Nie dajcie się zastraszyć…homoseksualizm

Dodaj komentarz


Z Johnem Horvatem, członkiem Amerykańskiego Stowarzyszenia Obrony Tradycji, Rodziny i Własności oraz koordynatorem akcji w obronie tradycyjnego modelu małżeństwa, rozmawia Katarzyna Cegielska

Czym zajmuje się Stowarzyszenie Obrony Tradycji, Rodziny i Własności, które Pan reprezentuje?

– Pierwsze stowarzyszenie tego typu powstało w 1960 roku w Brazylii. Od tego czasu powołano ich wiele w różnych krajach świata. W skrócie, amerykańskie TFP jest organizacją obywatelską o inspiracji katolickiej. Nasza działalność polega na promowaniu i obronie trzech najważniejszych wartości cywilizacji chrześcijańskiej – tradycji, rodziny i własności – poprzez publikacje książek, spotkania publiczne, konferencje, sympozja. Jesteśmy mocno zaangażowani w pracę z młodzieżą akademicką na terenie uniwersytetów i campusów. Prowadzimy również college dla chłopców i podyplomowy instytut naukowy. Mamy także swoje biuro w Waszyngtonie, które utrzymuje kontakty z senatorami, kongresmanami. Współpracujemy też z organizacjami pro life, które działają w obronie życia i rodziny.

Do Polski przyjechał Pan w związku z nasilającą się kampanią na rzecz legalizacji związków homoseksualnych. To, co teraz przeżywamy w Polsce, Amerykanie przeżyli kilka lat temu. Proszę powiedzieć, co zmusiło Państwa do intensywnego działania.

– Problem legalizacji związków homoseksualnych był w Stanach Zjednoczonych podnoszony w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Oczywiście, w szerokim oddźwięku publicznym jest to temat bardzo niepopularny, natomiast lobby homoseksualne jest bardzo silne. Do działania zmusiła nas decyzja Sądu Najwyższego z czerwca ubiegłego roku, która niejako odrzuciła wszystkie poprzednie decyzje przeciwne związkom homoseksualnym. Decyzja ta była dla nas wielkim zaskoczeniem. Wszelkie formy publicznego praktykowania homoseksualizmu były wcześniej nielegalne. Decyzja Sądu spowodowała, że homoseksualiści mogą publicznie dopuszczać się swoich praktyk, zakładać związki. Zdefiniowaliśmy ją jako „moralny 11 września”. To było ogromne zaskoczenie dla całego systemu prawnego w Stanach Zjednoczonych i spowodowało ogromny wstrząs w ruchach przeciwnych homoseksualizmowi, zmuszając je do podjęcia kampanii przeciwko legalizacji związków homoseksualnych.

Jakie są to działania?

– Podejmujemy wszelkie akcje protestacyjne, np. wysyłamy kupony z protestem do osób, które mogą mieć wpływ na zmianę prawa. Zbieramy podpisy pod petycjami do biskupów amerykańskich, aby podjęli stosowne kroki przeciwko legalizacji związków homoseksualnych. Obecnie postulujemy poprawkę do konstytucji, która ma zdefiniować małżeństwo jako związek mężczyzny i kobiety, co automatycznie spowoduje odrzucenie wspomnianej decyzji Sądu Najwyższego. Nasza grupa akademicka rozprowadza ulotki w środowiskach uniwersyteckich. Wydaliśmy też książkę „W obronie wyższych praw: Dlaczego musimy przeciwstawiać się ‚małżeństwom’ homoseksualnym i ruchowi homoseksualnemu”. Teraz chcemy rozpocząć kampanię reklamową w głównych gazetach amerykańskich.

Czy akcja medialna na szeroką skalę ma szansę powodzenia? Czy media są Państwu przychylne? W Polsce wspomagają one ruch homoseksualny.

– W Stanach Zjednoczonych istnieją również konserwatywne media, które sprzyjają naszej działalności. Korzystamy z nich. W innych mediach umieszczamy po prostu płatne ogłoszenia i w ten sposób staramy się docierać do odbiorców. W Stanach Zjednoczonych mamy rozwinięty system tak zwanego direkt mailingu, czyli masowej wysyłki do dużej liczby odbiorców. Dzięki temu można dotrzeć do milionów ludzi. To jest bardzo efektywne i często wykorzystywane w Stanach Zjednoczonych. Wykorzystujemy również internet.

Czy są Państwo atakowani za swoje działania?

– Jesteśmy atakowani szczególnie w mediach. Te ataki rozkładają się na wszystkie organizacje, które sprzeciwiają się legalizacji związków homoseksualnych. Uderzają przede wszystkim w katolików. Zdarzają się też ataki werbalne na terenie campusów uniwersyteckich. Ale oczywiście skoro rozwijamy kampanię, jesteśmy przygotowani na to, że ktoś będzie niezadowolony.

Dlaczego atakowany jest głównie Kościół katolicki?

– Po pierwsze dlatego, że Kościół jest główną przeszkodą w rozwoju planów i programów ruchu homoseksualnego. Kościoły protestanckie nie mają czegoś takiego jak magisterium, jednego nauczania, co powoduje, że w łonie nawet tych samych grup wyznaniowych są zwolennicy i przeciwnicy homoseksualizmu, np. anglikanie czy episkopalianie w USA podzielili się w sprawie wyświęcenia homoseksualnego biskupa. Katolicy mają od dwóch tysięcy lat jednoznaczne nauczanie w tej kwestii i homoseksualiści nie mogą tego przełamać.

