczuwał się w duchowe współżycie ze światem, które rozum może wypowiedzieć w liczbach; przecież dla tego, co dane w przeżyciu, liczby nie są niczym innym niż tym, czym dla przeżycia muzycznego są znalezione przez fizyków liczby odpowiadające stosunkom dźwiękowym. Dla Pitagorasa miejsce mitycznych bogów zajęła myśl; ale przecież — przez odpowiednie pogłębienie — dusza, która za sprawą myśli oddzieliła się od świata, znowu odnajduje swoją jedność ze światem.” [_5_]

Nawet jeśli przyjmiemy, iż sam Pitagoras usiłował takiej właśnie deifikacji dostąpić, to czymś nieuniknionym musiało być, że wielu jego uczniów, zwłaszcza akuzmatyków, musiało w nim widzieć boga w sensie właściwym dla swej kultury, mniej wysublimowanym. Dzisiejszy obraz Jezusa w świecie chrześcijańskim jest właśnie takim „akuzmatyckim” przykładem prymitywnego wypaczenia zjednoczenia z bóstwem o jakim opowiadało ówcześnie wielu nauczycieli stojących na czele sekt o wschodnich korzeniach.

Rytuały wtajemniczenia

Pisząc o rytuałach, jakie się wiążą z wiedzą ezoteryczną, nie miałem bynajmniej na myśli jej zdobywania poprzez owe rytuały. Rytuały w tej dziedzinie wiążę z wtajemniczeniami co można chyba utożsamić z tzw. ceremoniami przejścia (do nowego życia). Oznaczają one symboliczne nowe narodziny i ich funkcją jest odciśnięcie piętna psychicznego na adepcie, aby tym wyraźniej odczuł cezurę jaka zachodzi w jego życiu. Pitagorejczyków kręgu wewnętrznego można przedstawić także jako tych z części „zaksiężycowej”, którzy wyszli poza pełną chaosu część „podksiężycową”. W wielu, jeśli nie we wszystkich szkołach ezoterycznych, opuszczenie wewnętrznego kręgu lub zdrada wiąże się także z ceremonią wyjścia, na ogół symbolizującą śmierć. „Czcigodna szkoła pitagorejska wznosiła cenotafy odstępcom od swej nauki, uważając ich za trupy” — pisze adept ezoteryzmu chrystiańskiego, Orygenes [_6_]. Ci, którzy po wtajemniczeniu wrócili do normalnego życia bądź zostali wydaleni [_7_], mieli usypywany symboliczny grób. Rytuały nie będą więc wiązać się tylko z ezoteryką misteryjną, choć istotnie nie są chyba nieodzowne w ezoteryce jako takiej.

Symbolika

Pisząc, iż „badania związane z liczbami miały u pitagorejczyków zasadniczo naukowe podłoże w zdrowym sensie tego słowa” nie miałem na myśli, iż zajmowali się czystą matematyką. Napisałem „zasadniczo naukowe”, czyli zdaję sobie doskonale sprawę, iż zajmowali się także symboliką, swoistą semantyką liczb (nie przypisując im wszelako magicznych właściwości, jak sobie interpretują współcześni szarlatani). Gdybym twierdził, że zajmowali się czystą matematyką, to nie określiłbym ich systemu numerozofią. Symbolikę nie uważam za szarlataństwo (choć może w nie się przerodzić). „Symbol jest pośrednikiem pomiędzy pojęciem i jego odbiciem w głębinach psychiki i ducha ludzkiego” (Gentili). Dlatego też nie można wychodzić od symbolu, lecz od badania. Uważam za błędne stwierdzenie mojego polemisty, iż „Prawdziwa droga naukowa to właśnie symbolika, a z niej dopiero wypływa praktyka”. Jeśli symbolika jest właściwie wykorzystywana, może sprzyjać poznaniu czy pełnić inne pozytywne funkcje. Ale w tych rozważaniach nad symboliką liczb nie możemy z rozpędu zagubić znaczenia czystej, zdrowej nauki, matematyki, z jaką ściśle zespolili swoją numerozofię.

