15 niesamowitych zbrodni Kościoła Katolickiego

Dodaj komentarz

Ten zbiór piętnastu esejów o niesamowitych zbrodniach Kościoła katolickiego powinien stać się lekturą obowiązkową dla kaŜdego.
Hans Scheibnir, MORGENPOST, Hamburg

Ta kompilacja faktograficzna słuŜy nie tyle uzasadnieniu nowej wizji historii, ile podwaŜeniu prezentacji własnych dziejów przez Kościół. Przy takim rozumieniu ksiąŜki jej efekt jest szokujący.
El Independiente, Madryt

We wszystkich esejach, takŜe tych, które dotyczą współczesności, znajduje potwierdzenie sformułowana przez
Nietzschego definicja chrześcijaństwa jako „sztuki świątobliwego okłamywania”. Dlatego teŜ: czytajmy i wyciągajmy wnioski.
Borshenblatt fur den Deutschen buchhandel

Kto jeszcze nie zna tego wielkiego krytyka Kościoła, w opinii Wolfganga Stegmiillera najwybitniejszego w tym stuleciu, ma teraz okazję do zawarcia znajomości z jego dziełami. W Opus diaboli Karlheinz Deschner przedstawia to, co stanowi podstawę jego krytyki, ogłasza fakty, straszne same przez się, ale teŜ uwypuklone zabiegami stylistycznymi —
domyślamy się, Ŝe mimo błyskotliwości stylu autorowi nie chodzi o formę, lecz o treść, Ŝe poruszony temat sprawia mu ból, Ŝe dręczy go owcza mentalność, która pozwala na trwanie tego „monstrualnego trupa”, tego „historycznego potwora”.
Henry Gelhausen, D’latzeburger land, Luksemburg
TyleŜ przekonujące, ile błyskotliwe.
Main-Echo, Ascheffenburg
Karlheinz Deschner napisał na ten temat ponad trzydzieści ksiąŜek, a jego wywody nic tracą na ostrości: analiza jest
fascynująca, styl błyskotliwy, eseje śmiałe, dobitne, wciągające czytelnika, przy całej swej naukowości zrozumiale i dla
laika, a prócz tego trzymające w napięciu niczym powieść kryminalna.
Gunther Eischer, Muncher Stadt-Zeitung
To najwybitniejszy krytyk Kościoła w tym stuleciu albo diabeł we własnej osobie — zaleŜnie od tego, czy jest czytany
przez stających na ambonie, czy przez ludzi słuchających kazań. Bezwzględna, ciągła krytyka Kościoła ze strony
Deschncra wyróŜnia się bowiem tym, Ŝe pracuje on dla Pana, ale przeciw owym panom, którzy w sposób haniebny
obchodzą się z Jezusem i Maryją, którzy naduŜywają kościelnych podatków i teologii moralnej ku większej chwale
swojej firmy. Nie powoduje nim nienawiść, lecz gniew w obliczu nieludzkich dziejów owych sług Boga — w imię
prawdy bezkompromisowo występuje tu autentyczny humanizm. A Ŝe Deschner umie pisać porywająco, to przyznają
nawet tacy w tym kraju, którzy nie mają swego zdania.
Unicum, Czasopismo studenckie, Bohum
Dr Karlheinz Deschner urodził się w 1924 r. w Hamburgu. Od zdania matury w 1942 r. do końca wojny słuŜył
w wojsku. Po wojnie studiował prawo, teologię, filozofię, literaturoznawstwo i historię. Uznawany jest za
współczesnego Woltera i „najwybitniejszego krytyka Kościoła ostatnich stu lat”. Jego pasją jest pisanie, pracuje do
ponad stu godzin tygodniowo. W ciągu czterdziestu lat odbył dwa i pół tysiąca odczytów i spotkał się z półmilionową

rzeszą słuchaczy. Ma tysiące gorących zwolenników i tyleŜ samo fanatycznych wrogów. OskarŜony o blasfemię
został przez sąd uniewinniony.
Deschner uprawia róŜne gatunki literackie; jest autorem powieści, pamfletów, aforyzmów, rozpraw krytycznoliterackieh,
historycznych, filozoficznych, a przede wszystkim dzieł krytykujących Kościół.
Powieścią Die Nacht steht um mein Haus (Noc spowiła mój dom), wydaną w 1956 r. wywołał olbrzymie
poruszenie, które rok później, po ukazaniu się pracy polemicznej Kitsch, Konvention und Kunst (Kicz, konwencja i
sztuka) przerodziło się w skandal. Od 1958 r. Deschner publikuje swe demaskujące i prowokujące dzieła historyczne z
zakresu krytyki religii i Kościoła, m.in.: Aber-mals krachte der Hahn (1962), Mit Gott und den Faschisten (1965),
Kirche und Faschismus (1968), Kirche und Krieg (1970), Das Kreutz mit der Kirche (1974), Opus Diaboli (1987). Od
1970 r. pracuje nad zakrojonym na wielką skalę opus magnum: Kriminalgeschichte des Christentums (Historia
kryminalna chrześcijaństwa).
W 1988 r. za swe racjonalistyczne zaangaŜowanie i dokonania literackie — po Kocppenie, Wollschlagerze,
Ruhmkorfie — zostaje wyróŜniony nagrodą im. Arno Schmidta, w czerwcu 1993 r. — po Walterze Jensie, Dieterze
Hildebrandtcie, Gerhardzie Zwerenzu — Alternatywną Nagrodą im. Buchnera, a w lipcu 1993 r. — po Andrieju
Sacharowie i Aleksandrze Dubćeku jako pierwszy Niemiec — otrzymuje International Humanist Award.

Opus diaboli
PIĘTNAŚCIE BEZKOMPROMISOWYCH ESEJÓW O PRACY W WINNICY PAŃSKIEJ

PrzełoŜył Norbert Niewiadomski
Tytuł oryginału: Opus Diaboli
Fiinfzehn unversóhnliche Essays uber die Arbeit im Weinberg des Herrn
Copyright © 1987 by Rowohlt Yerlag GmbH, Reinbek bei Hamburg

Przedmowa
Ta ksiąŜka zawiera piętnaście krytycznych rozpraw o dziejach chrześcijaństwa.
Niektóre z nich ukazały się wcześniej, lecz od wielu lat są niedostępne; niemal codziennie napływają
zapytania o nie.

Dzięki opublikowanej w wydawnictwie Heyne ksiąŜce Kirche des Un-Heils (Kościół pozbawienia)
pięć spośród tych szkiców zyskało sobie większą poczytność niŜ inne; następna piątka — tych, które ukazały
się dawniej — nie była szerzej znana; pięć dalszych wychodzi drukiem po raz pierwszy.
Z wyjątkiem wygłoszonej w 1969 roku w norymberskiej Meistersingerhalle mowy Ecrasez
l’infame…, która stała się powodem wytoczonego mi w roku 1971 procesu sądowego, wszystkie rozprawy
opracowałem na nowo pod względem formy, to i owo bardzo znacznie poszerzyłem, zarówno pewne
fragmenty sformułowałem zwięźlej, jak teŜ usunąłem większość powtórzeń — świadomie nie wszystkie,
nigdy bowiem dość przypominania faktów szczególnie znamiennych.

Esej Pierwszy ukłon w stronę rzeczników postępu przedstawia pokrótce nadzieje środowisk
katolickich i innych wiązane z II soborem watykańskim i w zwięzły sposób wprowadza w problematykę
niniejszego zbioru.
Rozprawa To się nazywa dziejami zbawienia stanowi dość obszerne omówienie średniowiecznych
wojen prowadzonych przez Kościół, dokonanej przezeń zagłady pogan, polowania na „kacerzy”, czarownice i
śydów, a ponadto przedstawia — w konfrontacji z ukazanym równolegle przepychem dworu papieskiego —
wyzysk, jakiego dopuszczano się wobec wiernych: od chrześcijańskich niewolników i chłopów aŜ po
dziewiętnastowieczny proletariat przemysłowy.

Szkic „Wypasaj moje owieczki!” omawia fatalne przeobraŜenie, mającego trzechsetletnią tradycję,
pacyfizmu najdawniejszego chrześcijaństwa w zainicjowane w 313 roku duszpasterstwo polowe, pokrętne
argumenty teologów moralistów, zdumiewającą propagandę wojenną kleru nawet w czasie pierwszej i drugiej
wojny światowej oraz postawę duchowieństwa po roku 1945.

Seksualizm a chrześcijaństwo to rozprawa przedstawiająca dany problem historycznie, od Jezusa
i świętego Pawła po współczesność, a jej przedmiotem są: osobliwości kultu Chrystusa i Maryi w
klasztorach męskich i Ŝeńskich; celibat i jego raŜąco ujemne skutki; budzące oburzenie poniŜanie kobiet,
które trwa juŜ bez mała dwa tysiące lat; obraŜanie uczuć małŜonków; walka Kościoła z przerywaniem
ciąŜy; „grzeszny seks” i manipulowanie tym pojęciem przez duchownych; aggiomamento współczesnej
teologii moralnej; pesymizm seksualny ostatnich papieŜy.

Ecrasez 1’infame albo O potrzebie wystąpienia z Kościoła — mowa, która sprawiła, Ŝe stanąłem
przed sądem — nakreśla skorumpowanie Kościoła (katolickiego), jego umyślną nieudolność w sferze
socjalnej, ogromne profity, jakie czerpie ze światowej produkcji wielkoprzemysłowej, a takŜe
wypaczanie, pozorowanie i fałszowanie zasad wiary oraz, nie rokujący Ŝadnych nadziei na rozwiązanie,
problem „reformy”.

Esej Dar Konstantyna omawia tło historyczne, motywację i trudne do przecenienia skutki owego
największego fałszerstwa w dziejach świata.
Polityka papieŜy w XX wieku unaocznia współodpowiedzialność Kurii rzymskiej za pierwszą i
drugą wojnę światową, zarówno decydującą pomoc Watykanu w umacnianiu reŜimów faszystowskich
we Włoszech, w Niemczech i Jugosławii, jak i jego ryzykowną politykę powojenną.
Szkic Michael Schmaus — jeden z wielu dokumentuje, posługując się tym przykładem,
entuzjastyczne przystosowanie się do reŜimu jednego z najwybitniejszych teologów Trzeciej Rzeszy,
poprzednika Karla Rahnera w Munster i Monachium.

Rozprawa Kto ma władzę, ten ma wszystko stanowi odpowiedź na sformułowaną w 1975 roku
przez katolickiego historyka Kościoła Georga Denzlera i adresowaną do „przyjaciół i wrogów” Kurii
ankietę: 1. Jak ocenia Pan(-i) obecną pozycję papiestwa w Kościele i społeczeństwie? 2. Jak papiestwo
powinno w najbliŜszej przyszłości prezentować siebie w Kościele i poza nim?
Szkic CięŜkie czasy dla papieŜy nawiązuje w ironicznym tonie do śmierci (czyŜby
zamordowanego?) w Watykanie trzydziestodniowego papieŜa Jana Pawła I.
Esej PapieŜ udaje się na miejsce zbrodni konfrontuje piękne słowa Jana Pawła II (Karola
Wojtyły) z jego homilii wygłaszanych w Ameryce Łacińskiej z dokonanym przez katolików krwawym
podbojem tego kontynentu.

Mordowanie w imieniu Maryi odsłania mało znane janusowe oblicze „Matki Boskiej”,
zniszczenia wynikłe z odgrywania przez nią roli „bogini wojny” i z powoływania się na nią w walce z
komunizmem.

Atak i kontratak. Replika na skargę pewnego sługi Kościoła to esej gruntownie i szczegółowo
komentujący lament jednego z niŜszych duchownych z archidiecezji wiedeńskiej po moim udziale w
wyemitowanym jesienią 1986 roku przez telewizję austriacką programie „Klub 2″.
Występ solowy Deschnera w bibliotece albo Przeciwko dwojgu ewangelickim oszczercom stanowi
odpowiedź na dwa artykuły, które ukazały się przed publicznym czytaniem przeze mnie fragmentów
Kryminalnej historii chrześcijaństwa w Marł i po nim.
Alternatywa dla BoŜego Narodzenia to moja wypowiedź w ankiecie przeprowadzonej w 1975
roku przez rozgłośnię Hessischer Rundfunk.
Z przypisów do zamieszczonych w tej ksiąŜce esejów zrezygnowałem. Kto zechce, ten znajdzie
aŜ nadto wskazówek źródłowych i bibliograficznych do wszystkich poruszonych tu tematów (oraz pod
dostatkiem materiału faktograficznego) w moich dotychczas wydanych ksiąŜkach, a zwłaszcza w
Abermals krahte der Hahn. Eine kritische Kirchengeschichte (Giinther, 1962, Econ, 1986), Dos Kreuz
mit der Kirche. Eine Sexualgeschichte des Christentums (Econ, 1974 i 1987) — w przekładzie polskim
Marka Zellera KrzyŜ Pański z Kościołem. Seksualizm w historii chrześcijaństwa (Uraeus, 1994), Ein
Jahrhundert Heilsgeschichte. Die Politik der Papste im Zeitalter der Weltkriege (2 tomy,
Kiepenheuer–Witsch, 1982-1983) bądź teŜ w mających się ukazać kolejnych tomach mojej
Kriminalgeschichte des Christentums (Rowohlt).
Pierwszy ukłon w stronę rzeczników postępu
PoniewaŜ biskup nie chce juŜ bynajmniej być ekscelencją, ksiądz nosi się czasem po cywilnemu, a
zakonnica krócej; poniewaŜ Kościół uniewinnił nareszcie Galileusza i z zimną krwią wykreślony został z
kalendarza niejeden pomocny święty, i to tylko dlatego, Ŝe nigdy nie istniał; poniewaŜ jezuita nie podróŜuje
juŜ ze sztuczną brodą, lecz nago wkrada się między nudystów albo teŜ — mniej ostentacyjnie — między
uczniów świętego Marksa; poniewaŜ w Rzymie ojciec święty machinalnie jak pewien pozłacany gwiazdkowy
aniołek woła „Pokój, pokój!”, nie tylko w okresie BoŜego Narodzenia urbi et orbi celebrując pozy, które
sprawiają, Ŝe męŜowie stanu bledną z zawiści; i wreszcie poniewaŜ w bazylice Świętego Piotra — superflua
non nocent — znów pompatycz-nie zagościło zgromadzenie purpuratów i przy tej okazji przecieŜ tyle spraw
„ruszyło z miejsca”, „posunęło się naprzód”, nastąpiło „otwarcie się” na „świat”, na „pluralizm poglądów”,
„dialog” — przeto właśnie bodajŜe nie tylko ci najgłupsi sądzą, iŜ nasz glob się odmienił, iŜ katolicyzm stał się bardziej liberalny, a jego teologia jest bardziej postępowa…

Ale kiedy teolog staje się postępowy, to nie jest juŜ teologiem!
Kiedy katolicyzm się liberalizuje, to nie jest juŜ katolicyzmem!
A gdy chrześcijanin zaczyna myśleć, i to logicznie, i postępuje zgodnie z takim myśleniem, wtedy
zawsze wychodzi z niego niechrześcijanin albo i oportunista.
AleŜ nic podobnego — co jest teraz inne? I zapytajmy, co by się zmieniło, gdyby nawet po
„wyruszeniu” mimów i statystów nie nastąpiło od razu wielkie hamowanie, gdyby zgromadzenie świętych
męŜów nie skończyło się pod kaŜdym względem? Czy nie mówiono by juŜ o boskości Jezusa? O tajemnicy
istnienia w trzech postaciach? O cudzie przemienienia? Czy zniknęłaby cała bajecz-ność dogmatów
maryjnych? Ergo — owa wspaniała materia, na którą złoŜyły się grubymi nićmi szyta sofistyka i objawienia
w stanie łaski?

Albo czy zaprowadzono by prachrześcijański komunizm i szybko a skutecznie usunięto biskupów
wojskowych? (Tylko paru pasterzy zamiast całych tych stad?!) Czy nie byłoby juŜ tej odraŜającej moralności
seksualnej? Czy dopuszczono by aborcję? Antykoncepcję? Spółkowanie z kaŜdą osobą, która osiągnęła
dojrzałość płciową i pragnie tego?
Czy religia miłości na pewno głosi… miłość? Czy raczej nie jest tak, Ŝe nadal Ŝąda ona
wstrzemięźliwości poza małŜeństwem i dosyć często w samym małŜeństwie? CzyŜ Kościół nie wzbogaca się
wciąŜ razem z bogatymi — i czyim kosztem? CzyŜ nie chce wciąŜ skazywać swych owieczek na rzeź, skoro
tylko domaga się tego jakieś państwo? Zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie? CzyŜ nie działał ręka w
rękę z chilijskimi faszystami? I z komunistami w Polsce, w Związku Radzieckim? CzyŜ w Hiszpanii nie są
nadal odprawiane msze za Hitlera?

Krótko mówiąc: czyŜ ta religia nie jest taka, jaką była od niepamiętnych czasów? CzyŜ na pulchnej
twarzy Kościoła nie pojawia się ciągle ta sama poboŜna mina do wypróbowanej złej gry? Czy nie
prostytuowano religii juŜ za Ŝycia Pawła? CzyŜ nie sprzedawano jej od czasów Konstantyna? CzyŜ nie
wpychano jej w chwilach dziejowych zawirowań wielkim tego świata do łoŜa — juŜ to sztywną,
majestatyczną, juŜ to z giętkim, gumowym kręgosłupem? Bo sam Kościół pałał Ŝądzą władzy? Bo intrygował,
był chciwy, diaboliczny, zarozumiały i bezgranicznie barbarzyński? CzyŜ bezczelnie zagarnięta suwerenność
nie słuŜyła mu bezustannie do ukrywania własnej niegodziwości? CzyŜ frazeologia pokojowa nie była mu w
kaŜdej epoce potrzebna na to, by zatuszować podŜeganie do wojen? A głoszona przezeń miłość bliźniego na
to, Ŝeby zakamuflować wyzysk? I czyŜ domaganie się od ludzi Ŝycia cnotliwego nie słuŜyło kreowaniu
grzeszników? Czy dobrzy wyznawcy tej religii nie stanowili zawsze tylko listków figowych dla tych złych? I
czyŜ o polityce Kościoła nie decydowali wręcz gangsterzy? CzyŜ to nie oni byli protagonistami historii?
Dziejów zbawiania? Zbawiania i zwycięstw? Wielkiego oszustwa? Ciągłego zabijania i ciągłej eksploatacji?
Jak widać, nie serwuje się tutaj misteriów. Nie ma tu prawie wcale mowy o grzechu pierworodnym i
odkupieniu. Niewiele się teŜ mówi o proroctwach i cudach. W Ŝadnym miejscu nie unosi się dym kadzidła. W
Ŝadnym miejscu nie ma transcendencji. Zamiast tego skromnie i przeraŜająco zarazem pojawiają się fakty —
oczywiście jedynie dowody zła, najstraszliwsze terrores religio-nis. One jedne bowiem mogą tu przemówić. I
tak jak budujące opowieści o „pięknie Kościoła katolickiego”, o „radosnym podąŜaniu do Boga”, jak
opowiastki w stylu „z róŜańcem do nieba”, jak podnoszące na duchu wywody rozpoczynane pytaniem: „Dlaczego
w naszym katolickim Kościele jest tak słonecznie i przyjemnie, tak przytulnie i tak ciepło?” („PoniewaŜ
tam, przed nami, pali się światełko, i poniewaŜ śpiewamy pieśni ku chwale Maryi”), jak tego rodzaju
opowieści — co jest chyba słuszne — nie zawierają niczego, co wiązałoby się z naszym tematem, tak i
przedstawione tu rozprawy — jeszcze słuszniej — *jgie wspominają o słonecznej, przyjemnej atmosferze
Kościoła katolickiego, o dostrzeganiu w nim ciepła, o rozkwicie w nim kiczu. Ludzie znają to z milionów
ksiąŜek, milionów kazań, milionów lekcji religii i rozmów ze spowiednikami — a jednak wierzą w to coraz
mniej.

Jeśli więc to, co tu zostaje zaprezentowane, jest jednostronne — taka sama jest druga strona! I czy
nawet nie o wiele bardziej? I to z najgorszych pobudek? Z okropnym działaniem praktycznym, z szokującą
rolą historyczną i bezmiarem niegodziwości — mimo dzielnych sióstr zakonnych w szpitalach, katedry
kolońskiej, misji dworcowych itd. itp.?
Dlaczego bowiem Kościół tak bardzo unikał publicznej dyskusji? Dlaczego uchyla się od niej równieŜ
dzisiaj? Albo gdzie pozwalał nam, choćby na krótko, zmierzyć się ze sobą, niemalŜe zupełnie pokojowo? Czy
w świątyniach? W szkołach? Na rynku, na placu apelowym w koszarach? Przez radio, na przykład tuŜ po
„Słowie na niedzielę”, kiedy to jego przecieŜ słudzy, owi często tak bardzo jowialni wrogowie oświecenia, juŜ z rzadka tylko uŜywają słów „Chrystus” i „chrześcijański”, tak jakby juŜ sami ich nie znosili, i dopiero pod koniec zdobywają się poczciwie na mały wybieg, juŜ prawie Ŝe wstydliwie zastosowany ostatni fortel, dzięki któremu — przy tonie powaŜnym, a ponadto przyjaznym i stanowczym zarazem, z patrzeniem dalekiemu widzowi jakby prosto w oczy — niczym zrodzony z popiołów feniks ukazuje się deus ex, machina”?
DlaczegoŜ to Kościół tak się bał i boi konfrontaq’i sądów, dyskusji na oczach ludzi, którymi przecieŜ
niepodzielnie kierował, których zawsze sam nauczał, wychowywał?

Do czego potrzebował indeksu? Tortur?
Cenzury? Palenia ksiąŜek juŜ od czasów apostołów? I potem równieŜ masowego palenia ludzi? Dlaczego w
nim, jak nigdzie indziej, rozpowszechnione było całkiem niestrawne starcze bajanie i wręcz fatalne
doktrynerstwo? Dlaczego wciąŜ panowały nietolerancja, terror i despotyzm? Dlaczego przez dwa tysiąclecia
nieustannie przechodzono od słów do mordów? Czy znowu naświetlamy zbyt jednostronnie? Ale choćby tu
nawet była jednostronność, jest w tym i prawda! I rodzi się zaraz pytanie, czy jeszcze zachowały swą
prawdziwość głoszone przez Kościół dogmaty. Albo raczej: nie ma juŜ o co pytać!
Dlaczego bowiem zawsze kładziono tak wielki nacisk na Credol CzemuŜ to zawsze stawia się wiarę
ponad wszystkim innym? CzemuŜ propaguje się pokorę, głupotę, płaszczenie się przed krzyŜem, flectamus
genua, sacrificiwn intellectus — i to zawsze nader drastycznie, z niebem i piekłem w tle, na pierwszym planie
i u dołu obrazu, z wyczarowywaniem wszelkich aniołów i archaniołów, a jeszcze częściej oczywiście księcia
ciemności oraz jego zastępów i piekielnych mąk?
„Chciałby Pan dotrzeć do wiary, a nie zna Pan drogi do niej” — pisze nawet taki geniusz, jak Pascal.
„Chciałby Pan uleczyć się z niewiary i prosi Pan o lekarstwo: niechŜe się Pan uczy od tych, co juŜ byli w
takiej sytuacji… Niech Pan zacznie od tego, od czego oni zaczynali, a mianowicie od pokazywania całym
swoim zachowaniem (uŜywając wody święconej, zamawiając msze itd.), iŜ jest Pan człowiekiem wierzącym.
W całkowicie naturalny sposób sprawi to, Ŝe nawet Pan uwierzy i ogłupieje”.
Uwierzyć i ogłupieć — nie takie jest nasze remedium, nasze vademecum, nasza oferta zbawienia.
Wprost przeciwnie. Wzywam wszystkich: bądźcie sceptyczni! Pełni nieufności! Nie dowierzajcie mi!
Szukajcie s^mi! Ale jednak nie tylko w biskupich postyllach, w „Bildpost”, u Ratzingera, Rahnera i Kunga!
Przeczytajcie chociaŜ kilku spośród ich adwersarzy! Czytajcie to, co piszą obie strony! Porównujcie!
A reszta będzie zaleŜała juŜ wyłącznie od uczciwości.

To nazywa się dziejami zbawienia
[…] pragnę na sto róŜnych sposobów powtórzyć, Ŝe nigdy nie przysłuŜy się Bogu ten, kto wyrządza zło ludziom.
WOLTER
Wyznawca nihilizmu i wyznawca chrystianizmu — te określenia się rymują, ale ich obu łączy więcej…
NIETZSCHE
[…] jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie.
ŁK. 13, 3
Oglądam właśnie fotografie: trupy dzieci w chorwackim obozie koncentracyjnym. I oto nadchodzi
moja rozszczebiotana córka — coś opowiada. Patrzę na jej pociągłą, bladawą twarz, w jej jasne, wiele
rozumiejące oczy, przenikam ją wzrokiem. Nagle, w środku zdania, ona urywa. „Tatusiu…!” — mówi.
Idę dokądś z dziećmi po obu moich stronach, trzymam je za ręce. W pewnej chwili przypomina mi się
ktoś. Gdzieś na Wschodzie ten człowiek szedł na egzekucję; jego dwoje dzieci obejmowało go, lgnęło do
niego, a on ciągnął je za sobą, póki nie oderwano ich wystrzałami od jego ciała.
Gdy piszę te słowa, mój syn chodzi tam i z powrotem wzdłuŜ strumyka. Czasem uderza kijem o
trawę. A za nim klęczy na łące, wyciągnąwszy ręce do kotka, jego siostrzyczka.
Inne dzieci trafiały do Teresina, do Oświęcimia, do Jasenovca. Inni ojcowie ginęli pod Stalingradem,
nad Atlantykiem, w Afryce. Moi towarzysze broni umierali bezdzietnie. Sami byli jeszcze dziećmi. W taki
marcowy dzień jak ten zasapani szliśmy po jakiejś łące pod Wrocławiem. Było to po południu, świeciło
słońce, czuło się juŜ wiosnę. A tamci strzelali do nas jak na polowaniu… Klęczałem przy nim chwilę. LeŜał na
wznak, jego włosy były jasne, z jego brzucha wydobywały się wnętrzności. Miał siedemnaście lat.
Uporczywie wpatrywał się swymi niebieskimi oczami w niebo, w to wiosenne niebo, wciąŜ wyjękując:
„Mamo, mamo”…
Tak umierały miliony ludzi. Na tej wojnie. Tej ostatniej. Jak daleko sięgniemy pamięcią: pazerność,
przemoc, ciąg katastrof. Odwieczne bankructwo. Historia.
Sporadycznie pojawiały się postacie świetlane. Budda, oko świata, światło niezrównane. Chrystus,
ten, który widział wszystko, słońce sprawiedliwości, światło prawdziwe. Oni zabraniali zabijania, chcieli, by
zło przezwycięŜano dobrem. Chwalili ludzi nastawionych pokojowo. Głosili miłość bliźniego i miłość wroga.
Znajdowali uczniów, całe gminy.
Przez półtora tysiąclecia chrześcijaństwo kształtowało Europejczyków, pokolenie za pokoleniem,
rządzących i rządzonych, kapłanów i ludzi świeckich, nauczycieli i uczniów. Chrześcijaństwo przenikało
wszędzie, wszystko determinowało, miało wpływ na Ŝycie prywatne, publiczne, na rodzinę, małŜeństwo,
miłość, kształcenie, gospodarkę, prawodawstwo i państwo. A jednak jeszcze w XX wieku chrześcijańskie
narody toczyły największe w dziejach wojny, w których zginęło więcej ludzi niŜ kiedykolwiek przedtem.
Jak to było moŜliwe? Jak te narody osiągały dojrzałość? Jak wychowywano owych ludzi? Jak
rządzono nimi?
Najlepszej odpowiedzi na te pytania udziela przeszłość Kościoła. Kościół bowiem wpływał dłuŜej i
przemoŜniej na mieszkańców Europy, dłuŜej determinował ich losy niŜ wszelkie królestwa, dynastie, ustroje
społeczne, a był to wpływ pod kaŜdym względem wysoce negatywny, tak teŜ oceniany zgodnie — czego nie
naleŜałoby lekcewaŜyć — przez myślicieli całkowicie odmiennych od siebie: Goethego, Nietzschego,
Marksa, Kierkegaarda, gdy tymczasem historycy, z nielicznymi wyjątkami, nadal go nie dostrzegają, a w
najlepszym razie ów wpływ bagatelizują. A przecieŜ właśnie to jest istotne.
Niech wykaŜe to zaprezentowana tu zwięzła prehistoria dwudziestowiecznego barbarzyństwa: jedynie
zarysowana i być moŜe jednostronna, ale w tym tylko, Ŝe dalej będzie wciąŜ mowa o regule, nie zaś o
wyjątkach, naświetlam bowiem wyłącznie decydujące, przesądzające o orientacjach politycznych
oddziaływanie miarodajnego chrześcijaństwa reprezentowanego przez Kościół powszechny, a ignoranci,
pochlebcy, najrozmaitsi piewcy religijnej idylli zechcą je pewno poddać w wątpliwość.
Dla najdawniejszych chrześcijan słuŜba frontowa była nie do pomyślenia. Nigdzie w ich

piśmiennictwie z pierwszych stuleci nie ma zgody na to, co więcej, wszyscy Ojcowie Kościoła
zakazywali zabijania w obronie koniecznej — i oto w 313 roku cesarz Kon-stantyn obdarzył chrześcijan pełną
swobodą praktyk religijnych, po czym — w 314 roku — uchwalono ekskomunikę dla dezerterów. Kto
porzucał broń, naraŜał się na wykluczenie z Kościoła. Przedtem wykluczano tych, którzy broni nie porzucali.
Dawnych pacyfistów zastąpili więc kapelani polowi, a zabijanych chrześcijan uchylających się od udziału w
wojnie — zabijający chrześcijańscy wojownicy. Sprzyjający armii Kościół wykreślił spiesznie wszystkich
Ŝołnierzy-męczenników ze swych kalendarzy i odtąd wspierał władców dopuszczających się masowych
mordów, a nawet niebawem sam ich zaczął do takich mordów nakłaniać — i czyni to po dziś dzień.
PapieŜ Stefan II, w worku pokutnym i z głową posypaną popiołem, wyŜebrał od króla Franków
Pepina wojnę przeciw Longo-bardom, z którymi Frankowie Ŝyli przedtem w najlepszej zgodzie. Gigantyczne
klerykalne fałszerstwo (wyznane po jedenastu wiekach) oraz dwie krwawe kampanie doprowadzają do
załoŜenia Państwa Kościelnego, które było uznawane i powiększane przez kolejnych władców frankijskich i
saskich.
Ale i papieŜe zaczęli niezadługo pokazywać się w hełmach, zbrojach, z mieczami. Mieli własne
wojska lądowe, marynarkę wojenną, fabrykę broni. Walczyli o kaŜde hrabstwo, kaŜdy zamek, kaŜdą twierdzę.
Zagrabiali całe księstwa. Wszędzie werbowali Ŝołdaków i dokonywali rzezi na własnych ziomkach.
Leon IX zignorował w 1053 roku uchwały pokojowe z Cluny, zignorował wydany przez siebie zakaz
słuŜby wojskowej duchownych, zignorował obiecaną mu przez chrześcijańskich Norma-nów przysięgę na
wierność oraz wasalne uzaleŜnienie i rozpoczął wojnę przeciw nim. Kluniacki teolog Hildebrand wezwał —
jako Grzegorz VII (ulubiona dewiza: „Niech będzie przeklęty ten, kto nie chce miecza umaczać we krwi!”) —
cały świat do stworzenia armii, którą chciał poprowadzić w roli „wodza i biskupa”. Grzegorz IX zwrócił się
zbrojnie przeciwko powracającemu jako zwycięzca z krucjaty cesarzowi Fryderykowi II. Urban VI, który —
między innymi rękoma byłego pirata mianowanego generałem zakonu joannitów — nakazał zamordowanie
po straszliwych torturach biskupa Akwilei oraz egzekucję pięciu kardynałów, wziął ze swymi Ŝołdakami
udział w sycylijskiej wojnie sukcesyjnej. Pius V i Sykstus V stoczyli wielkie bitwy morskie: pierwszy pod Lepanto
przeciw Turkom, drugi na kanale La Manche przeciwko
Anglikom. Juliusz II (dewiza; „Jeśli nie pomogą klucze Piotrowe, to niechaj pomoŜe jego miecz!”)
prowadził wojny niemalŜe w kaŜdym roku swojego pontyfikatu, i to tak skutecznie, Ŝe cesarz Maksymilian
rozwaŜał, czy nie zostać papieŜem. Paweł IV wyznał w połowie XVI wieku, Ŝe ma ręce „po łokieć umarzane
we krwi”, był jednak takim moralistą, iŜ kazał zamalować „nieprzyzwoite” fragmenty Sądu ostatecznego
Michała Anioła. Jeszcze nieco ponad sto lat temu Pius IX werbował Ŝołnierzy. I jeszcze przed czterdziestoma,
trzydziestoma laty mogliby papieŜe powtórzyć słowa Pawła IV, mając więcej podstaw po temu — chociaŜ i
oni bardzo dbali o moralność; na przykład Pius XII, który w wystosowanym pod koniec 1939 roku liście do
hierarchii kościelnej USA dopatrzył się przyczyny „dzisiejszych nieszczęść” bynajmniej nie w faszyzmie,
który właśnie pogrąŜył świat w największej wojnie w dziejach ludzkości, lecz między innymi w krótkich
spódnicach pań. Nie jest to kuriozalny epizod historii Kościoła, raczej fakt świadczący o istniejącej równieŜ
dzisiaj moralności — jeśli nie brać pod uwagę owych stuleci, w których niejeden klasztor Ŝeński był częściej
odwiedzany niŜ burdele, a wszyscy duchowni — od szczytów hierarchii po wiejskiego proboszcza — mieli
konkubiny. Co zaś czynili papieŜe, to powtarzali biskupi, opaci. Byli oni synami, braćmi, kuzynami świeckich
przedstawicieli szlachty, nie mniej pazernymi i Ŝądnymi władzy niŜ ta ostatnia, zapewne teŜ równie
znienawidzonymi, o czym świadczą częste w średniowieczu morderstwa spotykające biskupów i opatów,
wojny przeciw klechom i polowania na nich, a takŜe niezliczone dokumenty literackie. W dawnym państwie
niemieckim duchowni bywali ministrami, podskarbimi, dowódcami królewskich wojsk. Za czasów cesarza
Ottona II Kościół wystawił dwukrotnie więcej rycerzy niŜ wszyscy ksiąŜęta świeccy. I na Pomocy, i na
Południu kardynałowie i biskupi dowodzili całymi armiami. Niektórzy wyŜsi duchowni dokonywali
własnoręcznie krwawej zemsty. Nie było teŜ takiej diecezji, w której choćby jeden z biskupów nie toczyłby
długoletniej wojny lokalnej. Często nie oszczędzali ani kobiet, ani dziewcząt, zabijali starców i dzieci,
czasami nawet ręka w rękę z „kacerzami”, jak w wypadku arcybiskupa Kolonii Dietricha von Moers.
Wykłuwali wrogom oczy, tak jak to uczynił w 1368 roku opat klasztoru w Reichenau z kaŜdym obywatelem
Konstancji, który wpadł mu w ręce. Posyłali na tamten świat wszystkich jeńców, jak tego w 1379 roku
dopuścił się biskup Osnabriick Die-trich. Zmuszali powstańców do błagania na klęczkach o litość, a potem
jednak kazali ich masowo zabijać, tak jak to uczynił w roku 1415 biskup Liege, Johann von Wittelsbach. „Z
kleszym stanem bywało tak, iŜ gdy słyszano o czymś złym czy o jakiejś wojnie i pytano, kto by owo sprawił,
to pokazywało się, Ŝe biskup, klecha”.

Biskupi sprzymierzali się z królami przeciw ksiąŜętom, walczyli u boku ksiąŜąt przeciw królom, u
boku papieŜa przeciwko cesarzowi, u boku cesarza przeciw papieŜowi, po stronie jednego papieŜa przeciwko
innemu (aŜ sto siedemdziesiąt jeden lat), po stronie duchownych duszpasterzy przeciw duchownym z
zakonów, ale i przeciw innym duszpasterzom — biskup Die-trich z Osnabriick przeciw biskupowi Gerardowi
z Minden; biskup Eryk z Osnabriick przeciw biskupowi Henrykowi z Munster itd. — na polu bitwy, na ulicy,
we wnętrzu świątyni, sztyletem, trucizną, na wszelkie sposoby.

Przez całe wieki kler propagował teŜ świętą wojnę, do której Urban II jeszcze w roku 1095 —
właściwie rzecz oceniając — nakłaniał zbójców. PapieŜ zapewniał odpuszczenie grzechów, obfity łup, krainę
mlekiem i miodem płynącą i krzyczał: „To nakazuje Chrystus!”
I wyruszyli z krzyŜami na odzieniu i na sztandarach. JuŜ nad Renem i nad Dunajem wymordowali
tysiące śydów. Potem dopuszczali się gwałtów i mordów na chrześcijańskich Węgrach. Podczas
zwycięskiego ataku na Jerozolimę latem 1099 roku — w piątek, w godzinie ukrzyŜowania, o czym donoszą
urzeczeni tym kronikarze — zmasakrowali blisko siedemdziesiąt tysięcy Sa-racenów… Zabijali, bo, jak pisze
arcybiskup Wilhelm z Tyru, postanowili grabić zawsze i wszędzie, „kaŜdego mieszkańca miasta”. Ociekali
krwią i u wejścia do kaŜdego „oczyszczonego” domu wieszali, na znak przejęcia na własność, swoje tarcze —
jest to jedno z najstarszych świadectw uŜywania tarcz herbowych jako dowodów toŜsamości. W świątyni
urządzili taką jatkę, Ŝe — jak pisze ksiądz Rajmund z Agiles — „za sprawą cudownego, sprawiedliwego
zrządzenia boŜego aŜ po kolana, a nawet aŜ po końskie siodła, nurzali się we krwi”. A następnie, co
odnotował autor Gęsta Francorum, świadek naoczny, „szczęśliwi, z radości roniąc łzy, poszli nasi oddać
cześć grobowi Zbawiciela”.

śaden artysta kabaretowy nie potrafiłby lepiej sparodiować tego chrześcijaństwa.
Tabula rasa! Wojna totalna. Ich ideał od średniowiecza po faszystowskie krucjaty w Abisynii,
Hiszpanii, Chorwacji, Rosji. AŜ po masowe mordowanie w Wietnamie z udziałem kardynała Spellmana. AŜ
po moralno-teologiczne placet cieszącego się zaufaniem Pacellego jezuity Gundlacha dla masowej zagłady
poprzez wojnę atomową. AŜ po „odwagę” jezuity Hirschmanna „przyzwolenia na ofiarę zbrojeń atomowych
w obecnej sytuacji, mimo perspektywy utraty Ŝycia przez miliony ludzi”, co — według niego — jest bliskie
„postawy świętego Franciszka” oraz „ducha teologii krzyŜa”. AŜ po ksiąŜkę Die sittliche Ordnung der
Yólkergemeinschaft (Ład moralny społeczności międzynarodowej), w której spora grupa teologów katolickich
pochwala „stworzenie zapasu broni jądrowej” i bagatelizuje masową śmierć niewinnych ofiar jako
dopuszczalne „działanie uboczne”, co — według nuncjusza apostolskiego, arcybiskupa Muencha, który okazywał
juŜ swą sympatię hitlerowcom, „stanowi odpowiedź zgodną z zaleceniami ojca świętego”.
„Wyznawca nihilizmu i wyznawca chrystianizmu — te określenia się rymują, ale ich obu łączy więcej […]”.
Krucjaty stały się wkrótce dla świata katolickiego jedną wielką klęską. Całe armie znikały niemalŜe
bez śladu, zniknęło nawet pięćdziesiąt tysięcy dzieci; potem juŜ tylko Hitler posyłał dzieci na wojnę.