Skąd bierze się lobby naciskające na legalizację związków homoseksualnych, a następnie na możliwość adoptowania przez nie dzieci?

– Nie wszyscy homoseksualiści chcą „małżeństw” jednopłciowych. Prawdopodobnie większość z nich jest temu przeciwna, ponieważ nadal chcą prowadzić rozwiązły tryb życia. Ci, którzy popierają „małżeństwa” jedno płciowe, robią to dlatego, by w pewien sposób usprawiedliwić swój tryb życia, a nie po to, by ich związki stały się czymś bliższym małżeństwu. Homoseksualiści, nawet jeśli żyją w jakimś stałym związku, nie mają nic przeciwko temu, by każdy z nich miał wielu partnerów. Nie zachodzi więc tutaj żadna analogia między małżeństwem a związkiem homoseksualnym. Jest to jedynie pewien polityczny zabieg.

A skąd ruch homoseksualny czerpie fundusze na swoją działalność?

– Jednym ze źródeł jest fakt, że homoseksualiści nie mają rodzin, więc osiągają większe przychody osobiste i przeznaczają je na niemoralną działalność. Tworzą lokalne organizacje homoseksualistów, które są całkiem nieźle finansowane. Wielu homoseksualistów działa na polu kultury, sztuki, w filmie, wielu jest projektantami mody, więc są to osoby dobrze sytuowane. Takie czynniki sprzyjają dobremu finansowaniu tych grup. Na skalę ogólnokrajową, oczywiście, dostają wsparcie od dużych korporacji.

Homoseksualistów bierze „w opiekę” lewica. Z czego wynika ta „opiekuńczość”?

– Jest to dalsze rozwinięcie filozofii Hegla, a następnie marksistowskiej koncepcji walki klas. To jeden ze sposobów zniszczenia tego, czego socjaliści najbardziej nienawidzą, czyli cywilizacji chrześcijańskiej. I dlatego lewica jest tu naturalnym sojusznikiem.

Lobby homoseksualne powołuje się na pseudoargumenty, że homoseksualizm jest warunkowany genetycznie i nieuleczalny. I choć badania naukowe temu przeczą, lobby to zdołało przekonać naukowców do usunięcia homoseksualizmu najpierw z amerykańskiej listy zaburzeń psychicznych, a następnie z listy WHO. Jak to się stało?

– Decyzja o usunięciu homoseksualizmu z listy zarówno Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, jak i Światowej Organizacji Zdrowia miała podłoże bardziej polityczne niż medyczne. Robert Spitzner, jeden z głównych psychiatrów, którzy kierowali akcją, by usunąć homoseksualizm z listy chorób, oświadczył później, że zmienił swoje przekonania co do tego, że homoseksualizm jest czymś nieodwracalnym. Kiedy przekonał się, że terapia jest skuteczna, odwołał swoje wcześniejsze poglądy i oświadczył, że homoseksualizm jest nabyty, a nie wrodzony. Coraz więcej psychologów i psychiatrów skłania się ku temu, że jest to jednak zaburzenie mentalne, psychologiczne, a nie coś wrodzonego. Po decyzji Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego zaprzestano jakichkolwiek badań nad homoseksualizmem pod względem terapeutycznym. Dopiero niedawno, pod koniec lat 90., rozpoczęły się ponowne terapie. Wcześniej, w latach 60., homoseksualizm próbowano leczyć, natomiast potem pojawiła się swoista dziura. Przez około 20 lat nie prowadzono żadnych badań, co homoseksualiści wykorzystali dla promowania swojego ruchu. Była to decyzja wyłącznie polityczna.

Co ze swojego doświadczenia przekazałby Pan Polakom w zakresie obrony rodziny i podstawowych wartości katolickich?

– Po pierwsze, trzeba zdać sobie sprawę, że to zagrożenie jest rzeczywiste. Nie możecie popadać w samozadowolenie, że to się dzieje w innych krajach, a wy jesteście silnym krajem katolickim i u was nie może się to zdarzyć. Jeżeli nie będziecie świadomi tego zagrożenia, to mała grupa przy pomocy mediów i ludzi stanowiących prawo bardzo łatwo może przeprowadzić tego typu przepisy prawne. Po drugie, nie dajcie się zastraszyć przez ruch homoseksualny. Oni są w mniejszości i jeżeli dochodzi do bezpośredniego starcia, konfrontacji, zachowują się tchórzliwie. Nie bójcie się otwarcie głosić zasad katolickich, nawet gdyby to wiązało się z jakimiś naciskami ze strony Unii Europejskiej czy choćby całego świata. Wreszcie, wszystkie wasze działania musicie zawierzyć Matce Bożej.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl

NASZ DZIENNIK

Czwartek, 13 maja 2004, Nr 111 (1910)

==========================================================


Tradiçao, Família, Propriedade TFP

Tradiçao, Família, Propriedade

Sieć Stowarzyszeń Obrony Tradycji Rodziny i Własności TFP, urosła w siłę wokół kamienia milowego w rozwoju myśli reakcyjnej, jakim jest książka ‚Rewolucja i Kontrrewolucja’ prof. Plinio Correa de Oliveira (1908-95). Wywodząc się z Brazylii, w 1989 r. działała w 26 państwach na 6 kontynentach.


‚Cristianita’, organ włoskiego Alleanza Cattolica, w okolicznościowem artykule z listopada 1995 r. przypominał znamienne zdarzenie: 1 lutego 1975 roku, wobec coraz trudniejszej sytuacji Kościoła katolickiego, prof. Oliveira publicznie zaproponował siebie jako ofiarę pokutną za grzechy świata. Trzydzieści sześć godzin później został poważnie ranny w wypadku samochodowym, którego konsekwencje prześladowały go aż do śmierci. Mimo to nie zarzucił pracy organizacyjnej i twórczej. Napisał łącznie 15 książek i ponad 2500 artykułów.