Zobrazujmy to pewnym faktem: jeśli wychodzimy od symbolu i symbol jest „prawdziwą wiedzą”, to jeśli znamy „twierdzenie Pitagorasa”, jeśli nie mamy wątpliwości, że jest ono poprawne, że prawidłowo opisuje rzeczywistość, a zatem może być dobrą podstawą do dalszych rozważań symbolicznych, po cóż nam u licha jeszcze szukać dowodu tego twierdzenia? On w żaden sposób nie zmieni naszej wiedzy symbolicznej. Tymczasem pitagorejczycy mieli „twierdzenie Pitagorasa” a zasłynęli jego udowodnieniem. Odrzućmy spekulacje, iż dowód też przejęli od Egipcjan. Pitagorejczycy szukali dowodów! Na tej podstawie twierdzę, iż można łatwo przewartościować znaczenie ich symboliki. Symbolika nie była trzonem ich wiedzy, nie była wszystkim (choć można przyjąć, że u akuzmatyków tak było, podobnie jak i u neopitagorejczyków, którzy nie dokonywali odkryć naukowych). Kosela pisze: „Pitagorejczycy nie przeprowadzali eksperymentów naukowych; była to sekta oparta na pewnej bardzo specyficznej i zamkniętej doktrynie, bazującej na symbolicznej matematyce, geometrii, muzyce i astronomii”. Nie można się z tym zgodzić. Czyż ich odkrycia w „arytmetyce stosowanej”, jak zwali muzykę, mogły być dokonane bez eksperymentów? To zapewne tylko wierzchołek góry lodowej.

O zredukowanie elementu symbolicznego i mistycznego nauki o liczbach polemista oskarża współczesnych „ekspertów”, rysując przy tym diametralnie odmienny od współczesnego starożytny model nauki. Nie jest to prawdą. Już przecież wielki grecki matematyk Euklides (IV-III p.n.e.), który zebrał i spisał zasady odkryte przez pitagorejczyków, zostawił na boku ich teorie mistyczne. Matematyk czy fizyk nie musi przecież zajmować się symboliką. W dzisiejszym świecie, symbolicznym czy metaforycznym podejściem do prawd naukowych powinni zajmować się przede wszystkim filozofowie, którzy mogą tworzyć nad nauką jej metafizyczną nadbudowę. Filozofowie są dziś oderwani na ogół od prawd naukowych, tkwiąc w swych światach pełnych oderwanych od rzeczywistości idei. Pitagorejskie zespolenie nauki i filozofii legło w gruzach. Filozofowie współcześni powinni próbować je odbudowywać.

Triumf akuzmatyków

Jak bardzo mylące może być eksponowanie ezoteryczności danej szkoły jako jej istoty (co na samym początku zarzucił mi Kosela) można dowieść poprzez stwierdzenie, iż tak samo o pierwotnym chrystianizmie można powiedzieć, iż jego istotą była ezoteryczność nauk. Głównymi ideologami tego nurtu byli zwłaszcza Klemens Aleksandryjski oraz Orygenes. Klemens Aleksandryjski pisał, że w chrześcijaństwie są „pisma ezoteryczne, to znaczy wewnętrzne, oraz inne, zwyczajne, egzoteryczne, to znaczy zewnętrzne” [_8_]. Ten sam nurt znajdujemy u Orygenesa, który w swej polemice z Celsusem pisał m.in.: „istnienie pewnych tajemnic ukrywanych przed pospólstwem nie jest wyłączną właściwością nauki chrześcijańskiej” [_9_]. Obowiązek zachowania nauk w tajemnicy (disciplina arcani)istniał w chrześcijaństwie od III do V wieku (ale miał swój rodowód już w ewangeliach). Tajemność obejmowała zwłaszcza dogmaty, obrzędy i sakramenty. Mało chrześcijan zdaje sobie sprawę, jak bardzo NT nasączony jest obrazkami „ezoterycznymi”. Mamy tam nawet klasyczne przedstawienie starożytnych dwóch kręgów: ezoterycznego i egzoterycznego („I dodał: Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha. A gdy był sam, pytali Go ci, którzy przy Nim byli, razem z Dwunastoma, o przypowieść. On im odrzekł: Wam dana jest tajemnica królestwa Bożego, dla tych zaś, którzy są poza wami, wszystko dzieje się w przypowieściach, aby patrzyli oczami, a nie widzieli, słuchali uszami, a nie rozumieli, żeby się nie nawrócili i nie była im wydana /tajemnica/.” — Mk 4,9-12, BT; por. też Łk 8,8-11). [_10_] Czy jednak daje to podstawy, aby wysnuwać twierdzenia o powiązaniu pitagoreizmu i chrystianizmu? Nie wydaje się to możliwe, pomimo tego, że Isidore Lévy i kilku innych autorów tropiło pitagorejskie źródła chrystianizmu (w istocie raczej neopitagorejskie). [_11_] Jeśli miałbym się doszukiwać tutaj jakichś analogii w obu nurtach, to np. w oparciu o tezę, iż chrześcijaństwo to triumf „chrystiańskich akuzmatyków”, którego instytucjonalizacją był kościół. [_12_]