Umocnił się natomiast islam i to był najtrwalszy efekt wypraw krzyŜowych. Muzułmanie bywali zresztą nierzadko skorzy do rokowań i kompromisów. Po odzyskaniu przez nich w roku 1187 Jerozolimy nawet chrześcijańscy kronikarze przyznawali, Ŝe sułtan Saladyn okazał się wspaniałomyślny, ludzki. Islamska obyczajność zrobiłazresztą niebawem pozytywniejsze wraŜenie na wielu krzyŜowcach niŜ obyczaje ich własnych dowódców.

Ale papieŜe nie ustawali w nakłanianiu do nowych krucjat. Była to myśl przewodnia całej ich polityki
zewnętrznej, nie „tylko” w XII i XIII wieku, lecz aŜ po schyłek średniowiecza. Eugeniusz III, Innocenty III,
Grzegorz IX, Klemens VI, Urban V, Klemens VII — który podczas wyprawy krzyŜowej do Tunisu juŜ wypróbował
proch strzelecki, co stanowi jeden z najwcześniejszych wypadków uŜycia go w dziejach świata —
oraz Benedykt XIII, Bonifacy IX i Eugeniusz IV niezmordowanie propagowali świętą wojnę, w której — jak
wiadomo — coraz bardziej liczyły się aspekty polityczne, militarne, gospodarcze; „wyŜsze stadium piractwa
— mówi Nietzsche — i nic więcej”! Jeszcze pod koniec
XV wieku Pius II Ŝądał od wszystkich europejskich monarchów powszechnej krucjaty. A przekonanie
Piusa, iŜ „państwa trwają dzięki broni, nie dzięki prawom”, podzielała bez wątpienia większość papieŜy,
którzy przecieŜ zawsze pozwalali na to, Ŝeby wierni wykrwawiali się właśnie dla dobra państw, choćby
istniały tam okrutne, zbrodnicze reŜimy. Podczas gdy wierni giną jako ofiary coraz straszliwszych rzezi,
papieŜe pozostają przy Ŝyciu. To nazywa się dziejami zbawienia!

Ach, „jakieŜ to wspaniałe przykłady niezłomnej wierności wobec monarchów, które nie mogły nie
wyniknąć z przestrzegania świętych zasad religii chrześcijańskiej”. Tak zachwyca się Grzegorz XVI, właśnie
ten, który — wyraziwszy to, co ojcom świętym leŜy na sercach od 1789 roku — gani wolność sumienia jako
„szaleństwo”, jako „zaraźliwy błąd”, który zjadliwie wypowiada się przeciw wolności handlu ksiąŜkami,
„zasługującej na ciągłe potępianie i odrazę”, który jeszcze w wydanym w 1936 roku Indeksie ksiąg
zakazanych uzaleŜnia czytanie Biblii w językach narodowych od zgody rzymskiej inkwizycji. To
rozporządzenie odwołał definitywnie dopiero Leon XIII w 1897 roku.

„Duchowieństwo — pisze Schiller (dla chrześcijaństwa, tego „szaleństwa, które skorumpowało
świat”, mający równie mało es-tymy, jak Goethe, któremu „nauki Chrystusowe” nie wydawały się „nigdzie
bardziej poniewierane niŜ w Kościele chrześcijańskim”, któremu protestantyzm jawił się jako „stek bredni”, a
katolicyzm przypominał teatr, karnawał, „hokus-pokus”) — było od niepamiętnych czasów podporą władzy
królewskiej i musiało nią być. Złote czasy duchowieństwa i królów przypadały zawsze na czas zniewolenia
umysłów — i duchowni, i monarchowie zbierali Ŝniwo głupoty i nonsensu”.
Przed Stalinem i Hitlerem nikt w Europie nie gardził tak bezwstydnie ludzkim Ŝyciem, nie pomiatał
nim tak, jak czynił to chrześcijański Kościół, powołując się wręcz, co jest szczytem cynicznej przewrotności,na „wolę boŜą”.

Świadczy o tym takŜe rozprawienie się z pogaństwem.
Początkowo odnoszono się wprawdzie do pogan, jako do znikomej mniejszości, z wyraźną rezerwą,
czasem tylko polemizowano z nimi, a co więcej: z anielską słodyczą w głosie opowiadano się za wolnością
religijną. Ale poczucie większej siły kaŜe — na przełomie II i III wieku — działać bardziej stanowczo,
atakować całą mocą własnych słów. Deprecjonuje się, choć bynajmniej nie jednomyślnie, tradycyjną kulturę,
filozofię, z której czerpie się korzyść, jeszcze gwałtowniej atakuje się widowiska i oczywiście najokrutniej szydzi się z pogańskiej religii, z kultu dla kosmosu, z deifikacji wody, ognia, gleby, nie mówiąc o uznawaniu zwierząt za święte.

I ledwo się przełom dokonał — komentuje to teolog von Campenhausen — „dawna kościelna
ideologia męczeństwa i prześladowania zniknęła bez śladu, przemieniając się prawie Ŝe we własne
przeciwieństwo”. JuŜ za czasów pierwszego chrześcijańskiego cesarza proklamowana w 313 roku
koegzystencja i stanowiąca zasadę wolność wyznania ustępują miejsca uciskowi. JuŜ i Konstantyn zabrania
stawiać nowe posągi bóstw, zabrania kultu dla istniejących, radzenia się wyroczni oraz wszelkich naboŜeństw pogańskich.

JuŜ Konstantyn kaŜe zamykać, ograbiać, demolować, burzyć świątynie, na przykład sanktuarium
Eskulapa w Egeis, świątynię Afrodyty na Golgocie, Afakę w Libanie, Heliopolis. Jego syn, arianin
Konstancjusz przeciwstawia się jeszcze radykalniej „zabobonowi”, „bezsensowi ofiar”. Jest pierwszym z
cesarzy chrześcijańskich, który wyznacza karę śmierci za uprawianie pogańskiego kultu i zarządza konfiskatę mienia skazanych.

Dochodzi juŜ wówczas do ataków na świątynie, tortur, terroru sądowniczego. A katolicki
cesarz Teodozjusz I zwalcza pogaństwo nie tylko mnóstwem surowych przepisów prawnych, lecz i prowadzoną
zaciekle wojną.
Krótko mówiąc, juŜ w IV, a jeszcze wyraźniej w V wieku, Kościół idzie ku triumfowi krzyŜa po
zgliszczach i trupach.
W Aleksandrii ariański biskup-autokrata Jerzy nakazuje atak na świątynię Mitrasa, obrazoburstwo,
plądrowanie sanktuariów. Jego następca, katolicki patriarcha Teofil własnoręcznie niszczy toporem słynny
posąg Serapisa i poleca, by w sąsiednim ośrodku handlu, mieście Kanopos, zrównano wszystkie świątynie z
ziemią. Jego z kolei bratanek i następca, Ojciec Kościoła święty Cyryl, wielki adorator Maryi, który uciekając
się do przekupywania ogromnymi sumami, przeforsowuje dogmat o Bogurodzicy, poleca w 415 roku napad
na znaną i czczoną w całym ówczesnym świecie kobietę-filozofa Hypatię, zakończony sprowadzeniem jej do
jednego z kościołów, rozebraniem do naga i dosłownie rozerwaniem na strzępy kawałkami szkła.
Wyznawców dawnej wiary zwalcza teŜ fanatycznie patriarcha Jan Chryzostom, inny Ojciec Kościoła. W
budzących podziw mowach, dzięki którym stanie się patronem kaznodziejów, nie tylko Izy pogan, lecz
równieŜ nakłania do zburzenia wielu fenickich świątyń.
Szczególnie w prowinq’ach wschodnich, gdzie chrześcijanie byli początkowo najliczniejsi, juŜ pod
koniec IV wieku niszczono coraz więcej świątyń, a podjudzane tłumy nierzadko masakrowały pogan.
Nieomal zawsze działo się to pod przewodem biskupów czy opatów, przy czym najaktywniejsi byli mnisi,
„świńskie czarne habity”, jak nazywali ich Grecy, wyglądali bowiem jak ludzie, lecz Ŝyli jak świnie.

Atakują oni świątynie — twierdził Libaniusz w napisanej w 389 roku, adresowanej do cesarza rozprawie Pro templis — „obładowani drewnem albo uzbrojeni w kamienie i miecze, czasem nawet bez tego, tylko z siłą rąk i nóg.

Potem, tak jakby chodziło o dobro bezpańskie, zrywają dachy, burzą mury, roztrzaskują wizerunki bóstw,
rozbijają ołtarze. Kapłanom pozostaje tylko wybór między milczeniem a śmiercią. Po zniszczeniu pierwszej
świątyni spieszą ku drugiej i trzeciej, i gromadzą łupy, drwiąc z prawa”.
Jednym z najgorzej osławionych niszczycieli świątyń był Sze-nute (= syn Boga), przeor „Białego
Klasztoru” w Tebaidzie, klasztoru męsko-Ŝeńskiego, mieszczącego w pewnych okresach bez mała dwa
tysiące dwustu braci oraz tysiąc osiemset sióstr zakonnych. Jako „wielki opat”, „prorok”, „apostoł” nie cofał się ani przed oszustwem, ani przed własnoręcznym zabijaniem, morderstwami. Na czele wystarczająco
wygłodzonych hord wdzierał się do świątyń, rabował, dewastował i wyrzucał „obrazy boŜków” do Nilu.

Wszystko, co cenne, co nadawało się do spienięŜenia, zabierał ze sobą. Zdarzało się — tak było w Achminie
— Ŝe ograbiał całe miasto, po czym je podpalał, a mieszkańców okrutnie masakrował.
Nie ustawano w wymuszaniu okupów za ocalenie świątyń od podpalenia, w przemienianiu ich w
świątynie chrześcijańskie, niszczono unikatowe dzieła sztuki, urządzano szydercze procesje, pogańskich
kapłanów spotykała śmierć i wreszcie — w VI wieku — wszyscy poganie zostali uznani za ludzi bez majątku
i bez praw, „iŜby — jak głosi dekret chrześcijańskiego cesarza — ograbieni z mienia, popadli w nędzę”.
Ale dwudziestowieczny katolicki teolog Jean Danielou stwierdza: „Kościół zawsze podkreślał swój
szacunek dla wartości religijnych świata pogańskiego”.

W rzeczywistości Ŝaden kościelny autorytet nie wystąpił przeciw owej eksterminacji. Przeciwnie:
zachęcano do niej, z pozorną dbałością o interes państwa apelowano do władców: „Najświętsi cesarze,
zabierajcie, zabierajcie bez skrupułów świątynne ozdoby” — judzi juŜ około roku 347 Ojciec Kościoła
Firmicus Mater-nus. „Niechaj ogień mennicy albo płomień pieca hutniczego roztopi posągi owych boŜków,
obróćcie wszystkie dary wotywne na swój poŜytek i przejmijcie je na własność. Po zniszczeniu świątyń
zostaniecie przez Boga wywyŜszeni”. Ten sycylijski renegat spośród senatorów zaleca chrześcijańskim

monarchom „najsurowsze prawa”, stosowanie „ognia i Ŝelaza”, prześladowanie „na wszelkie
sposoby”, „iŜby nie zachowała się nawet najmniejsza część tego diabelskiego nasienia […], by nie zachował
się Ŝaden ślad po owym pogańskim plemieniu”.
I Augustyn był wśród tych doctores Ecclesiae, którzy występowali przeciw poganom —
przeciwstawiał się „najrozmaitszym monstrualnym boŜkom”, „bluźnierczym kultom”, „bałwochwalczemu
motłochowi”, mówił o „zarazie” i „zbrodni”. Zapalał się, szydził, wciąŜ na nowo podsycał furię niszczycieli, w swoim magnum opus pod tytułem O państwie boŜym przedstawia polite-izm jako przyczynę wszystkich okropności, wszystkich mala, bella, discordiae w dziejach Rzymu, nie cofa się nawet przed świadomym przeinaczaniem, mówiąc o poganach, pozwala sobie wręcz na stosowanie „wszelkich środków” aŜ po
„fałszowanie cytatów” (Andresen).

Owe pogromy przebiegały więc nieporównywalnie bardziej krwawo i okrutniej niŜ jakiekolwiek
wcześniejsze prześladowania chrześcijan. Tabula rasa! Totalna „czystka”, Usunięcie wszystkich elementów
szkodzących społeczeństwu. „To, co nie jest zgodnie z prawdą czy z normą obyczajową — poucza jeszcze w
1954 roku papieŜ Pius XII — nie ma prawa istnieć”.
Dlatego teŜ likwidacja pogaństwa temu Kościołowi nie wystarczyła.
Chrześcijanie zawsze zwalczali się nawzajem, lŜyli jedni drugich, oczerniali, juŜ Paweł nazywał
członków gminy pierwotnej „psami”, „kalekami”, określał ich jako „kłamliwych apostołów”, Piotr zaś w //
Liście nazwał chrześcijańskich innowierców nierozumnymi zwierzętami, które z natury stworzone są tylko do
tego, by je chwytać i pozbywać się ich; zresztą juŜ za czasów Kon-stantyna zwracano się przeciw
niekatolikom. Zakazywano im naboŜeństw, niszczono piśmiennictwo, grabiono kościoły, rabowano mienie i
skazywano ich na banicję. JuŜ w 385 roku w Trewirze katoliccy biskupi polecili po raz pierwszy ściąć innych chrześcijan z powodów wyznaniowych.

Od Augustyna, prekursora łowców kacerzy, wiedzie prosta linia ku inkwizycji, ta zaś juŜ w epoce
Karolingów zainicjowała tworzenie specjalnych sądów biskupich i stopniowo doprowadziła do
prześladowania sekt, z premedytacją rozpętała terror, który w ciągu następnych stuleci pozbawił Ŝycia
niezliczone masy ludzi i który odnowił się w czasach faszystowskich, kiedy to nawet uczniowie Franciszka z
AsyŜu stali się ludobójcami, prowodyrami strasznych pogromów, komendantami obozów koncentracyjnych.
Kulminacją zbrodni inkwizycji było wycinanie języków, duszenie, palenie na stosie,
uprawomocnione najpierw — w 1194 roku — w Hiszpanii, a następnie we Włoszech, Niemczech, Francji i
wreszcie takŜe w Anglii. W bulli^łd actripanda z 1252 roku papieŜ Innocenty IV przyrównał wszystkich
chrześcijan niekatolików do zbójców i zobowiązał władców do tego, by winnych heretyków zabijano w ciągu
pięciu dni. Dominikanie, uczniowie Tomasza z Akwinu, oficjalnego filozofa tego Kościoła, który sam
domagał się wykluczenia „ludzi dotkniętych zarazą” ze społeczeństwa, zaczęli tresować psy do polowań na
kacerzy i przez pół tysiąclecia przewodzili inkwizycji.

I oto zaczęły się tortury, oblewanie wodą święconą, układanie na specjalnych ławach, sadzanie na
huśtawce, na rozŜarzonych węglach, zakładanie butów hiszpańskich. Robiono znak krzyŜa i robiono miazgę z
ludzi. Gdy zbierał się trybunał, odwoływał się do Ducha Świętego, po czym zezwalał na wszelkie oszustwa.
„Dla dobra sprawy — skomentował zbiór zeznań przez szesnaście dni coraz okrutniej torturowanego
Savonaroli jeden z jego sędziów — to i owo pominięto, to i owo dodano”. Podobnie fałszowano protokoły
zeznań świadków obrony.

KaŜdy katolik był zobowiązany składaną przez siebie przysięgą do prześladowania heretyków i
musiał tę przysięgę powtarzać co dwa lata, rodzice musieli denuncjować dzieci, te zaś swoich rodziców,
męŜowie denuncjowali Ŝony, a te ostatnie — swoich męŜów. Tak rozpoczęły się donosicielstwo, działalność
konfidentów, szpiegowanie i zastraszanie, co później bardzo rozwinęły nowoczesne państwa policyjne, tak
rozpoczęło się na wielką skalę wymuszanie pozornej uległości i zarazem owo niepowtarzalne, ohydne
połączenie strusiej polityki z obłudą, charakterystyczne odtąd dla mentalności narodów chrześcijańskich.
JakŜe tolerancyjne były — w porównaniu z nimi — kulty pogańskie! JakŜe wspaniałomyślni bywali
często sami Rzymianie wobec chrześcijan, którym po dziś dzień zdarza się w groteskowy sposób
wyolbrzymiać zaciekłość doznanych prześladowań. Reskrypt Trajana z roku 112, który przesądza o stosunku
do chrześcijan przez następnych sto kilkadziesiąt lat, nie zezwala na śledzenie ich ani teŜ na anonimowe
donosy. „Albowiem byłby to zły przykład, niegodny naszej epoki”. „Nie chcę — dekretuje później cesarz
Hadrian — by dręczono niewinnych, i trzeba uniemoŜliwić oszczercom bezkarne uprawianie ich haniebnego
procederu”.

A tysiąc lat później: jakiŜ postęp w obyczajowości czasów chrześcijańskich! Przy tropieniu „kacerzy”
dopuszczalne jest wszelkie oszustwo. Ludzie są wszędzie podjudzani do polowań na heretyków, otwarcie
zaszczepia się okrucieństwo. DuŜo płaci się za miejsca w oknach z widokiem na stos, a wiernym, którzy
zgromadzą drewno, zapewnia się odpust zupełny. Urządzane są imponujące autodafe, stanowiące okazje do
masowego mordowania ludzi — czasem na oczach dwustu tysięcy widzów. Na ostatnią drogę zakłada się
skazanym nawet czapki błazeńskie, przytyka im się do ciała rozŜarzone obcęgi, niekiedy ucina się im prawą
rękę, a potem słychać śpiew, podczas gdy ofiary — zaleŜnie od kierunku wiatru — juŜ to się duszą, juŜ to z

wolna się palą: „Chwalimy Cię, wielki BoŜe”. „Budujący przykład społecznej doskonałości” — tak
chwali jeszcze w 1853 roku inkwizycję wydawane przez jezuitów watykańskie czasopismo.
śaden artysta kabaretowy nie potrafiłby lepiej sparodiować chrześcijaństwa.
Zdarzało się, Ŝe umierające kobiety zabierano w łóŜkach na miejsce egzekucji i tam wrzucano je w
ogień.

Sam wielki inkwizytor Torąuemada osobiście posłał w Hiszpanii dziesięć tysięcy dwieście
dwadzieścia osób na stos oraz dziewięćdziesiąt siedem tysięcy trzysta siedemdziesiąt jeden osób na galery. I
jeszcze w połowie XX wieku chrześcijanie torturują we frankistowskiej Hiszpanii, w Korei, Algierii, Grecji,
Wietnamie i w więzieniach Republiki Federalnej Niemiec. W hitlerowskich Niemczech zostaje przywrócona
straszliwa kara odpowiedzialności rodzinnej — papieŜ Grzegorz IX ekskomunikował aŜ do siódmego
pokolenia, a papieŜ Urban II nie uwaŜał za morderstwo zabicia osoby ekskomunikowanej, „gwoli
przysłuŜenia się Kościołowi — naszej matce”.

Nie wszystkich heretyków palono. Skruszonym okazywano łaskę. Bito ich w niedziele podczas mszy,
raz w miesiącu w kaŜdym domu, gdzie spotykali się z podobnymi sobie, oraz w czasie procesji, na kaŜdej
stacji. Czasem pędzono ich teŜ nago po ulicach, po czym byli biczowani przy ołtarzach i nawet legaci papiescy nie uwaŜali udziału w tym za uwłaczający im. Inni skruszeni trafiali pod „mur”. Skazywano ich na murus largus, dosyć łagodne ograniczenie wolności, albo na murus strictus, co oznaczało doŜywotnie przykucie rąk i nóg do ściany pozbawionej okien celi, zgodnie z nakazem papieŜa, jak najmniejszej i jak najciemniejszej, a więc karę nie stosowaną nawet za Hitlera. Jeszcze straszniejszy był murus strictissimus, o którym protokoły inkwizycji jednak milczą.

Znani nam są katolicy, którzy w XIII wieku zaświadczali swoją prawowierność następującą
przysięgą: „Nie jestem kace-rzem, bo mam Ŝonę i śpię z nią, mam dzieci i jem mięso, kłamię, przeklinam i
jestem wierzącym chrześcijaninem, tak mi dopomóŜ Bóg!”

Zmarłych, których „herezja” wychodziła na jaw dopiero po ich śmierci, trzeba było ekshumować i
traktować tak, jak gdyby jeszcze Ŝyli. Niesławnym wczesnym przykładem na to jest postępowanie z papieŜem
Formozusem. Stefan VI kazał go w 897 roku wykopać, wydał nań wyrok i pozbawił go dwóch palców prawej
ręki. Sergiusz III zarządził w 905 roku ponowną ekshumację zwłok Formozusa, polecił przyodziać je w szaty
papieskie, posadzić na tronie, po czym — skazawszy go jeszcze raz — kazał odrąbać mu kolejne trzy palce
oraz głowę.

Gdy zadźgano Zwingliego, został poćwiartowany i spalony, a dla zbezczeszczenia jego prochów
dorzucono do ognia świńskie łajno, pod stosem Husa umieszczono natomiast potajemnie zgniłego muła, Ŝeby
zademonstrować ludowi odór diabła.

Ale sporadyczne akcje przeciw „kacerzom” nie zadowalały papieŜy. PogrąŜyli oni całą Europę w
wojnie. Na południe i na północ wysyłali krucjaty. To, co nie było katolickie, musiało zniknąć, i tak samo
działo się jeszcze w XX wieku w klerykalno-fa-szystowskiej Hiszpanii oraz w Chorwacji.
Pierwsza krucjata przeciwko chrześcijanom odbywała się od 1209 roku i dotknęła albigensów,
„zakałę i hańbę rodu ludzkiego”, jak pisał jeszcze w XIX wieku papieŜ Grzegorz XVI, albigensów, którzy
ewidentnie i w takiej mierze nawiązywali do pierwotnego chrześcijaństwa, Ŝe nawet doktor Kościoła Bernard
z Clairvaux mówił o nich: „Nie ma pewno bardziej chrześcijańskich kazań niŜ wygłaszane przez nich, czyste
były teŜ ich obyczaje”. A tymczasem Innocenty III wezwał, w niecałe dwa miesiące po intronizacji, cały świat chrześcijański do palenia „kace-rzy”, którzy by się nie wyrzekli swojej wiary. Szlachcie północ-nofrancuskiej obiecał posiadłości, królowi Francji (który wyraził swoje wątpliwości co do krucjaty!) panowanie nad krainą zamieszkiwaną przez albigensów, a wszystkim katolickim krzyŜowcom, nawet najgorszym grzesznikom, wieczną szczęśliwość w raju.

Po owym wezwaniu chwycili za krzyŜe władcy duchowni i świeccy, całe hufce rycerzy, włóczęgów,
tysiące łupieŜców zwłok, najemni Ŝołdacy, ladacznice z przewoźnych świątyń Wenery. Z pieśnią Przyjdź
Duchu Święty atakowali miasta, wyrzynali mieszkańców, i „heretyków”, i katolików, jak popadło. Wyrzynali
trzymających monstrancje kapłanów przy ołtarzach, wyrzynali niemowlęta i starców: w samym tylko Beziers
dwadzieścia tysięcy ludzi. JuŜ wówczas matki tuliły dzieci do piersi, by nie widziały wrzucania w ogień, tak jak to było później w komorach gazowych Auschwitz.

Ale Ŝe jeszcze po dwudziestu latach tej rzezi jacyś
albi-gensi się uchowali, Kościół płacił dwie marki srebrem jako premię za kaŜdego Ŝywego lub martwego
„kacerza”, dostarczonego juŜ po zawarciu pokoju.
Krucjaty i wojny religijne szaleją odtąd w Europie przez całe stulecia. Kontynuowane jest równieŜ
nawracanie pogan na Wschodzie, zainicjowane juŜ w 782 roku nakazaną przez Karola „Wielkiego” egzekucją
czterech i pół tysiąca Sasów. W roku 1147 odbywa się krucjata na ziemie Wenetów. Hasło: „Kto nie zechce
się ochrzcić, niech zginie”.

U schyłku średniowiecza rycerze w habitach wymordowują na Wschodzie mieszkańców całych
regionów. I w końcu katolicy staczają dziewięć bitew między sobą, bo papieŜ Ŝąda dla siebie — jako
„dziedzictwa Matki Boskiej” czegoś, co rycerze teŜ chcą sobie zatrzymać.
W połowie XV wieku ofiarą trwającej wojny prowadzonej przez zakon w Polsce padło tysiąc

dziewiętnaście kościołów i siedemnaście tysięcy dziewięćset osiemdziesiąt siedem wsi. Pięćset lat
później „europejska kruqata” (jak określają katolicki kapelan polowy Wehrmachtu), kampania rosyjska
Hitlera, której postępy odnotowują „z satysfakcją” wszyscy biskupi niemiecko-austriaccy i którą papieŜ Pius
XII pochwala jako „obronę podstaw cywilizaq’i chrześcijańskiej”, otóŜ ta „krucjata” pociąga za sobą
zniszczenie ponad tysiąca siedmiuset miast i siedemdziesięciu tysięcy wsi i pozbawia dwadzieścia pięć
milionów ludzi dachu nad głową, nie mówiąc juŜ o zabitych. O dalszych perspektywach pisze katolik
Friedrich Heer: „Planowanie, obmyślanie, przygotowywanie nowej wojny przez chrześcijański Kościół —
chcący odegrać rolę wspólnika w tej zbrodni — jest prostą kontynuacją poparcia dla wojny prowadzonej
przez Hitlera, udzielonego przez przywódców obu głównych Kościołów”.

Sześćset lat prześladuje się waldensów — tylko dlatego, Ŝe powaŜniej traktują Biblię. W roku 1234
papieŜ Grzegorz IX nakłania do krucjaty przeciw chłopom ze Steding, którzy odmawiają arcybiskupowi
Bremy nadmiernej daniny. Pięć tysięcy męŜczyzn, kobiet i dzieci ginie z rąk krzyŜowców, a zagrody owych
chłopów zajmują osadnicy obdarzeni nimi przez Kościół.

Na początku XV wieku Marcin V i Eugeniusz IV propagują krucjaty przeciw husytom, podczas
których dochodzi do strasznych wyczynów obu stron: katolikom rzeźbi się na czołach krzyŜe, a husytom —
kielichy; kapłanów piecze się w beczkach pełnych smoły albo zasztyletowuje się ich przy ołtarzach.
Dokonywane rzezie wyludniają całe miasta, setki wiosek płoną, juŜ wtedy zostaje wypróbowana taktyka
spalonej ziemi. Ale jeszcze po drugiej wojnie światowej zostajemy pouczeni przez protestanckiego teologa
Thielickego: „Chrześcijanie, którzy swą słuŜbę frontową odbywają pod okiem Boga, zawsze pojmowali
rzemiosło wojenne jako wykonywane w imię miłości [!]”. A jego kolega Kiłnneth oświadcza w trzynaście lat
po Hiroszimie: „Nawet bomby atomowe mogą słuŜyć okazywaniu miłości bliźnim”.
śaden artysta kabaretowy…

W 1538 roku Paweł III wzywa do krucjaty przeciw odszcze-pieńczej Anglii, której „kacerzy”
chciałby przemienić w niewolników — wszystkich razem i kaŜdego z osobna.
W roku 1568 hiszpański trybunał inkwizycji postanawia likwidację trzech milionów
Niderlandczyków, którzy—jak brzmi hasło wypisane na kapeluszach „gezów” — wolą być „raczej Turkami
niŜ papistami”. Gdy ksiąŜę Alba ma juŜ za sobą wymordowanie wielu tysięcy ludzi, papieŜ przesyła mu dla
podtrzymania ducha poświęconą szpadę i od tej chwili rozpoczyna się wyludnianie całych miast, nie
oszczędzające nawet jednego dziecka, a towarzyszą temu wymyślne okrucieństwa, na przykład dławienie
córek krwią ich ojców.

We Francji dochodzi w 1573 roku — okrzyk bojowy: „Niech Ŝyje msza! Zabijajcie, zabijajcie” — w
ciągu jednej nocy do zmasakrowania dwudziestu tysięcy hugenotów. „Wyplenienia” ich Ŝądał Pius V,
Grzegorz XIII zaś urządza z uciechy publiczne festyny i kaŜe wybić okolicznościowy medal z wizerunkiem
anioła, który zabija hugenota, na awersie i własną podobizną na odwrocie.
Potem, po roku 1685, opuszcza Francję dwieście tysięcy hugenotów. Masowe przesiedlenia, banicje,
emigracje obserwowane w XX wieku mają swoje wielkie precedensy juŜ w średniowieczu, kiedy to w róŜne
strony świata uciekają waldensi, humaniści, luteranie, erazmianie, baptyści, socynianie, antytrynitarze itd.

W roku 1584 papieŜ Grzegorz XIII stawia w bulii In co-ena Domini protestantów na równi z piratami
i zbrodniarzami. A gdy po toczonej przez trzydzieści lat XVII wieku wojnie religijnej, która pochłonęła od
czterdziestu do siedemdziesięciu procent ludności krajów zaangaŜowanych w nią, całkowicie wyczerpane
strony walczące zawierają traktat westfalski, z oficjalnym protestem występuje papieŜ Innocenty X.
Pokrótce tylko wspomnimy tu o krwawej działalności misyjnej Kościołów chrześcijańskich poza
Europą: w Indiach, Afryce, Ameryce, gdzie eksterminacja spotkała wiele milionów ludzi, na Kubie, gdzie
objęła wszystkich mieszkańców, a wszystko to działo się oczywiście równieŜ — jak szydzi Schopenhauer —
„in maio-rem Dei gloriam i gwoli ewangelizacji, a ponadto dlatego, Ŝe kto nie był chrześcijaninem, tego nie uwaŜano za człowieka”.

Teoretycznie chrześcijaństwo jest najbardziej pokojową, ale w praktyce najkrwawszą religią w
dziejach świata. Uczciwi badacze podkreślali to niejednokrotnie. Angielski historyk William E. H. Lecky nie uwaŜa bynajmniej za przesadne stwierdzenia, iŜ „Kościół zadał ludziom więcej niezasłuŜonych cierpień niŜ jakakolwiek inna religia”. A niemiecki teolog Bruno Bauer przyznaje: „śadna religia nie pochłonęła tylu ofiar w ludziach, i tak haniebnie ich wymordowując, jak ta, która szczyci się przezwycięŜeniem śmierci na zawsze”.

Oni toczyli wojny i nakłaniali innych do prowadzenia wojen, które im właśnie słuŜyły. Rozprawili się
z pogaństwem. Stworzyli inkwizycję. Wywoływali krucjaty przeciw Turkom i chrześcijanom. Ale tego im
nigdy nie wystarczało.

Od wieku XIII do XIX chrześcijański Kościół palił czarownice — podczas gdy w staroŜytnej
Babilonii palono tylko ich wizerunki. Charakteryzująca nawet najsławniejszych katolików nader prymitywna,
obsesyjna wiara w zjawy (Augustyn wierzy mocno w faunów napastujących kobiety; Tomasz z Akwinu — w
demony wpływające na pogodę; papieŜ Grzegorz I — uczczony przydomkiem Wielkiego i rzadkim tytułem
doctor Ecclesiae, przyznanym prócz niego jednemu tylko papieŜowi, przez z górą pięćset lat źródło

chrześcijańskiej inspiracji i „nauki” — wypełnia cztery ksiąŜki stekiem nonsensów, od których włos
się jeŜy, na przykład doniesieniem o zakonnicy, która nieopatrznie połyka szatana siedzącego na liściu sałaty itp.; wszystko najzupełniej serio!), owa nader prymitywna wiara w zjawy, groteskowa psychoza strachu przed diabłem, tłumiony popęd seksualny i bezgraniczna Ŝądza wzbogacania się sprowadziły na miliony ludzi,zwłaszcza na kobiety, śmierć w strasznych męczarniach.
PapieŜe Grzegorz IX, Aleksander VI, Leon X, Juliusz II, Hadrian VI i wielu innych wierzyli w
istnienie czarownic, w istnienie męŜczyzn i kobiet, którzy — jak to formułuje Innocenty VIII w swojej bulli O czarownicach, „obcują cieleśnie z nocnymi duchami”, czyniąc tym wielką szkodę ziemi, ludziom i
zwierzętom.

Tak więc prócz pogan, Turków i „kacerzy” polowano juŜ teŜ na czarownice i wyznaczano
nagrody za schwytane kobiety — w katolickim Offenburgu na przykład dwa szylingi za sztukę — podczas
gdy trzy tysiące lat wcześniej babiloński władca Hammurabi grozi w §2. najstarszego kodeksu świata
kaŜdemu, kto fałszywie oskarŜy kogoś o uprawianie czarów, śmiercią i konfiskatą mienia.
W czasach nowoŜytnych ofiary oskarŜeń poddawano bezlitosnym torturom, zmuszano dzieci i matki
do wzajemnych denuncjacji, wymuszano torturami kłamliwe zeznania i nazwiska kolejnych ofiar, z których
potem, równieŜ torturami, wydobywano następne nazwiska. W podziemnych lochach przywiązywano owe
nieszczęsne kobiety do drewnianych krzyŜy, przykuwano je od zewnątrz do murów, naraŜano je na ataki
szczurów, na wszelką pogodę, a ponadto znęcano się nawet nad dziećmi, często bliskimi śmierci po
oćwiczeniu przez duchownych i oprawców. Były one na łańcuchach wywieszane z wieŜ na zewnątrz,
głodzone, pozwalano, by zamarzły, a potem smaŜono je na ogniu. Jedno z haseł towarzyszących rozprawianiu
się z czarownicami brzmiało: „Będziesz torturowana, dopóki twoje ciało nie zacznie przepuszczać promieni
słonecznych”.

Wsłuchajmy się w krzyki tych nieszczęsnych ludzi! Wczytajmy się w to, co niektórzy pisali z
więzień, Ŝony do męŜów, ojcowie i matki do dzieci: zapewnienia o własnej niewinności, słowa poŜegnania na
zawsze. Trzeba to poznać, by zrozumieć, Ŝe diabeł jest chrześcijaninem, a chrześcijanin często diabłem, albo inaczej: Ŝe — jak mówi Kierkegaard — chrześcijaństwo to „wynalazek szatana”.

Zaraza wśród bydła w archidiecezji salzburskiej doprowadziła w 1678 roku do śmierci dziewięćdziesięciu
siedmiu kobiet na stosie. Biskup Bambergu Fuchs von Dornheim wymordował około roku 1630 blisko
sześćset osób płci obojga, które oskarŜono o czary, oraz wszystkich pięciu burmistrzów miasta. Jego kuzyn,
arcypasterz Wiirzburga Adolf von Ehrenberg posłał na stos około tysiąca dwustu czarownic i magów, po
czym zarządził odprawianie mszy świętych za ich dusze. Arcybiskup Trewiru Jan zlikwidował w 1585 roku
tyle czarownic, Ŝe w dwóch wioskach ocalały tylko dwie kobiety. „Niechybnie zginie całe miasto” — skarŜy
się w połowie XVII wieku pewien ksiądz z Bonn, gdzie pod naciskiem arcybiskupa Kolonii, bawarskiego
księcia krwi Ferdynanda palono nawet trzyletnie dzieci za rzekome obcowanie z diabłami.

Jak pisze się w chrześcijańskich kronikach, wszędzie „sprzątano” i „usuwano brud”, pozbywając się
owych kobiet. „Jako Ŝe ze starymi nieomal się uporaliśmy i zostały one na nasze polecenie pozbawione Ŝycia
— informuje landgraf Jerzy z Darmstadt w roku 1582 swojego przedstawiciela w augsbruskim Reichstagu —
teraz zabierzemy się do młodych […]”. W ogień wrzucano stuletnie kobiety, roczne dzieci, kalekich i ślepych,śmiertelnie chorych, kobiety cięŜarne, całe klasy szkolne, nawet duchownych i zakonnice. Szkody czynione w poszczególnych krajach były większe niŜ na skutek wojen. A kaŜdy, kto przeciwstawiał się temu szaleństwu, jako uznawany za „protektora czarownic”, najczęściej sam słuŜył za „opał”, Ŝe uŜyjemy tu określenia z czasów hitlerowskich, zilustrowanego przez długą praktykę Kościoła. Bo przecieŜ w archidiecezji bamberskiej i w diecezji wrocławskiej istniały juŜ piece krematoryjne dla czarownic!
Po uśmierceniu owych nieszczęśników kler zagrabiał ich mienie i nierzadko był to prawdziwy powód
wszczynania procesów o kacerstwo i czary.

Jeden z mogunckich dziekanów zarządził spalenie ponad trzystu
osób z dwóch wsi po to tylko, by móc przyłączyć ich ziemie do swoich. Pewien skryba w Fuldzie, którego
przełoŜony, opat, był znanym łowcą czarownic, groził zwłaszcza bogatym i pysznił się tym, Ŝe w ciągu
dziewiętnastu lat trafiło na stos siedemset osób płci obojga. KaŜdy z licznych wyroków wydanych w diecezji
augsburskiej kończył się formułą: „Ich majątek przepada na rzecz fiskusa Jego KsiąŜęcej Wysokości,
przewielebnego Marąuarda, biskupa w Augsburgu i proboszcza katedry w Bambergu”. Cesarz Ferdynand II
przestrzegał biskupa Bam-bergu: „Co się jednak tyczy niegodnej zaiste konfiskaty, My nie moŜemy juŜ
bynajmniej pod Ŝadnym pozorem pozwolić Warn na takie poczynania”.

Skropione krwią pieniądze inkasowali teŜ inkwizytorzy i spowiednicy. Kata czarownic, GeiBa, który
działając w Wetteru, nie tylko wspominał w swoich rachunkach o pokryciu kosztów „gorzałki wypitej tam w
ciągu dwóch dni polowania na czarownice przez członków komisji”, ale równieŜ zabierał dla siebie jedną
trzecią mienia ofiary, uratowała przed gniewem ludu jedynie ucieczka, lecz gdy zwolniono go ze słuŜby,
zaŜądał dalszego wypłacania poborów — postępując bardzo podobnie, jak wielu sędziów hitlerowskich w
Republice Federalnej. Najszybszy i najłatwiejszy sposób wzbogacenia się — mawiano — to palenie
czarownic. Często ustawało ono, gdy znikała perspektywa obłowienia się.