TFP w Polsce

http://www.piotrskarga.pl

(1) American Society for the Defense of Tradition, Family, and Property
http://www.tfp.org

(2) Tradiçao, Família, Propriedade
http://www.tfp.org.br

(3) Revista Catolicismo
http://www.catolicismo.com.br

(4) Sociedade Brasileira de Defesa da Tradiçao, Família e Propriedade
http://www.sos-fazendeiro.org.br/

(5) Pró-Legítima Defesa
ADRES: Rua Dr. Martinico Prado, 246 01224-010 – Sao Paulo – SP, BRASIL
http://www.prolegitimadefesa.org.br/

(6) TFP we Francji
http://www.tfp.asso.fr/

(7) Przyjaciele TFP z Argentyny
http://www.fadm.org.ar/

(8) Strona włoskiego TFP
Zrąb jej zawartości został przetłumaczony na wiele języków, w tym i polski.
http://www.lucisullest.it

Cytat z książki ‚Rewolucja i Kontrrewolucja’ prof. Plinio Correa de Oliveira

Rewolucja i kontrrewolucja (2)

Kiedy pożar wybucha w lesie, to nie można go uważać za tysiąc autonomicznych i równoległych pożarów tysiąca stojących obok siebie drzew. Jedność zjawiska pożaru realizuje się na żyjącej jedności, którą jest las. Ponadto wielka siła rozchodzenia się płomieni wynika z żaru, w którym niezliczone płomienie z różnych drzew splatają się i mnożą. To wszystko pomaga uczynić z pożaru lasu pojedynczy fakt całkowicie ogarniający tysiące częściowych pożarów, jednakże różniących się od siebie swoimi przypadłościami.

Zachodnie chrześcijaństwo stanowiło jedną całość, która wyrastała ponad różnymi krajami chrześcijańskimi nie pochłaniając ich jednocześnie. Kryzys nastąpił w tej żyjącej jedności, ogarniając w końcu ją całą wskutek połączonego żaru coraz liczniejszych lokalnych kryzysów, które poprzez wieki nieustannie się przeplatają i wspomagają. W konsekwencji, chrześcijaństwo jako rodzina państw oficjalnie katolickich dawno przestało istnieć. Narody zachodnie i chrześcijańskie są tylko jego szczątkami i obecnie wszystkie one znajdują się w agonii na skutek działania tego samego zła.

Biorąc pod uwagę jakikolwiek kraj, kryzys ten rozwija się na tak głębokim poziomie problemów, że z samej natury rzeczy rozciąga się lub rozpościera na wszystkie władze duszy, wszystkie dziedziny kultury i w końcu wszystkie sfery ludzkiego działania. (…)

Pod naciskiem tych rozszalałych sił narody zachodnie są spychane stopniowo w kierunku takiego stanu rzeczy, który przybiera w nich wszystkich taki sam kształt i jest diametralnie sprzeczny z cywilizacją chrześcijańską.(…)

Kryzys ten nie jest jakimś spektakularnym, odizolowanym epizodem. Przeciwnie, stanowi on krytyczny proces trwający już pięć wieków. Jest to długi łańcuch przyczyn i skutków, który wyłoniwszy się w pewnym momencie z wielką siłą, w najgłębszych zakątkach duszy i kultury człowieka Zachodu, wywołuje kolejne konwulsje począwszy od XV wieku.

Reklamy

Globalny pacht : FED, Banki, Lichwa

Dodaj komentarz

część I

Motto: rzeczą ludzi myślących jest by nie stawać po stronie oprawców – Albert Camus (1913 – 1960)

Obyś żył w ciekawych czasach” – mówi stare żydowskie przekleństwo i trzeba przyznać, że tym razem mieli rację. Ciekawe, bo coś się dzieje. Na przykład bomby spadają ludziom na głowy – co wciąż doświadczają Irakijczycy a nie tak dawno Serbowie. Polska jest oddawana w pacht dzieciom szatana i to w dodatku przy powszechnej zgodzie ogłupionego społeczeństwa – też nie jest nudno. Mordowani codziennie Czeczeńcy okupują rosyjską szkołę z setkami dzieci i w rezultacie giną wraz z nimi pod gruzami – też było na co popatrzeć, tym bardziej, że w zaciszu własnego domu, w wygodnym fotelu i z kuflem piwa w garści. A już najwięcej emocji dostarczały chyba dwa wieżowce WTC, walące się tumanach kurzu, znikające jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki z nowojorskiego pejzażu. Co prawda coraz więcej paskudnych niedowiarków twierdzi, że nie tyle różdżka co ładunki wybuchowe, rozmieszczone w wieżowcach z podziwu godnym profesjonalizmem, spowodowały ten tragiczny spektakl. No, ale jak świat światem, zawsze byli jacyś niedowiarkowie, kwestionujący oficjalne komunikaty oraz tzw. „naukowe” podejście do sprawy. Skąd my to znamy, nieprawdaż? Polacy od 1945 roku przerabiają ten temat codziennie aż do dzisiaj i póki co nie widać światełka w tunelu. No, ale na szczęście jest rozwiązanie – a od czego cenzura? Co prawda teraz nie oficjalna ale za to bardziej skuteczna, co najlepiej widać na przykładzie Politycznej Poprawności.