„Triumfem akuzmatyków” jest dla mnie także neopitagoreizm. [Przy takiej analogii nie mogę nie dodać zastrzeżenia, iż pitagoreizm jest dla mnie oczywiście dużo bardziej wartościowy niż chrystianizm.] Mój komentator nadal uparcie nie zauważa, iż ja w swoim tekście przedstawiłem oba znaczenia podziału na akuzmatyków i matematyków: zarówno jako wyraz rozdziału, jak uważają niektórzy badacze, jak i wyraz dwóch kręgów (egzoterycznego i ezoterycznego) wśród pitagorejczyków. Kosela przypuszcza, że przyczyną rozłamu mogły być kontrowersje związane z zachowaniem tajemnicy. Być może, ale istnieje bardziej interesujące wyjaśnienie. Niektórzy uważają, całkiem sensownie, iż rozłam się wiązał z odkryciem liczb niewymiernych. Mówiąc ściślej, nie istniały dla nich takie liczby: niewymierność boku i przekątnej w kwadracie była dla nich wyrazem pewnej słabości arytmetyki, w pewnym sensie burzyła ich światopogląd, ich numerozofię (czyżby nie wszystko miało liczbę?). Na tym tle miało dojść do rozłamu: jedni po tym odkryciu zwątpili w badania naukowe i poczęli odtąd szukać prawdy tylko w medytacjach i rozmyślaniach, w dużo bezpieczniejszej symbolice. Inni pozostali przy badaniach naukowych i próbowali jakoś radzić sobie z tym odkryciem (zmiana spojrzenia na liczby, liczby niewymierne, zapis bezliczbowy, skupienie się na geometrii). Przy tej wersji wydarzeń, neopitagorejczycy będą kontynuatorami tych co zepchnęli badania na dalszy plan lub z nich zrezygnowali. Potwierdzają to dokonania neopitagorejczyków.

Wskazałem też, że akuzmatycy rozumiani jako krąg zewnętrzny, mogą być zarazem grupą rozłamową, bo czyż trudno sobie wyobrazić sytuację w której nowicjusze, niedopuszczeni do największych tajemnic, zaznajamiani jedynie z powierzchownymi naukami i obrzędami, dokonują rozłamu w tym sensie, iż zaczynają forsować, iż „to oni są prawdziwym kościołem”, oni są prawdziwymi pitagorejczykami, pitagoreizm akuzmatycki jest pitagoreizmem jako takim, itd. Triumf powierzchownych nauk jest dużo łatwiejszy niż nauk zaawansowanych, stąd ich przypuszczalny rozłam mógł upowszechnić w starożytności wykoślawiony obraz pitagoreizmu, skupionego zwłaszcza na obrzędach i symbolach, a nie na badaniach i nauce. Ale na szczęście, pozostały nam owoce i niejasne świadectwa ze „starej szkoły”, które pozwalają nam zrekonstruować obraz pierwotny, przełamujący tradycję i legendy, jakie wytworzyli neopitagorejczycy.

Związki pitagoreizmu z innymi szkołami

Mój polemista, identyfikując się z neopitagoreizmem, twierdzi zarazem, iż „wywodzi się on w prostej linii ze Szkoły Pitagorasa w Krotonie, reprezentując te same podstawowe idee i naukę”. Zgadzam się, że istnieją pewne wspólne idee, lecz „reaktywowany” pitagoreizm był jednak czymś innym. Usiłowanie dowiedzenia „ciągłości sukcesji” przypomina mi tutaj próby katolickie czy protestanckie udowodnienia, iż w prostej linii wywodzą się one z pierwotnego chrystianizmu i Biblii. Aby przyjąć tezę, iż neopitagoreizm kontynuował najważniejsze założenia pitagoreizmu trzeba by przyjąć, że czegoś istotnego o szkole krotońskiej nie wiemy.