Reformacja nie zahamowała tego szaleństwa. Wręcz przeciwnie. Tak jak zwolennicy reformacji w
Holandii w barbarzyński sposób zdziesiątkowali katolików, tak jak plądrowali, burzyli ich kościoły i

klasztory, wrzucali w ogień krucyfiksy, wizerunki świętych oraz księŜy i zakonników, tak jak w 1527
roku w Rzymie luterańscy lancknechci uśmiercili tysiące papistów i nawet w bazylice Świętego Piotra
zmasakrowali dwieście osób, po czym pod groźbą palenia domów wymuszając ogromne okupy albo — jak
uwaŜają sami luteranie — „dzięki łasce boŜej wzbogacili się tak, Ŝe niepodobna tego opisać”, tak zabijali
teraz równieŜ czarownice. Luter, który wszędzie widział szatana, zgadzał się na spopielenie „diabelskich
ladacznic” równie łatwo jak papieŜ albo — powtórzmy jego określenie — jak ta „papieska świnia”, której
zresztą takŜe chciał — podobnie jak całej Kurii — wyrwać język przez gardło na zewnątrz, a potem
wszystkich tych dostojników według starszeństwa w takim stanie przygwoździć do szubienicy.

Kalwin zaś, który swoich krytyków z zapałem uspokajał torturami i mieczem, a ponadto posłał na stos Serveta, chętnie przyznawał genewskiej radzie miejskiej wielkie zasługi w łowieniu czarownic i zwracał uwagę na to, Ŝe „jest takich jeszcze wiele”, domagając się, by „wypleniono […] tę rasę”.
Na wielu ziemiach zamieszkanych przez protestantów zabijano w istocie więcej czarownic niŜ na
ziemiach katolickich. W Brunszwiku, w okolicy Wolfenbuttel, gdzie pod koniec XVI wieku palono często
nawet dziesięć kobiet dziennie, słupy, przy których stawały one trafiając na stos, wyglądały jak zwęglony las.

Prześladowania osiągnęły punkt kulminacyjny dopiero po okresie reformacji. Jeszcze w XVII wieku ich
ofiarą padło w Europie przypuszczalnie około miliona ludzi, głównie kobiet. I nawet u schyłku XVIII wieku
ewangelicki biskup Troilus ze szwedzkiej diecezji Dalarna wyraził głębokie zatroskanie „naszą epoką obojętności i wolnomyślności”, w której nie chciano juŜ palić kobiet oskarŜonych o czary.
W całych dziejach świata chrześcijańskiego kobieta była w ogóle źle traktowana, co teŜ stało w
sprzeczności z postawą Jezusa. Rozpoczął to Paweł, stawiający męŜczyznę znacznie wyŜej niŜ kobietę, a
prócz Pawła równieŜ inni dawni teologowie, dopatrujący się w kobiecie tylko istoty niŜszego rzędu,
uosobienia cielesności, istoty uwodzącej męŜczyznę, po prostu Ewy i grzesznicy, którą najchętniej ostrzyŜono by do gołej skóry, co zaleca święty Hieronim, której czasem zabrania się nawet śpiewu w kościele, a często i wchodzenia doń i przyjmowania komunii w czasie menstruacji, i to pod groźbą surowych kar; kontynuatorem postawy Pawła okazuje się Luter i znajduje ona swoje odzwierciedlenie w wielu dyskryminujących przepisach prawnych — aŜ po XX wiek.

Parlament niemiecki odrzuca projekt ustawy o prawie głosu dla kobiet jeszcze w sierpniu 1918 roku.
We Francji kobiety uzyskują czynne i bierne prawo wyborcze dopiero w roku 1955. A w kraju pochodzenia
papieŜa istniało i po tej dacie dwojakie ustawodawstwo dotyczące jednej i drugiej płci, a mianowicie zdrada męŜa—jak jeszcze niedawno uznał Sąd NajwyŜszy Włoch, powołując się na stare prawo, w raŜącej
sprzeczności z konstytucją — nie była nawet wykroczeniem, natomiast zdrada kobiety uchodziła za
przestępstwo.

Kościołowi nie wystarczało jednak takŜe naboŜne polowanie na pogan, muzułmanów, „kacerzy”,
czarownice — dołączono do nich śydów.
Co prawda wszystko w chrześcijaństwie, co nie pochodziło od pogan, było Ŝydowskie, od Starego
Testamentu począwszy, poprzez zastępy aniołów, praojców, proroków, Modlitwę Pańską, aŜ po całą liturgię
słowa. Ale właśnie dlatego, Ŝe śydzi nie potrafili pojąć rzekomo chrześcijańskiego charakteru swojej wiary, dlatego Ŝe pozostawali „uparci”, w ciągu dwóch tysiącleci płonął ogień nienawiści do śydów.
I ta nienawiść zaczęła się juŜ za czasów Pawła, nasiliła się w Ewangelii świętego Jana i wciąŜ
przybierała na sile. JuŜ w II wieku, najwybitniejszy podówczas apologeta Kościoła powszechnego, święty
Justyn uznaje śydów nie tylko za winnych zła, jakie sami wyrządzają, „ale i tego, które wyrządzają wszyscy
inni ludzie” — czego nie zdołał przelicytować nawet Streicher. Doktor Kościoła Efraim, „cytra Ducha
Świętego”, Izy naród Ŝydowski jako ludzi o naturach niewolników, szaleńców, sług szatana, morderców, ich
przywódcy są nazywani zbrodniarzami, a sędziowie niegodziwcami, „oni są dziewięćdziesiąt dziewięć razy
gorsi niŜ nie-śydzi”. Doktor Kościoła Jan Chryzostom uwaŜa śydów za „nie lepszych niŜ świnie i barany”, a
o synagodze mówi: „Choćby ją nazwać domem publicznym, miejscem rozpusty, przybytkiem diabła, twierdzą
szatana, zgubą duszy, otchłanią pełną wszelkiego zła albo jakkolwiek inaczej, to nie powie się jednak
wszystkiego, na co synagoga zasługuje”.

Nie ma więc nic dziwnego w tym, Ŝe juŜ w IV wieku dymią Ŝydowskie boŜnice, Ŝe równieŜ rzymscy
chrześcijanie podpalają juŜ wówczas jedną synagogę, a inną kaŜe zburzyć biskup Dertony Innocenty, Ŝe
nawet święty doktor Kościoła biskup AmbroŜy deklaruje Ŝarliwą solidarność z podpalaczami z Kallinikon i
utrzymuje, iŜ spopieliłby takŜe synagogę mediolańską, gdyby nie zniszczyło jej uderzenie pioruna. Nic
dziwnego, Ŝe w V wieku staje w płomieniach następna rzymska synagoga; Ŝe patriarcha Aleksandrii Cyryl,
równieŜ święty i doktor Kościoła, konfiskuje wszystkie synagogi Egiptu i Ŝe pod jego przewodem, co prawda
bez Ŝadnej podstawy prawnej, synagoga w jego mieście rezydencjonalnym staje się obiektem szturmu
ogromnego tłumu i ulega zniszczeniu, majątek śydów zostaje rozgrabiony, a oni sami, obarczeni Ŝonami i
dziećmi, lecz wyzuci ze wszystkiego i głodni, muszą opuścić miasto; było ich ponoć z górą sto tysięcy, a
moŜliwe, Ŝe i dwieście, i tak przedstawiało się to pierwsze „ostateczne rozwiązanie” — Endlósung.
JuŜ u schyłku staroŜytności uchwala się na dziesiątkach synodów kolejne surowe restrykcje
antysemickie, aŜ wreszcie w 638 roku szósty sobór w Toledo nakazuje przymusowe ochrzczenie wszystkich

śydów zamieszkałych w Hiszpanii, natomiast siedemnasty sobór toledański roku 694 uznaje
wszystkich śydów za niewolników. Ich kapitały ulegają konfiskacie, zostają im teŜ odebrane dzieci od
siódmego roku Ŝycia wzwyŜ.

Zdarzało się oczywiście i tak, Ŝe władcy świeccy i duchowni ochraniali śydów, ale na ogół tylko z
motywów ekonomicznych albo politycznych; kazali sobie za to słono płacić, a ponadto często Ŝądali zmiany
wiary. Kiedy Ojcowie Kościoła występujący u schyłku staroŜytności wprowadzili pojęcie Ŝydowskiego
zniewolenia, servitus Judeorum, listy Ŝelazne cesarzy i królów z czasów ostatnich Karolingów ustanawiały
coraz większą zaleŜność śydów, najpierw w zachodniej Francji, a potem w Anglii, gdzie w XII wieku
zadekretowano: „śydzi i wszystkie rzeczy, jakie posiadają, naleŜą do króla”.

W Niemczech byli odpowiednio
własnością „komory” cesarza, który uwaŜał siebie za właściciela Ŝydowskiego mienia, a przynajmniej miał do
niego stałe prawo hipoteczne i odstępował to prawo episkopatowi, szlachcie, miastom, przez co sytuacja
śydów destabilizowała się coraz bardziej, biskupi pochwalali stosowanie przemocy wobec śydów i
zapewniali im ochronę tylko w wypadku ochrzczenia się, choćby ci ludzie zdychali na ich oczach.
Od 1103 roku ochrona królewska została przyznana wszystkim śydom — z niewielkim poŜytkiem
dla nich — na sto dwadzieścia, sto trzydzieści lat, a ustanowił to Henryk IV, którego panowanie
zapoczątkował spór z papiestwem o inwestyturę. Za ową ochronę śydzi musieli co rok płacić wysokie
podatki, co więcej, za „łaskę” ocalenia od stosu przychodziło im wyzbywać się jednej trzeciej majątku przy
okazji wyboru kaŜdego kolejnego króla Rzymu oraz koronacji kaŜdego cesarza rzymskiego.

Byli co prawda chronieni ponadto bullami protekcyjnymi niejednego papieŜa: Aleksandra III w końcu
XII wieku, Grzegorza IX w roku 1237, Innocentego IV w roku 1247, ale ten ostatni juŜ w 1244 roku kazał
spalić Talmud. W innych jednak bullach — z roku 1279, 1577, 1584 itd. — papieŜe regularnie zmuszali
śydów do słuchania ściśle kontrolowanych kazań nawracających, przy czym byli oni bici laskami, Ŝeby nie
zasypiali.

„Złe traktowanie śydów uwaŜa się za dzieło miłe Bogu” — donosi w XII wieku Abelard. „Gdy chcą
udać się do następnej miejscowości, muszą wysokimi sumami zapewniać sobie ochronę ze strony Kościołów
chrześcijańskich, które w istocie pragną ich śmierci, by przywłaszczyć sobie spuściznę. Ziemi uprawnej ani
winnic śydzi posiadać nie mogą, bo nie ma komu gwarantować ich mienia. Jako źródło zysku pozostaje im
więc tylko lichwa, a to z kolei naraŜa ich na nienawiść chrześcijan”.

W 1179 roku trzeci sobór laterański dekretuje, Ŝe „chrześcijanie, którzy waŜyli się współŜyć z
śydami, podlegają ekskomu-nice”. Innocenty III nazywa ich w roku 1205 „wyklętymi przez Boga
niewolnikami” i pisze do hrabiego Tuluzy, którego obłoŜył ekskomuniką: „Na pohańbienie chrześcijaństwa
obdarzasz śydów urzędami […]. Nasz Pan zmiaŜdŜy Cię!”, a ponadto pragnie widzieć ich w wiecznej niewoli.
Sobór w Zamorze w roku 1313 ponownie zarządza zniewolenie ich i pod groźbą ekskomu-niki Ŝąda
wykonania tego postanowienia przez władze świeckie. Krótko mówiąc, antysemickie dekrety kościelne
pojawiają się aŜ do wieku XIX. Jeszcze Leon XII, intronizowany w 1823 roku (papieŜ tak moralny, Ŝe
zakazuje walca jako tańca nieprzyzwoitego), tworzy nowe getta i poddaje ich mieszkańców inkwizycji.
Nic dziwnego, Ŝe stale podjudzany chrześcijański motłoch zaczął równieŜ likwidować śydów. Byli
oni kamienowani, topieni, łamani kołem, wieszani, rąbani na kawałki, paleni Ŝywcem i grzebani Ŝywcem. Na
postronkach i za włosy zaciągano ich do chrzcielnicy i czynny udział w tym przymusowym chrzczeniu brał
wyŜszy kler, który ciągle domagał się coraz zacieklejszych prześladowań.

Pierwsze rzezie śydów na większą skalę były następstwami krucjat. Wyprawy krzyŜowe
finansowano w znacznym stopniu Ŝydowskimi pieniędzmi, tak więc zabijanie śydów uwalniało od zwrotu
kapitału z procentami. Pierwszy taki wypadek to ograbienie przez krzyŜowców w 1096 roku gminy
Ŝydowskiej w Rouen, po czym spalono domy i wymordowano ludność Ŝydowską miasta. To samo spotkało
śydów nadreńskich w Kolonii, Wormacji, Trewi-rze, gdzie biskup Egilbert uratował tylko tych, którzy się
ochrzcili, a pozostałych zamordowano. W Moguncji arcybiskup Ruthard obiecał śydom ochronę w zamian za
wysoką sumę, a potem jednak kazał ich zlikwidować — od siedmiuset do tysiąca dwustu osób. Podobny los
zgotowano im w Ratyzbonie, Pradze i innych miastach. Podczas szturmu na Jerozolimę 15 lipca 1099 roku,
kiedy to krzyŜowcy nurzali się we krwi po kolana i po siodła koni, zapędzono ludność Ŝydowską do synagog i
tam spalono Ŝywcem.

W czasie tak zwanej drugiej i trzeciej krucjaty równieŜ doszło do prześladowania śydów, do czego
we Francji zachęcał opat Cluny Piotr, wielce czcigodny i święty, w Niemczech natomiast inicjatorem działań
terrorystycznych był brat zakonny Rudolf. W Anglii rzezie rozpoczęły się podczas trzeciej krucjaty lat
1189/1190; jak się twierdzi, tamtejsze gminy Ŝydowskie nigdy nie przezwycięŜyły w pełni skutków owych
rzezi.
W wieku XIII i XIV wybuchy antysemickiej nienawiści, które wstrząsnęły całą Europą, były
inicjowane przede wszystkim przez sobory laterańskie.
Czwarty z nich, który obradował za czasów Innocentego III, najpotęŜniejszego papieŜa w całych
dziejach — „śyd — napisał on w 1205 roku do biskupa ParyŜa — jest jak ogień w łonie, jak mysz w worku,
jak Ŝmija u szyi” — otóŜ ten sobór potwierdził, powołując się na Augustyna, tezę o wiecznym podporząd-
Strona 17 z 106
http://legaba.6te.net/karlheinz_deschner_opus_diaboli.htm 2008-02-01
kowaniu, zniewoleniu śydów i wydał szereg antysemickich dekretów. I tak zakazano śydom
sprawowania funkcji publicznych, co rok w okresie Wielkiejnocy musieli płacić specjalny podatek i
pozostawać w domach, mając zamknięte sklepy. Nie wolno im było współŜyć z chrześcijanami, a ponadto
musieli nosić zarówno określoną odzieŜ lub znaki rozpoznawcze, jak teŜ wysokie stoŜkowate kapelusze, tak
zwane kapelusze Ŝydowskie, później zaś Ŝółty pierścień; stąd wzięła się hitlerowska gwiazda dla śydów.
Surowo zakazane były stosunki płciowe między śydami a chrześcijanami. Taka kopulacja, potem tępiona
przez nazistów, uchodziła za zbrodnię przeciw chrześcijaństwu, zaparcie się wiary, czasem teŜ objaw
zezwierzęcenia. Prawo miejskie Moguncji karało to ucięciem członka i pozbawieniem jednego oka, jihlavskie
— pogrzebaniem za Ŝycia, praskie — wbiciem na pal i konfiskatą mienia, augsburskie prawo miejskie oraz
Zwierciadło szwabskie — spaleniem ułoŜonych warstwowo „winnych”.
W 1235 roku zabito w Fuldzie trzydzieści cztery osoby, męŜczyzn i kobiety, poniewaŜ dwoje spośród
tych śydów zamordowało jakoby piątkę chrześcijańskich dzieci, co później zwołana cesarska komisja uznała
za oskarŜenie całkowicie bezpodstawne. W latach 1257 i 1267 wymordowano członków gmin Ŝydowskich w
Londynie, Canterbury, Northampton, Lincoln, Cambridge i innych miastach. W roku 1281 wtrącono do
więzień wszystkich śydów Kastylii i wymuszono na nich horrendalne kontrybucje: metoda stosowana równie
chętnie jak banicja, jeśli biskup albo władca świecki zapragnął większych pieniędzy. Z Franq’i wypędzano
śydów pięciokrotnie między rokiem 1182 a 1322, za kaŜdym razem ograbiając ich i ponawiając wypędzenie.
W 1290 roku pogrom dokonany w Czechach pozbawił Ŝycia około dziesięciu tysięcy śydów.
We Frankonii, Bawarii oraz Austrii doszło, jak się utrzymuje, w 1298 roku, po oskarŜeniu o mord
rytualny, do ekstermina-q’i stu czterdziestu sześciu gmin Ŝydowskich, przy czym pierwszą większą gminą,
którą spotkały prześladowania, była wspólnota wiirzburska: dziewięćset ofiar. W katolickim Bambergu
zginęło wówczas około stu trzydziestu pięciu śydów, w katolickiej Norymberdze — sześćset dwadzieścia
osiem osób: męŜczyzn, kobiet i dzieci. W roku 1328 następuje niemal całkowita likwidacja gmin Ŝydowskich
w Królestwie Nawarry. W 1337 roku z Deggendorfu rozprzestrzenia się na Bawarię, Czechy, Morawy i
Austrię fala mordów, która obejmuje pięćdziesiąt jeden miejscowości. W roku 1348 zostają na jednej z wysp
reńskich spaleni śydzi bazylejscy, strasburscy zaś — na cmentarzu.
W 1349 roku w ponad trzystu pięćdziesięciu niemieckich miastach i wsiach giną niemalŜe wszyscy
śydzi, na ogół paleni Ŝywcem. W tym jednym roku chrześcijanie wymordowali o wiele więcej śydów niŜ
niegdyś, w ciągu dwustu lat prześladowań, poganie zdąŜyli wymordować chrześcijan! Wielu śydów mogłoby
ocaleć dzięki ochrzczeniu się, ale prawie zawsze przedkładali męczeńską śmierć nad Ŝycie w katolicyzmie. W
Moguncji katolicy zlikwidowali podówczas największą gminę Ŝydowską Niemiec — sześć tysięcy osób. Po
wymordowaniu śydów norymberskich następuje konfiskata ich domów i mienia, z czego biskup Bambergu
inkasuje osiemset guldenów. W samym Bambergu część śydów wybito, a inni z rozpaczy dokonywali
samospalenia z całym majątkiem. Wszystkie niemalŜe domy ofiar przypadają bamberskiemu biskupowi
Fryderykowi, a synagoga zostaje zamieniona w kaplicę ku czci Maryi. W Wiirzburgu następuje zbiorowe
samospalenie w domach całej ludności Ŝydowskiej.
W Hiszpanii wielkie rzezie rozpoczynają się w XIV wieku straszliwymi krwawymi orgiami w
Geronie i Barcelonie. W Sewilli likwiduje się w 1391 roku pod przewodem arcybiskupa ko-adiutora
Martineza cztery tysiące śydów, a bez mała dwadzieścia pięć tysięcy zostaje sprzedanych w niewolę. Potem
pogromy objęły liczne inne miasta, wszystkie dzielnice Ŝydowskie zamieniły się w zgliszcza, a ich
mieszkańcy zostali poćwiartowani bądź wypędzeni.
Wydana l listopada 1478 roku bulla papieŜa Sykstusa IV upowaŜnia monarchów hiszpańskich do
ustanowienia trybunału inkwizycyjnego, który 17 września 1480 roku otrzymuje polecenie rozpoczęcia
„pracy” w Sewilli. Potem całkiem otwarcie odbywają się istne festyny ludowe z okazji palenia na stosach.
Jeszcze za pontyfikatu Sykstusa inkwizycja pali w Toledo w ciągu trzech dni dwa tysiące czterystu marranów
— tak nazywano przechrzczonych śydów, a słowo to oznacza świnię. W krótkim czasie egzekucje objęły, jak
się oblicza, blisko trzydzieści tysięcy osób.
W roku 1389 ginie w Pradze jednego tylko dnia trzy tysiące śydów, w roku 1420 w Austrii — tysiąc
trzystu śydów, w 1453 roku na Śląsku, w następstwie agitacji generała kapucynów Jana Kapistrana —
zaciekłego antysemity, orędownika krucjat, inkwizytora i świętego Kościoła katolickiego, który czci go po
dziś dzień 28 marca -r wybito wszystkich śydów, a w 1648 roku w Polsce — około dwustu tysięcy śydów.
Takich danych liczbowych moŜna by podać więcej.
Reformacja nie zmieniała ani na jotę chrześcijańskiego antysemityzmu. Wręcz przeciwnie. Po
wczesnym okresie filosemity-zmu, kiedy to urzeczeni Lutrem śydzi rozgłaszali, iŜ nastał czas pojawienia się
Mesjasza, ów reformator zalecał w zjadliwych pam-fletach „surowe miłosierdzie” i ze swadą powtarzał gwoli
przekonania wyznawców prawie wszystkie kłamstwa i straszliwe opowieści katolików, między innymi
posądzenie o zatruwanie studni i o mordy rytualne. UtoŜsamiał śydów ze świniami, uznawał ich za „gorszych
niŜ prosięta”, Ŝądał dla nich kary śmierci za odprawianie naboŜeństw, domagał się zakazu publikacji,
zniszczenia domów, spalenia szkół i boŜnic, „iŜby nikt nigdy nie zobaczył pozostałego po nich kamienia czy
popiołu. I niechaj to się dzieje na chwałę Pana naszego i chrześcijaństwa, by Bóg widział, Ŝe jesteśmy
Strona 18 z 106
http://legaba.6te.net/karlheinz_deschner_opus_diaboli.htm 2008-02-01
chrześcijanami”. Jeszcze na krótko przed swoją śmiercią namawiał Luter władców niemieckich do
wypędzenia śydów. Ale z większości duŜych miast wypędzono ich juŜ wcześniej.
Kontrreformacja, zapoczątkowana w 1540 roku utworzeniem zakonu jezuitów — Ŝądali oni od
kaŜdego kandydata udowodnienia braku koligacji Ŝydowskich najpierw do piątego, potem zaś do trzeciego
pokolenia wstecz — ze szczególnym fanatyzmem tępiła śydów. Paweł IV, który — jeszcze jako kardynał
Caraffa — był świadkiem zarządzonego przez siebie w 1553 roku spalenia na rzymskim Campo dei Fiori
wszystkich znalezionych w mieście egzemplarzy Talmudu (na tym samym placu spalony został kilkadziesiąt
lat później jeden z największych geniuszów czasów nowoŜytnych Giordano Brano), w roli papieŜa
restytuował wiele średniowiecznych dekretów antysemickich, narzucił śydom noszenie Ŝółtych kapeluszy,
zakazał im posiadania ziemi i pełnienia urzędów, uniemoŜliwił im wykonywanie wszelkich profesji akademickich
— te rozporządzenia zachowały się we Włoszech, prawie bez wyjątków, aŜ po wiek XIX — i kazał
spalić publicznie dwudziestu czterech męŜczyzn oraz jedną kobietę spośród mar-ranów. Gdy wielu marranów
po odkryciu Ameryki przeniosło się pospiesznie do „Nowego Świata”, Stary Świat dopadł ich tam niebawem,
urządzając okrutne autodafe — to słowo, pochodzące od łacińskiego actus fidei, oznacza „akt wiary”.
We Francji los śydów uległ poprawie dzięki rewolucji, w większości miast niemieckich zaś, ale nie w
Bawarii, dzięki wydarzeniom roku 1848. Natomiast w Rosji, gdzie w XIX wieku Ŝyły dwie trzecie śydów
całego świata, przy czym w znacznej liczbie byli to potomkowie ludzi, którzy w średniowieczu salwowali się
ucieczką przed krzyŜowcami i innymi poboŜnymi chrześcijanami, otóŜ w Rosji dochodzi do pogromów
wynikłych z kaznodziejstwa, postawy wrogości i jawnego szczucia ze strony kleru prawosławnego. Nie był to
przypadek, iŜ owe ekscesy zaczęły się na Wielkanoc 1881 roku, a w następnych latach zabijano, wypędzano,
na przykład w roku 1903 usunięto śydów z dwustu osiemdziesięciu czterech rosyjskich miast i zapowiedzią
akcji stało się bicie kościelnych dzwonów, czasem teŜ na czele ludu stawał pop ze sztandarem ukazującym
Chrystusa ukrzyŜowanego: przy aprobacie rządu wymordowano pięćdziesiąt tysięcy ludzi.
I na Zachodzie antysemityzm trwa, nadal dochodzi do oskarŜeń o mordy rytualne, tortur, ofiar krwi.
W Państwie Kościelnym zostaje ze wszystkimi szczegółami odtworzony system gett. W Niemczech powstaje
pod koniec XIX wieku protestancki związek antysemicki na czele z kapelanem nadwornym Adolfem
Stoeckerem z Berlina; jako gadzinówki antysemickie funkcjonują przede wszystkim protestancka
„Kreuzzeitung” i katolicka „Germania”, której głównym udziałowcem jest w 1924 roku późniejszy zastępca
Hitlera i szambelan papieski Franz von Papen.
Na wzór niemiecki powstaje równieŜ w Austrii Partia Antysemicka, której przywódcy ksiąŜę
Liechtenstein i Karl Lueger otrzymują przed wyborami placet papieŜa. Lueger był potem długoletnim
burmistrzem Wiednia, antysemityzm zaś stał się jedynym niezmiennym punktem programu austriackiej Partii
Chrześcijań-Sko-Społecznej, a „bezpośrednią negatywną pochodną” (według katolika F. W. Foerstera, autora
jednej z publikacji katolickiego Wydawnictwa Herder Yerlag): Adolf Hitler.
Przyjmując 26 kwietnia 1933 roku w Berlinie biskupa Ber-ninga oraz wikariusza generalnego, księdza
prałata Steinmanna, powiedział on, „w pełni przekonany o wielkiej potędze i głębokim sensie religii
chrześcijańskiej”: „Atakowano mnie za sposób rozwiązywania kwestii Ŝydowskiej, Kościół katolicki uwaŜał
śydów przez tysiąc pięćset lat za szkodliwych, umieszczał ich w gettach itd., bo rozumiano, jacy są śydzi
[…]. Ja nawiązuję do tego, co robiono przez tysiąc pięćset lat […], widzę w przedstawicielach tej rasy ludzi
szkodzących państwu i Kościołowi, i moŜliwe, Ŝe największą przysługę wyświadczę chrześcijaństwu”.
Owi duchowni nie zaprotestowali ani jednym słowem. A przecieŜ w tym samym miesiącu redaktor
teologiczny miesięcznika „Seele” skarŜył się w liście do arcybiskupa Monachium, kardynała Faulhabera, „Ŝe
w tych czasach rozniecania skrajnej nienawiści do — zapewne w ponad dziewięćdziesięciu dziewięciu
procentach niewinnych — obywateli Ŝydowskich, jak widzę, Ŝadne pismo katolickie nie miało odwagi głosić
katolickiej nauki katechetycznej, iŜ nie wolno nienawidzić ani teŜ prześladować innych ludzi — a juŜ
najmniej ze względu na ich rasę”. Faulhaber zareplikował z zaŜenowaniem, rozdraŜnieniem, ironią i wyjaśnił,
Ŝe kaŜdy chrześcijanin musi występować przeciw prześladowaniu śydów; natomiast „najwyŜsze władze
Kościoła” mają do czynienia z „o wiele waŜniejszymi aktualnymi sprawami” i nie uwaŜają za stosowne „dać
rządowi pretekst do przeorientowania nagonki — z śydów na jezuitów”.
Ale Kościół katolicki niejednokrotnie w przeszłości inicjował i popierał nagonkę na śydów. Jeszcze w
XX wieku Pius X oświadczył dosłownie: „Religia Ŝydowska była podstawą naszej religii; została jednak
zastąpiona nauką Chrystusa i nie moŜemy uznać dalszej racji istnienia tamtej”. Dlatego teŜ papieŜ, którego
pontyfikat przypadł na lata drugiej wojny światowej, Pius XII, sprzeciwiał się stanowczo utworzeniu państwa izraelskiego.

Gdy zaś powstało, „wciąŜ” nalegał na „umiędzynarodowienie Jerozolimy i miejsc świętych w
całej Palestynie. Watykan nigdy nie uznał państwa Izrael i z tego właśnie powodu nie utrzymuje z nim stosunków dyplomatycznych” (Giinter Stemberger).
W czasach hitlerowskich Kościół często wygrywał dla siebie antysemityzm i narodowosocjalistyczną
teorię ras.

I tak w opatrzonej kościelnym impńmatur ksiąŜce katolickiego teologa Johannesa Petera Junglasa z
roku 1935 pod tytułem Christus und der deutsche Mensch (Chrystus a naród niemiecki) cały jeden rozdział

omawia naukowo, politycznie i światopoglądowo temat „chrześcijaństwo a rasa”. W wywodzie naukowym
czytamy: „Kościół nie ma nic do zarzucenia temu nowemu rozumieniu kwestii. Bo Kościół błogosławi
wszelkie dąŜenie do prawdy. Musi on więc przyjąć z uznaniem tę nową naukę […]”.

Wywód polityczny wręcz piętnuje — „ze zrozumieniem” — fakt, Ŝe „w warunkach dotkliwego
kryzysu gospodarczego tyle dziedzicznie zdrowych ludzi pozostaje w stanie bezŜennym i bezdzietnym bądź
ma niewiele dzieci, gdy tymczasem ludzie dotknięci chorobami dziedzicznymi rozmnaŜają się bez skrupułów
i obarczają naród osobami niepełnowartościowymi pod względem duchowym i cielesnym”.

Trzeci wywód, światopoglądowy, poucza nas jak następuje: „Rasa Ŝydowska istotnie od zarania
dziejów odnosiła się z największą wrogością do chrześcijaństwa. W dzisiejszej ewangelii sam Zbawiciel [!]
zapowiada odtrącenie plemienia Izraela […], Zbawiciel mówi: «Dzieci tego królestwa zostaną wrzucone w
najciemniejszą otchłań, będzie słychać płacz i zgrzytanie zębów»”. Chrześcijański Kościół jest tu
gloryfikowany jako „Kościół ludów pogańskich”. „Wszystkie wartości rasy potwierdzają się i wzmagają”, ale
„według tego, co zaświadcza teoria ras, najszlachetniejszymi przedstawicielami rasy nordyckiej w
dotychczasowych dziejach świata byli średniowieczni rycerze epoki Hohenstaufów”, przy czym oczywiście
„właśnie rycerstwo ukształtowało się pod wpływem chrześcijańskiego Kościoła”.

Zbiór kazań Lebendige Predigt (Kazania Ŝywe), wydany z kościelnym imprimatur w 1936 roku,
proponuje na niedziele wielkopostne homilię O wyŜszości rasowych chrześcijan, a w niej fragment opatrzony
podtytułem Krew Chrystusa przewaŜyła nad religijnością śydów. Po wysunięciu na plan pierwszy
„rasowości”, „rasowych chrześcijan” oraz „najautentyczniejszych rasowych chrześcijan”, świętych, następuje
podsumowanie: „[…] religia Ŝydowska musiała zostać przezwycięŜona. Chrystus moŜe sobie przypisać
dokonanie tego nadludzkiego dzieła […]. Kto Ŝyje we krwi Chrystusa, ten przezwycięŜa w sobie stopniowo
ducha i formy zewnętrzne religii Ŝydowskiej”.

Jeszcze w 1941 roku jezuita Peter Browe dokumentuje obszernie na łamach „Archiv fur katholisches
Kirchenrecht” sytuację śydów ochrzczonych oraz ich dzieci z punktu widzenia prawa kanonicznego, przy
czym wciąŜ jest mowa o „potomstwie śydów”. Ani w staroŜytności, ani w szczytowym okresie średniowiecza
nie istniała co prawda dyskryminacja tych konwertytów de facto czy de iure, ale jednak pieniąca się wszędzie,
zwłaszcza w Hiszpanii i Portugalii, pogarda dla śydów dotyczyła równieŜ „nowych chrześcijan”.
Na przełomie XV i XVI wieku zaczęło się usuwanie takich „potomków śydów” z większości
zakonów rycerskich, na przykład z zakonu alkantarskiego, z zakonu świętego Jakuba od Miecza, a poza
Półwyspem Iberyjskim z rycerskiego zakonu joanni-tów oraz zakonu rycerzy świętego Stefana. Ale i inne
zgromadzenia zakonne występowały po okresie średniowiecza przeciw chrześcijanom krwi Ŝydowskiej, na
przykład kanonicy regularni, trynitarze, mercedarianie, karmelici, benedyktyni, cystersi, eremici świętego
Hieronima, franciszkanie, tearyni, dominikanie — szczególnie po to, „by móc usłuŜyć inkwizycji”;
ewidentnie chodziło o nieskazitelną czystość rasową inkwizytorów.

ZałoŜyciel zakonu jezuitów był co prawda niechętny przyjmowaniu „potomków śydów”, ale dwa razy
stwierdził, Ŝe uwaŜa pochodzenie od śydów za wielką łaskę Pana, bo „czyŜ spokrewnienie z naszym Panem i
Najświętszą Marią Panną nie miałoby być wielką łaską?”. Niebawem jednak, juŜ w roku 1592, przełoŜeni
jezuitów na Półwyspie Pirenejskim zaczęli odtrącać ludzi „których ród nie jest rasowo czysty […]; musimy
bowiem oczyścić z nich społeczeństwo, bo są tylko cięŜarem, przynoszą szkody i wielu powaŜnym kręgom,
zwłaszcza Świętemu Oficjum, sprawiają kłopoty”. W rok później, w 1593 roku, zwołana do Rzymu piąta
kongregacja generalna rozciągnęła ów zakaz niemalŜe jednogłośnie na całe Towarzystwo Jezusowe, przy
czym nawet generał zakonu nie mógł w Ŝadnym przypadku udzielić dyspensy. Bo przecieŜ generałowie
jezuitów niejednokrotnie postanawiali, Ŝe kandydaci, których Ŝydowskie pochodzenie było znane, nie mogą
zostać przyjęci, „choćby ich antenaci byli dobrymi chrześcijanami do szesnastego pokolenia i jeszcze
dawniej” i „choćby ród wydał dwóch kardynałów”.

Jezuita Browe kończy w roku 1941 swoją rozprawę jak następuje: „Według prawa powszechnego,
jakie dzisiaj obowiązuje, ta przeszkoda wynikająca z krwi juŜ nie istnieje; jedynie dla neofitów pozostaje
aktualny, zgodnie z §6. artykułu 987., okres próby, Ŝądany przez sobór nicejski. Mimo to zapewne i dziś ludzie pochodzący od śydów, których rodowód jest znany, nie zostaliby w wielu krajach tak łatwo wyświęceni
na księŜy ani nie doczekaliby się wyŜszych dostojeństw, jak inni kandydaci, których rodzice i wcześniejsi
przodkowie byli bez wyjątku chrześcijanami”.

Kościół ewangelicki Niemiec, który juŜ w roku 1933 stworzył antysemicki paragraf dotyczący
pochodzenia aryjskiego, ogłosił 17 grudnia 1941 roku następujący komunikat na temat stanowiska Kościoła
wobec ewangelickich śydów (podpisany przez biskupów bądź prezesów Kościołów krajowych Saksonii,
Hesji, Meklemburgii, Szlezwika-Holsztynu, Anhaltu, Turyngii oraz przez prezesa ewangelicko-luterańskiego
Kościoła Lubeki): „Narodowosocjalistyczne kierownictwo państwa dowiodło niezbicie za pomocą licznych
dokumentów, Ŝe ta wojna o zasięgu światowym została wywołana przez śydów. Dlatego teŜ podjęło ono
skierowane przeciw śydom decyzje wewnętrzne- i ze-wnętrznopolityczne, niezbędne dla zapewnienia
bezpieczeństwa Niemcom.

Jako elementy niemieckiej wspólnoty narodowej, niŜej podpisane niemieckie ewangelickie Kościoły

krajowe oraz ich przywódcy znajdują się na froncie tej historycznej walki obronnej, która m.in. uczyniła
niezbędnym zarządzenie policji Rzeszy dotyczące znaków rozpoznawczych dla śydów jako naturalnych
wrogów całego świata i Rzeszy, podobnie jak juŜ doktor Marcin Luter [!] wysunął, nauczony
doświadczeniem, Ŝądanie, by podjęto jak najsurowsze kroki przeciw śydom i skazano ich na banicję z krajów
niemieckich.

Od dnia ukrzyŜowania Chrystusa aŜ po dzień dzisiejszy śydzi zwalczali chrześcijaństwo bądź teŜ
wykorzystywali je lub wypaczali dla osiągnięcia swoich egoistycznych celów. Chrzest nie zmienia niczego w
rasowej odrębności śydów, ich przynaleŜności narodowej i egzystencji biologicznej. Niemiecki Kościół
ewangelicki musi dbać o Ŝycie religijne niemieckich współobywateli i sprzyjać mu. Chrześcijanie rasy
Ŝydowskiej nie znajdą dla siebie miejsca w tym Kościele ani Ŝadnych praw.
NiŜej podpisane niemieckie Kościoły ewangelickie oraz ich kierownictwa zniosły dlatego wszelką
wspólnotę z śydochrześci-janami. Kościoły te nie będą tolerować Ŝadnego wpływu ducha Ŝydowskiego na
niemieckie Ŝycie religijne i kościelne”.

I stąd wiedzie prosta droga do komór gazowych Auschwitz, utorowana tysiącami traktatów, kazań,
listów papieskich, postanowień soborowych. Biskupi i święci chrześcijańscy juŜ w czasach antycznych
masowo konfiskowali lub palili synagogi, juŜ wówczas pisali, Ŝe ojcem śyda jest diabeł, co powraca u
Streichera, juŜ w IX wieku antycypowali dosłownie nazistowski slogan: „Nie kupujcie u śydów!”, w wiekach
średnich stworzyli precedens hitlerowskiej gwiazdy dla śydów i uznali odpowiednie zarządzenie soborowe za
część prawa kanonicznego. JuŜ oni wyjmowali śydów spod prawa, ograbiali ich, umieszczali w gettach,
przepędzali z niezliczonych społeczności i krajów i setki tysięcy tych ludzi zmasakrowali.