Skoro zaś mowa o Amerykanach to nie wykluczone, że i im przyjdzie niedługo żyć w super ciekawych czasach. Jak bowiem pisze w książce „The New Economic Disorder” profesor ekonomii, były senator ze stanu Tennessee, Larry Bates: „Nie ulega wątpliwości, że czeka nas kryzys finansowy na niespotykaną dotąd skalę. Kryzys, jakiego do tej pory nikt w USA nie doświadczył. Wstrząsające będzie jak wiele ludzi straci swój cały życiowy dorobek. A nawet większym szokiem będzie to, że dokładnie w tym samym czasie mała grupka ludzi niewiarygodnie się wzbogaci. Tak to już bowiem jest, że w czasach finansowych kryzysów bogactwo nie ginie a tylko po prostu zmienia właścicieli.”

Warto tu też wspomnieć, że prof. Bates jest tylko jednym z wielu ekonomistów, którzy widzą nadchodzącą tragedię. Zresztą nie trzeba być wybitnym specjalistą, żeby wiedzieć, że kiedy jakikolwiek biznes zaczyna płacić odsetki od odsetków to koniec jest bliski. A tak jest właśnie w tej chwili w Stanach Zjednoczonych Północnej Ameryki.

A zatem kto zbiera śmietanę czyli komu USA, jak by nie było super mocarstwo, płaci procenty od pożyczek? Ano, instytucji wszystkim znanej, choć mało rozumianej a której pełna nazwa brzmi: „Federalne Rezerwy” (The Federal Reserve).

Jest to instytucja o tyle ciekawa, że ani nie jest federalna, tzn. nie ma nic wspólnego z rządem Stanów Zjednoczonych, a i z tymi rezerwami najprawdopodobniej też nie jest za różowo. Niemniej, jak zawsze w biznesie, liczy się to co się ma. A w tym wypadku rzecz najważniejszą – ekskluzywne prawo do druku pieniędzy. Co to znaczy, wiedzą chyba wszyscy, wliczając w to nawet Sylwka i Treskę Pudlo czyli przeciętnych gamoni. Pieniądze są potrzebne każdemu z nas do przeżycia, do kupna żywności, domu, samochodu, płacenia rachunków itd. Są więc one po prostu nam niezbędne. I jeśli ktoś ma wyłączne prawo do ich wytwarzania, to ten ktoś czyli „Federlane Reserwy” może kontrolować niemalże każdą dziedzinę życia USA, wliczając w to Kongres, Biały Dom z takim czy innym prezydentem, sądownictwo, infrastrukturę, rolnictwo itd. Itd. 

Nie od rzeczy bowiem jeden z pierwszych Rothschildów mawiał: „Pozwólcie mi robić i kontrolować pieniądze narodu, a nie ważnym dla mnie będzie kto ustanawia prawa.” (Mayer Amschel Rothschild (Banker) 1790.) Stary wyga wiedział bowiem dobrze, że tam, gdzie kupno i sprzedaż są kontrolowane legislacyjnie, pierwszą rzeczą destruktora jest kupno legislatorów.

Natomiast wracając do „Rezerw Federalnych” to jest to jak najbardziej prywatny bank. Jeśli zaś chodzi o jego nazwę to z całą pewnością ma ona za zadanie służyć za rodzaj parawanu, zasłaniającego faktyczny stan rzeczy. Jako ciekawostkę można przytoczyć tu sam proces zatwierdzenia przez Kongres USA „Federalnych Rezerw” 23 grudnia 1913 roku. Otóż była już późna noc, większość kongresmanów rozjechała się na świąteczną przerwę, przekonana, że prace Kongresu zostały zawieszone, zgodnie ze zwyczajem, nazywanym soni dai (bez daty). Niemniej soni dai nie została formalnie zatwierdzona (z jakiej przyczyny nie trudni się domyśleć) i Kongres oficjalnie funkcjonował. Na sali było tylko trzech senatorów i przez tzw. aklamację czyli jednomyślnie odpowiednia ustawa została zaaprobowana.

Nie znaczy to jednak, że amerykanie poddali się od razu i bez walki. 

Na przykład w 1923 roku, reprezentujący Minnesotę Charles A. Lindbergh (ojciec sławnego pilota) oświadczył: „Nasz system finansowy został w całości opanowany przez zarząd Federalnych Rezerw. Zarządzający tą instytucją kierują się niczym innym jak tylko chęcią osiągnięcia jak największych korzyści finansowych. Ten cały interes jest prywatnym przedsięwzięciem , którego celem jest osiągnięcie maksymalnych korzyści, obracając gotówką innych ludzi”.

Jeszcze inny odważny kongresman, Lewis T. McFadden, powiedział w czasie tzw. „Wielkiego Kryzysu” w roku 1932: „Mamy w naszym kraju jedną z najbardziej skorumpowanych instytucji, jaką zna cały świat. Mam tu na myśli zarząd Federalnych Rezerw. Ta szatańska ekspozytura doprowadziła nie tylko do strasznej biedy amerykańskich obywateli ale także praktycznie zbankrutowała nasz rząd. Stało się tak w wyniku korupcyjnej działalności finansowych sępów, którzy ją kontrolują.”

Nie od rzeczy będzie też tu krótkie przypomnienie, jak rzecz się miała z bankami w Ameryce w przeszłości. Otóż pod koniec Rewolucji czyli wojny z Anglią o niepodległość, w 1781 roku, „Kontynentalny Kongres Ameryki” na gwałt potrzebował gotówki oraz jako tako uporządkowanego systemu monetarnego. W rezultacie zabiegów niejakiego Roberta Morrisa został ustanowiony pierwszy prywatny bank o nazwie „Bank Północnej Ameryki”. 