Ale nawet i z tym założeniem byłoby to trudne. Możemy się przecież odwołać do „owoców” obu nurtów: szkoła krotńska pozostawiła w spadku wiele wspaniałych odkryć i śmiałych teorii (nie o wszystkim pisałem w moich tekstach); po neopitagorejczykach nic takiego nie pozostało, co choćby było tylko bladym cieniem dokonań ich poprzedników (chyba, że uznamy, że ich wielkie odkrycia dotyczyły wiedzy „ezoterycznej”, jednak z wielu powodów taka opinia do mnie nie przemawia). Już to każe przypuszczać, że podejście do nauki było zupełnie różne. Nie możemy chyba przyjąć opinii o jakichś zewnętrznych, obiektywnych przyczynach tej jałowości neopitagoreizmu z naukowego punktu widzenia.

Kosela twierdzi, że było to po prostu odkrycie na nowo przez ludzi, którzy mieli dużo lepszy dostęp do źródeł niż my. Jakkolwiek prima facie różnica dwudziestu wieków wydaje się niezrównanie oddalać nas od oryginalnego pitagoreizmu w stosunku do neopitagorejczyków, to jednak w dużym zakresie może to być złudna optyka. Tzw. neopitagorejczycy „odkrywali” pitagoreizm jako wyznawcy, zaangażowani niemal religijnie, w kontekście kreowania się ówczesnej mody na wschodnie wierzenia. Do swego systemu wchłonęli wiele takich elementów i akcentów, które były obce pierwotonemu pitagoreizmowi. Ale najważniejsze jest to, że przecież już nawet za życia Pitagorasa rozpoczął się proces otaczania jego i pitagorejczyków legendami i równie dobrze możemy przyjąć, że systemy neopitagorejskie w dużej mierze bazowały na zniekształconym obrazie, zaś ówcześnie ludzie byli bardziej naiwni i mniej zaprawieni w krytycznej analizie podań, tekstów i tradycji, niż my.

Dlatego też zaufanie budzi opinia jednej z czołowych polskich badaczek pitagoreizmu, Danuty Musiał: „Pitagoreizm odrodził się w Aleksandrii w II wieku p.n.e, przede wszystkim jako postawa wobec problemów eschatologicznych i określony model życia. Neopitagorejczycy odwoływali się do nauk akuzmatyków„wzbogaconych” o elementy judejskiej gnozy, filozofii platońskiej i stoicyzmu z jego afirmacją astrologii. Uważali się za spadkobierców Pitagorasa, ale z jego filozofii przejęli jedynie zainteresowanie dla spekulacji liczbowych i pewne wskazania etyczne. Dla neopitagorejczyków Pitagoras był nie tyle filozofem co mistrzem wiedzy tajemnej i prorokiem nowej wiary.” [_13_] W późniejszej publikacji ta sama autorka podkreśla deformacyjne tendencje neopitagorejczyków: „Eksponują oni przede wszystkim cudotwórczą działalność Mistrza z Krotony i ezoteryczne aspekty jego nauki, przynależne bardziej do pitagorejskiej legendy niż do rzeczywistości, w której żył i działał Pitagoras.” [_14_] Sądzę, że powinno to skłonić mojego polemistę do nieco ostrożniejszego wypowiadania poglądów o ezoterycznych aspektach związku krotońskiego, a także nieco oględniejszego potępiania poglądów, które, choć również pozytywnie odnoszą się do pitagoreizmu, to jednak postrzegają go w nieco innym świetle.

Wywodzenie alchemii (filozoficznej) z pitagoreizmu jest według mnie zupełnym nieporozumieniem. Pomimo pewnych wspólnych idei, są to jednak systemy fundamentalnie odmienne. Jak wiadomo, wśród różnych typologii, w starożytnej filozofii możemy wyróżnić dwa paradygmaty: joński, poszukujący prazasady i istoty bytu w aspekcie materialnym (woda, powietrze, ogień i in.), oraz pitagorejski, zupełnie odeń różny poprzez wyjście od formy (liczby — w ujęciu arytmetycznym i geometrycznym). „Filozofia ognia” ze swymi czterema podstawowymi „elementami” świata, czterema „żywiołami” (ziemia, powietrze, woda, ogień), siedmioma „zasadami” (rtęć, siarka, złoto, srebro, miedź, żelazo, cyna, ołów) jest w swej istocie filozofią „substancjalną”, odległą tym samym od pitagoreizmu. Być może bliżej jej neopitagoreizmu, w którym bardzo różne elementy zostały zmieszane, jednak sposób myślenia alchemików był bardzo różny od pitagorejczyków „starej szkoły”. Znów mamy tylko podobieństwo formalne, związane z otoczką ezoteryczną obu tych nauk, co może stanowić pokusę do zestawiania ze sobą obu nurtów, jednak nie jest to dostateczne podobieństwo.