Kościół zwalczał i eksploatował wszystkich, w niemałym stopniu równieŜ własne owieczki, co niech
zostanie w proponowanych teraz rozwaŜaniach o dziejach społeczeństw przedstawione nieco szczegółowiej
choćby dlatego, Ŝe wielka chęć wzbogacania się, widoczna u wyŜszego duchowieństwa, czyni nieuchronnym
jego sprzymierzanie się z państwami oraz obligatoryjne sankcjonowania masowej zagłady — od Konstantyna
po Wietnam. Gdy Kościół stanął po stronie bogatych, to chwycił takŜe za ich miecz — po czym szybko
obrastał w dostatek…

Biblijny Jezus pojawił się co prawda jako przyjaciel paria-sów i ludzi wyzutych z praw, poborców ceł
i grzeszników, kalek, ludzi napiętnowanych. Chwalił biednych i groził bogatym. śądał rezygnacji z
wszelkiego majątku. Potępiał „niesprawiedliwą mamonę”, „ułudę bogactwa”, a jego „dobra nowina” dla
ujarzmionych zapewne przyspieszyła działania misji chrześcijańskich, zapewne przyciągała niewolników,
wyzwoleńców, robotników, drobnych rzemieślników, wygnanych chłopów, z których w większości składała
się najdawniejsza wspólnota chrześcijańska. Zniewoleni przez rzymski kapitalizm agrarny i dyktatury
cezarów, ci ludzie tęsknili od pokoleń do wybawienia z nędzy i dostrzegali w chrześcijaństwie nie tylko
idealną religię, ale i spełnienie proletariackich nadziei, wyzwolenie z niedostatku.

Ale później kler nie zamierzał bynajmniej zmieniać struktur społecznych. Podczas gdy nauka
Chrystusa była wręcz ekstremalnie rewolucyjna, Kościół stawał się potęgą na wskroś konserwatywną, tłumił
kompromisami i relatywizacją ewangeliczny radykalizm, całkowicie odŜegnał się od tradycji pierwotnego
chrześcijaństwa, natomiast przejął antyczny ustrój gospodarczy ze wszystkimi jego elementami.
Najjaskrawiej wykazuje to utrzymywanie przez Kościół niewolnictwa, a na odpowiednią do tej
sytuacji dewizę natrafiamy u Pawła: tak jak kaŜdy powinien pozostać w tym stanie, w którym się znajduje, tak i niewolnik powinien pozostać w niewolnictwie.

Co więcej, jak tego Ŝąda w II wieku biskup Ignacy,
niewolnicy powinni „na chwałę Boga jeszcze gorliwiej wykonywać pracę niewolniczą”! Doktor Kościoła
AmbroŜy nazywa niewolnictwo „darem Boga”. A inny doktor Kościoła Augustyn juŜ bez zastrzeŜeń stoi po
stronie bogatych i propaguje ideał „pracowitości w biedzie” — pozostać biednym i duŜo pracować to jedna z
najistotniejszych rad, jakich udziela biednym — otóŜ Augustyn z jednej strony pociesza (jak mutatis mutandis wszystkie encykliki społeczne ostatnich stu lat) niewolników stwierdzeniem, Ŝe ich los to przejaw woli Boga, a z drugiej strony uświadamia właścicielom niewolników korzyści płynące dla nich z takiego uzaleŜnienia.

Równouprawnienie religijne niewolników, przyznane im juŜ wcześniej w kulcie Dionizosa, ustaje
jednak niebawem, w roku 257, w chrześcijaństwie, z chwilą gdy papieŜ Stefan I zabrania im ubiegania się o
godność kapłańską. „Podły niewolnik nie jest przecieŜ godzien takiego zaszczytu” — pisze w 443 roku doktor
Kościoła, papieŜ Leon I „Wielki”. OtóŜ to — w czasach pogańskich, przede wszystkim dzięki stoickiej
doktrynie równości ludzi, nastąpiła wreszcie pewna poprawa losu niewolników, ale w IV wieku Kościół
znowu pogorszył ich status prawny. I nie tylko przodował w liczebności posiadanych niewolników, lecz
równieŜ — co nie istniało nigdzie indziej — uniemoŜliwiał ich wyzwolenie. Jako „dobro kościelne” byli oni
niezbywalni. Mało tego.

W kaŜdym kolejnym stuleciu zwiększało się zniewolenie i niewolnictwo utrzymało
się za sprawą Kościoła przez całe średniowiecze. Tomasz z Akwinu jednoznacznie je usprawiedliwiał,
Egidiusz Rzymianin zaś wysławiał je wręcz jako „instytucję chrześcijańską”.
U schyłku średniowiecza ta chrześcijańska instytucja nawet rozwinęła się w Europie Południowej.
Spośród wielkich miast zachodnioeuropejskich najdłuŜej zachował ją — konsekwentnie — papieski Rzym.
Niesłuszne to, ale zrozumiałe, jeśli się pomyśli o ogromnym majątku Kościoła, choć przecieŜ groteskowe,

gdy wspomnimy Jezusa i „komunizm miłości” głoszony przez apostołów, do którego nawiązują nie tylko
liczne sekty chrześcijańskie, lecz równieŜ wielu Ojców i doktorów Kościoła, jak Jan Chry-zostom, Ŝądający
niejednokrotnie wspólnoty dóbr zamiast własności prywatnej i nakazujący, by wszystko „posiadano na sposób
komunistyczny”. Albo doctor Eccksiae Bazyli, jeden z najlepszych chrześcijan wszechczasów, który cały
swój majątek oddaje biednym, a potem dołącza do tego ogromne dziedzictwo i wreszcie przekazuje ludziom
będącym w potrzebie większość dochodu z bardzo bogatej diecezji, chrześcijanin, który innych chrześcijan
posiadających cokolwiek stawia na równi ze zbójcami.

Ale gdy ci doktorzy Kościoła jeszcze radykalnie
krytykowali kapitalistyczny ustrój gospodarczy, domagali się jego likwidacji od podstaw i głosili jako główną naukę chrześcijańską „komunizm miłości” pierwotnej gminy, zdąŜyła się juŜ ukształtować sytuacja najbezwzględniejszej eksploataq’i w całych dziejach ludzkości. I była to teŜ eksploatacja najbardziej bezwstydna. JuŜ za czasów pierwszych cesarzy chrześcijańskich majątek Kościoła znacznie się powiększył. W VI wieku pobiera się kościelną dziesięcinę, zawarowaną prawnie za Karola „Wielkiego” i ściąganą aŜ do XIX
wieku. W VIII wieku oszustwem i wojnami zostaje uzyskane Państwo Kościelne. I w średniowieczu co najmniej
jedna trzecia całej ziemi uprawnej w Europie znajduje się w rękach duchowieństwa, a pracują na niej
niewolni chłopi.

Kuria przechodzi wcześniej niŜ większość dworów monarszych od gospodarki naturalnej do
pienięŜnej i rychło, dzięki nawiązaniu ścisłych kontaktów z nowo powstającymi bankami, staje się jedną z
największych potęg finansowych świata. Inkasuje, co jej się naleŜy, uciekając się do ekskomuniki albo
interdyktu, czasem teŜ egzekwuje naleŜności od opornych dłuŜników przy pomocy władców, z którymi
proporcjonalnie dzieli się przychodem. W podziemiach zamku papieskiego w Awinionie, „najohydniej-szym i
najbrudniejszym mieście, jakie zdarzyło mi się poznać” — jak pisze Petrarca, gromadzone są skarby ze
wszystkich stron świata.

Alvarez Pelajo, szczerze dochowujący papieŜom wierności dostojnik Kurii,
opowiada, Ŝe ilekroć przybywał na pokoje papieskie, zawsze zastawał duchownych przy liczeniu pieniędzy.
JuŜ około roku 1000 wypomina biskup Orleanu tę „hańbę”, Ŝe w Kurii prawie wszystko jest do
kupienia i wyroki wymierza się według wagi złota. W wieku XIII skarŜy się biskup Jakub z Vitry: „Wszystko
dotyczy tylko spraw przyziemnych i doczesnych, królów i królestw, procesów i sporów. Rzadko kiedy pozwalano na rozmowę o sprawach duchowych”. Pod koniec XV wieku wykrzykuje we Florencji Savonarola:
„Oni handlują be-neficjami i nawet sprzedają krew Chrystusa”. A w połowie XX wieku francuski ksiądzrobotnik Henn Perrin dziwi się, „jak niewielką wagę przywiązywały w przeszłości środowiska chrześcijańskie do problemu losu robotników.

Z roku na rok nic prócz naboŜnych słów” — co potwierdzają dobitnie
papieskie „encykliki społeczne”: Rerum novarum (1891), Quadragesimo anno (1931) oraz łagodniejsza tylko
w tonie, ale merytorycznie prezentująca to samo, Mater et magistra (1961).
Ale równocześnie papieŜ Pius XII (który pisze ponadto o robotniku i przedsiębiorcy co następuje:
„Tworzą oni coś wspólną pracą. Chciałoby się wręcz powiedzieć, Ŝe jedzą przy tym samym stole. Bo przecieŜ
Ŝyją z ogólnego dochodu gospodarki swego kraju”.) stwierdza: „Kościół Chrystusowy idzie drogą
wyznaczoną mu przez boskiego Zbawiciela […].

Nie wtrąca się do spraw czysto politycznych i
gospodarczych”. Mniejsza o to, Ŝe naleŜące do Kościoła ziemie, w sumie kilka milionów hektarów, w
niektórych krajach stanowią prawie dwadzieścia procent wszystkich pól i jeszcze dziś jest to największa
posiadłość w świecie chrześcijańskim; Ŝe Kościół posiada kilka najbardziej wpływowych rzymskich banków
oraz udziały w przeraŜająco wielu spośród najpotęŜniejszych zakładów przemysłowych w Ameryce Pomocnej
i Południowej; Ŝe niektóre z nich są nawet prawie wyłączną własnością Kościoła, jak czołowe włoskie
towarzystwo lotnicze Alitalia, jak zakłady samochodowe Fiat (gdy tymczasem rokrocznie umierają z głodu
miliony ludzi i tylko w Ameryce Południowej, gdzie Ŝyje trzydzieści trzy procent wszystkich katolików,
trzydzieści procent ludzi to bezdomni) — równieŜ trzej bratankowie Piusa XII są wysokimi dostojnikami
watykańskimi, prezesują liczącym się bankom, firmom monopolistycznym, i gromadzą, w mało którym
wielkim skandalu finansowym we Włoszech nie umoczywszy palców, majątek rzędu stu dwudziestu
milionów marek. A sam papieŜ, którego beatyfikacja jest juŜ bliska, pozostawia w spadku mienie osobiste
wartości osiemdziesięciu milionów marek, w złocie i walucie.

Zaiste: wśród wszystkich dziwnych świętych Kościoła katolickiego — a są w tym gronie znani
fałszerze dokumentów, jak doktor Kościoła Atanazy („doktor Kościoła” to największe wyróŜnienie dla
katolika; spośród dwustu sześćdziesięciu papieŜy tylko dwóch otrzymało ten tytuł); znani specjaliści od
przekupywania, jak doktor Kościoła Cyryl Aleksandryjski, znani złodzieje i podpalacze, jak Marcin z Tours,
patron Francuzów — wśród wszystkich dziwnych świętych Ecclesiae Catholicea Eugenio Pacelli byłby jednym
z najdziwniejszych, gdyby został kanonizowany. I nie tylko ze względu na słowa Łukasza (12,33 albo
14,33) bądź Jana Chry-zostoma, doktora Kościoła: „Bez niesprawiedliwości nie sposób się wzbogacić” oraz
„Człowiek godny czci nie moŜe, nie moŜe być bogaty”.

PapieŜe przemieniali w pieniądze prawie wszystko, dając w kaŜdym stuleciu przykład wielkiej
korupcji i demoralizacji. Mimo zakazu sprzedawali kaŜdą nominację na biskupa, kaŜdą godność opata, kaŜde
probostwo katedralne. Co więcej, sprzedawali juŜ samą moŜliwość ubiegania się o to, czasem nawet kilku
chętnym jednocześnie, przy czym opłata rosła proporcjonalnie do prawdopodobieństwa uzyskania tego, o co

chodziło. Sprzedawali kaŜdą bullę, kaŜdą łaskę, wszelkie dokumenty, wszelkie decyzje. Sprzedawali
najświętsze relikwie i jeszcze w czasach antycznych zaczęli rozprowadzać je masowo, na przykład juŜ w IV
wieku produkowano w Rzymie relikwie będące replikami całunu. Kościół zamkowy w Wittenberdze posiadał
około roku 1510 aŜ pięć tysięcy pięćset relikwii. A po dziewiętnastu sprawdzonych świętych pozostaje po
dziś dzień w kościołach i klasztorach sto dwadzieścia jeden głów, sto trzydzieści sześć torsów oraz
zadziwiająca obfitość innych części ciała. „Napletek Chrystusa — pisze Alfonso de Val-des — widziałem
osobiście w Rzymie, Burgos i Antwerpii” — ponoć występuje on jeszcze w czternastu innych
miejscowościach — „w samej tylko Francji znajduje się pięćset zębów Dzieciątka Jezus. Mleko Matki
Boskiej, pióra Ducha Świętego przechowuje się w wielu miejscach”.

Tak oto z górą tysiąc lat ogłupiali oni ludzi. Nic dziwnego, Ŝe i w XX wieku ludzie są podatni na
wszelkie ideologiczne szalbierstwo! Nic teŜ dziwnego, Ŝe hierarchia kościelna, juŜ od czasów apostołów i
zacieklej niŜ hitlerowcy, zakazywała wszelkich pism krytycznych, paliła taką literaturę, przez pół tysiąclecia
zabraniała nawet ludziom świeckim lektury księgi nad księgami, zwłaszcza poszczególnych Ewangelii, i to „z
całą mocą”, jak pisano jeszcze w XVI wieku, gdy za pontyfikatu Juliusza III w mieście biskupim Wiirzburgu
skracano o głowę chłopów, którzy czytali Biblię; hitlerowcy nie musieli tego stosować w wypadku Mein
Kampf, bo i ta ksiąŜka zawierała tylko opis czynów faktycznie przez nich popełnianych.
PapieŜe inkasowali czynsz dzierŜawny i świętopietrze z ziem im podległych, z podporządkowanych
im bezpośrednio kościołów, klasztorów, miast, ze wszystkich krajów objętych obowiązkiem daniny.
Inkasowali cały majątek wszystkich „kacerzy” skazanych w Państwie Kościelnym i od kaŜdego kościoła na
świecie dziesiątą część jego dochodów, a od niejednego nawet znacznie więcej.

Inkasowali dochody
biskupów zawieszonych w czynnościach oraz mienie duchownych zmarłych bez sporządzenia testamentu.
Inkasowali pieniądze za przyznanie i potwierdzenie prawowitości władzy królewskiej, za
obowiązkowe wizyty ksiąŜąt Kościoła ad limina apostolorum, za uchylenie niepoŜądanych wizytacji.
Inkasowali ogromne łapówki, na wielką skalę handlowali odpustami, coraz częściej ogłaszali lukratywne
lata jubileuszowe, kiedy to zdarzało się, Ŝe pieniądze zgrabiano z ołtarzy. Stale zwiększali podatki i
wymyślali coraz to inne, jeden tylko papieŜ Urban VIII aŜ dziesięć. Wymyślali dziesięciny od wypraw
krzyŜowych, które nigdy się nie odbyły, i tymi pieniędzmi finansowali, cokolwiek zechcieli — Jan XXII,
jeden z największych w dziejach świata geniuszów w obracaniu pieniędzmi, swoją wojnę z Ludwikiem
Bawarskim; Grzegorz IX długoletnią wojnę z Fryderykiem II, na którego państwo ten papieŜ dokonał
wręcz inwazji, gdy cesarz odbywał krucjatę. Bonifacy IX anulował w 1402 roku wszystkie wnioski o
beneficja, by móc kaŜdego, kto juŜ coś zapłacił, zaszan-taŜować po raz drugi. PapieŜ Sabinian gromadził
zboŜe, i w 605 roku, gdy panował głód, sprzedawał je po lichwiarskiej cenie.

PapieŜ Sykstus IV, niegdyś
franciszkanin, który współŜył fizycznie ze swoja siostrą i z własnymi dziećmi, zakładał w Rzymie domy
publiczne, wydzierŜawiał je kardynałom i, co więcej, obłoŜył specjalnym podatkiem ladacznice. A
Benedykt IX sprzedał — kiedy juŜ wyzbył się wszystkiego — Grzegorzowi VI godność papieską w
zamian za doŜywotnią rentę.

Skoro wielu papieŜy, tak jak większość potentatów, wydawało duŜe sumy na reprezentację,
luksus, metresy, bratanków, synów, córki, skoro dzięki łupieŜczym wyprawom wojennym, lichwiarskim
zyskom, kłamstwom handlarzy odpustami, wznosili kościoły, które świat podziwia jeszcze dzisiaj; skoro
Eugeniusz IV nabył koronę wartości dwóch milionów franków; skoro Leon X („Niechaj nasz pontyfikat
będzie radosny!”) trwonił miesięcznie od dziesięciu do dwunastu tysięcy dukatów na jadło; skoro Mikołaj
III rozdawał swym krewnym jedno księstwo po drugim i skoro jeszcze w ciągu siedemdziesięciu
pięciu lat XVII wieku „namiestnicy” przeszastali ogromną sumę bez mała siedemnastu milionów złotych
skudów — oznacza to, Ŝe pieniądze stawały się w ich rozumieniu coraz waŜniejszym środkiem
sprawowania władzy, najwaŜniejszym instrumentem rządzenia aŜ po dzień dzisiejszy, kiedy wygląda na
to, Ŝe nie chcą oni juŜ ewangelizować, lecz kupić cały świat, co miałoby zresztą większe szansę
powodzenia (jeśli zwaŜymy, Ŝe nawet w Rzymie aŜ siedemdziesiąt procent ludności umiera bez
ostatniego sakramentu).

Grzegorz IX polecił — juŜ w XTV wieku — by Kościoły poszczególnych krajów zasilały
bezpośrednio papieską kasę wojenną, a jego następcy zbroili się na coraz większą skalę. Bo nawet gdy
utrzymywali trójkę nieślubnych dzieci oraz dwudziestu nepotów, jak Pius IV, to nie zapominali o
subwencjonowaniu wojen religijnych przeciw hugenotom i Turkom. I jeśli nawet, mimo olbrzymich
dochodów, zastawiali swoje korony, tapety Rafaela, serwisy i zostawiali po sobie milionowe długi, jak w
wypadku Leona X, to juŜ kolejni papieŜe gromadzili nowe skarby, na przykład — znowu mimo
wielkiego marnotrawstwa osobistego — Paweł III z górą siedemset tysięcy dukatów, która to suma
zniknęła po jego śmierci tak szybko, Ŝe to, co zostało, starczyło tylko na Ŝołd dla gwardii potrzebnej na
następne konklawe.

Dość. Ta gospodarka pienięŜna, trwająca sporo ponad tysiąc lat i naśladowana przez biskupów,

opatów, świeckich moŜnowład-ców, była i jest oczywiście prowadzona kosztem ludu, najwcześniej
włoskiego, który przez całe średniowiecze był wyzyskiwany najbardziej i ze wszystkich stron, ale
szczególnie przez kler. „Śmierć klechom i mnichom! — krzyczano w Perugii. „Śmierć Kościołowi!” —
to w Bolonii. „Precz z papieŜem!” — a to w Neapolu. Flo-rentyńczycy szturmowali siedzibę inkwizycji i
karmili psy księŜym mięsem. Rzym stał się najbardziej buntowniczym i najbardziej eksploatowanym
miastem w świece zachodnim. Głód, despotyczne rządy, rewolty powtarzają się bez końca. W roku 1585,
gdy rozpoczął się pontyfikat Sykstusa V, toczyło się ponoć po ulicach Rzymu więcej głów niŜ trafiło
melonów na targ. Rygorystyczne ustawy wyjątkowe i akcje polityczne to odpowiedź papieŜa na rewoluq’ę
francuską, którą Kant powitał łzami radości. „[…] wolne Włochy!” — woła jeszcze lord Byron.
„Czegoś takiego nie było od czasów Augusta”. W 1849 roku stu trzydziestu sześciu spośród stu
czterdziestu jeden włoskich delegatów głosuje za pozbawieniem papieŜa suwerennej władzy nad
Państwem Kościelnym.

Nie mogą go juŜ uratować zmobilizowane przeciw rodakom, sprowadzone z połowy Europy
wojska. W roku 1870 papiestwo popada w „niewolę watykańską”, z której wyzwalają je dopiero faszyści.
Główny cięŜar ery arystokratyczno-hierarchicznej spoczywał jednak, równieŜ przez dłuŜszy okres
epoki nowoŜytnej, nie na mieszczanach, lecz na chłopach czy raczej niewolnikach rolnych.
Nieliczne wolne chłopstwo zniknęło bowiem wkrótce całkowicie na skutek rozpowszechnienia się
prawa rzymskiego w Europie — zostało wchłonięte przez latyfundia świeckie bądź kościelne. Postęp
cywilizaq’i chrześcijańskiej pociągał za sobą coraz większy ucisk chłopów, najpierw przemienionych w ludzi
przypisanych do ziemi, a później w odrabiających pańszczyznę. Mogli być razem z ziemią dziedziczeni,
sprzedawani, wymieniani, darowani i dla swoich panów znaczyli często mniej niŜ bydło. Wielki mistrz zakonu
krzyŜackiego Siegfried von Feuchtwangen zwykł, około roku 1300, mawiać, Ŝe nie smakuje mu ani
jeden kęs, jeśli przedtem nie kaŜe powiesić kilku chłopów.

W świecie zachodnim powstania chłopskie rozpleniły się tak, Ŝe historycy wolą ich nie dostrzegać aŜ
do wieku XX.
W roku 997 burzą się chłopi Normandii, w 1008 roku — chłopi bretońscy. We Fryzji, Holandii,
Francji bunty chłopskie powtarzają się w ciągu całego XI wieku. Jeden niewolnik rolny kosztował wówczas
we Francji trzydzieści osiem, a koń — sto sous. Francuska wojna chłopska rozpoczyna się w roku 1358,
szlachta doprowadza do egzekucji dwudziestu tysięcy osób, ale zamieszki nie ustają przez następnych pięćset lat.

W Anglii król Ryszard II tłumi krwawo wielkie powstanie chłopów, które wybuchło w 1381 roku. W roku
1437 buntują się chłopi siedmiogrodzcy. W 1514 roku szczególnie liczne i okrutne egzekucje kładą kres
groźnemu powstaniu chłopów węgierskich. A w Rumunii bunty uciśnionych zdarzają się jeszcze w XIX i XX
wieku.

W Niemczech niepokoje zaczynają się na długo przed wojną chłopską i prowodyrzy są wszędzie
paleni, wieszani, ścinani, ćwiar-towani. W roku 1460 przeciwstawiają się opatowi chłopi z Kemp-ten. W 1476
roku szesnaście tysięcy chłopów manifestuje nocą przy blasku pochodni pod zamkiem biskupa Wiirzburga,
który kaŜe do nich strzelać z ustawionych na wałach dział. W 1490 roku chłopi augsburscy zwracają się
przeciw biskupowi Fryderykowi z rodu Hohenzollernów. W roku 1493 zostaje zawiązany alzacki Bundschuh;
hasło: „Ruszajcie, cóŜ to za Ŝywot?

Przez klechów i szlachtę nie ma dla nas Ŝycia”.
Duchowni i szlachta, tron i ołtarz — za ich sprawą całe narody były przez tysiąc lat otaczane pogardą,
uciskane, wyzyskiwane. KaŜdy mógł budować na tyranii tamtego drugiego. I chociaŜ często występowali
przeciw sobie nawzajem, z socjologicznego punktu widzenia stanowili jedność, w układzie społecznym trzymali się razem, byli klasą zorientowaną na władzę i zysk, Ŝyjącą z potu i krwi innych ludzi, zdemoralizowaną mniejszością, jak pisze ze Strasburga o władcach swoich czasów Biichner, mniejszością, która „przemienia masy obywateli w harujące bydło”.

Niemiecka wojna chłopska wybuchła nieprzypadkowo na południowym zachodzie kraju, gdzie
austriacki arcyksiąŜę Ferdynand i biskup Konstancji wspólnie prześladowali „kacerzy” w sposób szczególnie
barbarzyński. I tak jak wielu innym mającym podłoŜe socjalne powstaniom chrześcijan przyświecały
rewolucyjne idee wczesnego chrześcijaństwa — na przykład powstaniu chłopów angielskich, którym
przewodzili księŜa pozostający pod wpływem nauk Wiklefa; niektórym rewoltom proletariatu włoskiego albo
husyckiej infiltracji na Węgrzech, w Polsce, Niemczech, Belgii oraz Francji — tak przyświecały one teŜ
niemieckiej wojnie chłopskiej, we Frankonii i w Tyrolu skierowanej przede wszystkim przeciw wyŜszemu
duchowieństwu.

Chłopi walczyli jako „bractwo ewangeliczne”, jako „wojsko chrześcijańskie i ewangeliczne”,
na ich sztandarach były wizerunki UkrzyŜowanego i imię Jezusa. Ich manifest, napisany przez spalonego w
1528 roku w Wiedniu byłego kaznodzieję katedralnego z Ratyzbony Balthasara Hub-maiera, profesora i
prorektora jednego z uniwersytetów, uzasadniał wszystkie skargi natury ekonomicznej powołując się na
Biblię i w artykule dwunastym deklarował niewysuwanie Ŝądań niezgodnych ze słowem boŜym.

Zdarzali się władcy, którzy byli nastawieni pokojowo, skłonni do rokowań, którzy długo się wzdragali
naruszyć to, co uzgodnili z chłopami, jak na przykład władca Palatynatu, ksiąŜę-elektor Ludwik, którzy nawet uwaŜali bunt za sprawiedliwą karę boŜą i chcieli go „uśmierzyć po dobroci”, tak jak ksiąŜę-elektor Fryderyk Mądry i jego brat, ksiąŜę Jan. Ale biskupi oraz znów Marcin Luter — bo, jak mówi Paracelsus, „czyŜ jest ktoś
mniej miłosierny dla biednych niŜ duchowieństwo?” — nie ustawali w perswadowaniu, zachęcali, powtórzmy
za reformatorem, „do rychłego chwycenia za miecz”, do atakowania z „czystym sumieniem” (które kler
pozostawia mordercom zabijającym podczas wszelkich wojen), do zasłuŜenia sobie „na niebo przelaną
krwią” (to teŜ jeden z ulubionych chrześcijańskich wątków), zachęcali, Ŝeby „dławić, dźgać, po kryjomu i
otwarcie, co komu będzie zręczniej zrobić, tak jak trzeba zabić wściekłego psa”.

„Dźgaj, bij, duś, kto moŜe” — szczuje Luter kiedy indziej, prawie Ŝe bardziej papieski w tym niŜ papieŜ — „a jeśli wówczas zginiesz, to dobrze; lepszej śmierci nie dostąpiłbyś nigdy, bo tak umarłbyś posłuszny słowu boŜemu”.
Tak oto chrześcijańska szlachta rozprawiała się z chłopami, tysiące ich zabijając ciosami
skierowanymi w dół z wysokości końskiego grzbietu, wciąŜ oszukiwała ich, pozwalała, by się dobrowolnie
rozbrajali, po czym dokonywała na nich rzezi, tylko pod Zabern zginęło osiemnaście tysięcy chłopów. Chłopi
byli oślepiani, wieszano ich, ścinano, wbijano na pal, byli ćwiartowani, rozrywani przez konie, paleni
Ŝywcem. Gdy się zdarzyło, Ŝe mogli sobie posmarować buty hrabiowskim tłuszczem, gdy masowo grabili,
przetrzebiali zamki i klasztory — „Dość długo wnosiliśmy, teraz moŜemy chociaŜ raz wynieść”. — to jednak
lała się prawie wyłącznie ich krew. Nawet Luter uznał w końcu uciskanie chłopów za „okropne” i „godne
poŜałowania”. „Ale co robić? Tak trzeba i Bóg teŜ tego pragnie”.

„Bóg tego chce!” — tak krzyczeli juŜ papieŜe przy okazji kruqat. I nadal się tak krzyczy. Jeszcze
nawet hitlerowski atak na Rosję był przedstawiany przez cały episkopat niemiecki jako „święta wola Boga”.
A protestancki biskup Lilje wołał jednocześnie: „Z Bogiem! Tę ofiarę moŜna ponieść tylko w imię boŜe”. Im
więcej mordują, tym głośniej powołują się na Boga.

„Niechaj was to tak nie smuci”, pociesza reformator szlachtę i zachęca: „Osioł chce być bity, a gmin
rządzony przemocą” — chrześcijańska recepta na rządzenie, stosowana od dwóch tysięcy lat.
I wojna jest Lutrowi tak samo potrzebna, jak Tomaszowi czy Augustynowi, który szydzi z cyniczną
beztroską człowieka raczej nie zagroŜonego: „CóŜ powiedzieć przeciw wojnie? Chyba tylko to, Ŝe giną na
niej ludzie, którzy przecieŜ muszą kiedyś umrzeć”.

Od tych diabłów przejmuje Luter teorię „wojny
sprawiedliwej”, dziś moŜliwą juŜ tylko jako numer kabaretowy (albo teologia moralna) i poucza: „Na takiej
wojnie chrześcijańską jest rzeczą i dziełem miłości, jeśli się wrogów bez skrupułów dusi, ograbia, podpala, i jeśli czyni się wszelkie szkody słuŜące pokonaniu ich. A gdyby się miało wydawać, Ŝe duszenie i grabieŜ to nie dzieło miłości, i gdyby jakiś prostak [!] pomyślał, Ŝe to nie po chrześcijańsku i chrześcijaninowi tak
czynić się nie godzi: zapewniam, Ŝe to teŜ jest dziełem miłości”. Dlatego właśnie Luter zaleca i nakazuje
chrześcijanom wyruszającym do boju, by nie zwlekali długo, by odmówili Wierzę w Boga i Ojcze nasz i „tego
niech wystarczy […], a potem dobądź broni i bij w imię boŜe”.

Podobnie jak Kościół papieski, Luter pozostawił biednych samym sobie, zdradził sprawę chłopów
pańszczyźnianych, uczynił z reformacji ruch znowu korzystny tylko dla władców, nowe narzędzie
despotyzmu, stąd teŜ juŜ Thomas Miinzer protestuje gorąco przeciw tej „cichej wodzie”, temu „Ŝyjącemu w
dostatku cielsku”, tej wittenberskiej „tucznej świni”, i ma całkowitą raqę, kiedy pisze: „Prawdziwe
złodziejstwo uprawiają nasi ksiąŜęta i magnaci, którzy przywłaszczają sobie wszelkie stworzenie, ryby w
wodzie, ptaki w powietrzu, rośliny na ziemi, wszystko to musi naleŜeć do nich. A biednym mówią: «Bóg
przykazał, Ŝebyś nie kradł». Oni sami pastwią się nad wszelkimi istotami Ŝyjącymi i zabierają je dla siebie;
ale jeśli biedak ukradnie byle rzecz, to zostaje skazany. Temu fałszywy doktor przyklaskuje i mówi «amen»”.

Po stronie papieskiej nie dopatrzył się Luter tak naprawdę „niczego, co by słuŜyło chrześcijaństwu”,
widział „tylko sprawy pienięŜne i spory”. „Na to byłoby stać byle rozbójnika”. A potem zaczęła się
reformacja z grabieniem na wielką skalę dóbr Kościoła katolickiego przez luterańskich ksiąŜąt, „niemieckie
królewiątka”, jak drwiąco nazywa ich Theodor Lessing, przez ksiąŜąt, którzy byli gotowi „przyłączyć się do
tego nowego ruchy aŜ do granic własnej korzyści”. I przytoczmy jeszcze wyznania zawarte w broszurze
zapowiadającej zjazd ewangelików niemieckich w Stuttgarcie w roku 1952: „Nie jest zadaniem ewangelii w
jakikolwiek sposób zmieniać istniejącą sytuację”.

Klęska wojny chłopskiej, nad którą potem wciąŜ ubolewano — a czynił to jeszcze Alexander von
Humboldt na zamku poczdamskim, tuŜ obok apartamentów króla, z którym codziennie rozmawiał — naleŜy
do tych przekleństw niemieckiej historii, które okazały się szczególnie brzemienne w skutki. Południowoniemieccy
chłopi pozostali w pańszczyźnie, a północnoniemieccy, według prawa uznani za wolnych, na
powrót popadli w nią i odtąd wszyscy są nękani jeszcze brutalniej — aŜ do początku XIX wieku.
Wojewoda sandomierski chce w 1586 roku, by terroryzowani przez szlachtę chłopi inflanccy zostali
zrównani „przynajmniej z polskimi chłopami pańszczyźnianymi”. A zgromadzenie stanów frankowskich
zastanawia się w roku 1583, gdy znowu trzeba zapłacić „podatek turecki”, czy „nie byłoby łatwiej Ŝyć pod
rządami Turków”. I faktycznie Turcy zaoferowali węgierskim chłopom wolność, w zamian za co ci ostatni
chętnie wyrzekli się chrześcijaństwa.

Na Śląsku, w Saksonii, w Prusach dochodzi około roku 1790 do rozruchów chłopskich. Hrabia
Mirabeau opowiada o niewolnej egzystencji północnoniemieckich robotników rolnych: dziewięt-

nastogodzinny dzień pracy w lecie i w zimie. Baron vom Stein, który dobrze zna„tych łajdaków,
niemieckich władców”, obserwuje w 1802 roku w Meklemburgu pewnego szlachcica, który traktuje
swoich chłopów jak bydło. W roku 1812 Friedrich List patrzy nad Renem, Neckarem i Menem na
chłopów pracujących zamiast koni i wołów, „ale bez poŜywnej strawy tych zwierząt pociągowych”.
Najbiedniejsi mieszkańcy Holsztynu koczują razem z chorymi i niemowlętami pod gołym niebem albo
Ŝyją w oborach. Gdyby jednak nie opłacili podatków, to groziła im licytacja i pozbawienie dobytku.
Jeszcze w Zgromadzeniu Narodowym 1848 roku wśród sześciuset deputowanych znalazł się tylko jeden
chłop.

W Anglii, gdzie aŜ do XVIII wieku miewa się niewolników, gdzie aŜ po XI wiek rządzi kilkaset
rodów feudalnych, gdzie do 1832 roku spośród piętnastu milionów mieszkańców prawo wyborcze
posiada czterysta tysięcy i gdzie jeszcze za czasów Scho-penhauera „dwie trzecie narodu nie umieją
czytać”, kler i wielcy posiadacze ziemscy odnoszą się do chłopów gorzej niŜ do wszelkiej trzody. Jeszcze
w końcu XIX wieku chłop jada o połowę mniej, a pracuje dwa razy więcej niŜ więźniowie w angielskich
zakładach karnych.

„W rachunkach arendarza równa się on zeru” — odnotowuje w roku 1865 pewien
oficjalny raport. „Nie obawia się o przyszłość, bo niczym nie dysponuje prócz tego, co jest bezwzględnie
konieczne do Ŝycia. Cokolwiek by się działo, dla niego nie ma ani szczęścia, ani nieszczęścia”. Prasa
liberalna szydzi bezlitośnie ze szlachty i państwowego Kościoła anglikańskiego (High Chwch) w
związku z wysyłaniem do dalekich krajów „misji dla poprawy obyczajności dzikich ludzi znad
Południowego Pacyfiku”. „OdwaŜę się teraz zapewnić — kończy swój artykuł pewien korespondent
«Morning Chronicle» — Ŝe połoŜenie tych ludzi, ich bieda, ich nienawiść do Kościoła, ich zewnętrzna
uległość i wewnętrzne rozŜalenie na dostojników kościelnych, stanowią regułę we wszystkich wiejskich
gminach w Anglii, a odmienne okoliczności są wyjątkowe”. Pomagały tylko niektóre sekty chrześcijańskie.
Ale Kościół oficjalny — jak pisał Marks — wybaczyłby „raczej podwaŜenie trzydziestu ośmiu
spośród trzydziestu dziewięciu artykułów wiary niŜ zamach na jedną trzydziestą dziewiątą jego
dochodów”.

Europa obchodziła się nie lepiej z robotnikami przemysłowymi, o czym świadczy przede
wszystkim sytuacja w kraju pochodzenia wielkiego przemysłu.
Jeszcze w połowie XIX wieku niejeden „wolny Anglik” stanowi tańsze zwierzę robocze niŜ
staroŜytny niewolnik. Ci ludzie, półnadzy, mieszkają w nieprawdopodobnych wręcz norach na zgniłej
słomie i Ŝywią się zepsutym jedzeniem. Wszędzie brud, nieczystości, wilgoć, umierające dzieci, chorzy i
kalecy, suchoty, tyfus, ślepota. Podczas gdy zyski fabrykantów urastają do gigantycznych sum, nędza
robotników jest coraz straszliwsza, a w 1834 roku ustawa o biedocie z roku 1601 zostaje zastąpiona inną,
w której nie przewiduje się juŜ pomocy socjalnej.

JuŜ William Blake, który uznaje za winnych Kościół i państwo, słyszy dobiegający od kominów i
z ulic krzyk nękanych istot. W 1866 roku mieszka tam dwieście tysięcy ludzi, „których nędzne połoŜenie
— jak czytamy w obszernym raporcie Juliana Huntera o zdrowotności — przekracza wszystko co
kiedykolwiek widziano w Anglii”. Torysowska gazeta „Standard” upomina w 1867 roku:
„Przypomnijmy sobie, jak cierpi ta ludność. Umiera ona z głodu. I to jest fakt: oczywisty, straszny. Tych
ludzi jest czterdzieści tysięcy […]. Na naszych oczach w jednej dzielnicy tej cudownej metropolii tuŜ
obok miejsc największej w dziejach świata akumulacji bogactwa, tuŜ obok umiera bezradnie czterdzieści
tysięcy ludzi”. Na nic zdaje się poszukiwanie pracy i Ŝebranina, bo „miejscowe ośrodki zobowiązane do
wspierania biednych same się spaupery-zowały na skutek Ŝądań parafii”.

W 1840 roku średni czas Ŝycia robotnika w Liverpoolu wynosi piętnaście lat. W Manchesterze
pięćdziesiąt siedem procent dzieci robotniczych umiera przed piątym rokiem Ŝycia. Dziewięcio-,
dziesięciolatki nierzadko harują bez przerwy po dwadzieścia cztery, po trzydzieści sześć godzin. Pędzi
się ich nocą do fabryk i pejczami zmusza się ich do zachowania przytomności umysłu. Jeszcze w 1860
roku zdarzają się listy otwarte domagające się ograniczenia czasu pracy do osiemnastu godzin. Dzieci w
wieku trzech, czterech lat, zatrudnione przy wyrobie koronek, stoją na krzesłach. W zakładach
wikliniarskich miewają często mniej miejsca niŜ pies w swojej budzie. Marks nazywa to „przemianą
dziecięcej krwi w kapitał”. W kopalniach cztero- i pięcioletnie dzieci razem z męŜczyznami i kobietami,
półnagie albo całkiem nagie, na łańcuchach, czołgają się przez o wiele za wąskie chodniki. Kto się
skarŜy, ten zostaje zwolniony i jako „napiętnowany” nie dostaje pracy nigdzie indziej. Zmarłych wyrzuca
się do rowów przydroŜnych i grzebie w jamach, w bagnie. „Wykształcenie” tych ludzi jest prawie Ŝadne;
dostępują jedynie nauki religii.