Nie byłoby w tym jeszcze nic złego, gdyby nie fakt, że instytucja ta natychmiast zaczęła wzorować się na „Banku Angielskim”, (The Bank of England). Innymi słowy „Bank Północnej Ameryki” bezzwłocznie rozpoczął uprawiać swoistą lichwę, pożyczając ludziom i instytucjom pieniądze, których sam nie miał i w dodatku, co było meritum sprawy, naliczał od kredytu solidne oprocentowanie. Tak więc instytucja ta pożyczała coś, czego sama nie miała ale w rezultacie paskarstwa bogaciła się prawdziwymi pieniędzmi, wypracowanymi przez społeczeństwo. W rezultacie wartość nabywcza pieniądza zaczęła spadać coraz szybciej oraz coraz więcej uczciwych ludzi zaczynało kwestionować brak podstawowych zasad etyki banku. A tak przy okazji, skoro już jesteśmy przy temacie bankowym, to te praktyki są dziś powszechnie stosowane. No, ale w 1785 obyczaje były inne niż obecnie, media normalne czyli piszące prawdę i po zaledwie czterech latach „Bank Północnej Ameryki” został odpowiednią uchwałą skasowany. 

Jak to ujął William Findley z Pensylwanii, główny promotor likwidacji lichwiarskich praktyk: „Ta instytucja, oprócz niesłychanej wręcz chciwości i wyrachowania, nic sobą nie reprezentuje i nigdy nie ustanie (…) w komasacji bogactw, potęgi oraz wpływów na losy kraju (…)

Niestety, w wyniku zakulisowych działań, już w 1791 roku a więc tylko 6 lat po tej uchwale, powstał następny prywatny bank w Ameryce, tym razem zwany „Pierwszy Bank Stanów Zjednoczonych” (The First Bank of the United States) Jak zawsze, nazwa stanowiła parawan, za którym kryła się prawdziwa natura instytucji. I tak dalej toczył się podbój świata, rozpoczęty w 1694 roku, kiedy to po raz pierwszy w historii zachodniej cywilizacji prawnie zadekretowano lichwę – ustanowienie „Banku Angielskiego” (The Bank of England) .

Zbyszek Koreywo

część II.


Masy ludzkie zawsze jest łatwiej oszukać monstrualnym a nie małym kłamstwem, szczególnie, jeśli powtórzy się je wielokrotnie” – Adolf Hitler.

Jak mówi Pismo Święte, Pan Jezus tylko raz użył siły w trakcie swego nauczania. Stało się to w świątyni jerozolimskiej, kiedy to rozeźlony do ostateczności Syn Boga z biczem w ręku przegonił handlarzy pieniędzmi.

Kim oni byli, ci handlarze, tak surowo potraktowani przez kogoś, kto zawsze przekładał miłosierdzie nad gniewem i egotyzmem?

Otóż w czasach Chrystusowych, kiedy pobożny żyd przyjeżdżał do Jerozolimy, zobowiązany był płacić podatek na rzecz świątyni. Rzecz w tym, że jedyną monetą, moralnie akceptowaną, mógł być tylko pół-szekel, około 14 gramów czystego srebra. I nie tylko fakt czystego kruszcu był ważny ale przede wszystkim to, że na monecie nie było wizerunku pogańskiego, rzymskiego imperatora, w związku z czym dla każdego uczciwego żyda było jasnym, że jest to jedyny pieniądz miły Panu Bogu. 

No, ale nie trwało długo, kiedy grupka jerozolimskich cwaniaków zorientowała się, że jeśli skupią w swych rękach wszystkie pół-szekle, będą w stanie dyktować ceny monety a tym samym bogacić się kosztem pobożnych współziomkach. I, jak się wydaje, to właśnie wyprowadziło z równowagi Pana Jezusa, że mogą być wśród nacji takie hieny, którym wszystko jedno jak nabiją sobie kabzę. Dla których jedyną świętością są tylko pieniądze.

Skoro zaś jesteśmy już przy temacie pieniędzy, nie od rzeczy będzie tu przypomnienie, jak narodziły się banknoty, czyli papierowe środki płatnicze. W tym celu musimy cofnąć się w historii naszej cywilizacji do czasów średniowiecznych oraz terenów dziś znanych jako „niewzruszony sojusznik USA”, szczególnie pod zarządem niejakiego Tony Blair, znanego bardziej współziomkom jako „Bambi”. 

Oczywiście mowa tu o Anglii, o której to ludzie mądrzy powiadają, że lepiej być jej wrogiem niż przyjacielem. Rzecz w tym, że jako wroga może spróbują cię kupić ale jako przyjaciela prędzej czy później zdradzą. Tak więc w starej Anglii, podobnie jak w reszcie Europy, istniał cech złotników, którym ludzie zamożni powierzali cenne kruszce nie tylko w celu wykonania ozdobnej biżuterii ale i z czasem na przechowanie. Działo się tak ponieważ ci rzemieślnicy, z natury rzeczy, musieli konstruować skarbce wystarczająco mocne, by zniechęcić ewentualnych amatorów cudzej własności. I właśnie pokwitowania za te cenne depozyty były pierwowzorem naszych dzisiejszych pieniędzy, jako, że pomysł „chwycił” bardzo szybko. I nic dziwnego, bowiem dużo łatwiej schować mały, papierowy kwit zamiast ciężkiej sakiewki, pełnej złota.