Równie wątłe zdają mi się związki pitagoreizmu z kabałą, której korzenie zresztą polemista cofa ponad to co możemy dowieść (Sefer Jezira pochodzi z ok. I-III w. n.e.). Może na jakimś poziomie symbolicznym zachodzą podobieństwa, lecz są one chyba niezbyt głębokie, nie sięgają istoty obu systemów (symbolika kabalistycznego sephiroth i pitagorejskiego tetraktyks ma istotne różnice, ale nie miejsce w tym artykule, aby je przedstawiać). Wynalezienie takiego związku będzie raczej bardzo życzliwą interpretacją niż stwierdzeniem faktu [_15_]. Jeszcze bardziej zagadkowe wydaje mi się powiązanie pitagoreizmu z zurwanizmem, jednak moja wiedza na ten temat jest znikoma, stąd nie mogę się do tego odnieść. Są też u mojego polemisty zupełnie fantastyczne powiązania. Jakkolwiek wywodzenie trzech najważniejszych szkół filozoficznych świata grecko-rzymskiego od Pitagorasa może być ryzykowne, to doszukiwanie się ich korzeni w legendarnym Orfeuszu jest tak samo trudne do obalenia jak i potwierdzenia. Równie intrygująca jest wzmianka o biblijnym Danielu jako magu.

Jeśli ja nie mam wątpliwości, że powoływanie się na pitagoreizm przez współczesnych szarlatanów jest zwykłą uzurpacją, o tyle pewne moje wątpliwości budzi tutaj relacja neopitagoreizmu i tych niuejdżowych produktów. Po pobieżnym porównaniu dostrzegamy niepokojące podobieństwa, czy też zarodki „chwaściej filozofii” w neopitagoreizmie. Podobnie w przypadku zestawiania New Age z alchemią, gnostycyzmem, kabałą i innymi systemami okultystycznymi. Być może skłonny byłbym postrzegać New Age jako okultyzm z postoświeceniową traumą. Jeśli jednak jest to ocena niesprawiedliwa, błędna, to liczę na to, że ktokolwiek głebiej zainteresowany neopitagoreizmem i innymi szkołami ezoterycznymi, zechce swoją wiedzę na ten temat wyartykułować w „Racjonaliście” [_16_].

Wschodni depozyt

Z doszukiwaniem się tak ścisłych związków między bardzo wieloma szkołami, zwłaszcza ezoterycznymi, wiąże się koncepcja wiedzy Andrzeja Koseli. Ma on mianowicie pewną wizję depozytu wiedzy, która gdzieś tam na Wschodzie się wykluwszy nie wiadomo skąd i jak, była następnie w całości i starannie przekazywana dalej. Pitagoras nie stworzył niczego nowego, ale przejął wszystko ze Wschodu. Platon w swoim filozoficznym systemie nie stworzył niczego oryginalnego, ale przejął depozyt od Pitagorasa. Zaś cała późniejsza filozofia to zapewne tylko przypisy do Platona. Dalej też mój neopitagorejczyk usiłuje dowieść, że neopitagoreizm to mniej więcej pitagoreizm. Ten ciąg depozytariuszy Kosela jest zapewne skory kontynuować do XXI w., a jeśli na jakimś etapie „sukcesji” wydaje się nam, iż wiedza uległa istotnemu rozwojowi, to znaczy, że nie znamy wszystkich faktów o poprzednikach. Z drugiej strony wizja ta zawiera założenie kompletności tego depozytu wiedzy: w doskonałej interpretacji tetratyksa pitagorejskiego Neopitagorejczyk dopatruje się alfy i omegi tego co umysł ludzki może pojąć i zrozumieć, tak jakby niemożliwe było znajdowanie nowych pytań i odpowiedzi.