W Irlandii umiera w 1848 roku z głodu ponad milion ludzi. Dwa miliony emigrują.
Na Śląsku, gdzie katolicy i protestanci są podjudzani przeciw sobie nawzajem, tkacze popadają w
coraz gorszą nędzę, mimo bardzo cięŜkiej pracy. Byliby szczęśliwi — zapewnia w 1844 roku Wilhelm Wolff

— gdyby mogli uszczknąć coś dla siebie z obfitej porcji ziemniaków, którą dostają tuczniki ich
chlebodawców. I mieszkają w lokalach, w porównaniu z którymi „obora w majątku ordynata musi uchodzić
za wytworny apartament”. Chrześcijański rząd nakazuje stłumienie buntu.
W Kolonii jedna trzecia ludności trudni się około roku 1800 Ŝebraniną. W Bawarii doliczono się pod
koniec lat trzydziestych stu czterdziestu pięciu tysięcy dziewięciuset dziewięćdziesięciu trzech Ŝebraków,
między innymi dwudziestu czterech tysięcy dziewięciuset sześćdziesięciorga dzieci. Prusy zakazują
wszystkim wykładowcom uniwersyteckim (zresztą tradycyjnie prawomyślnym) prowadzenia dyskusji
politycznych.

W latach czterdziestych emigruje z Niemiec rocznie sto tysięcy, a po roku 1849 dwieście pięćdziesiąt
tysięcy ludzi.

We Francji w roku 1801 Napoleon I zawiera konkordat. Bo przecieŜ nie zna nikogo, kto by rozumiał
innych „tak dobrze, jak rozumieją się księŜa i Ŝołnierze”. Jest teŜ świadomy tego, Ŝe kiedy ma się dobre
stosunki z papieŜem, to „jeszcze dziś posiada się władzę nad sumieniami stu milionów ludzi”; zacytował to
potem Mussolini, gdy zawierał układy laterańskie. W roku 1808 Napoleon czyni podstawą całego kształcenia,
po pierwsze, nakazy religii katolickiej, po drugie zaś, wiernopoddańczy stosunek do cesarza — to zawsze
były główne przyczyny nieszczęść narodów europejskich. Około roku 1830 dwie trzecie Francuzów nie jadają
mięsa. W fabrykach marnieją męŜczyźni, kobiety, dzieci, harując za psie pieniądze od piątej rano do ósmej,
dziewiątej wieczór. Średni wiek robotników francuskich wynosi dwadzieścia jeden lat.
W roku 1848 tysiące z nich giną w ParyŜu. W Berlinie dochodzi do zamieszek na ulicach. W Badenii,
w Poznańskiem i w Pradze zostają stłumione powstania.

W Rzymie panuje sytuacja zmuszająca papieŜa do
ucieczki, a jego minister hrabia Rossi pada ofiarą morderstwa. Po zaŜartych walkach reakcjoniści odzyskują
dla siebie Wiedeń. Giną męŜczyźni, kobiety, dzieci. Friedrich Hebbel, świadek naoczny, nie omieszkał
opowiedzieć swoich wraŜeń księciu Schwarzenbergowi: „[…] w ustach zwłok męŜczyzn tkwiły niczym
cygara członki tych ludzi; to juŜ jest coś, nie wątpię, Ŝe ten fakt zachowa się w historii”.
Uciśnieni wszędzie się buntują i wszędzie strzela się do nich, są wtrącam do więzień, zmuszani do
emigracji. W całej Europie oparcie dla religii stanowi policja i aŜ po XX wiek pozostaje ograniczona do
moŜliwego minimum liczba uprawnionych do udziału w wyborach.

Wiktor Hugo, niegdyś ultrarojalista i chrześcijanin, woła 8 kwietnia 1850 roku w Zgromadzeniu
Narodowym, gdzie przewagę mają katolicy: „Powstańcie wreszcie, katolicy, księŜa, biskupi, duchowni, wy,
którzy siedzicie w tym Zgromadzeniu Narodowym i których widzę wśród nas! Powstańcie! Taka jest wasza
rola! CóŜ robicie na tych ławach?” Jedyna reakcja: śmiech. W 1851 roku zostają na rozkaz Napoleona III
krwawo stłumione kolejne próby powstańcze. „Ma się za sobą Kościół, armię i banki!” — oto komentarz
Wiktora Hugo, wymieniający wszystko, co i dziś jeszcze rządzi światem. W 1871 roku zostaje krwawo
zlikwidowane następne powstanie — Komuny Paryskiej. W odwecie za rozstrzelanie sześćdziesięciu czterech
zakładników rząd morduje sześć tysięcy komunardów.

JuŜ w połowie XIX wieku reakcjoniści wszystkich zainteresowanych państw pragną likwidacji
europejskiego proletariatu w wielkiej wojnie. Zabiegają o to gorączkowo na początku XX wieku. Niebawem
pojawia się Chrystus niemiecki, rosyjski, francuski — jeszcze przed 1914 rokiem niemiecki nieprzyjaciel ma
po swojej stronie dwadzieścia siedem tysięcy dział Kruppa, natomiast wszystkie patenty I. G. Farben na gazy
trujące zostają sprzedane francuskiemu koncernowi chemicznemu. Co więcej, gdy niemieccy Ŝołnierze
umierają z hymnem na ustach, firma Thyssena, który później finansował Hitlera, dostarcza tarcze ochronne
dla piechoty prawie o połowę taniej do Francji niŜ na potrzeby armii niemieckiej. W ciągu jednego tylko
półrocza 1916 roku niemiecki trust stalowy przekazuje trzydzieści siedem milionów cetnarów stali i Ŝelaza do Francji.

A Krupp otrzymuje zaraz po zakończeniu wojny sto dwadzieścia trzy miliony marek w złocie za
sprzedany przed wojną do Anglii — za wiedzą niemieckiego Ministerstwa Wojny i z udziałami w zysku od
kaŜdego granatu! — patent KPz 96/04 na zapalniki do granatów, dzięki czemu firma kwitnie po dziś dzień.
A kler spieszy z miejsca na miejsce na tyłach wszystkich frontów, po tysiąckroć pochwala masowe
wybijanie się jako „przejaw religijnego uduchowienia”, „odrodzenie religijne, moralne i społeczne”,
„krucjatę”, „świętą wojnę”, „słuŜbę Bogu”, „nakaz naszego Boga”, „wolę boŜą” itd. Od „Tego chce Bóg!” z
czasów wojen krzyŜowych oraz „Tego pragnie teŜ Bóg!” z okresu wojny chłopskiej, poprzez „wolę boŜą”
podczas pierwszej wojny światowej aŜ do „świętej woli Boga” w czasie drugiej wojny światowej. Kto nie
brzydzi się tym chrześcijaństwem, ten sam jest takim chrześcijaninem. I podczas gdy nad ogłupionymi,
sprzedanymi głowami wiernych zderzają się ze sobą bezwstydne frazesy biskupie, jezuickie i protestanckie,
zawarte w mnóstwie kazań i obficie przenoszone na papier, za zabicie jednego tylko Ŝołnierza inkasuje się
ogromną sumę stu tysięcy marek, z czego przemysł zbrojeniowy dostaje kaŜdorazowo sześćdziesiąt tysięcy
— czysty zysk. Dwanaście milionów poległych.

A więc wybuchła ta wojna. Wreszcie. „Wojnę przygotowywano solidnie i powaŜnie od lat. Przez całe
lata armia pozostawała w nieustającej gotowości do walki. Ale jednym z najwaŜniejszych kroków
przygotowawczych był Kongres Eucharystyczny w Wiedniu”. To stwierdza w 1916 roku ktoś na pewno
dobrze poinformowany, austriacki biskup sufragan Waitz, który później, w 1938 roku, juŜ jako ksiąŜę

arcybiskup, razem z kardynałem Innitzerem z Wiednia chwali wkroczenie Wehrmachtu do Austrii, widząc w
tym spełnienie „tysiącletniej tęsknoty naszego narodu”. W tym samym roku odbywa się Kongres Eucharystyczny
w Budapeszcie, podobnie jak tamten w 1912 roku w Wiedniu, zapowiadający coś. Adherent
faszystów Eugenio Pa-celli wskazuje przy tej okazji jak legat papieski na „niebezpieczeństwo bolszewizmu”.
W rok później wybucha druga wojna światowa, dwadzieścia pięć tysięcy poległych kaŜdego dnia, dzienne
obroty: dwa miliardy marek. W 1960 roku, w jednym z okresów nasilenia zimnej wojny, obraduje Kongres
Eucharystyczny w Monachium. Cieszący się zaufaniem Pacellego kardynał Spell-man, jeden z
najaktywniejszych reakcjonistów świata, prorokuje nadejście czasów, w których obecni władcy
komunistyczni zostaną zmieceni, leci helikopterem nad Ŝelazną kurtyną i odprawia dla wojska mszę
pontyfikalną „wśród huku dział”, nie zapominając o nazwaniu Ŝołnierzy swoimi „drogimi przyjaciółmi”.
(KsięŜa i Ŝołnierze… — wiedział to Napoleon, wiedział to juŜ nawet Kon-stantyn). A katolicki federalny
minister obrony StrauB, który pragnie, by „okólniki papieskie stały się podstawą niemieckiego ustawodawstwa”,
wyznaje otwarcie: „Jesteśmy po to Ŝołnierzami […] by władza przeszła z rąk ateistów z
powrotem w ręce chrześcijan”.
JuŜ średniowieczni krzyŜowcy śpiewali o chęci ruszenia na Wschód (Nach Ostland woll’n wir
reiten…). I papiestwo miało w kaŜdym kolejnym stuleciu nadzieję — powtórzmy to za katolikiem de
Maistre’em — na przejęcie w spadku rozkładającego się trupa Kościoła wschodniego. Ten tak upragniony cel
wydaje się znowu bliski podczas pierwszej wojny światowej, gdy państwa centralne, popierane przez
Watykan, chcą zdobyć tereny dla osadnictwa na Wschodzie, na ziemiach polskich, na Ukrainie i nad Bałtykiem.
W czasie drugiej wojny światowej wywołuje entuzjazm kampania rosyjska antyklerykalnych
hitlerowców. I te miliony Niemców, którym się wydaje, Ŝe giną za ojczyznę, zdychają tylko za największych
zbrodniarzy w dziejach ludzkości.
Krótko mówiąc: po tym systematycznym chrześcijańskim wychowaniu dla fizycznego i duchownego
barbarzyństwa, kontynuowanym przez półtora tysiąclecia, nie mogło wcale nastąpić nic innego niŜ to, co
nastąpiło. PapieŜ Leon XIII nie zawahał się co prawda stwierdzić w swojej encyklice Immortale Dei z roku
1885: „Wszystko, co sprzyja osobistej godności człowieka, co podtrzymuje równouprawnienie obywateli,
wszystko to powołał do Ŝycia, otaczał troską i zawsze chronił Kościół katolicki”.
Prawdziwe jest jednak twierdzenie przeciwne. Prawda jest taka, Ŝe wszystkie udogodnienia socjalne
czasów nowoŜytnych zostały stworzone nie przez Kościół, lecz przeciw niemu. śe ludzkość zawdzięcza
prawie wszystkie bardziej humanistyczne formy i reguły współŜycia świadomym swojej odpowiedzialności
czynnikom pozakościelnym. śe Kościół, jak pisze nie wróg chrześcijaństwa, lecz wybitny teolog protestancki
Martin Dibelius, zawsze stanowił „straŜ przyboczną despotyzmu i kapitalizmu”. „Dlatego teŜ wszyscy, którzy
pragnęli poprawy warunków Ŝycia na tym świecie, musieli — jak wyznaje ten chrześcijański uczony —
walczyć przeciw chrześcijaństwu”.
I tak dzieje się jeszcze dzisiaj.
„Wypasaj moje owieczki!’
Proszę mi natychmiast znaleźć w katolickich klasztorach w Halberstadt duchownego nadającego się na kapelana polowego pułków,
które mają wyruszyć do walki. Ów księŜulo nie musi być inteligentny, przeciwnie: im głupszy tym lepszy […].
FRYDERYK II, 1740
Zaświadczanie całym Ŝyciem dziedzicznych praw cesarza (potęŜnej postaci władcy obdarzonego najczystszym monarszym
sumieniem, uosobienia niemieckiej siły, majestatycznego ucieleśnienia cnoty Ŝołnierskiej) jest równoznaczne z naśladowaniem
Jezusa.
MICHAEL FAULHABER, biskup, kapelan polowy Armii Bawarskiej, o Wilhelmie II podczas pierwszej wojny światowej
W nocy, o godzinie jedenastej, śmiertelnie ranieni granatem ekrazytowym, objęli się, mówiąc: „Umieramy razem, czyŜ nie tak,
umieramy razem. Za naszego ojca, cesarza w Wiedniu, umieramy chętnie”.
Strona 28 z 106
http://legaba.6te.net/karlheinz_deschner_opus_diaboli.htm 2008-02-01
MICHAEL FAULHABER o dwóch Ŝołnierzach pierwszej wojny światowej
Coś podobnego juŜ przeŜywaliśmy w czasie tamtej wojny światowej i dlatego wiemy z przykrego, gorzkiego doświadczenia, jak
bardzo to potrzebne i waŜne, by w takiej sytuacji kaŜdy z całym oddaniem, chętnie i wiernie spełniał swój obowiązek.
Kardynał MICHAEL FAULHABER podczas drugiej wojny światowej
[…] bo Chrystus wymaga od nas więcej, niŜ wymagał Hitler.
Współczesny katolicki duszpasterz wojskowy
Ciągnąca się aŜ po wiek XX kronika potworności Kościoła katolickiego jest tym ohydniejsza, Ŝe
działy się one — co niech zabrzmi jak krwawe szyderstwo! — w imię pokoju, miłości, dobrej nowiny. śadna
religia nie zrewoluq’onizowała dziejów świata tak jak ta i Ŝadna nie stała się tak reakcyjna, Ŝadna nie
odbiegała w swej praktyce tak daleko od głoszonych nakazów i Ŝadna nie wypierała się tak bardzo, bądź teŜ
nie bagatelizowała tak bardzo, przepaści między praktyką a doktryną. Czy był jakikolwiek inny Kościół, który
musiał przez całe stulecia zakazywać lektury świętej księgi, bo rzeczywistość przeczyła jej w tak
przeraŜającym stopniu?! Czytać ją pozwalano tylko „ludziom poboŜnym i uczonym”, a po lekturze in vulgań
translatos, in vulgari lingua spodziewano się „większej szkody” niŜ poŜytku.
Nie znane nam jest właściwie credo Jezusa historycznego, co więcej, nie mamy nawet pewności, czy
istniał. Ale wiemy, Ŝe ten synoptyczny nauczyciel jest wolny od instynktów i namiętności nacjonalistycznych, od patriotyzmu i Ŝądzy władzy, Ŝe nie chce być Mesjaszem politycznym, wojującym apokaliptykiem, lecz antybojownikiem, władcą pokojowym, pacyfistą. Wiemy, Ŝe odrzuca prawo pięści, terror, despotyzm, Ŝe Ŝąda, by nie tylko bezwarunkowo przyjmowano zło, ale i odpłacano za nie dobrem, Ŝe jego przykazanie miłości wroga jest nieograniczone — choćby się te jednoznaczne słowa przeinaczało, zawęŜało, przemieniało w ich przeciwieństwo.

Wiemy, iŜ całe wczesne chrześcijaństwo bezkompromisowo sprzeciwiało się wojnie — być
moŜe tylko dlatego, Ŝe propagowanie pacyfistycznych postulatów biblijnych odpowiadało jego politycznej
nicości. Mając wokół siebie innowierców, moŜna było łatwo głosić idee pojednania i miłości wroga.
Czyniono to z zapałem jeszcze w IV wieku. Od Justyna poprzez lacjana, Atenagorasa, Tertuliana,
Orygenesa, Cypriana, po Arnobiusza i Laktancjusza teologowie chrześcijańscy nie ustają w sławieniu pokoju,
tolerancji religijnej, rezygnacji z przemocy, przebaczenia, Ŝycia bez wrogości i wojny. Z pompatyczną monotonią zapewniają o swej łagodności, dobroci, niewinności i tolerancji, twierdzą, Ŝe co prawda jeszcze są na ziemi, ale juŜ teŜ wędrują po niebie, deklarują, Ŝe kochają wszystkich, do nikogo nie Ŝywią nienawiści, nauczają, iŜ nie naleŜy nikogo krzywdzić, odpłacać złem za zło, iŜ trzeba raczej ścierpieć niesprawiedliwość, niŜ ją wyrządzić, raczej przelać własną krew, niŜ skalać ręce i sumienie cudzą krwią. Zapewniają, Ŝe nie odpowiedzieliby ciosem na cios, gdyby ich bito, nie procesowaliby się, gdyby ich okradzione, przeciwnie, nastawiliby drugi policzek i do tego, co zdarto by im z ciała, dorzuciliby jeszcze płaszcz, pobłogosławiliby swych wrogów i modliliby się za chcących ich zabić. Chwalą się tym, Ŝe zastąpili miecze pługami, a lance — innym sprzętem do uprawy ziemi. Przyrzekają, Ŝe juŜ nie będą się zbroić, walczyć, bronić się, bo są dziećmi pokoju, bo Jezus odebrał broń wszystkim uczniom, gdy rozbrajał Piotra. Krótko mówiąc, nie akceptują nie tylko słuŜby wojskowej i obrony koniecznej, ale i Ŝadnego zabijania ludzi, bez względu na motywy i prawo, by tak postępować.

Ale Ŝe kler wciąŜ oszukuje, Ŝe nawet patron kaznodziejów święty Jan Chryzostom afirmuje potrzebę
kłamstwa dla zbawienia duszy, powołując się na przykłady ze Starego i Nowego Testamentu (!), to i dziś
katolicy z lekkim sercem kłamią, jakoby Kościół „zawsze i wszędzie” głosił doktrynę wojny sprawiedliwej
(Ermecke), jakoby „zawsze odrzucał bezwzględny pacyfizm i prócz osobistej obrony koniecznej oraz
państwowej obrony koniecznej — kary śmierci — uznawał teŜ ponadpaństwową, tj. wojnę
sprawiedliwą” (Fleischmann). Przedkonstantyński pacyfizm chrześcijaństwa był jednak tak absolutny, Ŝe
jeszcze na początku IV wieku synod w Elwirze pozbawił doŜywotnio (nie wyłączając chwili śmierci) komunii
kaŜdego wiernego, który by tylko przez donos przyczynił się do egzekucji albo banicji innego człowieka.

(Ten hiszpański synod nie rozróŜnia zresztą denuncjacji zgodnej z prawdą i oszczerczej. Chrześcijanin, który — słusznie czy niesłusznie — powoduje śmierć człowieka, zostaje wykluczony ze wspólnoty).
Zgodnie z tym, Ojciec Kościoła Laktancjusz nie dopuszcza teŜ do ujawnienia cudzej zbrodni, za którą
grozi kara śmierci. Bo „skoro Bóg nie kaŜe zabijać, to zakazane jest nie tylko zbójeckie mordowanie innych
ludzi; tego ostatniego zabrania juŜ prawo państwowe; zabronione jest takŜe wszelkie inne zabójstwo, nawet
takie, które byłoby dozwolone według prawa świeckiego”.

Owa zasada wyklucza oczywiście wszelką wojnę, nawet tę „sprawiedliwą”. Konsekwentnie zwalcza
Laktancjusz coś, co zawsze prowadziło i prowadzi do rzezi, a co Kościół od tamtych czasów zawsze popierał
— patriotyzm i nacjonalizm. Bo „cóŜ innego oznaczają korzyści ojczyzny, jeśli nie szkodę innego państwa
czy narodu? — czyŜ nie poszerza się własnego terytorium, przemocą zabierając tę ziemię innym, czyŜ nie
zwiększa się własnego dostatku, swoich dochodów, kosztem innych? Nie są to bynajmniej cnoty, lecz

unicestwienie cnót. Ustaje bowiem więź społeczna, zanika uczciwość, szacunek dla cudzego majątku,
wreszcie sama sprawiedliwość […]. JakŜe miałby być sprawiedliwy ktoś, kto szkodzi, nienawidzi, grabi,
zabija? A to właśnie czynią ci, którzy chcą przysporzyć korzyści swojej ojczyźnie”.
Wyczytujemy to z jego głównego dzieła Divnae Institutiones, powstałego tuŜ przed rokiem 313. Ale, o
dziwo, skrócone wznowienie tego traktatu, wydane nieco później, nie zawiera juŜ fragmentów
antymilitarystycznych i gloryfikuje śmierć za ojczyznę! W roku 313 chrześcijanie zostali bowiem uznani
przez Konstan-tyna i natychmiast się odmienili. Laktancjusz, wychowawca cesarskiego syna, a być moŜe i
samego cesarza, błyskawicznie wyparł się nie tylko własnych przekonań, ale ponadto całej trzechsetlet-niej
tradycji. Ze wszystkimi biskupami i świętymi przeszedł najkrótszą drogę do obozu oprawców ludzkości. Bo
teraz poczuli oni sprzyjającą atmosferę, dostrzegli szansę na zdobycie władzy, i dlatego zaczęli krakać jak wszystkie wrony.

I tak jak przedtem po anielsku sławili tolerancję i miłość, niestosowanie przemocy, pokój,
tak teraz nagle poczęli głosić i jedno, i drugie: pokój oraz przemoc, miłość wroga oraz nienawiść do wroga,
dobrą nowinę i tę najgorszą: o wojnie, o wojnie! Pierwszym hasłem fascynowali ogłupionych ludzi, drugim
zalecali się do rządzących, po czym i to pierwsze, i to drugie sprawiły razem, Ŝe oni sami stali się tymi
najpotęŜniejszymi, tymi, co przetrwali wszystko, katami niejednej generacji.
Ludzie znajdują chyba szczególną przyjemność w tym, Ŝe pozwalają się wciąŜ ogłupiać, sprzedawać,
unicestwiać: za ojczyznę, przestrzeń Ŝyciową, wolność, za Wschód i Zachód, za tego czy innego pana, ale
najczęściej za tych, którzy ciągle i z taką pewnością siebie mylą Boga z własną korzyścią, a własną korzyść z
Bogiem, którzy z taką świadomością celu słuŜą danej chwili, choć nigdy nie tracą z oczu wieczności, którzy
w czasie pokoju propagują pokój, a w czasie wojny — wojnę, w obu wypadkach z równym przekonaniem i
równą perfekcją: tu Dzieciątko Jezus, tam armaty; tu Biblia, tam proch; tu „Kochajcie się”, tam

„Zabijajcie ich, tego chce Bóg”. „Oni przysięgli, oni muszą być posłuszni!” Muszą ginąć marnie, skoro tylko rozkaŜe to jakiś arcyzbrodniarz obdarzony władzą, muszą ginąć tysiące, setki tysięcy, miliony. Tak, to chyba szczególna przyjemność przez tyle stuleci nurzać się w ludzkiej krwi i wołać „Alleluja”! To chyba szczególna przyjemność od bez mała dwóch tysiącleci kłamać, fałszować, oszukiwać. To chyba szczególna przyjemność,
gdy przeŜywając czasem upadki, ale i wodząc za nos i rujnując narody, czyni się z hipokryzji sztukę nad
sztuki i sankcjonuje się ją wciąŜ na nowo — by wiodło się nam dobrze i byśmy długo Ŝyli na tej ziemi.
Czy znajdziemy gdzie indziej takie zdumiewające przemieszanie wilczego wycia i pokojowej nuty,
nowiny o narodzinach boŜych i stosu, legend o świętych i historii katów?! Gdzie znajdziemy tyle frazesów o
wszechogarniającej miłości i taką, pochłaniającą właściwie wszystko, nienawiść? Gdzie znajdziemy religię,
która z miłości zabija, torturuje, kradnie, szantaŜuje, pozbawia czci, oczernia, wyklina? Tak wspaniale
uszczęśliwiało chrześcijaństwo świat, taka była jego praktyka — zaraza, która szalała przez dwa tysiąclecia.

Ujmijmy to krótko: chrześcijaństwo stało się antychrystem. Ono samo stało się owym ukazywanym przez
siebie diabłem! Ono samo było tym złem, które rzekomo zwalczało! Tym piekłem, którym straszyło, było
właśnie ono! Wśród wszystkich złych rzeczy stało się ono tą najgorszą: nie dlatego, Ŝe inne były lepsze, ale dlatego, Ŝe wszystkie inne nie potrafiły być złe tak długo i tak intensywnie, dlatego, Ŝe nic innego nie zdobyło
takiej władzy nad ludźmi podatnymi na oszałamiającą ułudę, na którą składały się łacina, kłamstwa,
duszpasterski patos, świątobliwe gesty, opowieści o koszmarach i urokach zaświatów; podatnymi na
podjudzanie do zbrodni, byleby dochodziło do nich w imieniu Boga (i kapłanów), które to imię pozwalało na
wszystko, wszystko czyniło moŜliwym i wszystko ułatwiało, a tymczasem sami kapłani umywali ręce, dbali o
własną skórę, napełniali kiesy i pouczali: „Nie zbierajcie skarbów na tej ziemi”, „Nie sądźcie innych”, „Kochajcie
się nawzajem”, „Czyńcie dobro tym, którzy was nienawidzą”. Oni czynili zło tym, którzy kochali
Jezusa, którzy chcieli przestrzegać jego przykazań, takim ludziom wyrywali języki, wykrawali oczy,
miaŜdŜyli kończyny, takich ludzi grzebali Ŝywcem, rozpinali na krzyŜach, palili, zamurowywali na resztę
Ŝycia, nie oszczędzali im niczego, Ŝadnej hańby, Ŝadnego bólu, mścili się na ich dzieciach i wnukach, czując
się dobrymi i uprawnionymi do owych czynów — i nadal tak się czują. A przecieŜ ukrzyŜowali ludzkość!
Wszyscy za jednego? Wszyscy za nich! Od czasów Konstantyna cechami, po których rozpoznaje się ten
Kościół, są obłuda i przemoc; codzienną praktyką tej religii stała się masowa zagłada. Surowo zakazywano
zabijania pojedynczych osób, ale uśmiercanie tysięcy ludzi było dziełem miłym Bogu. To nie obłęd, to jest
chrześcijaństwo.

Pytanie o to, czy chrześcijanin moŜe być Ŝołnierzem, pojawiło się dopiero pod koniec II wieku, a w IV
wieku juŜ o to nie pytano.

Jeśli w III wieku słuŜba wojskowa chrześcijanina była czymś wyjątkowym, to w następnym stuleciu
stanowiła regułę. Jeśli przed rokiem 313 biskupi wykluczali z Kościoła tych, którzy nie dezer-terowali, to po
roku 313 ekskomunika dotykała właśnie dezerterów. Pospiesznie teŜ usunięto z kalendarzy imiona tych,
którzy stali się wcześniej męczennikami, bo nie chcieli słuŜyć w wojsku. Minął czas Ŝołnierzy-męczenników,
zaczął się czas biskupów polowych. Towarzyszyli oni juŜ chętnie Konstantynowi, oczywiście nie po to, Ŝeby
walczyć, lecz by czerpać korzyści; iniqały Chrystusa (co za przewrotność!) widniały na sztandarach wojsk
tego pierwszego władcy chrześcijańskiego, który — co z entuzjazmem podkreślał historyk Kościoła biskup
Euzebiusz — toczył wojny z większą liczbą narodów i więcej ich ujarzmił niŜ wszyscy cesarze pogańscy.

Niektórzy dobrzy chrześcijanie wysuwali jeszcze co prawda zastrzeŜenia. W drugiej połowie IV wieku
Ojciec Kościoła Bazyli nakazuje, by nie dopuszczano do komunii ludzi świeckich wyruszających przeciw
zbójcom i by w wypadku naruszenia zakazu pozbawiano księŜy ich godności duchownej. A samym
wojownikom jeszcze przykazuje Bazyli, Ŝeby „przynajmniej przez trzy lata nie przystępowali do komunii, bo
mają nieczyste ręce”. Ale wkrótce wzajemne ataki z hostią w brzuchu weszły w zwyczaj, poboŜny
chrześcijański Ŝołnierz nie mógł się wręcz obejść bez komunii przed walką, najpierw się modlił, a potem
mordował, najpierw wznosił serce ku Bogu, a później rozłupywał czaszki istot stworzonych na podobieństwo
Boga. JuŜ szesnaście i pół wieku zabijania z Chrystusem stanowi conditio sine qua non zbawienia duszy
walczącego chrześcijanina.

JuŜ szesnaście i pół wieku ogromnie korzysta na tym kler — i zamierza dalej
korzystać, jest zdecydowany dalej dostarczać owieczki rzeźnikom — obojętnie, czy czarnym, czy brunatnym,
czy czerwonym albo jeszcze innym, obojętnie, czy uśmiercają tradycyjnie, czy z uŜyciem atomu. Bo gdyby
nie dostarczał ich dłuŜej, sam straciłby wpływy; bo przecieŜ tylko owo posyłanie bydła na rzeź, czemu
towarzyszy błogosławieństwo, oraz uciszanie ludzi wyzyskiwanych w czasie pokoju czynią z kleru
poŜądanego sojusznika państwa, kaŜdego państwa, nawet antykle-rykalnego.

Właśnie: pasterze, arcypasterze. „Wypasaj moje owieczki!” Piękne słowa. Ale „zadajcie sobie pytanie
— pisze rozstrzelany przez hitlerowców przy własnym biurku Theodor Lessing — po co i z jakich pobudek
dobry pasterz myśli za swoje stado. Po pierwsze dlatego, Ŝe chce te owieczki wystrzyc. Po drugie dlatego, Ŝe
je chce poŜreć”.
Synody odbywane w pierwszych stuleciach nie wyznaczyły Ŝadnej pokuty za mord, bo sądzono, Ŝe u
chrześcijan nic takiego się nie zdarza. I w tym czasie, gdy Ojciec Bazyli, który juŜ sam miał dobre kontakty z
najwyŜszymi dowódcami wojsk, nakazywał przynajmniej kilkuletnie niedopuszczanie Ŝołnierzy do komunii,
inny ksiąŜę Kościoła, który miał liczniejszych zwolenników, pochwalał juŜ zabijanie na wojnie.
Atanazy, słynny „ojciec prawowierności”, tyleŜ doświadczony w walkach ulicznych, ile wprawiony w
intrygach, pasterz wybrany na biskupa głosami tylko siedmiu krzywoprzysięzców i grona pięćdziesięciu
czterech purpuratów, który podszywał się pod cesarza Konstantyna i jego syna Konstancjusza II i ogłaszał
ohydne fałszywe paszkwile przeciwko arianom, opowiadające się za natychmiastową likwidacją (bez apelacji
i bez ułaskawień!) kaŜdego, kto miałby u siebie bodaj jedno z pism Ariusza; który zresztą jest podejrzewany o przyczynienie się do śmierci tego ostatniego — otóŜ ten osobliwy święty oświadczał teraz, Ŝe co prawda mordowanie jest zabronione, ale na wojnie „jest to i zgodne z prawem, i chwalebne, jeśli się zabija nieprzyjaciół”.

To upowszechniło się jako doktryna Kościoła.
Ale Ŝe całe to wojownicze pokrzykiwanie katolickich zbawców zbyt jaskrawo kłóciło się z ewangelią i
wczesnochrześcijańską tradycją, inny krzewiciel dobrej nowiny, tego samego pokroju, wykreował
rozróŜnienie wojny „sprawiedliwej” i „niesprawiedliwej”.
Augustyn, który usprawiedliwił nawet najgorsze sprzeczności społeczne, którego najistotniejsza rada
dla biednych wyraŜała się w słowach zalecenia, by wytrwali „w zawsze takiej samej i niezmiennie cięŜkiej
kondyq’i stanu niŜszego” (w czym jest zgodny i z Pawłem, i z Tomaszem z Akwinu); Augustyn, który stał się
ponadto pierwowzorem średniowiecznego łowcy kacerzy, bo nawracał przemocą innowierców, Ŝądał dla nich
kar pienięŜnych, konfiskaty ich kościołów, banicji, a posługiwał się przy tym swoim przekonującym cogite
intrare i takimi oto pięknymi sentencjami godnymi duszpasterza:

„Rany przyjaciela są lepsze niŜ pocałunki
wroga”, „Lepiej odebrać głodnemu chleb, jeśli ma on w pogardzie sprawiedliwość”, „Kto surowiej karze, ten
okazuje większą miłość” i innymi podobnymi skarbami myśli katolickiej; który dopuszczał juŜ teŜ tortury,
określał je jako „lekkie” w porównaniu z piekłem, jako „kurację” (emendatió) dla człowieka, a prócz tego
przynajmniej akceptował milcząco karę śmierci, tak jak bronił wojny, uznając ją z charakterystycznym
cynizmem za drogę do pokoju i twierdząc, Ŝe sukces w niej usprawiedliwia pewne straty — ach, ci pasterze,
arcypasterze, „Wypasaj moje owieczki!”, ten osobliwy święty bronił teraz jako „wojen sprawiedliwych”
wszystkich tych, które „mszczą niesprawiedliwość” — czego Jezus przecieŜ zabraniał!

Początkowo za sprawiedliwe uchodziło oczywiście masakrowanie pogan przez chrześcijan. A poza
tym owe rzezie, w czasie których okazywano niewiernym miłość wroga za pomocą miecza, w czasie których
dobra nowina wyraŜała się słowami „Chrystus albo śmierć”, o ile nie nakazano z góry misji aŜ do
wyplenienia, zawsze najskuteczniejszego sposobu nawracania, otóŜ owe rzezie bywały często nie tylko
„sprawiedliwymi”, ale i „świętymi” wojnami, podczas których kaŜdy, nawet’największy rębajło, miał —
gdyby poległ — kościelną gwarancję zbawienia!

Zdarzało się jednak coraz częściej, niebawem stało się regułą, atakowanie jednych chrześcijan przez
innych — do czego po obu stronach przygotowywały posty, msze polowe, kazania polowe (w których to
„wojenne armaty” stawały się „wyrazicielkami łaski apelującej”, jak określił je podczas pierwszej wojny
światowej arcypasterz Michael Faulhaber) oraz oczywiście umacniająca komunia święta. Bywało i tak, Ŝe kler
walczył z klerem, jeden klasztor z innym, biskup z biskupem, papieŜ z papieŜem (i to przez sto siedemdziesiąt
jeden lat), przy czym nie zapomniano doprawdy o Ŝadnych środkach prowadzących do celu.
W raŜącej sprzeczności z nauką Jezusa i z wszystkimi teologami przedkonstantyńskimi Kościół

katolicki zezwala juŜ na „wojnę sprawiedliwą”, ale na przekór własnej (późniejszej) doktrynie pozwala
praktycznie obu stronom zabijać, chociaŜ tylko jedna moŜe walczyć w poczuciu sprawiedliwości, o ile w
ogóle moŜe. Ale Ŝe Kościołowi — co potwierdzają właśnie dzieje wojen — nie chodzi wcale o
sprawiedliwość czy niesprawiedliwość, lecz o to, by krakać jak wszystkie wrony i by razem z nimi ocaleć,
dlatego teŜ zmusza wiernych — powtarzam: po obu stronach — poprzez przysięgę do wzajemnego
masakrowania się na wojnie, a tymczasem w toku frenetycznie popieranego przez papieŜy powszechnego
wymordowywania się, ci ostatni urządzają urbi et orbi budujące widowisko, podczas którego rozbrzmiewają
wzruszające apele o pokój — jest to najbardziej mordercza hipokryzja w dziejach świata!
Jak wyjaśniają to pasterze? Jak wymykają się spod stryczka, który wciąŜ zarzucają swoim owieczkom
— bo czyŜ tych ostatnich nie wypasa się po to, by je wystrzyc, zarŜnąć i poŜreć?

Arcybiskup Fryburga Conrad Gróber, członek sympatyk SS i jeden z najgorliwszych adherentów
nazizmu wśród kleru, pokazał to w roku 1935 w ksiąŜce Kirche, Yaterland und Yaterlandsliebe (Kościół,
ojczyzna i patriotyzm), wychwalającej wobec brunatnych potworów właściwą katolicyzmowi moc utrwalania
państwowości: „Katoliccy teologowie zawsze odróŜniali wojnę sprawiedliwą od niesprawiedliwej i nigdy nie
pozostawiali pojedynczemu człowiekowi, z jego krótkowzrocznością i zmiennymi nastrojami, swobody osądu
dopuszczalności bądź niedopuszczalności ewentualnej wojny, natomiast prawo do ostatecznego
rozstrzygnięcia przyznawali legalnym władzom”.

„To oznacza — komentuje katolik Johannes Fleischer (i nie sądzę, by ktoś sformułował lepszą glosę)
— Ŝe teologowie katoliccy zabijają nudę okresów dzielących jedną zorganizowaną przez państwo rzeź od
drugiej rozwaŜaniem ciekawej kwestii: kiedy wojna jest «sprawiedliwa», a kiedy «niesprawiedliwa»?
Zapełniają tymi rozwaŜaniami grube tomiska, bo przecieŜ rozstrzygnięcie owej kwestii jest «nadzwyczaj
trudne pod względem moralnym, politycznym i technicznym» (to słowa jezuity Hirschmanna), ale
zapobiegliwie, mniej lub bardziej wyraźnie, daje do zrozumienia: dzieci, jakieŜ wy jesteście grupie, skoro tak
powaŜnie traktujecie naszą zabawę w teologię moralną! Bo w wypadku wybuchu wojny, kiedy to nasze
«rozstrzygnięcia» powinny właściwie znaleźć zastosowanie praktyczne, w milczeniu, potajemnie,
abdykujemy i pozostawiamy kaŜdemu zbrodniarzowi z osobna swobodę osądu, co jest sprawiedliwe, a co nie
jest, o ile został on — a tak dzieje się przecieŜ zawsze — zarekomendowany przez nas jako «legalna władza,
słuŜąca Bogu dla twego dobra» (tak Hirschmann komentuje List do Rzymian 13, 4). My, wy, papieŜ i biskupi,
wszyscy jesteśmy przecieŜ tymi «pojedynczymi ludźmi», którzy osądzają krótkowzrocznie i ulegając
zmiennym nastrojom. W wypadku wybuchu wojny jesteśmy więc — od papieŜa po ostatniego wśród katolików
świeckich — tak naprawdę owymi «ludźmi reagującymi bardzo emocjonalnie» (Hirschmann)”.
Wszystkie owe teologiczne czytadła, pełne zawiłych roztrzą-sań tego, co „sprawiedliwe” i
„niesprawiedliwe”, in casu belli znikają natychmiast z oczu i podczas gdy kilka milionów owieczek Ŝegna się
z tym światem — „CóŜ komu szkodzi wojna?”, jak nie mógł się nadziwić Augustyn — duchowni dostarczają
broni, co prawda tylko broni słownej, „broni oświecenia”: zbiór kazań wojennych Michaela Faulhabera
stanowi „duchowy chleb komi-śny”, jak informuje, powtarzając swoje określenie kazań frontowych,
wydawnictwo Herdera. I widzimy, Ŝe dopiero teraz są oni w swoim Ŝywiole. Dopiero teraz stają się
prawdziwymi robotnikami w Winnicy Pańskiej. Bo chociaŜ rozstrzygnięcie, czy chodzi o wojnę
„sprawiedliwą”, czy nie, jest — powtórzmy za jezuitą Hirschmannem — „nadzwyczaj trudne”, to w chwili
wybuchu wojny staje się dla teologów bardzo łatwe.
Teraz bowiem, bardziej niŜ w czasie pokoju, obowiązuje „wytyczna” zawarta w liście pasterskim
biskupów niemieckich napisanym podczas pierwszej wojny światowej: „Oddajcie cesarzowi, co cesarskie…”,
teraz obowiązuje zwłaszcza wskazówka z Listu do Rzymian, 13: „KaŜdy niech będzie poddany władzom,
sprawującym rządy nad innymi.

Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga”; przy czym
wystarczy pomyśleć o Hitlerze, by uzyskać właściwe wyobraŜenie o Bogu — albo o Pawle, którego
zwierzchność kazała nie tylko mocno wychłostać, ale i skrócić o głowę, straconą zresztą w sposób bezkrwawy
juŜ w Liście do Rzymian, 13, jeśli nie wcześniej, w pobliŜu Damaszku… Podobnie Jezus stał się ofiarą
zwierzchności pochodzącej od Boga (od niego samego!), ale on wiedział, Ŝe ci, co panują nad ludźmi,
ujarzmiają ich, a wielcy tego świata stosują wobec nich przemoc (jako Ŝe ewangelie, co ujawnia „duchowy
chleb komiśny” Herdera, odznaczają się „niezrównaną zdolnością adaptacji i wieloma zastosowaniami”, to
jest w nich „pokarm duchowy i komentarze na wszelkie [!] okoliczności i sytuacje”). O tym jednak, czy
zwierzchność reprezentuje „ład boŜy”, jak utrzymuje Paweł, czy stosuje przemoc wobec narodów, jak mówi
Jezus, kler, doświadczony w rozstrzyganiu dylematów, jak nikt prócz niego, myśli w czasie wojny mniej niŜ
kiedykolwiek indziej. W ogóle nie myśli. Modli się. Wygłasza kazania. Co w nich wysławia? Oczywiście
„sprawiedliwą” wojnę. I tu, i tam!

Straszliwymi dowodami na to są dwie, jak dotąd, rzezie narodów. Po strome francuskiej pierwsza
wojna światowa, na którą spędzono w ciągu czterech lat ponad sześćdziesiąt milionów ludzi, stała się dla
katolików, od kardynała po wikariusza, czynnikiem wzmacniającym Francję, oczyszczającym i jednoczącym,
„boŜym posłańcem, którego zadaniem jest wywołanie odrodzenia religijnego, moralnego i społecznego”;
okop stał się „grotą w Getsemane”, pole bitwy — „Golgotą”, moment rzezi — „boską chwilą”, krótko

mówiąc, cały kler francuski, między innymi rektor uniwersytetu katolickiego i późniejszy arcybiskup ParyŜa
Baudril-lart, był „bardzo szczęśliwy z powodu tych wydarzeń” — i to mimo Ŝe wydana w 1915 roku przez
jedenastu francuskich kardynałów i biskupów broszura La guerre allemande et le catholicisme (Wojna z
Niemcami a katolicyzm) oskarŜała Niemcy o prowadzenie „wyniszczającej walki” z katolicyzmem i
chrześcijaństwem.
I bardzo szczęśliwy był teŜ, po przeciwnej stronie, niemiecki kler katolicki — z powodu rzezi, w
której dziennie ginęło do siedmiu tysięcy ludzi („Co komu szkodzi wojna?”), w sumie dwanaście milionów,
do czego trzeba dodać dwadzieścia milionów rannych i kalekich oraz siedem milionów zmarłych z głodu podczas
tej wojny, którą pasterze i arcypasterze sławili potem jako „wiosnę ludów”, „święty czas”, „czas łaski”,
„największą epokę w dziejach Niemiec”, jako „dzień uczyniony przez Pana”, „wojnę miłą naszemu Panu”,
„dzieło Ducha Świętego”, „przywrócenie Królestwa BoŜego”, „zaślubiny zwycięskiego narodu z Bogiem”;
moglibyśmy przytoczyć więcej podobnych bezwstydnych popisów eloąuentiae sacrae, z których
rozpowszechnienia w milionach egzemplarzy trzeba sobie zdawać sprawę tak samo, jak z tego, co wyznaje
katolicki teolog Heinrich Misalla: iŜ badając niemieckie kazania duchownych katolickich z lat wojny 1914-
1918 nie natrafił „w Ŝadnym ze zbiorów kazań, jakie są dostępne” na wypowiedzi o innej wymowie. To samo
oczywiście po stronie protestanckiej.

A w czasie drugiej wojny światowej? Jak wtedy wypasali pasterze swoje stada? OtóŜ zgodnie ze
starym obyczajem pasterzy; tym razem zresztą dla największego zbrodniarza w dziejach świata, któremu juŜ
w 1933 roku przypisali gremialnie „padający nań blask panowania Boga i udział w Jego wiecznej władzy”,
któremu wspólnie obiecali w 1936 roku poparcie „na wszelkie sposoby” i „wierność aŜ do śmierci”. A gdy
biskup hrabia von Galen, znany „bojownik ruchu oporu”, w roku 1938, akurat w okresie wielkiego pogromu
śydów, „nocy kryształowej”, autoryzował rotę przysięgi na wierność Hitlerowi, kończącej się słowami:
Co tam ból i zima zła!

Mnie przysięga gna.
Ona jak poŜar wybucha,
Ogarnia miecz, serce, rąk moich ruchy.
Cokolwiek czeka mnie potem —
Rzeszo, ja jestem gotów!
biskupi przykazali katolickim Ŝołnierzom uczestniczącym w wojnie, która po stronie niemieckiej była
najzupełniej niesprawiedliwa, by „przez posłuszeństwo wobec Fiihrera wykonywali swoje obowiązki i byli
gotowi poświęcić się całkowicie”. Jego atak na Rosję odnotowali, znowu in corpore, „z satysfakcją”,
utoŜsamili go ze „świętą wolą Boga” i „triumfem nauk Jezusa nad naukami niewiernych”, a takŜe nie
omieszkali wspólnie zaświadczyć dla potomności, Ŝe „zawsze i usilnie wzywali” do popierania tej rzezi. I
podczas gdy niestrudzenie zachęcali do modlitw za owego super-gangstera i kazali bić w dzwony po jego
zwycięstwach, nawet przez siedem dni z rzędu, podczas gdy odprawiali naboŜeństwa dziękczynne, intonowali
Te Deum, gratulowali, fundowali nowe dzwony do kościołów, Ŝądali równocześnie — zauwaŜmy: w interesie
bandyty, który zdąŜył tysiące ich własnych duchownych (ale oczywiście nie było wśród nich Ŝadnego
arcypasterza) zamknąć w swoich obozach koncentracyjnych i rozkazał setki ich wymordować! — Ŝądali od
kaŜdego, „by w pełni, chętnie i wiernie wykonywał swój obowiązek”, dołoŜył „wszelkich starań”, poniósł
„wszelką ofiarę”; chwalili Hitlera jako „świetlany wzór”, jego koszmarne państwo jako „zbawcze przedmurze
Europy”, zaatakowanie całego świata jako „wyprawę krzyŜową” i „świętą wojnę” i wyjaśniali swoim
owieczkom — gdy miliony ich zaczęły się wykrwawiać i zamarzać, gdy niemieckie miasta zamieniały się w
zgliszcza — „jakie to niewypowiedzianie wielkie szczęście, Ŝe moŜemy być Niemcami”.
Ach, bieg wydarzeń był znowu bardzo szczęśliwy! Zwłaszcza Ŝe i papieŜ Pacelli, Pius XII, bez
wątpienia najwyŜszy z arcypa-sterzy! — który jeszcze jako kardynał i sekretarz stanu popierał Hitlera w roku
1933, przy okazji zaanektowania Austrii oraz wkroczenia do Czechosłowacji, teraz popierał go tym bardziej,
podobnie jak wszystkich faszystów. Bo chociaŜ, jak sam mówi, bezustannie apelował o pokój, o pokój, to
jednak przestrzegał „miliony katolików” w „niemieckich wojskach”: „Oni przysięgali. Oni muszą być
posłuszni”, a prócz tego, jak znowu sam wyznał, podczas tej największej krwawej łaźni w dziejach świata nie
zabrakło mu „świetlanych momentów”, jego „serce przepełniała nadzieja na coś wielkiego, świętego”, był
pełen „podziwu dla wspaniałych cech Fuhrera” i niczego nie pragnął bardziej niŜ jego zwycięstwa, o czym
poinformował go za pośrednictwem aŜ dwóch nuncjuszów.

Miliony, wiele milionów poległych, rannych, kalekich, zagazowanych, wdów, sierot, bezdomnych,
wygnańców, nieszczęśników wszelkich odmian — „Wypasaj moje owieczki!” CzyŜby pasterze zawiedli?
CzyŜby wzięli w tym udział? Czy unurzali się po szyje we krwi? O nie! PrzecieŜ zawsze walczyli przeciw Hitlerowi.
JuŜ przed 1933 rokiem. A w 1945 roku znowu zaczęli z nim walczyć. A pokonane stada, które
tymczasem posłali za pomocą kazań na jego pola bitewne, ściągali z powrotem do zagrody. Otwierali szeroko
wrota: „Przychodźcie wszystkie do mnie, wy, które się utrudziłyście i jesteście objuczone […]”.
I co czynili później? Po doświadczeniach dwóch wojen światowych? Byli pierwszymi, którzy —

ustami kardynała Fringsa (na zjeździe katolików w roku 1950) — zaŜądali publicznie ponownego uzbrojenia
Niemców i uznali odmowę słuŜenia w wojsku za „niegodny sentymentalizm”. W roku 1956 wikariusz
generalny i pomocniczy biskup polowy armii Hitlera Werthmann, który — przyozdobiony swastyką —
postulował swego czasu, by „rozprawiono się” z katolikami nie chcącymi iść na wojnę, by „skracano ich o
głowę”, został wikariuszem generalnym Bundeswehry. W 1957 roku arcybiskup Jager, który słuŜył juŜ
nazistowskim bandytom jako kapelan dywizji i oczywiście nie w nich, ale w ich rosyjskich przeciwnikach
dopatrywał się „nienawiści do Chrystusa, czyniącej z nich prawie Ŝe zwierzęta”, zaŜądał realizacji „ideałów
krucjat […] w formie odpowiadającej nowym czasom”. W 1958 roku — zapewne gwoli uzmysłowienia owej
formy — Jager i inni czołowi przedstawiciele duchowieństwa propagowali wyposaŜenie Bundeswehry w broń
jądrową. W 1959 roku jezuita Gundlach oznajmił, opierając się na doktrynie najwyŜszego z pasterzy: „Wywołanie wojny jądrowej nie jest całkowicie niemoralne”. A dzisiaj katolickie duszpasterstwo wojskowe
przygotowuje juŜ Ŝołnierzy na to, Ŝe Chrystus [!] wymaga od nas więcej niŜ wymagał Hitler […]”.
CzyŜby jeszcze nie było wiadomo, z kim ma się tutaj do czynienia?
Seksualizm a chrześcijaństwo
Dopóki chrześcijańska moralność nie jest odbierana jako największa zbrodnia wobec Ŝycia, dopóty obrońcy chrześcijaństwa są w korzystnej sytuacji.

NIETZSCHE
Najistotniejszym osiągnięciem chrześcijaństwa była „problematyzacja” seksualizmu […]. Potrzeba nam takiej postawy duchowej,
która widziałaby w seksualiźmie nie „problem”, lecz „przyjemność”. Większości ludzi brak na to pewności siebie — i często takŜe
miłości.

ALEX COMFORT
Fundamentalne znaczenie seksu znajduje wyraz we wierzeniach kaŜdego narodu i pierwotnie był to
zawsze wyraz pozytywny. Vułva i phallus, srom i prącie, są dla tamtych wczesnych ludzi święte jako
nosiciele zdolności do rodzenia i poczynania, akty płciowe zaś często są najwaŜniejsze w dawnej religii.
Hołdowano seksualizmowi poprzez hierogamię, sakralne parzenie dwojga ludzi, największy ze
staroŜytnych kultów religijnych, przy czym — przynajmniej w najwcześniejszym okresie — zgromadzeni
ludzie często łączyli się przypadkowo w wyuzdanych masowych orgiach. Czczono seks przez powszechną
deflorację przedmałŜeńską w świątyni; Ŝadna dziewczyna nie mogła wyjść za mąŜ, póki nie została tam
pozbawiona dziewictwa przez dowolnego męŜczyznę — ten obrzęd był niegdyś równie dobrze znany w Indiach,
jak na Bliskim Wschodzie oraz wśród niektórych plemion afrykańskich. Jako trzecią z głównych form
kopulacji religijnej uprawiano stale, zwłaszcza w miastach semickich i w Azji Mniejszej, spółkowanie w
świątyni, ale hierodule nie były początkowo bynajmniej otoczone pogardą, przeciwnie: często przedkładano
je nad inne kobiety.

Po tysiącletniej gloryfikacji seksualizm miał jednak coraz potęŜniejszych wrogów i z coraz większą
wrogością odnoszono się do kobiety, tak wysoko stawianej w dawnych cywilizacjach matriarchalnych.
Pojawiły się, pod auspiq’ami religii, siły, które zwalczały albo seksualizm, albo kobietę, a czasem i
seksualizm, i kobietę. Rozpoczęła się wojna płci i w ogóle przeciwko płci — dosyć wcześnie w
monoteistycznym judaizmie i w hellenistycznej obrzędowości misteriów, które to kulty miały później
największy wpływ na chrześcijaństwo.

Sam Jezus nie Ŝył bynajmniej jak asceta — nie mieszkał jak Jan Chrzciciel — na pustyni, przeciwnie:
rozstał się z nim, co więcej, przez swych wrogów był lŜony jako „Ŝarłok i pijak”. Ponadto bez skrępowania
obcował z kobietami, nie uwaŜał ich za niŜsze istoty, nie poniŜał ich, stykał się teŜ z grzesznikami, z
prostytutkami i nawet nie potępił cudzołoŜnicy.

Natomiast u Pawła, właściwego twórcy chrześcijaństwa, pobrzmiewa juŜ mocno pochwała
wstrzemięźliwości, poskramiania Ŝądzy, nienawiści do ciała. Ciało jawi się wręcz jako siedlisko grzechu. Nie
ma w nim „niczego dobrego”, to „śmiertelna powłoka”, chrześcijanin musi ciało „tłamsić”, „kiełznać”,
„zabijać” itd. Równocześnie deprecjonuje Paweł kobietę, przedstawia ją jako istotę zaleŜną od męŜczyzny,
całkowicie mu podporządkowaną — wszelkie apologetyczne wybiegi okazują się daremne w obliczu tekstów

Pawła. I wreszcie deprecjonuje ten apostoł takŜe małŜeństwo, pozwala na nie bowiem tylko „gwoli
zapobieŜenia nierządowi” i wyraźnie pochwala stronienie od kobiet.
Najsławniejsi Ojcowie Kościoła zaczynają się prześcigać w propagowaniu ascezy; zachęcają z
kuszącym cmokaniem — zwłaszcza dzieci, i to juŜ pięcio-, czteroletnie, do zachowania dziewictwa.
Wymuszają na nie pojmujących niczego głowach i ciałach doŜywotnie śluby. Ale gdy bardziej świadomi
dorośli protestują, to stają się ofiarami szczucia. „Rodzice się sprzeciwiają, ale chcą, by ich opór został
pokonany” — naucza święty AmbroŜy.

Niejeden zakonnik chcący zachować czystość Ŝyje dziwacznie. Niektórzy, tak jak Makary, tarzają się
nago w mrowiskach albo, tak jak Benedykt, w cierniach, ciągle płaczą, tak jak Sze-nuta, lub są strasznie
brudni, jak Antoni. (Zakon antonitów otrzymuje przywilej hodowania świń i świnię jako atrybut, Antoni zaś
awansuje do roli patrona zwierząt domowych). Przez całe Ŝycie, tak jak Szymon Słupnik, nie patrzą na
rodzoną matkę i rzucają kamieniami w kobiety. WiąŜą dokoła penisów kawałki cięŜkiego Ŝelaza, przez co
upodabniają się do eunuchów. Całe lata spędzają zamurowani, całe dziesięciolecia na słupach, przez całe
Ŝycie jedzą tylko trawę, którą pasą się jak bydło. Udają wciąŜ obłąkanych — i niejeden z nich jest obłąkany.

Ale teologowie jeszcze w XX wieku pochwalają to wszystko jako „heroizm” i „świętość”, „pogłębione formy
świadomości religijnej”, wytwór „wspaniałego wpływu Ducha Świętego” itd.
Wrogość wobec ciała i poŜądania, objawiana przez histerycznych ascetów, pozostaje teŜ najwyŜszym
ideałem przez całe średniowiecze. Wszystko nieomal, co wiąŜe się z seksem, jest nader grzeszne,
patologiczna cnota jest święta, Ŝądza uchodzi za podszept szatana, a wstrzemięźliwość jest wychwalana pod
niebiosa. Teologowie lŜą ciało jako „kopalnię nawozu”, „siedlisko zgnilizny”, jako „pełne brudu i ohydy”.
Nie byle kto, bo Jan z Avila, wyniesiony do godności nauczyciela Kościoła dopiero w 1926 roku, poucza:
„Gardź ciałem, uwaŜaj je za pokryty śniegiem śmietnik, za coś, co budzi w tobie obrzydzenie, ilekroć o tym
pomyślisz”. Nie byle kto, bo święty Franciszek kaŜe ciało „nienawidzić, gdyŜ chce ono Ŝyć w cielesności”;
nakazuje traktować „chuć jako coś niegodnego, poskramiać ją i pogardzać nią”. (Średniowiecznych mnichów
nazywa się czasem „siusiającymi w habity” —pissentunicis).

Gdy mieli polucję albo jej się tylko obawiali, gdy nie bez lu-bieŜności spojrzeli na kobietę, to rzucali
się natychmiast, nawet w środku nocy i zimą, do wody, do najzimniejszych rzek, lodowatych jezior, tam
klękali i śpiewali psalmy. Dla poskromienia swych członków męskich zakładali przez okrągły rok
niewygodną odzieŜ i nawet w niej sypiali, jak przewraŜliwiony Heinrich Seuse, albo często biczowali się do
utraty przytomności, jak załoŜyciel zakonu dominikanów. I jeszcze w XX wieku jezuici karzą siebie
pejczami, stalowymi ostrzami — bo przecieŜ, jak mówi święty Franciszek Salezy, zewnętrzne poskramianie
to owies dla osła, Ŝeby szybciej biegł.

Wysławiany wciąŜ przez Kościół asceta, uznawany za człowieka silnego, pogromcę „zwierzęcia w
nas”, „niskiego popędu”, nie ma bowiem bynajmniej silnej woli, raczej przeciwnie: jest to tylko pokorny,
pełen bigoterii wykonawca rozkazów, który chce być cnotliwy nie z własnego wyboru, ale jedynie dlatego, Ŝe
od najmłodszych lat mu to wmawiano; nie jest niezłomny w swym wnętrzu, nie odznacza się duchową
autarkią, lecz jest wielce niesamodzielny, słaby, tak słaby, Ŝe musi się doprowadzić do szaleństwa, by jakoś
wytrwać. Słusznie nazywa Nietzsche fanatyzm jedyną odmianą silnej woli, którą moŜna zaszczepić takŜe
człowiekowi słabemu.

Jako Ŝe jest tu tłumione całe Ŝycie seksualne, przeto dochodzi do tego, iŜ zakonnicy miewają
rozpustne wizje kobiet w najróŜniejszych pozach, a siostry zakonne widują bardzo lubieŜne diabły, dochodzi
do nader wyuzdanego obcowania ze słuŜebnicą Pańską, czasem z samym Panem, do psychicznych tańców
świętego Wita i groteskowych ekscesów duchowych tych chrześcijan, którzy — co ich wystarczająco
demaskuje — potrafią wyobrazić sobie swoje kontakty metafizyczne jedynie pod symbolicznymi postaciami
miłości i małŜeństwa. „Adi, Afrodyta wyciska swoje piętno na miłości do Boga aŜ nazbyt często” (Schiller).
Duchowni chętnie hołdują nienaturalnej miłości do Madonny, bywają zaręczeni z Maryją, związani z
nią ślubem, uwikłani w tajemne stosunki z nią, wysysają jej mleko, zagłębiają się — w duchu — w jej
macicę; dlatego właśnie nowoczesna teologia moralna rozwaŜa kwestię onanizmu przed figurą Świętej
Dziewicy.

Mistycznym substytutem płciowym dla zakonnic jest Jezus. Kościół czyni je „oblubienicami”,
„świątyniami Pana”, nazywa je tabemacula Christi, obdarza welonem, wiankiem, pierścionkiem, a
benedyktynki otrzymują nawet ukwiecone łoŜe małŜeńskie z UkrzyŜowanym jako panem młodym na
poduszce. Te zakonnice przyciskają namiętnie figurę Jezusa do swych nagich piersi, czują się brzemienne.
Odbywa się całowanie, tulenie, odbywają się medytaqe o świętym obrzezaniu Jezusa, o cieple w łonie Maryi
w chwili zapłodnienia, i przy tym roznieca się taki cudowny, oszałamiający Ŝar w sobie samej.
Wiele kobiet doświadcza słynnej głębokiej rany, która wywołuje w nich niesamowitą Ŝądzę. Niejedna,
na przykład święta Katarzyna z Genui czy Madame Guyon, doświadczyła tego podczas spotkania sam na sam
ze spowiednikiem, w sposób magiczny przyciągającym ją ku sobie. Inne, przykładowo święta Katarzyna ze
Sieny, całymi godzinami, dniami, trwają przez swą chuć w stanie pozornej śmierci. Jeszcze inne stają się tym
Ŝywsze. Święta Magdalena dei Pazzi biega w szale — sama lub z innymi siostrami — po klasztorze, woła:

„Miłości, miłości, miłości… tego juŜ za wiele”, zrywa z siebie odzienie i, według opowieści jej spowiednika,
ojca Cepariego, skacze 3 maja 1592 roku na wysokość dziewięciu metrów w jednej z kaplic, Ŝeby uchwycić
krucyfiks i umieścić go między swoimi piersiami.

Święta Teresa z Avila, największa mistyczka katolicka, osoba czczona ponad wszelką miarę
(nawiasem mówiąc, przesadnie pazerna), wciąŜ widzi w snach oszczepy, szable, długie ostre przedmioty, nie
moŜe się powstrzymać i pokazuje Panu „figę”, a tak często przeszywa ją, dźga, unosi w powietrze boska
miłość, Ŝe utrzymuje uporczywie, iŜ nieraz przez pół godziny poruszała się w przestrzeni.
Mniej wybitne chrześcijanki noszą przynajmniej jako pierścionek zaręczynowy boski napletek,
przechowywany i czczony w wielu miejscach, ma się rozumieć, w oryginale, między innymi przez „bractwo
świętego napletka”, specjalnych księŜy i rzesze pielgrzymów. Co więcej, wiedeńska zakonnica Agnes
Blannbekin delektuje się w XVIII wieku całym posiłkiem z napletków. Prawie Ŝe od dziecka zafascynowana
niepewnym losem najświętszego napletka — podobnie jak wielu powaŜnych Ojców Kościoła — czuje,
właśnie w święto obrzezania, tuŜ po komunii, ten cudowny napletek na języku, okazuje się on bardzo słodki,
zakonnica rozkoszuje się nim, połyka, czuje nowy napletek, znowu połyka. „I tak zrobiła — co dokumentuje
uczony benedyktyn austriacki Pez — chyba sto razy”.

CzyŜ potrzeba dalszych dowodów na to, Ŝe podstawą tego kultu miłosnego jest libido? Pomijając
aspekt czysto literacki, nie ma teŜ znaczącej róŜnicy między mistyką „autentyczną” a „nieautentyczną”,
„wyŜszą” i „niŜszą”, między mistyką a mistycyzmem. Wszędzie w tym, co „ponad naturą”, kryje się natura, w
spirytu-alizmie — seksualizm, w agape — erotyzm; wprawdzie róŜnią się one pod względem ekspresji, ale
nie tym, co istotne. Jeśli jest tak, Ŝe ktoś tarza się po podłodze, wzywając Jezusa albo masturbu-jąc się
krucyfisem, to zawsze chodzi tylko o surogaty tłumionego popędu cielesnego.
Ani łono Maryi, ani kult najświętszego napletka nie zadowalają jednak większości poboŜnych
chrześcijan. I dlatego sam Kościół narzeka coraz bardziej — od staroŜytności i mimo wszystkich
średniowiecznych reform — Ŝe zakonnicy „dają ludziom najgorszy przykład”, Ŝe „w całej prawie Europie nie
pozostało z mnicha nic prócz tonsury i habitu”, Ŝe wielu tylko po to poszło do klasztoru, Ŝeby moŜliwie
swobodnie uprawiać rozpustę. Libertynizm duchownych stał się faktycznie przysłowiowy. Jeszcze pod koniec
XVI wieku roi się w klasztorach męskich od kobiet i dzieci.

Jezuici, według statutu zobowiązani do „anielskiej czystości”, ćwiczyli (przy tak zwanej dyscyplinie
secundum sub) najchętniej nagie pośladki dam, nawet tych najlepiej urodzonych — od Niderlandów po
Hiszpanię. A na Wschodzie, wymordowujący wszystkich, rycerze zakonu niemieckiego nie przejmowali się
ślubami czystości i „słuŜbą niebiańskiej Pani, Maryi”, nie omijając Ŝadnej pochwy; zadawali się z kobietami
zamęŜnymi, dziewicami, małymi dziewczynkami, a ponadto, jak mamy podstawy przypuszczać, interesowały
ich samice zwierząt. Homoseksualizm kwitł w klasztorach od początków ich istnienia.
Natomiast zakonnice inicjują w świecie zachodnim prostytucję u siebie. Rozprzestrzenianie Królestwa
BoŜego na tej ziemi wiąŜe się coraz częściej z sytuacją, w której siostry zakonne stanowią konkurencję dla
ladacznic. JuŜ w IX wieku pojawia się, powtarzane później, porównanie klasztorów Ŝeńskich z lupana-rami.
Potem wiele klasztorów przemienia się w jawne burdele, tak jest na Pomocy, gdzie święta patronka Szwedów
wyrzeka, iŜ furty klasztorów Ŝeńskich w dzień i w nocy są otwarte dla ludzi świeckich i dla duchownych, tak
jest we Francji i we Włoszech, gdzie teolog Mikołaj z Clemages wyznaje: „ZałoŜenie pannie kornetu oznacza
dziś skazanie jej na prostytuqę”. Owe miejsca medytacji Izy się jako „domy rozpusty” albo „domy otwarte”
dla szlachty. Rada miejska Lozanny zaleca zakonnicom, by nie czyniły zbytecznymi burdeli, rada miejska
Zurychu wydaje w 1493 roku utrzymane w ostrym tonie rozporządzenie skierowane przeciw
„nieobyczajnemu odwiedzaniu klasztorów Ŝeńskich”.

Tam gdzie brakowało męŜczyzn, gdzie zakonnicom nie pozwalano nawet mieć spowiedników,
musiały one często zadowalać się dziećmi, czworonogami albo całkiem bezdusznymi przyrządami do
dawania rozkoszy, prymitywnymi rurkami, ale i sztucznymi fallusami z moszną pełną mleka, które — zimne
lub ciepłe — siostry wtryskiwały sobie w najciekawszym momencie do mniej czy bardziej dziewiczych
pochew, tworząc złudzenie ejaku-lacji; byty to namiastki, które we Francji nie bez kozery nazywano
klejnotami zakonnic, bijoiuc de religieuse. Gdy w 1783 roku zmarła Marguerite Gourdan, najsłynniejsza
bajzelmama w tym stuleciu, znana teŜ z produkowania owych wymyślnych przedmiotów pocieszających,
znaleziono u niej setki zamówień na takie bijowc z francuskich klasztorów.

Kiedy Kościół kładł nacisk na „obyczajność”, wymierzał nieludzkie kary. Osoby, które
sprzeniewierzyły się ślubom zakonnym — nawet te zmuszone do wstąpienia do klasztoru! — wegetowały
latami o chlebie i wodzie, były doŜywotnio więzione, wciąŜ dodatkowo maltretowane, biczowane, przy czym
liczbę uderzeń — jak to gdzieś zapisano — pozostawiano „uznaniu” opata, któremu tylko w wyjątkowych
wypadkach wolno było wysmagać śmiertelnie.

Klerowi świeckiemu narzucono celibat, który jeszcze prymas Republiki Federalnej Niemiec kardynał
Dópfner propagował jako „formę Ŝycia wynikającą z Biblii i zalecaną przez nią”, mimo Ŝe Stary Testament
zaleca nawet arcykapłanowi, by pojął „dziewicę za Ŝonę”, a według Nowego Testamentu nawet biskup musi
być „męŜem niewiasty”. Ponadto apostołowie zabierali swoje Ŝony ze sobą w podróŜe misyjne i w całym

dawnym Kościele księŜa i biskupi byli w większości Ŝonaci.
Kościół katolicki wymusił celibat z trzech powodów. Po pierwsze, rezygnacja ze stosunków
płciowych miała uczynić duchownych bardziej wiarygodnymi i bardziej godnymi szacunku. Po drugie, kler
bezŜenny był dla Kościoła tańszy niŜ obarczony Ŝonami i dziećmi. Po trzecie, potrzebowano zawsze
dyspozycyjnych, bezwolnych narzędzi, nie związanych z rodziną, społeczeństwem, państwem, narzędzi, za
których pośrednictwem chciano panować — i o to tylko chodzi.
Rozpoczęło się ohydne szpiegowanie, z góry ustalone we wszystkich swych szczegółach. śonatych
duchownych usuwano, więziono ich przez pewien czas lub doŜywotnio, torturowano, kaleczono, zabijano —
po tym, jak papieŜe i nauczyciele Kościoła, tacy jak Aleksander II czy Damiani, nakłonili wiernych do prześladowania duchownych „aŜ do rozlewu krwi”, „aŜ do całkowitego unicestwienia”.
A Ŝony księŜy, choć poślubione całkiem legalnie, często nawet z zachowaniem ceremoniału
kościelnego, tracą ze stulecia na stulecie swoją prawowitość, bywają biczowane, sprzedaje się je i przemienia w niewolnice; to samo spotyka dzieci kapłanów.

Tymczasem księŜa zachowujący celibat miewają zamiast zabronionej jednej kobiety niejednokrotnie
mnóstwo kochanek, księŜe małŜeństwo zostaje zastąpione przez swoisty księŜy harem. W VIII wieku święty
Bonifacy wspomina o duchownych, którzy „mają nocą w łoŜu cztery, pięć albo i więcej konkubin”, później
zdarzają się — w Bazylei, w Liege — biskupi będący ojcami dwa-dzieściorga dzieci, w jednym wypadku
liczba dzieci wynosi nawet sześćdziesiąt jeden.

W XIII wieku, gdy chrześcijaństwo przeŜywa czas rozkwitu, papieŜ Innocenty III nazywa kapłanów
„mniej obyczajnymi niŜ ludzie świeccy”, a papieŜ Honoriusz III zapewnia: „[…] oni sieją zgorszenie i
stanowią pułapkę dla ludzi”, papieŜ Aleksander IV stwierdza zaś, „Ŝe lud, zamiast stawać się lepszym, jest
całkiem demoralizowany przez duchownych”. Confessio propria est omnium optima probatio (własne
wyznanie jest najlepszym dowodem). „Oni gniją jak bydło na kupie gnoju” — to jeszcze jedna złota myśl
papieŜa z XIII wieku. A w wieku XIV, kiedy to austriacki au-gustianin Waldhausen grzmi o „stajni Augiasza,
zwącej się Kościołem Chrystusa, lecz będącej tylko burdelem antychrysta”, sprawy przedstawiają się jeszcze
gorzej. W XV wieku zaś, gdy znani teologowie zaświadczają, Ŝe stan duchowny jest „od góry do dołu
zepsuty”, Ŝe „ludzie obyczajni i uczeni nie uzyskują wysokich godności”, Ŝe tylko „cuchnące trupy” ubiegają
się o biskupstwa, w tym wieku XV na soborze w Konstancji, który spalił Husa, było obecnych — jak
opowiada kronikarz miejski Ulrich von Richenthal — oprócz papieŜa, ponad trzystu biskupów i Ducha
Świętego, takŜe siedemset ladacznic, nie licząc tych, które uczestnicy soboru przywieźli ze sobą.
W Watykanie postępowano in puncto puncti tak, jak pięćset lafwcześniej. Przykładowo, papieŜ
Sykstus IV wystawił nie tylko (nazwaną jego imieniem) Kaplicę Sykstyńską, ale i burdel. Sam, będąc jednym
z najlubieŜniejszych ludzi, obcował cieleśnie z rodzoną siostrą i ze swymi dziećmi, nie tylko wprowadził w
roku 1476 święto Niepokalanego Poczęcia, ale równieŜ inkasował od swych ladacznic rocznie dwadzieścia
tysięcy dukatów podatku — a ponadto mianował krwawego zbira Torąuemadę inkwizytorem!

Jego
siostrzeniec kardynał Piętro Riario, obdarzony czterema biskupstwami i patriarchatem, dosłownie
zakopulował się na śmierć i otrzymał za to jeden z najpiękniejszych grobowców na świecie.
W roku 1490 było w Rzymie — według dość wiarygodnej statystyki — niespełna sto tysięcy
mieszkańców i w tej liczbie sześć tysięcy osiemset kobiet lekkich obyczajów; co siódma rzy-mianka była
prostytutką! Ale nie tylko papieŜe budowali czy kupowali domy publiczne; pozwalali sobie na to takŜe
kardynałowie i biskupi, opaci i przeorysze. WciąŜ potwierdzała się słuszność Piusa II, który powołując się na
Augustyna, zapewniał króla Czech, Ŝe Kościół nie moŜe istnieć bez będących pod kontrolą burdeli.
I widocznie takŜe kler nie mógł Ŝyć bez kobiet, czy były to Ŝony, konkubiny, czy kucharki. Mimo
surowego zakazu biskupi zezwalali wielu księŜom na kochanki, byleby płacili „czynsz od prostytucji”, Ŝądany
nawet (w Norwegii oraz Islandii w podwójnej wysokości) od kapłanów bez kobiet.
Duszpasterze kontynuowali Ŝycie seksualne oczywiście takŜe po trydenckich reformach. Jeszcze w
XVII wieku nawet purpu-raci miewali konkubiny i dzieci, na przykład arcybiskup Salzburga von Raitenau (z
piękną Salome Alt) aŜ piętnaścioro. I jeszcze w roku 1970 nie wrogie Kościołowi, lecz katolickie stowarzyszenie
„Aktionskreis Miinchen” wypowiedziało się w memorandum przesłanym do wszystkich
duchownych diecezji monachijskiej o „ukrywanych związkach podobnych do małŜeńskich” i o wymuszonym
„fałszu” księdza katolickiego. Gdy jednak w roku 1973 Hubertus Mynarek, były dziekan wydziału
teologicznego uniwersytetu w Wiedniu, opisał ten fałsz po swoim wystąpieniu z Kościoła, to tuŜ przed
wydaniem jego ksiąŜki Herren und Knechte der Kirche (Panowie i słudzy Kościoła) rozpoczęło się takie
intrygowanie, Ŝe wydawca zerwał umowę i wycofał z handlu juŜ wydrukowany i częściowo sprzedany
nakład.
Obłuda naleŜy po dziś dzień do najohydniejszych, ale i najistotniejszych cech charakterystycznych
chrześcijaństwa. Zgodnie ze starą katolicką dewizą si non caste caute, jeśli nie cnotliwie, to przynajmniej
ostroŜnie, papieŜe Aleksander II, Lucjusz III i wielu innych ściśle rozróŜniali grzech tajny i taki, o którym się
dowiedziano, i w tym drugim wypadku wymierzali karę podwójną albo i potrójną. Nauczyciel Kościoła
kardynał Damiani uznał expressis verbis za znośną ukrytą rozpustę duchownych, ale za nieznośne —

świadczące o ciąŜy brzuchy oraz rozkrzyczane dzieci ich konkubin — sprowokował tym błyskotliwe
szyderstwo Panizzy: „Ten Damiani miał juŜ iście katolicki sposób myślenia: co stało się w ukryciu, to nie
zdarzyło się w ogóle; grzechem jest tylko to, co krzyczy”. A Jean de Gerson, kanclerz Sorbony, doctor
christianis-simus, pouczał kler wprost: „Trzeba jednak dbać o to, by wszystko działo się potajemnie”. I taka
właśnie jest utajona maksyma moralna równieŜ naszych czasów, bo i teraz karze się za czyn rozpustny wobec
osoby spowiadanej wieczną pokutą i odsunięciem od kapłaństwa tylko wtedy, „gdy jest on znany
powszechnie”.

Ogólnie biorąc, nigdy nie przedstawiano czarno męŜczyzny, lecz kobietę, którą sam Jezus traktował
przecieŜ Ŝyczliwie, wzorowo i której najdawniejsze chrześcijaństwo zawdzięcza sporą część swoich sukcesów
misyjnych.