Problem zaczął się w momencie, kiedy owi złotnicy ze starej Anglii zorientowali się, że nikt tak naprawdę nie wie, ile złota jest na przechowaniu i że ludzie nie spieszą się z odebraniem depozytów. Stąd był już tylko jeden krok do pomysłu, żeby taki stan rzeczy wykorzystać w celu pomnożenia zysków. A sam pomysł polegał na tym, że zawsze można było wypisać więcej kwitów na złoto, niż w rzeczywistości było go w skarbcu a same kwity pożyczać na określony procent. Na przykład, jeśli w sejfie był kruszec wartości 5 000 talarów, wydane rewersy mogły opiewać na sumę 500 000 talarów. Nie trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć, że powiedzmy 10% od takiej sumy rocznie wynosiło 50 000 talarów, czyli 10 razy tyle co początkowa wartość złota w skarbcu. No, i żeby było już zupełnie śmiesznie, to trzeba wiedzieć, że ten proceder nie zmienił się od czasów średniowiecznych ani na jotę, tyle tylko że teraz jest zakrojony na skalę globalną, przy użyciu ostatnich zdobyczy elektroniki.

W praktyce wygląda to w wielkim skrócie następująco: zwróciłem się do któregokolwiek banku z prośbą o pożyczkę w wysokości 100 000 dolarów na budowę nowego gniazda rodzinnego. Ponieważ mam stałą pracę plus odpowiednie zabezpieczenie (na przykład bank zawsze może zlicytować mój dom, kiedy przestanę płacić odsetki) moja prośba została załatwiona pozytywnie i odtąd pieniądze zaczynają być przelewane z banku do mojej firmy budowlanej. Problem tylko w tym, że zgodnie z prawem (Fractional Reserve Banking), bank produkuje pieniądze z niczego czyli nominalnie warte są one tyle, ile kosztował papier plus farba drukarska. Niemniej tymi pieniędzmi są opłacani murarze, stolarze, elektrycy, hydraulicy i dziesiątki innych firm, zwykle utrzymujących się z budowy domów. Wszyscy oni znaczną część tych pieniędzy przeznaczają na kupno dóbr komercyjnych czyli wprowadzają w obieg pieniądze bez pokrycia. 

Niewiarygodnie to brzmi aczkolwiek jest to prawdą. Zgodnie z prawem amerykańskim, bank ma prawo dać na procent 10 razy więcej pieniędzy niż sam w rzeczywistości ma. Oczywiście, wysoko kwalifikowani ekonomiści czy też specjaliści od odwracania kota ogonem zawsze są w stanie wytłumaczyć taki stan rzeczy szalenie naukowo. A co wybitniejsi fachowcy od farmazonerii to są nawet w stanie przekonać chłopa, żeby sobie przerwał ciążę. Tyle tylko, że żeby nie wiem jak to tłumaczyli ale recesje zdarzają się z dużą regularnością i wtedy miliony zwykłych ludzi traci oszczędności, często zbierane przez całe pracowite życie, które diabli biorą, nie wykluczone zresztą, że w dosłownym znaczeniu tego słowa. Stopy oprocentowania skaczą w górę z dnia na dzień, tzw. papiery wartościowe okazują się kompletnie bez wartości a w skrajnych wypadkach hiperinflacja pożera wszelkie oszczędności.

A nawet bez oficjalnej tragedii czyli na co dzień, nasze pieniądze regularnie tracą na wartości, co jest naukowo nazywane „indeksacją” a w rzeczywistości chodzi o to, że na rynku jest za dużo wydrukowanych pieniędzy, które nie mają pokrycia w produktach. Natomiast duże tragedie czyli depresje, recesje, kryzysy mają za zadanie masowe wycofanie z rynku bezużytecznych pieniędzy głównie po to, by zabawa rozpoczęła się od nowa. Tyle tylko, że jak zawsze poszkodowani są jedynie i wyłącznie zwykli zjadacze chleba a właściciele globalnego folwarku tylko zacierają garście, zastanawiając się w zaciszach luksusowych pałaców, jak tu ukraść po parę dolarów dziennie każdemu szarakowi. Rzecz bowiem w tym, że szaraków jest na świecie kilka miliardów.

I pomyśleć, że był kiedyś taki czas, kiedy nasza cywilizacja nie akceptowała lichwy, zgodnie zresztą z nauczaniem Arystotelesa a później św. Tomasza z Akwinu. Twierdzili oni, że pieniądze powinny być używane tylko do wymiany dóbr a pożyczanie na procent niezgodne z prawem naturalnym, bowiem prędzej czy później prowadzi to do korupcji. Jak bardzo mieli rację, widzimy to dziś gołym okiem. Nawiasem mówiąc, jeśli ja lub ktokolwiek z P.T. szanownych czytelników zrobi sobie idealną matrycę do druku pieniędzy, po czym przystąpi do ich produkcji, natychmiast zainteresuje się nami policja no i skończymy w kryminale za tzw. fałszerstwo pieniędzy. I nie ma sprawy, tak powinno być, bo aż strach pomyśleć co by się działo, gdyby tak każdy mógł sobie drukować gotówkę. No, ale banki mogą czyli co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie. Nie każdy bowiem urodził się Rotszyldem czy też Rockefellerem. I tylko dziwne, że ten sam proceder raz jest nazywany fałszerstwem a innym razem emisją środków płatniczych.

Zbyszek Koreywo

część III.