W moim przekonaniu jest to całkowicie fałszywy obraz, który nie docenia twórczości i inwencji ducha ludzkiego. Jestem przekonany, że zarówno Pitagoras (czy raczej pitagorejczycy), jak i Platon nie byli po prostu depozytariuszami jakiejś nietykalnej wiedzy, lecz że sami wiele jej wnieśli, że każdy z nich był twórcą, odkrywcą. Poza tym, niekoniecznie Pitagoras czerpał bezpośrednio od Egipcjan czy Babilończyków swą matematyczną wiedzę, być może jego głównymi nauczycielami byli Tales [_17_] i Anaksymander. Nasza wiedza o świecie w ciągu wieków niezwykle ewoluuje i trudno jest uwierzyć w istnienie jakiegoś wspaniałego depozytu sprzed dziesiątków wieków, który byłby także dziś kluczem do zrozumienia i poznania świata. Kiedy wskazałem, iż pomimo uznania jej wielkości, wiedza Pitagorasa nie może być porównywana do naszej, odwołując się do pewnych niezdarności matematyki pitagorejczyków, mój oponent stwierdził po prostu, że nie rozumiem tej wiedzy i zamiast wyjaśnić pozorność tych niezdarności zaczął opowiadać o „tajemnym i świętym alfabecie”, który tak się ma do odpowiedzi na moją wątpliwość jak piernik do wiatraka. Jest ta wizja co prawda obrazem nieco bardziej optymistycznym niż bełkot postmodernistyczny, że wszystko już zostało wypowiedziane i nic nowego nie jesteśmy w stanie dodać, jednak nie wydaje się odpowiadać prawdzie ten pogląd. Dobrze natomiast odpowiada mitologizacyjnym opowieściom o tzw. złotym wieku dziejów ludzkich. Z całym szacunkiem dla egipskich kapłanów, ale wiemy znacznie więcej o świecie niż oni.

Pitagoreizm redivivus!

Niepokojące u mojego polemisty jest ciskanie anatem na „naukę materialistyczną”, „pozbawioną Boga”, jako „zimny i suchy opis natury, oparty wyłącznie na zewnętrznych zmysłach, częściowy i wyrwany z całości”. Ciągle tu pobrzmiewa ten spłycony wizerunek współczesnej nauki. Dla mnie nauka ta jest bez wątpienia „pozbawiona Boga”, ale bynajmniej nie tak płytka jak sugeruje polemista. Ghyka w Złotej liczbie pisze: „Poprzez Cantora, Einsteina, Schrödingera i de Broglie’a nauka współczesna urzeczywistniła ideał Pitagorasa i Platona”. Bardzo znamienne jest w szkole pitagorejskiej to, że Dionizosa orfizmu zastąpili Apollem, opiekunem rozumu i nauki. Wyraża to przekonanie, że doskonalenie należy prowadzić poprzez badania naukowe a nie ekstatyczną mistykę czy magiczne obrzędy. Jostein Gaarder pisze: „wiara pitagorejska strukturalnie zakłada naukę. Dzięki temu mistycyzm pitagorejski różni się radykalnie od różnych form mistycyzmu wschodniego, jako że zamiast odwoływać się do sił pozalogicznych i pozaracjonalnych, do unicestwienia świadomości, odwołuje się do logosu, do rozumu, do nauki, do świadomości. Postawa pitagorejczyków jest pierwszym przykładem połączenia mistycyzmu z racjonalizmem, które to połączenie potem wielokrotnie powtórzy się w świecie zachodnim.”

Najwięcej pitagoreizmu odkryłem u takich współczesnych naukowców, jak Albert Einstein, Edward O. Wilson czy Richard Feynman. Byli oni przy tym ateistami, a jeśli pisali o Bogu to wyłącznie w metaforyczny sposób. Jednak pierwiastki religijne były u nich obecne, choć nie wiązało się to z żadnym idealizmem. Ich nauka nie ma oczywiście nic wspólnego z płytkim zmysłowym oglądem świata czy „diabolicznym rozbijaniem”, lecz przeciwnie, chce wejść jak najgłębiej, obejmować jak najwięcej, unifikować jak najwięcej wiedzy dla budowy spójnego obrazu świata, który jest urzekająco piekny i niezwykły (choć całkowicie „naturalny”).