Ale najwięksi Ojcowie Kościoła: AmbroŜy, Augustyn, Jan Chryzostom rozpowszechniają później
twierdzenia, iŜ kobieta nie została stworzona na podobieństwo Boga, Ŝe jest istotą niŜszą, przeznaczoną do
słuŜenia męŜczyźnie, co więcej, uŜywa się nierzadko zwrotów sugerujących zaleŜność podobną do
niewolniczej. W szczytowym okresie średniowiecza Tomasz z Akwinu, pod koniec XIX wieku uznany za
pierwszego nauczyciela Kościoła katolickiego, określa kobietę jako niepełnowartościową pod względem
fizycznym i duchowym. Stanowi ona jakby „okaleczonego”, „nieudanego męŜczyznę”. To, Ŝe w ogóle, poŜal
się BoŜe, przychodzą na świat dziewczynki, wynika, według tego oficjalnego filozofa Kościoła, patrona
wszystkich szkół i uczelni katolickich, z niedobrego nasienia, z niewłaściwej krwi macicznej albo teŜ z tego,
Ŝe wieją „wilgotne wiatry południowe” (yenti australes) i wywołują nie tylko deszcz, ale i rodzenie się dzieci
z większą zawartością wody, mianowicie dziewczynek.
Podobnie Luter, który co prawda zniósł celibat i wyprowadził zakonnice z klasztorów, nazywał jednak
męŜczyznę „wyŜej stojącym i lepszym”, a kobietę „półdzieckiem” i „dzikim zwierzęciem”; „największą ich
zasługą jest to, Ŝe nas rodzą” — takich pochlebstw znajdujemy u niego więcej.
Ta trwająca prawie Ŝe po dziś dzień kampania oszczerstw, wśród których wypowiedzi pozytywne
całkiem się zagubiły, nie tylko doprowadziła w Kościele do wielu kompromitujących przejawów
dyskryminaqi, ale równieŜ — wobec ogromnego wpływu kleru — odbiła się bardzo negatywnie na niemalŜe
wszystkich dziedzinach Ŝycia. Kobietę dyskryminowano prawnie, ekonomicznie, społecznie pod względem
moŜliwości kształcenia; była to stała i bardzo dla niej dotkliwa postawa. Przez całe wieki nie mogła występować
jako osoba prawna, nie miała prawa do dziedziczenia ani do znaczniejszego majątku, jako Ŝona
musiała Ŝyć zgodnie z wolą męŜa, któremu Corpus luris Canonici, obowiązujący do 1918 roku (!) kodeks
Kościoła katolickiego, pozwala na zmuszanie Ŝony do postów, bicie, wiązanie i więzienie jej.
Dlaczego właściwie teraz głównie kobiety głosują na CDU? Oczywiście ze względu na Kościół! Ze
względu na Kościół, który niegdyś — to najokropniejsze następstwo nienawiści do kobiet — posłał miliony
„czarownic” do izb tortur i na stosy i który zezwalał na to, by kobiety z najniŜszych warstw, a więc ich
większość, jeszcze w połowie XIX wieku traktowano znacznie gorzej niŜ staroŜytnych niewolników.
Kościół deprecjonował przez dwa tysiące lat nie tylko kobietę, ale i małŜeństwo — choć się tego
wypiera. Od świętego Justyna poprzez Tertuliana do Orygenesa bardziej chwali się eunu-cha niŜ męŜczyznę
Ŝonatego. Według Ojca Kościoła Hieronima, małŜonkowie Ŝyją „na sposób bydlęcy”, kopulując nie róŜnią się
„w niczym od świń i innych nierozumnych zwierząt”. Według Ojca Kościoła Augustyna, Ŝonaci otrzymują
gorsze miejsca w niebie, „prawdziwym małŜeństwem” jest tylko „małŜeństwo Józefa”, z całkowitą
wstrzemięźliwością, i byłoby najlepiej, gdyby dzieci były „rozsiewane ręką, tak jak ziarno”.
Odpowiednio do tej sytuacji idea małŜeństwa jako sakramentu pojawiła się dopiero po ponad
tysiącletnim istnieniu chrześcijaństwa, dopiero w XI i XII wieku rozpowszechnił się zwyczaj wypowiadania
„tak” wobec kapłana, ale aŜ do XVI wieku uznawano waŜność małŜeństwa zawartego bez jego udziału.
Odpowiednio do tej sytuacji często uniemoŜliwiano zawarcie związku małŜeńskiego, takŜe drugiego (w
wypadku osób owdowiałych), choć takie małŜeństwa nie były zabronione; kiedy indziej zwalczano je
zaciekle, chętnie przytaczając powiedzenie: „Maciora znowu się tarza”.

Ściśle ograniczano teŜ stosunki płciowe w małŜeństwie. We wczesnym średniowieczu były one
zakazane w niedziele i w święta, w dni pokuty i modlitw błagalnych, we wszystkie środy i piątki albo w piątki
i soboty, w oktawie wielkanocnej i zielonoświątkowej, w okresie czterdziestodniowego postu, w adwencie,
przed komunią, czasem i po niej, podczas ciąŜy i po niej, summa summa-rum: przez osiem miesięcy w roku.
A w szczytowym okresie średniowiecza i jeszcze później — prawie przez pół roku. Wykroczenia w tej mierze
były karane przez Kościół, a naduŜycia naraŜały, aŜ po wiek XX, na straszliwą zemstę Boga: na dzieci
pryszczate, chore na padaczkę, kalekie, opętane przez diabła. Jako wzór obyczajowy zalecano wielbłąda
spółkującego raz w roku, a zwłaszcza słonicę — robiącą to tylko raz na trzy lata.
Kościół zezwalał tylko na stosunki małŜeńskie: po pierwsze, by uniemoŜliwić, czasem przyjemniejsze,
stosunki pozamałŜeń-skie. „Dziewczę ma po to swą pochewkę — mówi Luter, obrazowo wyraŜając zarazem
stanowisko Kościoła katolickiego — by on [małŜonek] czerpał Ŝ niej zdrowie, by nie dochodziło do polu-cji i
zdrad”. Po drugie, potrzebowano małŜeństwa ze względu na potomstwo. „Jeśli one nawet męczą się
brzemiennością i w końcu umrą z tego — pisze, jakŜe szczerze, Luter — nie zaszkodzi to, niech donoszą do

śmierci, po to są”.
A skoro juŜ — co wołało o pomstę do nieba — trzeba było się kochać, to niechby robiono to rzadko i
bez poŜądania! Przez całe stulecia określano prawie wszystkie stosunki małŜeńskie jako grzeszne, a później
za bezgrzeszne uchodziły tylko te, przy których odŜegnywano się od rozkoszy; ta zawsze stanowiła w
chrześcijaństwie cńmen capitale. Gdy wybierano inną pozycję niŜ ta ponoć naturalna, chciana przez Boga —
kobieta na wznak, męŜczyzna nad mąfacies ad faciem; według pewnych ekspertów jest to pozycja dająca
najmniej rozkoszy, w świecie niechrześcijańskim często wyśmiewana, zwana jako pozycja misjonarska —
otóŜ jeśli uprawiano, gwoli większej przyjemności, situs ultra modum (nieraz rozwaŜany fachowo, w róŜnych
wariantach, przez moralistów), uchodziło to za zbrodnię gorszą niŜ morderstwo. Teologowie byliby
najbardziej zadowoleni, gdyby małŜonkowie spółkowali z odrazą do własnego popędu, w mroku nocy, i oboje
obleczeni w specjalną mnisią koszulę, która zakrywała wszystko aŜ po duŜy palec u nogi i miała tylko
maleńki otwór w okolicy genitaliów, słuŜący wyłącznie do płodzenia nowych chrześcijan i praktyków
celibatu.
O środkach antykoncepcyjnych — w staroŜytności uŜywano ich często, i mechanicznych, i
farmakologicznych, znano teŜ metodę Knausa-Ogino — świat chrześcijański nie wiedział, jak się zdaje, nic aŜ
do wieku XVIII. I odtąd były one na wszelkie sposoby przedstawiane jako zło.

Wierni powinni raczej cierpieć niedostatek, zrezygnować z wszelkich dobrodziejstw dla siebie —
nauczali w 1913 roku niemieccy biskupi in corpore. Potępiali nawet odpowiedni przemysł za „zbrodniczą
pomoc”, określali go jako „zasługujący na wyklęcie”, bo „nasz biedny naród niemiecki piąci za jego ohydne
wyroby nie tylko pieniędzmi, ale i krwią, zdrowiem ciała i duszy, szczęściem rodziny” — a przecieŜ
pieniędzmi, zdrowiem, szczęściem, płaci ten, kto gardzi środkami antykoncepcyjnymi!

A nawiasem mówiąc, kiedyŜ to Kościół zwalczał z równym zapałem przemysł zbrojeniowy? KiedyŜ
to określił go jako „zasługujący na wyklęcie”, „zbrodniczy”? A właśnie jego „wyrobów” mogłyby z
powodzeniem dotyczyć owe słowa z listu pasterskiego, wypowiedziane w 1913 roku: „Za nie nasz biedny
naród niemiecki musi płacić nie tylko pieniędzmi, ale i swoją krwią”. Biskupi nie mieli jednak na myśli
granatów, armat, gazów trujących. Granaty, działa i gazy, i całą wojnę wychwalali niezadługo jak opętani,
uznawali tę wojnę za świętą! A prezerwatywy były w ich oczach diabelskim wymysłem i takim pozostają. Bo
dziesiątkują eksploatujących i eksploatowanych, dziesiątkują konsumentów, ujmują mięsa armatniego,
władzy, prestiŜu. Dlatego trzeba było wypowiedzieć prezerwatywom wojnę. Ale nigdy nie wypowiedziano
wojny wojnie! Taka jest moralność Kościoła, który chwali rzezie i ludobójstwo jako słuŜbę Bogu — ale nadal
zakazuje sanitariuszom wydawania środków antykoncepcyjnych: niech juŜ raczej Ŝołnierze zapadają na kiłę i
rzeŜączkę. I na AIDS.

Sama sprzedaŜ środków antykoncepcyjnych jest i dziś uznawana za „formalny współudział w grzechu
kupującego”. A sprzedaŜ granatów? AleŜ nie! Taka jest moralność Kościoła, któremu to zawdzięczamy fakt,
iŜ jeszcze teraz za reklamę środków antykoncepcyjnych grozi więzienie, Ŝe jeszcze w drugiej połowie XX
wieku (w Niemczech, we Włoszech) stawiano przed sądem lekarzy, którzy sterylizowali kobiety, a nawet
takich, którzy tylko polecali środki zapobiegawcze — podczas gdy w niechrześcijańskich Indiach wypłaca się
dorosłym premie za dobrowolne poddanie się sterylizacji.
„Ojcowie” nawiązali oczywiście do starej antyhumanistycznej postawy wrogości wobec rozkoszy
podczas Vańcanum Secundum i znalazła ona teŜ swój wyraz w nieludzkiej encyklice Humanae vitae
autorstwa Pawła VI, która nadal zabrania wszelkiej regulacji urodzeń z wyjątkiem zaakceptowanego przez
Piusa XII — zresztą wbrew całej katolickiej tradycji — wykorzystywania dni niepłodnych u kobiety, na co
oburzali się nawet znani teologowie, a krytyczni katolicy szydzili z tego: „Kanonizacja Knausa i Ogino,
odegrana przez trupę z domu starców pod wezwaniem świętego Piotra w Rzymie, w reŜyserii papieŜa Pawła
VI”.
Ale po cóŜ mielibyśmy atakować właśnie jego osobiście? To nie tyle jego wina, ile wina systemu. Nie
tylko encyklika zajmuje „stanowisko całkiem przestarzałe”, jak uwaŜa przewodniczący katolickiego
stowarzyszenia lekarzy (Saes), nie tylko jest, według tego medyka, „katastrofalna”, lecz katastrofalny jest
Kościół — i w ogóle chrześcijaństwo. I to juŜ od czasów Pawła, a nie dopiero od czasów Pawła! Kto tego
dziś nie widzi, jest ślepy albo ślepego udaje. Tertium non datur.
Właśnie ludziom biednym przemienia kler jedyną bodaj radość, jaką miewają, w czynność pokutną
wykonywaną pod krzyŜem, mało przyjemną, w ramach obowiązkowej bezustannej produkcji katolików. Albo
teŜ Ŝąda się — o ile ktoś nie kocha się „zgodnie z prawami natury” (uprawiając w bardzo ograniczonym
czasie miłość według Knausa i Ogino) — ścisłej ascezy, wybrania „całkowitej wstrzemięźliwości”, Ŝycia
takiego, jakie wiodą, „brat i siostra podług szlachetnego wzoru Matki Boskiej i świętego Józefa”.
A tymczasem juŜ w ubiegłym stuleciu świat miał tyle ludności, ile przez poprzednich sześćset tysięcy
lat razem wziętych. I za niecałych dwieście lat Ŝyłoby na świecie sto miliardów ludzi — jeśliby nie było
planowania rodziny i przy obecnym tempie przyrostu — przez co cały glob, jeśli wyłączyć morza, wysokie
góry i obszary polarne, stałby się jednym gigantycznym miastem.
I oto podczas gdy wszyscy demografowie apelują do ludzi, alarmują świat, katolicyzm podtrzymuje

zakaz wszelkich środków antykoncepcyjnych. Rzym przeprowadził tajną ofensywę dyplomatyczną,
domagając się od rządów, organizacji międzynarodowych, zwłaszcza od Stanów Zjednoczonych i ONZ, by
zaprzestano finansowania i popierania kontroli urodzeń. Ostatnie, najtragiczniejsze następstwo takiej polityki
zasygnalizował działający w Rzymie teolog Jan Yisser, który na zadane mu w telewizji niemieckiej pytanie,
czy Kościół godzi się, w związku ze swym tradycyjnym nauczaniem, na beznadziejne przeludnienie,
odpowiedział: „Tak. Jeśli będzie przekonany, Ŝe taki jest nakaz Boga, to sądzę, Ŝe pogodzi się z tym. Choćby
świat miał zginąć, sprawiedliwości musi stać się zadość”.
Fiat iustitia et pereat mundus (niech się dzieje sprawiedliwie, choćby świat miał sczeznąć). Zgoła
podobnie jezuita Gundlach uznał w swej interpretacji doktryny Piusa XII o wojnie jądrowej zagładę atomową
świata za „dowód wierności” ładowi boŜemu i dlatego za w pełni usprawiedliwioną.
Ale zanim świat zginie, trzeba jak najwięcej płodzić i w Ŝadnym wypadku nie naleŜy usuwać płodów.
Stąd teŜ wzięły się lamenty Kościołów z powodu §218; zdarzyły się juŜ występy wstrząsające, na przykład sui
generis majstersztyk — popis uroczej małej Ewy, której los jest co prawda niepewny, ale której dziennik został
przez federalny kler obu wyznań przeniesiony prosto z macicy na słupy ogłoszeniowe i wrota kościołów.
„W akcie miłości — mówi ten klerykalny zarodek — zostałam dziś przez rodziców powołana do
Ŝycia”. I juŜ to pierwsze doniesienie — jak przystało na reklamę robioną przez klechów — jest fałszywe. Bo
przecieŜ ci rodzice nie powoływali do Ŝycia. Gdyby tak było, nie chcieliby — co zaraz się okaŜe — usunąć
płodu! Ale nasze maleństwo tego jeszcze się nie domyśla. Przeciwnie. Po czternastu dniach, 15 lipca, chwali
się ono, jak na swój wiek nieco zbyt kokieteryjnie (i nie po chrześcijańsku) swoimi wdziękami. Mając dwa
milimetry wzrostu, stwierdza: „Moja główka jest coraz ładniejsza […]”. A 2 sierpnia to maleństwo, które ma
juŜ ręce o połowę krótsze niŜ drukowany wykrzyknik, szczebiocze (z równym talentem, jak pani Hedwig
Courths-Mah-ler): „Wyrosły mi te moje kochane paluszki. Będę się nimi ciebie mocno trzymać, kochana
mamo”. W cztery dni później maleństwo — waŜące dopiero jeden gram — wzrusza do łez nawet tego, który
je spłodził: „Teraz mam śliczny nosek. Moje uszy teŜ są juŜ gotowe i są całkiem podobne do uszu tatusia”.
Ale w połowie sierpnia ten propagandowy, klerykalny embrion zaczyna się dziwić: „Dzisiaj mama
dowiedziała się, Ŝe jestem z nimi. Dlaczego ona się martwi? PrzecieŜ obie jesteśmy zdrowe i jest nam
dobrze”. O tak. Zwłaszcza mamie będzie dobrze. Tym lepiej, Ŝe 19 września dowiadujemy się, iŜ dziś „mama
chce pod presją tatusia [albo przekonanego o słuszności swoich poczynań społeczeństwa…] pozwolić, Ŝeby
mnie zabito. Proszę cię, proszę cię, kochana mamo, nie rób tego, jest tyle ludzi, którzy pomogą ci w
potrzebie! [!]”
Kłamie się i w pierwszym zdaniu, i w ostatnim. Bo któŜ pomoŜe? CzyŜby Kościół?
Nie pomagał juŜ przy porodzie. AŜ do drugiej połowy XX wieku pozwalał, by zginęła raczej matka
niŜ embrion. „Bezpośrednie zabicie płodu jest zabronione i wtedy, gdy lekarz uwaŜa za konieczną aborcję
terapeutyczną dla ocalenia matki i gdy bez takiego zabiegu miałyby umrzeć i matka, i dziecko”.
A jak pomagał i pomaga narodzonym?
W średniowieczu, by tylko wtrącić mimochodem, tolerowano dzieci w przytułkach i sierocińcach
jedynie dopóty, dopóki nie mogły same Ŝebrać, bo prócz religii nie uczyły się na ogół niczego. Ale gdy w
późnym średniowieczu, u progu czasów nowoŜytnych, wystąpił nadmiar Ŝebraków, zaczęto na nich dosłownie
polować, bito ich publicznie, wypalano im piętna na piersiach, plecach, ramionach, ucinano im pół ucha albo i
całe, okaleczano ich na inne sposoby, a po kilkakrotnym schwytaniu jako bezrobotnych — bez względu na to,
czy była jakakolwiek praca — po prostu uśmiercano.
Spośród siedmiuset czterdzieściorga dzieci, które w latach 1763-1781 trafiły do przytułku dla
podrzutków w Kassel, pod koniec 1781 roku Ŝyło juŜ tylko osiemdziesięcioro ośmioro, a zaledwie
dziesięcioro osiągnęło czternasty rok Ŝycia. „Proszę cię, proszę cię, kochana mamo, nie rób tego, jest tyle
ludzi, którzy pomogą ci w potrzebie!”
Jeszcze w 1927 roku w katolickim Wiedniu osiemdziesiąt procent ludności Ŝyło co najmniej po cztery
osoby w jednym pokoju. Kilkadziesiąt lat później w katolickich Włoszech ponad milion ludzi Ŝyje z bardzo
niskich dochodów z pracy chałupniczej, bez ubezpieczenia, a pięćdziesiąt procent młodych, wykwalifikowanych
(!) robotników przemysłowych zarabia tygodniowo pięć tysięcy lirów (trzydzieści marek); milion
trzysta tysięcy Włochów pozostaje bez pracy, w południowych Włoszech — aŜ ponad czterdzieści osiem
procent absolwentów szkół. A jaka nędza panuje w Ameryce Łacińskiej! Ale dzieci muszą się rodzić…
Lament Kościoła z powodu nie narodzonych wywoływałby pewno mniej szyderstw, gdyby Kościół
bardziej się troszczył o dzieci narodzone! Czyni natomiast co innego, sięgając zaiste do korzeni bytu: przy
okazji kaŜdej większej krwawej łaźni — dwie wojny światowe i długa rzeź w Wietnamie (w tych wojnach
zginęło więcej ludzi niŜ Republika Federalna ma mieszkańców) dowodzą tego w sposób dostatecznie
przeraŜający — Kościół nie spoczywa, póki święte Ŝycie, tak przezeń hołubione w zarodku, póki Ŝycie
człowieka ukształtowanego nie przemieni się w miazgę i brud — taki stan równieŜ określa się jako święty.
Od czasów Konstantyna Kościół błogosławił masowej zagładzie, ale stosunki płciowe poza
małŜeństwem (i często takŜe w małŜeństwie) zawsze traktował jak zbrodnię.
Sami katolicy pisują o tym, Ŝe istnieje w tej religii „długa tradyqa” uwaŜania wszelkich aktów

płciowych za grzechy albo przynajmniej za dokonywane w grzesznych okolicznościach, uwaŜania, iŜ
„wszelka konkretna aktywność seksualna okazuje się zła, bo nieodłącznie towarzyszy jej poŜądanie”. I
właśnie „wykroczenia” seksualne uchodziły zawsze za szczególnie cięŜkie.
JuŜ sobór apostolski prezentuje w swoim dekrecie znaną triadę „bałwochwalstwo, mord, porubstwo”
jako grzechy główne albo śmiertelne. Wszystko zostaje tu zrównane: religia, zabijanie, miłość.
Augustyn, który nie radził sobie z własnymi problemami seksualnymi, który miotał się wciąŜ między
lubieŜnością a frustraq’ą, który potrafił na serio modlić się jak następuje: „Daj mi czystość… ale nie od razu”,
który spoboŜniał dopiero, gdy się nasycił rozpustą, gdy jego słabość do kobiet, jak u niejednego starzejącego
się męŜczyzny, przerodziła się w swoje przeciwieństwo, gdy zaczęły go nękać niedomagania zdrowotne,
kłopotliwe dla retora schorzenia pnąc i piersi, otóŜ ten Augustyn stworzył klasyczną patrystyczną naukę o
grzechu, potępiającą zwłaszcza poŜądanie płciowe, i w ten sposób zdeterminował chrześcijańską moralność,
przesądzając los wielu milionów ludzi Zachodu z mniejszymi czy większymi zahamowaniami seksualnymi,
takŜe w naszych czasach, i zresztą nie tylko ich los.
Miłość to u Augustyna zawsze tylko miłość do Boga, a ta seksualna stanowi w gruncie rzeczy coś
szatańskiego, jest „ohydna”, „piekielna”, „jak dokuczliwy wrzód”, „jak przeraŜający Ŝar”, jest porównywana
do „zgnilizny”, „obrzydliwego bagna”, „obrzydliwej ropy”. Wydobywa się to z niego niczym z wrzodów
towarzyszących zakaźnej chorobie i przechodzi do scholastyki — tej najwcześniejszej i tej doskonalszej — w
której Wilhelm z Owernii określa rozkosz płciową jako „zwierzęcą”, Ojciec Kościoła Bona-wentura nazywa
akt miłosny „cuchnącym”, Ojciec Kościoła Tomasz z Akwinu porównuje poŜądanie z „brudem”, kopulację
zaś zalicza do „tego, co najniŜsze”, a Ojciec Kościoła Bernard z Clair-vaux stwierdza, Ŝe człowiek przez swą
chuć stawia siebie poniŜej poziomu Ŝycia świń.
Szczegółami zajęto się w sposób odpowiadający temu, co przedstawiliśmy — interesowano się
stosunkiem ze zmarłą, ze statuą, z przedziurawioną drewnianą lalką, z dziurawą gałęzią. RozwaŜano
przypadek, w którym „do pochwy zostaje wprowadzony dziób kury”, w którym „do pochwy wprowadza się
plwocinę albo chleb, Ŝeby skłonić psa do lizania sromu”, w którym „onanizuje się psa, by doprowadzić jego
członek do erekcji, a potem wprowadzić go do pochwy”.
Te i liczne inne podobne do nich sytuacje doczekały się dokładnego oszacowania przez ekspertów, a
groziły za nie przeraŜająco wysokie kary.
W szczytowym okresie średniowiecza teologowie zastanawiają się nad ludźmi, którzy przez swą tuszę
mogą spółkować tylko „na sposób zwierzęcy”, albo rozwaŜa się grzeszność sytuacji, kiedy to „męŜczyzna jest
podniecony jak koń albo muł”. Sumienniej zajęto się zdolnością eunuchów do Ŝycia małŜeńskiego (czy jedno
jądro albo brak jąder pozostawia taką zdolność, czy wystarczy virga erecta bez wytrysku itd.), ale takŜe
„kobietą zwęŜoną”, co stanowiło przeszkodę uniemoŜliwiającą zawarcie związku małŜeńskiego.
Właściwy złoty wiek katolickiej teologii moralnej zaczął się w XVIII stuleciu. Jeden z jej klasyków,
uhonorowany najwyŜszym tytułem kościelnym, święty Alfons de Liguori, bada w swej Theologia Moralis,
wydanej ponad siedemdziesiąt razy, grzeszność i karalność kontaktów małŜeńskich i pozamałŜeńskich, z
wytryskiem nasienia i bez niego; rozwaŜa oglądanie „niepoczciwych części ciała” (partium inhonestarum) —
do których zaliczano genitalia oraz to, co w ich bezpośrednim otoczeniu, przy czym wyróŜniano „części mniej
poczciwe” (partes minus honestae), piersi, ramiona, uda; tak jeszcze w XX wieku! — innego człowieka z bliska
i z bardzo odległego miejsca; rozwaŜa teŜ mimowolne polu-cje lekarzy, którzy muszą dotykać narządów
płciowych. Wyznacza „najstosowniejszą pozycję do wytrysku męskiego nasienia i przyjęcia go przez narządy
rodne kobiety”. Zastanawia się nad kopulacją na siedząco, na stojąco, z boku i od tyłu na sposób zwierzęcy;
nad taką, przy której męŜczyzna jest pod kobietą albo pozbywa się spermy „poza naturalnym naczyniem
kobiety” (extra vas natu-rale). RozwaŜa spółkowanie z trupem kobiety (coire cum femina mortua), sprawdza,
czy to grzech śmiertelny, jeśli po trzecim akcie jednej nocy odmówi się czwartego albo jeśli odmówi się
komuś, kto chciałby to robić pięć razy w miesiącu. I z tym wszystkim teologia moralna nazywa się po dziś
dzień „nauką o naśladowaniu Chrystusa”.
Liguori, zŜerany przez skrupuły, lęki, wątpliwości, popadł w obłęd, a później, w osiemdziesiątym
ósmym roku Ŝycia, cierpiąc przez własną chuć, wołał z płaczem: „Och, mam juŜ osiemdziesiąt osiem lat, a
ogień mej młodości jeszcze nie wygasł!”
Zdarzali się moraliści, którzy przebadali dwadzieścia tysięcy „wypadków obciąŜających sumienie”,
którzy dręczyli swe ciało aŜ do krwi, którzy — jak Liguori — oszaleli. A nakładane przez nich pokuty
zrujnowały niejednego człowieka spowiadanego.

Wymowne jest porównanie kar za grzechy związane z seksem i tych za morderstwa. We wczesnym
średniowieczu kobieta pokutowała juŜ za jednorazowy onanizm (który przecieŜ nikomu nie szkodził, lecz
tylko sprawiał przyjemność) nawet przez trzy lata, co mogłoby oznaczać zróŜnicowanie kary zaleŜnie od
czasu i miejsca: trzy lata bez stosunków płciowych, z zakazem podróŜowania i jazdy konnej, jedynie o
chlebie i wodzie. Natomiast ten, kto zabił na wojnie lub na rozkaz swego pana zamordował kogoś w czasie
pokoju, pokutował tylko czterdzieści dni!
Dziś co prawda onanizująca się katoliczka pokutuje niedługo, a’Ŝomierz-katolik, który zabija na

wojnie, od dawna jest zwolniony z pokuty, jeśli pokutuje, to wtedy, gdy nie zabija, gdy sprzeniewierzy się
przysiędze. lak się zmienia — ale czy na lepsze?
AleŜ tak — wołają teologowie. W Kościele myśli się teraz liberalniej, z większą otwartością na świat.
Wiele z tego, czego broniono jeszcze niedawno (!), czego konserwatyści bronią nadal, straciło aktualność i
zostało juŜ potępione przez samych moralistów, krótko mówiąc, znamienna przemiana (i pod tym względem),
nowe perspektywy, przesunięcie akcentów, postępowość, większa dynamika, myślenie ewolucyjne itd.
Ale czy to prawda? Czy teologia moralna naprawdę się radykalnie zmienia? Czy raczej mamy tu do
czynienia z paroma nowymi czczymi zapewnieniami i starą hipokryzją? Owszem, dziś, gdy cnota nie jest w
cenie (chociaŜ w kraju papieŜy istnieją jeszcze polisy ubezpieczeniowe na dziewictwo córki), obserwuje się
usilne próby pokazania innego oblicza; dziś głosi się mniej prawd wiecznych niŜ dawniej, raczej chce się
uprawiać „teologię dostosowaną do obecnej sytuacji”, mniejsza jest skłonność do trzymania się „dawniejszej
otoczki” słowa boŜego, raczej chce się „przekazywać je według dzisiejszego widzenia człowieka i
świata” (Schoonen-berg). Kompleksom seksualnym Pawła byli winni śydzi i poganie, poglądom
Orygenesa — Platon i stoicy, poglądom Augustyna — manicheiści, deprecjonowaniu seksu w
średniowieczu — „kace-rze”. I jeśli w „ostatniej epoce dziejów Kościoła” katolicka wrogość wobec
seksu znalazła swój „niezrównany wyraz”, to mamy tu tylko do czynienia z „odzwierciedleniem
społeczeństwa mieszczańskiego proweniencji wiktoriańsko-purytańskiej” (Pfurtner).

Ale niektórzy nie wahają się nawet oskarŜać samych siebie, „najbardziej postępowi” apologeci
celebrują powszechnie Pater, peccavi — chętnie mówi się o grzechu pierworodnym i chętnie kapituluje
się honorowo, pochwalając van de Yeldego. Ci ludzie przyznają, Ŝe „we wszystkim [!] dopatrywali się
tylko zła, Ŝe często „niewłaściwie” oceniali seksualizm, Ŝe wyolbrzymiali „wartość dziewictwa dla
ogółu”, Ŝe wyolbrzymiali teŜ „grzeszność” (Schróteler). „Spokojnie” wyznaje inny katolik, Ŝe „mamy tu
ogromnie wiele [!] do’nadrobienia i naprawienia. Nieodległe są czasy, w których nasze rozumienie
obyczajności było bardzo zdeterminowane przez pruderię i nienaturalność” (Roetheli).
Zdarza się, Ŝe takie wyznania są krótkie, czasem dotyczą przynajmniej niektórych spraw, ale
kiedy indziej są rozproszone w całym dziele, przez co czytelnik nieuwaŜny, a obdarzony wyobraźnią,
mógłby i po dwustu stronach kuszących moralnoteolo-gicznych snów o miłości (z zaleceniem stosunków
przedmałŜeńskich, przynajmniej w paru wypadkach, ale „nie jest to wcale przyzwolenie dotyczące
wszelkich sytuacji”) dopatrzyć się w katolicyzmie całych bachanalii zmysłów i dionizyjskiego
ubóstwienia seksu.

W którymś jednak momencie, raczej wcześnie niŜ późno, nawet najbardziej ambitnych apostołów
postępu ogarnia przeraŜenie własną odwagą i wtedy coraz wyraźniej dają do zrozumienia, Ŝe właściwie
pojmowane aggiomamento moralności kościelnej nie oznacza bynajmniej „ograniczenia czy rezygnacji z
przesłania ewangelicznego poprzez oportunistyczne dostosowanie się do aktualnych gustów”, o nie,
„chodzi tu o coś przeciwnego, o wydobycie tego, co dla nas dziś stanowi właściwą treść
chrześcijańskiego przesłania […]” itd. (Pfurtner).

„Rzecznicy postępu” prawie zawsze posługują się tą samą toporną metodą. Najpierw
rozbrzmiewa przyznanie się do ewidentnych błędów z blisko dwóch tysięcy lat, zwięzłe, dobitne, czasem
wręcz tak radykalne, Ŝe świadczące o chęci zmieniania świata, Ŝe moŜna by sądzić, iŜ czeka nas
rewolucja, gdyby się od dawna nie wiedziało, Ŝe nie pojawi się nic prócz starych wad.
Pewien współczesny teolog moralista (to smutne, Ŝe ktoś taki Ŝyje w naszych czasach) pisze bez
Ŝadnego wstydu: „Kościół zawsze opowiadał się przeciw podejrzliwości wobec prokreacyjnych
kontaktów płciowych”, a na tej samej stronie przedstawia następującą hierarchię: seks; nad nim,
„znacznie wyŜej”, miłość fizyczna; i wreszcie o wiele waŜniejsza niŜ to pierwsze i to drugie — agape
(Haring). Ale nie oznacza to dyskredytowania seksu, nie, nie! Sprzeciw dotyczy tylko rozsmakowania się
w nim, lu-bieŜności, Ŝądzy, intensywnej rozkoszy. Sprzeciw dotyczy „przeŜywania”, a chodzi tu przecieŜ
o „zabicie”! Bo „popęd płciowy jest oczywiście chciany przez Boga i dlatego dobry. Ale biada temu, kto
nie potrafi juŜ nad nim zapanować! Temu, kto bez umiaru i bez zahamowań folguje popędowi, staje się
on bowiem zwierzęciem!” (Leppich). Tak, jeśli nawet popęd jest dobry, to „poŜądanie musi się skończyć
tam, gdzie zaczyna się grzech […]. nieśmiertelne dusze nie mogą być poświęcane zaspokajaniu popędu”
(Berghoff).
Wszystko juŜ jakby znane. Według powszechnego stanowiska teologii moralnej, za cięŜki,
śmiertelny grzech uchodzi nadal nie tylko pełne zaspokojenie seksualne („nie brzmi to pięknie” — narzeka
prymas Hóffner) poza małŜeństwem, lecz i „kaŜde chciane bezpośrednie podniecenie się”. Rozkosz
nadal jest obrzydzana, choćby była „niewolna i krótkotrwała”! Teologowie podkreślają, Ŝe nie chodzi tu
o „sprawę błahą” (Jone).
Kilka milionów ofiar wojny im nie przeszkadza; to wręcz budujący, uszlachetniający fakt. Ale
kopulacja — ileŜ ona niszczy! Grzech seksualny jest tak szatański, Ŝe według nauki katolickiej wolno

„bliźniemu Ŝyczyć czegoś złego, nawet śmierci (!)”, „na przykład po to, Ŝeby lekkomyślny młody
męŜczyzna nie zszedł na manowce” (Jone).

Tak ci ludzie pojmują moralność i jeszcze dziś — od profesora po kardynała z Kurii — mimo
przemian w teologii, przesunięcia akcentów, nowych perspektyw, pustych słów, frazesów, wyrzekają na
„ewangelię cielesności i zdziczenia seksualnego”, „dyktaturę seksualną”, „otępiający odór seksu”,
„przeklęty sek-sualizm naszych czasów”, „niegodny człowieka seks”, „tę zarazą” itd. Odstręczanie od
seksu wciąŜ jest powiązane z groźbą popad-nięcia w „chaos”; człowiek afirmujący rozkosz dla samej
rozkoszy, „zniŜa się do poziomu Ŝycia zwierzęcia”, staje się ofiarą „bezlitosnego zniewolenia”, które
prowadzi do perwersji i sadyzmu, a kończy się to „zbrodnią na tle seksualnym” i „degradacją narodu” —
brzmi to wszystko tak samo, jak tysiąc czy pięćset lat temu.
I nie moŜe być inaczej, bo przecieŜ moraliści są całkowicie zaleŜni od papiestwa, które i w XX wieku
jest arcyreakcyjne, jest najbardziej wpływowym reprezentantem moralności seksualnej, nadal w swej istocie
średniowiecznej.

W encyklice Costi connubii z 1930 roku waŜny sojusznik Mus-soliniego, Hitlera i generała Franco
Pius XI wyznaje co prawda, Ŝe jest „do głębi poruszony skargami małŜonków, którzy przez nękającą ich
biedę nie wiedzą, jak zdołają wychować dzieci”. Ale — mimo poruszenia — „fatalna sytuacja majątkowa” nie
moŜe się stać „przyczyną jeszcze bardziej fatalnego błędu”. Skoro bowiem akt płciowy w małŜeństwie
„powinien ze swej natury budzić nowe Ŝycie, to ci, którzy swoim działaniem świadomie pozbawiają go jego
naturalnej mocy, postępują wbrew naturze”. Encyklika Piusa XI o małŜeństwie uznaje wszystko, co
przeszkadza reali-zaq’i kurialnej Ŝądzy władzy — wciąŜ propagowanej jako władza „boska” — za „grzeszne”,
„naganne”, „nieobyczajne”, za „wielką winę”! Wszyscy, którzy „przez niechęć do błogosławieństwa, jakim są
dzieci, unikają cięŜaru, ale chcą zaŜywać rozkoszy”, postępują wręcz w sposób „zbrodniczy”.
Taką samą moralność rozpowszechniał następca Piusa XI — Pius XII.

„Wszelki zamach małŜonków — pouczał w roku 1951 włoskie akuszerki — na spełnienie aktu małŜeńskiego
albo na jego naturalne następstwa, z zamiarem pozbawienia tego aktu właściwej mu mocy i zapobieŜenia
powstaniu nowego Ŝycia, jest nie-obyczajny”. Ów papieŜ twierdził nawet, Ŝe ta norma „będzie obowiązywać i
jutro, i zawsze”. A w odpowiedzi na pismo Światowej Federacji Młodych Katoliczek, domagające się
większego liberalizmu, Pius XII jeszcze raz podkreślił „konieczne obowiązywanie prawa moralnego” (a więc
oczywiście rzymskiego katolicyzmu) i wyjaśnił, Ŝe „zdrada małŜeńska, stosunki płciowe osób nieŜonatych i
niezamęŜnych, naduŜywanie małŜeństwa, samozaspokaja-nie” są „surowo zakazane” przez boskiego
prawodawcę. Zakończył ostrym tonem: „Nie ma czego badać. Jakakolwiek jest sytu-aq’a osobista, nie ma
innego wyjścia: trzeba się podporządkować”.

W roku 1968 nawiązał do starej tradycji zwalczania rozkoszy Paweł VI swą encykliką Humanae vitae,
zwaną „encykliką o pigułce” (choć nie wspomina ona o pigułce, ale jednak równieŜ jej dotyczy) i przyjętą na
całym świecie niechętnie, takŜe przez katolików. Nadal dopuszczała ona tylko uwzględnianie dni niepłodnych,
o czym juŜ była mowa, natomiast zabraniała wszystkiego, co zapobiega zapłodnieniu, „juŜ to przed
aktem płciowym małŜonków, juŜ to w jego trakcie albo po nim”, i dekretowała, Ŝe „kaŜdy akt płciowy w
małŜeństwie musi jako taki (per se) być zorientowany na tworzenie Ŝycia ludzkiego”, i to nawet wtedy, „gdy
istnieją zasługujące na rozpatrzenie, waŜkie argumenty na rzecz innej praktyki”.
Drugi sobór watykański teŜ nie pozwalał „dzieciom Kościoła wkraczać w regulacji urodzeń na drogi
zakazane przez doktrynę w związku z interpretacją prawa boŜego”. Yaticanwn Secun-dum nazywa aborcję
„ohydną zbrodnią” (konstytucja pastoralna nr 51). Zasadniczo przeciwny przerywaniu ciąŜy jest równieŜ protestantyzm,
ale po stronie ewangelików obserwuje się ostatnio przejawy tendencji bardziej humanistycznej;
poza tym protestantyzm dopuszcza wszelkie formy kontroli urodzeń, o ile nie powodują szkodliwych dla
zdrowia skutków ubocznych.

JednakŜe wszystkie Kościoły chrześcijańskie w mniejszym czy większym stopniu podtrzymują
tradycyjny pesymizm seksualny, zwłaszcza Kościół rzymskokatolicki. Tak więc byłoby błędne, wręcz
absurdalne, mniemanie, iŜ moralność kleru pod tym względem zmieniła się ostatnio. Po pierwsze dlatego, Ŝe
niewiele albo i nic nie znaczy kilka lat pozornego przystosowywania się, skoro poprzedziły je prawie dwa
tysiąclecia chybionego wychowania ze wszystkimi jego straszliwymi następstwami. Po drugie dlatego, Ŝe —
mimo istnienia postępowej mniejszości wśród moralistów — kościelna „literatura uświadamiająca” w swej
masie trzyma się starego podziału na popęd cielesny i przeŜycia duchowe, na ciało i duszę, nic więc się nie
zmienia. Po trzecie dlatego, Ŝe ogół katolików (i nie tylko katolików) ma niewielki poŜytek z małych koncesji
teologów „bardziej postępowych”, a intelektualistów karmi się pozorami odmiany na lepsze. Po czwarte
dlatego, Ŝe i „powaŜna” teologia moralna stoi wciąŜ w tym samym miejscu, w którym stała zawsze. I po piąte
dlatego, Ŝe Kościół moŜe w kaŜdej chwili wycofać się ze wszystkich ustępstw, jeśli będą po temu sprzyjające
okoliczności.
Rekapitulacja dziejów prowadzi do niepodwaŜalnego — w kaŜdym razie nie do podwaŜenia
przez teologa moralistę — wniosku, Ŝe wierni zawsze byli jednakowo uwikłani w grzeszność seksualną.