Dawno, dawno temu, jeszcze za czasów cara Leonida, popularnie znanego w Sowietach jako Lońka i jego namiestnika w Polsce – Edwarda Gierka, wpadłem na jakimś przyjęciu na pewnego typa, który w chwili szczerości wyjawił mi tajemnicę swego sukcesu. Sukces był co prawda natury finansowej ale, sadząc po dwóch uroczych bliźniaczkach, uwieszonych po obu jego stronach, zapewne nie tylko. No i jak wszyscy wiedzą, ale przypomnę jeszcze raz, za czasów miłościwie nam panującego durnia Edwarda Śląskiego, do większych pieniędzy można było dojść tylko dwoma drogami. Albo zapisać się do mafii czyli „Przewodniej Siły Ludu Pracującego” i legalnie kraść na lewo, prawo i w środku albo poświęcić się prywatnej inicjatywie i kombinować – też na wszystkie strony. 

Ten nowy koleś oczywiście był prywaciarzem jako, że na mafijne przyjęcia normalni ludzie nie chodzili (a ja do tej pory się upieram, że jestem normalny), choć, jak ponuro zapewniali znawcy tematu, tam „pety w dżemie albo kawiorze się gasi”. 

Zaś co do samej tajemnicy nagłego powodzenia z płcią piękną tego prywaciarza to polegała ona w skrócie na tym, iż odkrył on, że łatwiej było kupić „na lewo” wagon ortalionu niż parę metrów z spod tzw. lady w sklepie. Jednym słowem czym większy szwindel tym mniej szans na wpadkę, choćby dlatego, że sami zainteresowani okupowali wyższe szczeble społecznej drabiny. A jak nawet przedszkolaki wiedzą, w kryminałach, jak świat długi i szeroki, siedzą raczej pionki a nie figury.

Wróciłem pamięcią do tej historyjki, kiedy przyszedł czas na napisanie kolejnego felietonu do „Akcentu”, jako, że dziś będzie o stosunkowo mało znanym epizodzie z historii Stanów Zjednoczonych Północnej Ameryki. Mało znanym ale za to chyba jednym z największych szwindli wszechczasów choć, od kilku setek lat to szachrajstwa nam na tym świecie nie brakuje a ostatnio jakby było tego coraz więcej.

Jakoś tak się utarło w świadomości ludzkiego rodu, że Amerykanie to szalenie sprytny i bogaty naród, poza tym chroniony doskonałą konstytucją, zapewniającą wszelkie swobody, z prawem do wolności słowa, druku itd. a nade wszystko do prywatnej własności. W rzeczywistości zaś wygląda na to, że są oni tam w Ameryce regularnie nabijani w butelkę a zatem to tylko „ciężkie frajerstwo i naiwniaki” jakby powiedział mój cieć z podwórka na Poznańskiej, w Warszawie.

By wyjaśnić przyczynę tak surowego osądu, wypadało by zacząć od dnia 24 października 1929 roku, kiedy to bankierzy z Nowego Jorku zażądali zwrotu wszystkich krótkoterminowych pożyczek. Oznaczało to nie mniej i nie więcej a tylko panikę na giełdzie, gdzie inwestorzy, maklerzy, rzesze drobnych spekulantów papierami wartościowymi itd. na gwałt zaczęli sprzedawać akcje, po to, by oddać dług bankom. Wkrótce cały kraj pogrążył się w kryzysie, znanym dziś jako „Wielka Depresja lat 30”. 

Miliony ludzi straciło pracę, domy, farmy, przedsiębiorstwa, rodziny oraz nieznana ilość życie, bowiem nie wszyscy byli w stanie wytrzymać potworne ciśnienie nie tylko braku środków do życia ale także niepewności jutra. Nie pora tu wracać do powodów tej wielkiej dla Amerykanów tragedii, ale nie od rzeczy będzie tu przypomnienie słów kongresmanaLuisa T. McFaddena: „To nie był przypadek. Depresja została zaplanowana w każdym calu. Międzynarodowi bankierzy zamierzyli wywołanie stanu totalnej depresji po to, by z chaosu wyłonić się jako nasi nowi władcy.” 

W 1934 roku, McFadden wygłosił w Kongresie Amerykańskim płomienne przemówienie, w którym oskarżył Federalny Bank Rezerw o konspirację, mającą na celu przejęcie amerykańskiego bogactwa. Po tym wydarzeniu przeżył dwie próby zamordowania go ale zmarł otruty w 1936 roku. 

W sprawie Depresji było jeszcze wiele innych głosów a ostatnio, bo w 1996 roku Milton Friedman [oczywiście żyd  – przyp. red. polonica.net], wybitny ekspert ekonomii powiedział w radiowym wywiadzie: „Z całą pewnością Federalny Bank Rezerw wywołał Wielką Depresję poprzez drastyczne ograniczenie środków płatniczych na rynku w latach 1929 – 33.”

Natomiast wracając do amerykańskiego „Wielkiego Szwindla” to zaczęło się od tego, że w 1934 roku za czasów prezydenta Franklin D. Roosevelta, zabroniono Amerykanom posiadania złota w jakiejkolwiek postaci, z wyjątkiem rzadkich monet. 

Kara, jaką przewidziano za nieposłuszeństwo była ogromnie surowa – 10 lat wiezienia i 10 000 dolarów co, jak na tamte czasy, było kolosalną sumą. Jak się nad tym zastanowić, to jako żywo przypominają się czasy komunistycznego zamordyzmu. 

Wtedy posiadanie zagranicznych walut było zabronione no i oczywiście były przewidziane odpowiednie kary za nieposłuszeństwo. Rzecz w tym, że tylko władza mogła mieć monopol na posiadanie prawdziwych pieniędzy. Podobnie było w USA Anno Domini 34. 