Dlatego też za dzieło odrodzonego pitagoreizmu nie nazwałbym hagiografii neopitagorejskich, lecz np. Konsiliencję Wilsona. Wyraża ono wiarę w jedność nauki, przekonanie, że świat jest uporządkowany i że można go objaśnić za pomocą niewielkiej liczby praw przyrody. Osiągnięcie konsiliencji nauki rozumiane jest jako zjednoczenie wszystkich najważniejszych dziedzin wiedzy, wykraczającej poza nauki przyrodnicze. Podobnie jak u pitagorejczyków, językiem przyrody są tutaj prawa matematyczne, nauka określona zostaje mianem „religii wyzwolonej”, zaś badania naukowe wyrażają najgłębsze religijne potrzeby człowieka: „poszukiwanie obiektywnej rzeczywistości, w miejsce objawienia, jest jedynie innym sposobem zaspokajania tego samego religijnego głodu. Niemniej nauka, będąca przedsięwzięciem niemal tak starym jak cywilizacja i niewątpliwie splecionym z tradycją religijną, zmierza do tego celu zupełnie inną drogą — jako nasze stoickie wyznanie wiary, skłonność nabyta, przewodnik w wyprawie przez nieznaną, górzystą krainę. Zmierza do uratowania ludzkiego ducha nie przez poddanie się zewnętrznemu autorytetowi, lecz przez wyzwolenie ludzkiego umysłu. Fundamentem tego dążenia jest, jak wiedział Einstein, unifikacja wiedzy”. I dalej: „Jeśli w naszych mitologicznych opowieściach nie będziemy mogli odwoływać się już do religijnej kosmologii, ich materią staną się dzieje przyrodniczej ewolucji wszechświata i ludzkiego gatunku. Z pewnością nie należy sądzić, że byłby to proces degradujący. Prawdziwa epopeja ewolucji, opowiedziana przez poetę, może być równie wzniosła jak epika religijna. Obraz przyrody odsłaniany przez naukę już dziś oferuje na wizję bogatszą niż wszystkie kosmologie religijne razem wzięte. Dzieje ludzkiego gatunku zrekonstruowane przez naukę sięgają tysiąckrotnie dalej w przeszłość niż wizje wielkich religii świata zachodniego. Dzięki poznaniu tych dziejów dokonaliśmy doniosłego odkrycia o wielkim znaczeniu moralnym. Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że gatunek Homo sapiens jest czymś więcej niż zbiorowiskiem plemion i ras. Należymy do jednej puli genowej, z której w każdym pokoleniu wyłaniają sięposzczególne jednostki i do której wracają ich geny w pokoleniu następnym. Jako gatunek jesteśmy na zawsze zjednoczeni przez nasze dziedzictwo i wspólną przyszłość. Z takich idei, opartych na solidnym fundamencie wiedzy naukowej, może się wyłonić nowe poczucie nieśmiertelności i nowy rodzaj mitologii.” Nauka współczesna ma nie tylko wielkie walory estetyczne, ale i swoiście ezoteryczne. Znane jest powiedzenie pewnego naukowca: Jeśli fizyka kwantowa nie oszałamia cię, to znaczy, że jej nie rozumiesz… Pisze nasz Pitagorejczyk (w nieświadomości mieniący siebie, jak i Einsteina, Jończykiem): „Natura i jej tajemnice powinny działać na wyobraźnię równie intensywnie jak poezja czy baśnie. Aby osiągnąć ten cel, uczony powinien bez obawy sięgać po wszelkie dostępne formy literackie i środki stylistyczne: aforyzm, metaforę, przypowieść, analogię czy bajkę, które pomogą mu plastycznie przekazać prawdę czytelnikowi” [_18_].

Istnieje całkiem sporo takiej nauki „egzoterycznej” przedstawianej niewtajemniczonym: w poezji o ewolucji, alegorii o fizyce kwantowej [_19_], metaforach o kosmosie, itd. W tych ostatnich celował Einstein odwołując się zwłaszcza do pojęcia Boga („Bóg jest wyrafinowany, ale nie złośliwy”, „Bóg nie gra w kości”). I pomimo, iż sam niejednokrotnie deklarował niewiarę w Boga, do dziś dostaję protesty w sprawie mojej klasyfikacji Einsteina jako człowieka niewierzącego od tych, którzy bądź to nie rozumieją jego metafor, bądź jeszcze częściej zostali wprowadzeni w błąd przez nieuczciwych propagatorów. Niedoścignionym nauczycielem współczesnych „akuzmatyków” był Carl Sagan, którego niezrównane i piękne metafory i analogie popularyzujące „tajemnice Natury” zaczarowały niejednego „akuzmatyka”, niejednego także pchnęły do kręgu ezoterycznego czy wręcz „kapłańskiego” [_20_].