Oczywiście, konfiskata złota została odpowiednio przedstawiona przez sfory pismaków, hodowanych już wtedy w redakcyjnych psiarniach (skąd my to znamy), głównie jako czyn obywatelski, mający na celu zahamowanie recesji. Niemniej, rzecz ciekawa, do dzisiaj nie wiadomo kto dokładnie opracował projekt ustawy, zabraniający wolnym ludziom w Stanach Zjednoczonych posiadania złota. 

Wszyscy, włącznie z kalekim prezydentem upierali się, że nic o ustawie nie wiedzieli aż do czasu jej podpisania w Kongresie. Ot, taka ciekawostka przyrodnicza – nie wiedzieli ale podpisali. I tylko przyciśnięty do muru Sekretarz Skarbu wyjawił, że stało się tak na życzenie „ekspertów”. 

Tak czy inaczej Jankesi musieli sprzedawać państwu swoje złoto po 20.66 dolarów za uncję. (1 uncja = 1/16 funta czyli 28,35 g. Niemniej w jubilerstwie i w handlu metalami szlachetnymi stosuje się uncję trojańską, gdzie równa się ona 31,1035 g.) 

I rzecz ciekawa, w 1935 roku, kiedy generalnie zakończono operację drenażu cennego kruszca z domowych sakiewek, jego cena skoczyła nagle do 35 dolarów za uncję. No, ale na wypadek, gdyby jakiś domownik nagle się obudził i zechciał sprzedać swoje złoto, odpowiednia ustawa przewidywała, że po tej cenie może być skupowany kruszec pochodzący tylko z zagranicy. Nie trudno wyobrazić sobie dlaczego. Architekci depresji mieli odpowiednio dużo czasu, by wyprowadzić za granicę ileś tam ton złota a teraz zarobić na każdej uncji po 14.34 dolarów.

W 1937 roku zakończono budowę Fort Knox w Kentucky, około 50 kilometrów na południowy zachód od Louisville. Było to przedsięwzięcie niesłychanie mocno nagłośnione, tak, by przeciętny Amerykanin wiedział, iż złoto, które wcześniej należało do niego a teraz do państwa, jest absolutnie bezpieczne. Na dowód tego pokazywano zdjęcia z fosami dookoła fortu, bataliony żołnierzy, gotowych na wszystko, szybkostrzelne karabiny co kilkadziesiąt metrów, elektryczne płoty, sfory specjalnie trenowanych psów, no, jednym słowem najlepiej zabezpieczone miejsce na świecie. I 13 stycznia 1937 roku dziewięć wagonów towarowych, wypełnionych po brzegi złotem, wjechało na teren Fort Knox, gdzie miało ono pozostać jako rezerwa finansowa kraju i jednocześnie stanowić oczywisty dowód, że nikt na świecie nie może dorównać Ameryce w potędze finansowej.

Mit Fort Knox, pełnego złota w podziemnych sejfach, trwał długo bo aż do 1974 roku. 

Wtedy to po raz pierwszy zaczęły się pogłoski, że tak naprawdę skarbiec jest pusty. Głuche wieści głosiły także, że to rodzina Rockefellerów zamieszana była w tajny transfer narodowego skarbu do Londynu. Poza tym coraz częściej zaczęły przenikać do USA słuchy z finansowych kręgów Europy, potwierdzające taki stan rzeczy. Dlatego pewien amerykański biznesmen o nazwisku Ed Derell, przez 14 lat próbował dociec prawdy o złocie w Fort Knox. Niewiarygodne ale prawdziwe ale aż do śmierci nie udało mu się dowiedzieć, ile złota jeszcze tam zostało a ile zostało wywiezione do Europy. I to pomimo tysięcy petycji, podań i wreszcie żądań amerykańskich obywateli by wpuścić do fortu niezależnych dziennikarzy czy też specjalistów, którzy mogliby rozwiać uporczywe plotki o pustych sejfach w Fort Knox. 

Nawet Edith Roosevelt, wnuczka prezydenta Theodore Roosevelt (nie mylić z Franklin Delano, który był kuzynem Theodore) publicznie domagała się wyjaśnień od rządu Stanów Zjednoczonych: „Pogłoski o pustym skarbcu USA słyszałam wielokrotnie od moich przyjaciół z Europy. I doprawdy nie sposób zrozumieć przedstawicieli amerykańskiej administracji, kiedy uporczywie odmawiają jasnych odpowiedzi w tej sprawie.” A przecież był czas, kiedy w Fort Knox było ponad 700 milionów uncji złota czyli 70 procent światowych zasobów tego kruszcu.

Jedno jest pewne. Kiedy w 1981 roku prezydent Reagan objął urząd prezydencki, wysłał do Fort Knox specjalna komisję która miała za zadanie przeliczenie narodowego majątku w złocie. Komisja wróciła z raportem, że ministerstwo skarbu Stanów Zjednoczonych Północnej Ameryki w ogóle nie posiada złota. Co prawda trochę kruszcu w sejfach jeszcze pozostało ale należy ono do Federalnego Banku Rezerw, jako zabezpieczenie narodowego długu.

Tak więc jeszcze jedno jest pewne – jak robić przekręt, to na taką skalę, żeby zwykłym ludziom to się głowach nie mieściło. A Jankesi złoto mogą legalnie kupować i posiadać dopiero od 1971 roku. 

I wygląda na to, że wtedy było już po herbacie czyli rzeczy się miały jak w sowieckim cyrku – był zegarek i już go nie ma.

Zbyszek Koreywo