Warto podkreślić, iż pomimo istnienia różnych prób intepretacji i wciśnięcia Boga teistów do tego obrazu świata, czołowi naukowcy w większości zdecydowanie sprzeciwiali się tym zabiegom lub co najmniej ich nie podzielali. W obliczu oszałamiającej niezwykłości wszechświata, Bóg tego Kościoła nie jest dość potężny — rzuca Feynmann. Znów wróćmy do Pitagorejczyka Wilsona: „Można go potraktować jako menedżera alternatywnych kosmosów wyłaniających się z czarnych dziur, który zmieniając prawa fizyki i ich parametry pragnie zobaczyć, co z tego wyniknie. Być może widzimy jego odległy ślad we właściwościach promieniowania kosmicznego tła, pochodzącego z pierwszych momentów istnienia naszego wszechświata. W innej wersji za ileś miliardów lat nieuchronnie spotkamy się z nim w punkcie Omega ewolucji kosmosu — całkowitej jedności, pełnej wiedzy ku któremu zgodnie zmierzają gatunek ludzki i pozaziemskie formy życia. Muszę przyznać, że czytałem wiele podobnych wizji i choć wyszły one spod pióra naukowców, uważam, że są przygnębiająco nieoświeceniowe. W końcu o tym, że Stwórca żyje poza tym wszechświatem i w jakiś sposób ukaże nam swe oblicze wraz z jego końcem, od niepamiętnych czasów słyszymy od teologów. Jednak niewielu naukowców i filozofów, nie mówiąc już o myslicielach religijnych, bierze te płody wybujałej wyobraźni przyrodników-teologów poważnie.” [_21_]

Z drugiej strony równie niechętnie traktuje się w nauce naciągane jej reintepretacje w duchu wschodnich doktryn. Obecnie jest moda na te doktryny, tak więc i modne są takie tendencje. Noblista Leon Lederman, któremu Sagan zarzucał uleganie pokrewnym wpływom (o bozonie Higgsa pisał jako o „boskiej cząstce”), sam z tego w istocie drwił, co pokazał w książce napisanej wspólnie z Dickiem Teresi, pt. Boska cząstka. Jeśli Wszechświat jest odpowiedzią, jak brzmi pytanie?: „Wciągu ostatnich kilku lat ukazało się mnóstwo publikacji — Tao fizyki Fritjofa Capry może być kolejnym przykładem — które usiłują wyjaśniać współczesną fizykę wkategoriach pojęciowych właściwych wschodnim religiom imistycyzmowi. Ich autorzy mają skłonność do formułowania ekstatycznych konkluzji typu: wszyscy jesteśmy częścią kosmosu, kosmos jest częścią nas. Wszyscy jesteśmy jednością! (Abank, nie wiadomo dlaczego, przysyła rachunki każdemu zosobna).” Opieranie się na pewnych podobieństwach może być zdradliwe dlatego, iż rodzić może tendencje nasilania się mody wschodniej i coraz większego bezkrytycyzmu w przyjmowaniu wschodnich idei religijnych wraz „z dobrodziejstwem inwentarza”. A przecież obok idei jakoś podobnych do wyobrażeń jakie stymuluje współczesna nauka, w doktrynach tych wiele jest teorii jak najbardziej od niej odległych i co najmniej jałowych, a bywa że i szkodliwych.

Tropiąc związki pitagoreizmu z różnymi szkołami okultystycznymi, stawiamy pytanie, czy możemy się u nich doszukać najbardziej znamiennej formuły okultystycznej: „Jako w niebie tak i na ziemi”, makrokosmos wszechświata odpowiada mikrokosmosowi człowieka? Pitagorejczycy uczyli, iż jesteśmy częścią kosmosu, że powinniśmy się wspinać do sfery zaksiężycowej, która jest rozumna i uporządkowana. Rozumność własnej duszy możemy tworzyć poprzez muzykę i badania naukowe, które budują harmonię naszego kosmosu. „Wszystko ma liczbę” znaczy to, że może być rozumowo poznane. To są piękne symbole i metafory, ale nie dostrzegam w tym magicznych związków mikrokosmosu z makrokosmosem o jakich opowiadają inni okultyści. Jeśli uznamy, że to matematycy a nie mistycy i magowie są następcami pitagorejczyków, dostrzeżemy, iż ich „magia liczb” jest naprawdę realizowana we współczesnym świecie naukowym. Jeśli rozumieć będziemy magię jako zdolność opanowywania ukrytych sił natury, to najskuteczniejsze jej zaklęcia dostarcza współczesna matematyka. Gdyby nie zaawansowana matematyka (od poziomu rachunku różniczkowego), niemal żadna z naszych zdobyczy technologicznych nie mogłaby zaistnieć. Gdyby Pitagoras się dowiedział, że dzięki matematyce można latać ponad chmurami, uznałby to za czystą „magię liczb”.