Paweł grzmi przeciw temu bardzo podobnie, jak czyni to wczesny czy późniejszy scholastyk albo
dwudziestowieczny moralista. CzyŜby przez dwa tysiące lat wychowywano daremnie?
Pewne jest przynajmniej to, Ŝe katolicka instytucja pokuty nie moŜe się obejść bez grzesznika.
Pewne jest i to, Ŝe nikt nie zdawał sobie z tego lepiej sprawy, niŜ sam kler. Tak, był tego świadomy, ale
teŜ nie chciał, by ludzie byli inni, chciał, Ŝeby owieczki pozostały nie zmienione — i to jest
najwaŜniejsza konkluzja tej naszej rekapitulacji.

Początkowo, w pierwotnym chrześcijaństwie, działo się tak być moŜe bez ukrytych intencji, bez
ewidentnych hipokryzji. Ten domysł wynika z surowości pierwszych kar. Ale gdy jednorazową pokutę
zastąpiono dwu- i wielokrotną (jak mówi Nietzsche: „Ktoś porusza usteczkami, / Ktoś dyga i się oddala, /
I nowymi grzeszkami / Sprawia, Ŝe starych nie ma wcale”), to zaczęło być coraz bardziej oczywiste, Ŝe
nie chodzi o obyczajność, etykę, „poprawę” grzesznika, lecz o stworzenie zaleŜności. Kler potrzebuje
grzechu, z niego Ŝyje. A najlepiej Ŝyje z tego grzechu, który zdarza się najczęściej i dlatego jest jego
ukochanym dzieckiem: z grzechu seksualnego. Przez niego właśnie wierny staje się — aŜ po najgłębsze
włókno mózgu i ostatni skrawek łóŜka — niewolnikiem Kościoła, od najmłodszych lat jest
wychowywany w nienawiści do popędu, zaszczepia się mu świadomość grzechu, nie po to, Ŝeby był
wolny od grzechu, lecz po to, Ŝeby wciąŜ popadał w konflikty, by ciągle grzeszył, ciągle ulegał pokusie,
bo tylko jako winny, jako ten, który nie zapanował nad sobą, otrzymuje pomoc od Kościoła, absoluqę i
nadzieję na upragnione wieczne zbawienie, inaczej mówiąc, przez to właśnie staje się człowiekiem
manipulowanym, rządzonym, uciskanym.

Kler propaguje ofiarę, rezygnację, i pragnie ich. Ale liczy się „ze słabością” ludzkiej natury, nad
która obłudnie ubolewa, gdy tymczasem stanowi ona źródło największego szczęścia, podstawę
egzystencji kleru. Luter, często okazujący się najbardziej szczerym z tego bractwa, sformułował to bez
ogródek: „Bądź grzesznikiem i grzesz do woli, ale pokładaj ufność w Chrystusie i raduj się z nim”. I
chyba jeszcze dobitniej: „Prawdziwi chrystusowi święci muszą być dobrymi, wielkimi grzesznikami i
muszą pozostać świętymi”.

Ten czy ów obojętny katolik, protestant, bezwyznaniowiec mógłby powiedzieć: co mnie obchodzi
ta cała przeszłość chrześcijaństwa i dzisiejszy Kościół?! Ale trudno o pogląd bardziej fałszywy i bardziej
niebezpieczny. Bo chociaŜ znaczenie duchowe chrześcijaństwa jest teraz niewielkie, mniejsze niŜ
kiedykolwiek przedtem, równe zeru, to jednak wpływa ono nie tylko na politykę i gospodarkę, ale
równieŜ, i to w sposób decydujący, na naszą moralność w sprawach seksu, a tym samym na kaŜdego
człowieka w świecie zachodnim, nawet na niechrześcijan i wrogów chrześcijaństwa. To, co sobie myśleli
jacyś tam wędrowni pasterze kóz sprzed dwóch i pół tysiąca lat, wciąŜ ma wpływ na oficjalne kodeksy
Europy i Ameryki. I dziś jeszcze istnieje ewidentny związek między perwersyjnymi poglądami na seks
proroków Starego Testamentu czy Pawła a odpowiedzialnością karną za nierząd — w Rzymie, ParyŜu,
Nowym Jorku.
W Republice Federalnej Niemiec równieŜ występuje nadal tendencja do utoŜsamiania prawa z
moralnością, zwłaszcza co się tyczy obyczajności i moralnej oceny seksu, i jest to niewątpliwie spuścizna
po tłumieniu popędu w chrześcijaństwie. Ustawodawca powołuje się monotonnie, nuŜąco, na
„pojmowanie obyczajności”, „dotychczasową obyczajowość”, „zasady moralne narodu” — za tymi
formułkami kryje się tylko stara wrogość chrześcijaństwa wobec seksu. A Federalny Trybunał
Konstytucyjny powołuje się ipsissimis verbis na „publiczne związki wyznaniowe, zwłaszcza oba wielkie
Kościoły chrześcijańskie, z których nauk znaczna część narodu czerpie mierniki dla swej postawy
moralnej”.
Analogiczna sytuacja panuje w wielu innych krajach europejskich. Kościelny zakaz kazirodztwa
znajduje swój wyraz w praktyce sądowniczej, pojęcie nierządu rozciąga się nawet na małŜonków i groŜą
za to bardzo surowe kary, dzieci urodzone na skutek zdrady małŜeńskiej nie mogą zostać zalegalizowane
nawet przez późniejszy związek małŜeński z ich matką, karze się za aborcję, za stosunki z nieletnimi, za
reklamę antykoncepcji — wszystko to i wiele więcej przy zasadniczej zgodności z moralnością Kościoła.
Nawet w Stanach Zjednoczonych, gdzie religia i prawo są przecieŜ w teorii rozdzielone, ta
pierwsza ma wielki wpływ na legislację. Werdykty sądów amerykańskich w sprawach karnych opierają
się po dziś dzień na jurysdykcji seksualnej angielskich sądów cywilnych z okresu późnego
średniowiecza, dla których wzorem są z kolei kościelne dekrety w kwestiach dotyczących seksu.
Ale, niezaleŜnie od obowiązującego prawa czy raczej bezprawia, równieŜ obyczajowość powszechna
— zresztą nie tylko na Zachodzie — jest nader represyjna. Bo mimo wszelkich naruszeń tabu obowiązuje ono
nadal. Zbyt głęboko utkwiło w świadomości mas i nie tylko mas. Potworności staro- i nowotestamentowego
zabobonu wciąŜ oddziałują poprzez teologię, prawo, a nawet pewne obszary medycyny i psychologii, i w
znacznym stopniu szkodzą naszemu Ŝyciu płciowemu — i w ogóle naszemu Ŝyciu.

Rekapitulując, byłoby naiwnością sądzić, Ŝe klerykalne tabu juŜ nie istnieje, Ŝe wrogość wobec
rozkoszy została przezwycięŜona, Ŝe kobieta się wyemancypowała. Tak jak nas bawi dziś średniowieczna
mnisia koszula, tak przyszłe pokolenia będą się śmiały z tego, co my pojmujemy jako „wolną miłość”: Ŝycie
płciowe, które nie śmie pokazywać się publicznie, ukryte w czterech ścianach, przepędzone do — ach, jakŜe
wolnej! — „sfery intymności”, najczęściej skazane na nocną ciemność, jak wszelkie inne ciemne sprawki, a
jednak kulminacja radości, rozkoszy, miłości — ograniczane przez cenzurę, regulowane prawnie, obwarowane
karami, ciągłe, doŜywotnie ukrywanie się, źródło juŜ to depresji, juŜ to niebezpiecznych aktów
agresji, jedna z głównych przyczyn histerii, oziębłości, strachu, melancholii, obłudy.
Chrześcijaństwu moŜna i trzeba zarzucić wiele, i to rzeczy potwornych, dla których nie ma
usprawiedliwienia. NajpowaŜniejszy zarzut brzmi tak oto: chrześcijaństwo nie uczyniło ludzi szczęśliwymi,
wpędziło ich w jeszcze większe nieszczęście.

Ale niech tę zwięzłą rekapitulację zakończą słowa nie przeciwnika chrześcijaństwa, lecz teologa,
Demosthenesa Sawamisa: „Zazdrość, mordy, samobójstwa, najróŜniejsze przejawy obłudy, częsta frustracja i
agresja, totalne uprzedmiotowienie kobiety […], zdegradowanie wspólnoty dwojga ludzi przez zamianę jej na
doŜywotnie więzienie, ponadto zaniedbywanie głównych zadań małŜeństwa i rodziny oraz odpowiedzialnej
troski o dzieci — oto niektóre z licznych skutków wrogiej seksualizmowi moralności Kościołów, które
jeszcze dziś, powołując się na Chrystusa, bronią na wszelkie sposoby swego destrukcyjnego oddziaływania
na Ŝycie seksualne ludzi […]”.
Ecrasez L’infame albo
O potrzebie wystąpienia z Kościoła
[…] nazywają siebie chrześcijanami, a są to wilki w owczej skórze.

GOETHE
Dlaczego zwracamy jeszcze uwagę na tego trupa? Na ogromne zwłoki dziejowego potwora? Na
resztki po monstrum, które dopadło, rozszarpało i poŜarło wiele istot ludzkich (braci, bliźnich, istot
stworzonych na podobieństwo Boga!), a czyniło to ze spokojnym sumieniem i świetnym apetytem przez
półtora tysiąclecia — tak jak się trafiały ofiary, tak jak zdawało się poŜytecznie, wszystko to na większą
chwałę molocha i gwoli lepszego utuczenia siebie: monstrum poŜerało ojców i matki, dzieci i starców,
chorych i kalekich, ubogich duchem i talentami, miliony pogan, miliony śydów, miliony czarownic, miliony
Indian (co najmniej piętnaście milionów z jednego pokolenia!), miliony Afrykańczyków, miliony chrześcijan,
wszystkich tych ludzi oczerniono, a potem zostali zabici i strawieni przez owo monstrum; było wśród nich
równieŜ siedemset tysięcy prawosławnych, których — jeszcze w naszych czasach — Ŝywcem grzebano,
Ŝywcem rozpinano na krzyŜach, bito aŜ do ostatniego tchnienia, topiono, rozstrzeliwano, uśmiercano
sztyletami, duszono, wieszano, ścinano, którym przerzynano gardła, wykłuwano oczy, ucinano uszy i nosy.
Wszystko to zaś działo się zgodnie z dawnym obyczajem, z pomocą bardzo aktywnego duchowieństwa,
zwłaszcza franciszkanów! — które samo strzelało, dźgało, skracało o głowę, i to z błogosławieństwem i
aprobatą Eugenio Pacellego, papieŜa Piusa XII, tego zawsze tak seraficznego na pozór ascety, szanowanego i
niemalŜe ubóstwianego na całym świecie, a poza tym tak skromnego, z takim samozaparciem, tak przez całe
Ŝycie przywiązanego do ewangelicznego ideału ubóstwa, Ŝe (tak, nie mogę się powstrzymać, Ŝeby tego nie
powtarzać bezustannie) pozostawił po sobie tylko symboliczny grosik, grosik świętego Piotra albo, by tak
rzec, grosik Eugeniusza, grosik Pacellego w wysokości osiemdziesięciu milionów marek w złocie i walucie
— wszystkie te pieniądze zarobione całkiem prywatnie, dzięki pracowitości oraz oszczędnemu Ŝyciu, cięŜkim
własnym trudem (bo przecieŜ potrzeba tylko jednego, nieprawdaŜ?), i dlatego właśnie za tak apostolską
metamorfozę, za tak piękne naśladowanie Chrystusa czeka go niebawem kanonizacja. Ach, jakaŜ satyra w
światowej literaturze jest lepsza, równie dobra czy choćby w połowie tak dobra, jak Ŝywot tego najsławniejszego
papieŜa naszych czasów!? I podczas gdy stryj Eugenio, święty aŜ po końce delikatnych,
wąskich i długich palców (ach, niezapomniane są udzielane nimi błogosławieństwa!), zain-kasował
osiemdziesiąt milionów, jego trzej bratankowie, wszyscy doskonale ustawieni i w stolicy apostolskiej, i w
wielkim biznesie, dorobili się stu dwudziestu milionów marek — a ile milionów katolików zmarniało
tymczasem w nędzy, umarło z głodu?
Czy zatem nasze pytanie początkowe i nasza na pozór tak anachroniczna autopsja nie są juŜ bardziej

zrozumiałe: dlaczego nadal przypatrujemy się temu potworowi przemawiającemu jak anioł, który przecieŜ od
dwustu lat jest martwy, bo w doskonałym stylu pokonany przez kilka najtęŜszych umysłów świata, ale w
gruncie rzeczy martwy z własnej winy, przez straszliwą Ŝądzę krwi (występującą równocześnie z głoszeniem
dobrej nowiny oraz miłości bliźniego i wroga) i przez niezrównany fałsz (gdy tymczasem ten potwór podawał
się za źródło jedynie zbawiennej prawdy)? Przypatrujemy mu się wciąŜ, bo z tym swoim cudownym
Ŝołądkiem — tylko on jest u niego cudowny! — nadal leŜy to tu, to tam i na ludzkich oczach marnieje, choć
jest rozpieszczany i odkarmiany bardziej niŜ święte krowy w Indiach (które przynajmniej są Ŝywe i nie
szkodzą nikomu); bo jego woń ciągle jeszcze unosi się dokoła w powietrzu; bo nadal atakuje nas w habitach i
sutannach, w katedrach i koszarach, za pośrednictwem parlamentów, paragrafów, podręczników, kiczowatych
piśmideł, rozgłośni radiowych; wszędzie jeszcze średniowiecze, wszędzie naboŜne zawodzenie, radosne
„Alleluja!” i głośny zachwyt z powodu zmartwychwstania, a potem: zdjąć hełmy do modlitwy i rzucić się do
masowego grobu ofiar atomu — bo ci uprawiający wolną amerykankę chrześcijanie dopuszczają nawet wojnę
jądrową, nawet bomby atomowe — tak pouczają oni — mogą przysłuŜyć się miłości bliźniego, mogą
rozpropagować naukę świętego Franciszka i teologu krzyŜa, choćby miało dojść do powszechnej zagłady.
„Mamy bowiem — to słowa ojca Gundlacha S. J., profesora i rektora Uniwersytetu Papieskiego za
pontyfikatu Piusa XII, którego wizje atomistyczne propagował on z wielką elokwencją — niezachwianą
pewność, Ŝe świat nie trwa wiecznie, a po drugie nie ponosilibyśmy odpowiedzialności za koniec świata.
Moglibyśmy wtedy powiedzieć, Ŝe Pan Bóg […]”.

CzyŜby, jeszcze po zagładzie świata? Ale nic to, dla nich nie ma nonsensu, który nie byłby moŜliwy i
który uchodziłby za przestępstwo. NajwaŜniejsze to stać przy Panu Bogu. Z pokolenia na pokolenie w jego
imieniu wypowiadano kłamstwa, torturowano, dokonywano rzezi, z jego pomocą strumyki i rzeki zabarwiały
się na czerwono od krwi i w ciągu dziejów nagromadziły się całe góry trupów, z Bogiem przeciw śydom, z
Bogiem przeciw Longobardom, Sasom, Saracenom, Węgrom, Brytyjczykom, Polakom; z Bogiem przeciw
albigensom, z Bogiem przeciw waldensom, z Bogiem przeciw mieszkańcom Steding, husytom, gezom,
hugenotom, chłopom; z Bogiem przeciw protestantom, z Bogiem przeciw katolikom, a przede wszystkim z
Bogiem przeciw sobie nawzajem, z Bogiem na pierwszą, na drugą wojnę światową, z Bogiem wyruszy się
pewno i na trzecią; nie mające sobie równych ekumeniczne święte zabijanie: bo w tym kończącym się wieku
dwudziestym wszędzie jeszcze występuje maksimum środków zagłady oraz minimum człowieczeństwa,
jeszcze u progu ery atomowej najczystszej wody etos ludoŜerczy, wszędzie jeszcze — gdy tymczasem stąpa
się po KsięŜycu (co prawda tylko po to, by kiedyś kontynuować mordowanie; tam właśnie albo stamtąd) —
średniowieczna mentalność rodem ze składowiska trupów, wszędzie jeszcze trupi zapach chrześcijaństwa, w
którym przemieszały się kadzidło, muzyka Palestriny oraz głosy takich ludzi, jak o. Lep-pich; jeszcze w
czterysta lat po śmierci Giordana Bruna, trzysta lat po śmierci Pierre’a Bayle’a, dwieście lat po Wolterze, sto
— po Nietzschem, pięćdziesiąt — po Freudzie, tak zawstydzająco, tak fatalnie mało osób opuszcza ten
Kościół, który całe generacje przodków nie tylko podkładał pod nóŜ państwa albo i sam uśmiercał, lecz
ponadto przez półtora tysiąclecia zuboŜał ich w sposób zgoła straszliwy, ten Kościół, który juŜ przez Karla
Kautskiego został nazwany „największą machiną wyzysku, jaką świat kiedykolwiek oglądał”.
Nie bez kozery właśnie papieŜe, namiestnicy Chrystusa, surowo zabraniali przez całe stulecia czytania
Biblii w języku narodowym, co więcej, do roku 1897 uzaleŜniali to od zgody rzymskiej inkwizycji —
wystawiając sobie w ten sposób najbardziej kompromitujące świadectwo nikczemności! Bo tak jak wszystkie
owe masakry, ludobójcze kampanie, rzezie pogan, pogromy śydów, polowania na kacerzy, stosy, pale oraz
izby tortur, wieŜe dla czarownic, wyprawy krzyŜowe, wszystkie owe rzekomo miłe Bogu jatki, owe
niezliczone wojny i wojenki, w które Kościół był zaangaŜowany bezpośrednio lub pośrednio (a w ile wojen w
Europie nie był zaangaŜowany?), tak jak całe to mordowanie wcale nie było zgodne z intencjami tego,
który przecieŜ chciał pokoju i miłości wroga, tak teŜ uprawiana przez kler od czasów antycznych polityka
eksploatacji, przyczyna niewyobraŜalnych nieszczęść, pozostaje w jaskrawej sprzeczności z postawą owego
Jezusa, który według Biblii Ŝyje w całkowitej biedzie, w ostrych słowach potępia „niesprawiedliwą mamonę”
i „fałsz bogactwa”, Ŝąda od swoich uczniów, by sprzedali wszystko, co posiadają, i by głosili ewangelię bez
trzosa za pasem.

Ale juŜ w III wieku biskupi przyznają sobie prawo do zaspokajania wszystkich swoich potrzeb z
dochodów Kościoła. W IV wieku stają się sojusznikami państwa, które wręcz wysysa krew ze swych
poddanych. A juŜ w V wieku biskup Rzymu jest największym posiadaczem ziemi w cesarstwie rzymskim. Od
dawna tłumi się wszędzie protesty polityczne, likwiduje się zamieszki chrześcijan na tle socjalnym w Afryce,
Hiszpanii i Galii, a zarazem elo-kwentnie obiecuje się biedakom szczęście w zaświatach, między innymi po
to, by tym łatwiej było ich wyzyskiwać na tym świecie.
JuŜ w VI wieku pobiera się kościelną dziesięcinę, zalegalizowaną później przez Karola Wielkiego,
pogromcę Sasów, i Kościół otrzymuje ją aŜ do XIX wieku. W ósmym stuleciu zostaje na skutek oszustwa
uzyskane Państwo Kościelne, którego istnienie jest potem wciąŜ na nowo potwierdzane prawnie przez
władców frankijskich i tych z dynastii saskiej, a terytorium powiększane, i wreszcie własne wojska lądowe i
marynarka wojenna — uzbrojone po zęby — toczą wojny. Grabi się wszystko, co jest do zagrabienia,

twierdze i zamki, całe hrabstwa i księstwa. Kradnie się wszystko, co jest do ukradzenia: juŜ w IV wieku
mienie świątyń pogańskich, w VI wieku mienie wszystkich pogan, potem majątek milionów wygnanych albo
zabitych śydów, dobytek spalonych kacerzy i często równieŜ dobytek spalonych osób płci obojga, które
oskarŜono o czary. Okradani są nie tylko ludzie inaczej myślący, ale i wierni tego Kościoła, poprzez coraz to
inne i coraz wyŜsze podatki, poprzez czynsz dzierŜawny, świętopietrze, szantaŜe, sprzedaŜ odpustów,
rzekome cuda, fałszywe relikwie, przy czym często inkasuje się pieniądze dzięki ekskomunikom, interdyktom
oraz za pomocą miecza; ze zrozumiałych względów najbardziej wyzyskiwany jest naród włoski, a sam Rzym
staje się najbardziej buntowniczym i najuboŜszym miastem Europy Zachodniej: liczba jego mieszkańców
spada z dwóch milionów w czasach pogańskich do niecałych dwustu tysięcy w XIV wieku.
W średniowieczu Kościół posiada — oczywiście nie tylko w następstwie grabieŜy i wojen, ale i dzięki
dotacjom ze strony tych, z którymi był podczas owych rabunków i walk w sojuszu — jedną trzecią całego
europejskiego areału i ziemia ta jest obrabiana przez pańszczyźnianych chłopów, często przez swoich właścicieli
traktowanych gorzej niŜ bydło. Nie jest przypadkiem, Ŝe w czasach rozkwitu chrześcijaństwa za
takiego chłopa nie płaci się nawet połowy tego, co za konia! Nieprzypadkowo posiada Kościół, który juŜ w
IV wieku — w związku z potrzebą taniej siły roboczej dla coraz większych majątków ziemskich — zaostrza i
umacnia niewolnictwo, prawdopodobnie największą liczbę niewolników. Nieprzypadkowo uniemoŜliwia ich
wyzwalanie jako „dobra kościelnego”, co nigdzie indziej nie występuje; mało tego, w kolejnych stuleciach
zwiększa zniewolenie tych ludzi. Nieprzypadkowo ów „dar boŜy”, jak nazywa to Ojciec Kościoła AmbroŜy,
owa „instytucja chrześcijańska”, jak określa to za Tomaszem z Akwinu Egidiusz Rzymianin, uzyskuje nawet
jeszcze większe znaczenie w Europie Południowej u schyłku średniowiecza. Nieprzypadkowo papieski Rzym
jest spośród wielkich miast europejskich tym, które najdłuŜej utrzymuje niewolnictwo. I nieprzypadkowo
nowoŜytne niewolnictwo Murzynów amerykańskich, stanowiące bezpośrednią kontynuację niewolnictwa
średniowiecznego, jest usprawiedliwiane tymi samymi argumentami teologicznymi: powoływaniem się na
zrównanie religijne i na wolę boŜą. Inaczej mówiąc: jeśli przedtem niewolnik był posłuszny przez bezradność
i ze strachu, to potem Kościół chrześcijański narzucił mu ślepe posłuszeństwo jako obowiązek etyczny! (I tak
jak jemu, tak w gruncie rzeczy wszystkim — wszystkim Ŝołnierzom i osobom cywilnym, w ogóle wszystkim
chrześcijanom).
Albowiem Kościół, w ogóle Kościoły chrześcijańskie wszelkich wyznań stały zawsze po stronie
właścicieli niewolników, wyzyskiwaczy: katolicki, który juŜ w staroŜytności (co widzimy w pismach
Augustyna) wysławiał ideał „pracowitej biedy”, pocieszał niewolników tym, Ŝe ich los jest zgodny z wolą
Boga, natomiast ich panom wyjaśniał korzyść wynikającą dla nich z takiego wpływu na niewolników;
Kościół Lutra, który sam w sposób iście kleszy zaprzedał straszliwie eksploatowanych chłopów władcom,
umacniając tak i zapewniając kontynuację panowania tych ostatnich aŜ do XX wieku; angielski Kościół
oficjalny, który jeszcze przez cały wiek XIX nie reagował w ogóle na przeraŜającą nędzę angielskich
robotników rolnych i przemysłowych — pod wieloma względami gorszą niŜ antyczne niewolnictwo — i
raczej wybaczyłby, jak pisał Marks, zamach na trzydzieści osiem spośród trzydziestu dziewięciu artykułów
swojej wiary niŜ na jedną trzydziestą dziewiątą własnych dochodów; oraz Kościół prawosławny Rosji, który
aŜ do 1917 roku posiadał tam trzecią część ziemi i eksploatował naród nie mniej niŜ car, którego najwyŜszej
władzy trzeba było się podporządkować — według pierwszego artykułu kodeksu imperium — „bo to
nakazuje sam Bóg”. Zawsze, jak juŜ powiedzieliśmy, w imię boŜe. I bieda teŜ w imię boŜe. Tak samo
wczoraj, jak dzisiaj, kiedy to zmieniły się co prawda — zauwaŜmy, Ŝe z konieczności — metody, ale wyzysk
pozostał.

Bo skąd wziął się ogromny kapitał będący dziś w posiadaniu Kościołów? PrzewyŜsza je wszystkie
bogactwem Kościół katolicki, który nadal dysponuje największym areałem ziemi w świecie chrześcijańskim,
którego akcje i inwestycje kapitałowe szacowano juŜ dziesięć lat temu na blisko pięćdziesiąt miliardów
marek; któremu podlega kilkanaście banków w samym Rzymie; do którego naleŜy de facto równieŜ
największy prywatny bank świata, Bank of America, bo Kościół ma w nim pięćdziesiąt jeden procent
udziałów, który posiada niemałe zapasy złota w Fort Knox oraz kapitał zainwestowany w najróŜniejsze
przedsiębiorstwa, między innymi w liczące się firmy hiszpańskie, francuskie towarzystwa naftowe, gazownie
oraz elektrownie w Argentynie, boliwijskie kopalnie cyny, brazylijskie fabryki kauczuku, przemysł hutniczy
w Stanach Zjednoczonych, General Motors Corporation, największe włoskie towarzystwo lotnicze „Alitalia”
oraz zakłady samochodowe Fiat, ponadto w cały szereg przodujących włoskich firm ubezpieczeniowych i
budowlanych, w ubezpieczenia na Ŝycie i ubezpieczenia materialne w Niemczech, w badeń-skie fabryki
aniliny i sody, w fabryki farb w Leverkusen, w towarzystwo naftowe Deutsche Erdól Aktiengesellschaft, w
ham-burskie elektrownie, w esseńskie kopalnie węgla kamiennego, w nadreńskie huty stali, w koncern
Yereinigte Deutsche Metall-werke, w Siiddeutsche Zuckeraktiengesellschaft, w Gesellschaft fiir Lindes
Eismaschinen (maszyny do produkcji lodów), w firmę Siemens & Halske AG, w firmę Mannesmann AG, w
BMW itd., itd., nie mówiąc juŜ o bankach stanowiących własność Kościoła…
Kościół, kampanie wojenne, kapitał są od czasów Konstan-tyna po dziś dzień tak nierozerwalnie
związane ze sobą, tak ewidentnie złoŜyły się na ciąg bezustannych potworności, Ŝe nawet obrońcy Kościoła

przyznają teraz, iŜ nie wszystko jest zgodne z ideałem i boskie, iŜ ziemskie dzieje Kościoła mają bardzo
ludzki, być moŜe aŜ nazbyt ludzki bieg. Pojęcia człowieczeństwa i nadmiernego człowieczeństwa nie są tu
najstosowniejsze, skoro Kościół, reprezentujący religię zdecydowanie nakazującą miłość bliźniego i wroga,
masakruje i pozwala masakrować swoich bliźnich i wrogów gorzej niŜ bydło i czyni to nie jeden raz, nie
dziesięć razy, nie sto razy, ale przez półtora tysiąclecia; skoro przezeń, bezpośrednio i pośrednio, zginęło
więcej ludzi niŜ za sprawą jakiejkolwiek innej religii na świecie i przypuszczalnie nawet za sprawą
wszystkich innych razem wziętych! I chyba jednak mamy do czynienia z pewnym naduŜyciem pojęć
człowieczeństwa i nadmiernego człowieczeństwa, skoro „naśladując” tego, który z całą surowością
kontynuował bezwzględnie antykapitalistyczne nastawienie Ŝydowskich proroków oraz Ŝyjących we
wspólnocie majątkowej esseńczyków, który nauczał: „Nie zbierajcie skarbów na tej ziemi […]”, „sprzedajcie
to, co posiadacie, albo oddajcie to biednym”, „nie będzie moim uczniem Ŝaden z was, który nie pozbędzie się
wszystkiego, co posiada” i podobnie; skoro „naśladując” właśnie jego, powtórzmy jeszcze raz za Kautskim,
Kościół stał się najbardziej gigantyczną machiną wyzysku na świecie; skoro, po wielu stratach w wieku
oświeconym, w tym stuleciu w sojuszu z Bogiem i wszystkimi supergangsterami faszyzmu — od Mussoliniego
poprzez Hitlera i generała Franco aŜ po Pavelicia — znowu uzyskuje kolosalne bogactwo i dzięki
Ŝebraninie, datkom, podatkom i ogromnym udziałom w wielkim przemyśle Europy i Ameryki bezustannie je
powiększa, jak chętnie wyznaje, musi powiększać, bo — oprócz duszpasterstwa wojskowego i głupoty
ludzkiej — juŜ tylko pieniądz jest ową opoką, fundamentem, na którym spoczywa dzisiaj chrześcijaństwo (nie
tylko) rzymskie i na którym marnieje, waŜne jedynie dla umysłów prymitywnych i dla tych, co czerpią z
niego korzyści.
Gwoli usprawiedliwienia się wypowiadane są twierdzenia, iŜ ideały ewangeliczne stawiają bardzo
wysokie wymagania, iŜ nie powinno się potępiać chrześcijaństwa i Kościołów za to tylko, Ŝe nie realizują
owych ideałów w całej pełni, Ŝe realizują je połowicznie albo w jeszcze mniejszym stopniu. Ale, powtórzmy,
pojęcia człowieczeństwa i nadmiernego człowieczeństwa zostają jednak cokolwiek naduŜyte, skoro w
kaŜdym kolejnym stuleciu i tysiącleciu realizuje się coś wręcz przeciwnego, krótko mówiąc, skoro Kościół
dowiódł całą swoją historią, Ŝe jest symbolem, ucieleśnieniem i absolutnym mistrzem zbrodni dziejowej!
Zbrodniczych poczynań, w obliczu których nawet ktoś tak zdegenerowany jak Hitler wydaje się niemalŜe
człowiekiem honoru, bo przecieŜ od początku występował na rzecz przemocy, a nie — tak jak Kościół — na
rzecz pokoju!
Jaskrawy kontrast między ideałem a rzeczywistością ujawnił zresztą niebawem to, co było i jest łatwo
rozpoznawalne, główną cechę charakterystyczną wszelkiego chrześcijaństwa kościelnego: występujący w nim
od staroŜytności czynnik niezmiennej obłudy, który odbił się negatywnie na egzystencji sześćdziesięciu pokoleń
chrześcijan; ponadto ów kontrast sprzyjał rozwojowi dosłownie niewiarygodnej sztuki egzegezy,
polegającej na przeinaczaniu sensu wszelkich słów Jezusa istotnych z etycznego punktu widzenia; kłamano
interpretując, wypaczając, znajdując co innego, niŜ Jezus chciał powiedzieć, a zamiast tego wszystko, co
trzeba było znaleźć, i wykazywano przy tym o wiele więcej cynizmu i hipokryzji niŜ uczciwości i
człowieczeństwa.

Kościoły chrześcijańskie całkowicie się zdyskredytowały nie tylko z pacyfistycznego i socjalnego
punktu widzenia, ale i pod trzecim względem, który jeszcze musimy omówić: co się tyczy prawdy. Bo
przecieŜ nieprawdziwe są juŜ nawet podstawy wiary! Jeśli zatem przyjąć, Ŝe te Kościoły mogłyby nagle,
po tylu wiekach grabieŜy i mordów, przemienić się we wspólnoty pod względem etycznym nieskazitelne,
nawet w symbole człowieczeństwa (co de facto jest niemoŜliwe, bo Ŝyją one z krwi dostarczanej róŜnym
państwom), to przecieŜ nadal byłyby nieprzekonujące co do dogmatów, jako Ŝe właściwie nic nie łączy tych
Kościołów z Jezusem, lecz przeciwnie: prawie wszystko oddala od niego — szczęśliwie wiadomo to nie tyle
o zajadłych libertynach, ile o całych generacjach chrześcijańskich teologów, których Ŝmudna praca, akrybia
przy krytycznym badaniu Biblii jest wprost niewyobraŜalna dla laika.
Nie wiemy z całą pewnością, czy postać Jezusa z Nazaretu — o której milczą wszystkie
pozachrześcijańskie źródła historyczne jego stulecia (prócz ślepych, którzy przejrzeli, kalekich, którzy
odzyskali władzę w nogach, zmarłych, którzy zostali wskrzeszeni) — czy ta postać jest historyczna. Ale
wiemy z całą pewnością, Ŝe Jezus biblijny — którego radykalny etos, chociaŜ nie do zrealizowania przez
masy, zasługuje na największy szacunek — pomylił się w swym niezachwianym przekonaniu o bliskim końcu
świata i nastaniu sądu ostatecznego, pomylił się tak samo, jak wszyscy inni apokaliptyczni heroldowie, jak
wcześniejsi prorocy Ŝydowscy i perscy, którzy zapowiadali koniec świata, i jak całe późniejsze pierwotne
chrześcijaństwo.
Wiemy i jesteśmy pewni tego, Ŝe ewangelie — przez czołowych teologów naszego stulecia
scharakteryzowane jako ahisto-ryczne zbiory anegdot, które naleŜy wykorzystywać z największą ostroŜnością
— nie są dziełami pierwszych apostołów ani Ŝadnych świadków naocznych; Ŝe zostały skompilowane dopiero
w kilkadziesiąt lat po domniemanej śmierci Jezusa z obiegowych opowieści i zmyśleń ewangelistów, i Ŝe
jeszcze w II wieku nie uwaŜano ich w chrześcijaństwie za święte i wynikłe z boskiej inspiracji; Ŝe Ŝadna
ewangelia, i w ogóle Ŝadne pismo biblijne, nie istnieje w oryginale, w pierwotnym brzmieniu, lecz jedynie w

odpisach dokonywanych z kopii innych odpisów; Ŝe kopiści przez ponad dwa wieki wprowadzali zmiany,
zamierzone i nie zamierzone, robili zabiegi harmonizujące, uzupełniali, poprawiali, przez co oryginalny tekst
Biblii jest często nie do ustalenia z jakąkolwiek dozą prawdopodobieństwa, a co dopiero z całkowitą
pewnością, natomiast liczba róŜnych lekcji zbliŜyła się do pięćdziesięciu tysięcy.
Wiemy z całą pewnością, Ŝe tak w chrześcijaństwie, jak i w ogóle w antyku, od początku przyzwalano
na poboŜne oszustwo, Ŝe naleŜało ono niejako do literackich obyczajów tamtej epoki; dlatego nie tylko Paweł,
któremu teŜ przypisano pewne listy biblijne, sfałszowane bądź w całości, bądź częściowo, wyznaje, Ŝe chodzi
jedynie o to, by głosić chwałę Chrystusa, „z ukrytymi intenqami albo bez nich”, a oprócz niego Ojciec
Kościoła Jan Chryzostom, patron kaznodziejów, całkiem otwarcie opowiada się za potrzebą kłamstwa dla
zbawienia duszy, i to powołując się nawet na przykłady ze Starego i Nowego Testamentu; równieŜ Orygenes,
jeden z największych i najszlachetniejszych chrześcijan, z całą stanowczością dopuszcza oszustwo i kłamstwo
jako ..zbawienne”. Podana przez Nietzschego definicja chrześcijaństwa jako sztuki świętego kłamstwa
znajduje swoje potwierdzenie w całej protestanckiej krytyce Biblii. „Fałszerstwa — pisze dziś teolog Carl
Schneider w swej monumentalnej pracy Geistesgeschichte des antiken Christentums (Duchowa historia
staroŜytnego chrześcijaństwa) — rozpoczynają się w epoce nowotestamentowej i nigdy nie ustają”.
Wiemy i jesteśmy pewni tego, Ŝe Jezus jest coraz bardziej ubóstwiany w kolejnych ewangeliach — od
najstarszego tekstu Marka poprzez późniejsze ewangelie Mateusza i Łukasza aŜ po najmłodszy tekst Jana —
ale jeszcze w III wieku nie jest na ogół utoŜsamiany z Bogiem, lecz wyraźnie temu ostatniemu podporządkowany,
i taka była powszechna doktryna Kościoła! Wiemy z całą pewnością, Ŝe młodsze ewangelie
systematycznie poprawiały starsze, Ŝe nie tylko postać Jezusa, ale takŜe postacie jego uczniów są coraz
bardziej idealizowane i wciąŜ przybywa coraz wspanialszych cudów.
Wiemy i jesteśmy pewni tego, Ŝe Paweł, właściwy twórca chrześcijaństwa, raczej ignorował osobę
Jezusa i fundamentalnie zmienił jego naukę, Ŝe nie tylko wprowadził ascezę, brzemienną w skutki pogardę dla
kobiety i deprecjację małŜeństwa, ale i sformułował szereg zupełnie nowych dogmatów, całkowicie
sprzecznych z nauką Jezusa, jak na przykład doktrynę predesty-naq’i, doktrynę odkupienia, całą chrystologię;
Ŝe między nim a jerozolimskimi apostołami toczyły się długie spory teologiczne, bo w chrześcijaństwie w
ogóle, nawet w pierwotnej gminie, nie było nigdy jednolitości prawd wiary, a zamiast tego juŜ w III wieku
istniały dziesiątki, w IV wieku zaś juŜ setki rywalizujących ze sobą „wyznań”, spośród których zwycięŜył w
końcu katolicyzm, bo przejmował wszystko, co przydatne, z innych wielkich „herezji”, zręcznie unikając przy
tym popadnięcia w skrajności, był bowiem najlepiej zorganizowany i najbrutalniejszy w owej walce
konkurencyjnej. Cała historia dogmatów to przecieŜ jeden łańcuch intryg, przemocy, denuncjacji,
przekupstwa, fałszowania dokumentów, ekskomunik, banicji oraz mordów.
A przy tym wszystkim — to teŜ wiemy z całą pewnością i jest to wystarczająco tragikomiczne — nie
ma w chrześcijaństwie w ogóle niczego, co mogłoby pretendować do oryginalności z punktu widzenia
dziejów ideologii i religii. Wszystko bowiem — od centralnych idei po marginalne obyczaje — zostało przejęte
od „pogan” albo od śydów: zapowiedź Królestwa BoŜego, status dzieci boŜych, miłość bliźniego i wroga,
idea Mesjasza–Zbawiciela, proroctwa Odkupiciela, jego pochodzenie, cudowne narodziny z łona dziewicy,
hołd pasterzy, prześladowanie go juŜ w kołysce, kuszenie przez szatana, nauczanie, cierpienie, śmierć
(równieŜ na krzyŜu), zmartwychwstanie (równieŜ w trzecim dniu albo po trzech dniach, a więc w dniu
czwartym, bo i ta chwiejność w ewangeliach bierze się ewidentnie stąd, Ŝe zmartwychwstanie boga Ozyrysa
świętowano w trzecim, a boga Attysa — w czwartym dniu od jego śmierci), jego objawienie się w postaci
cielesnej, jego zstąpienie do piekła i wniebowstąpienie, nauka o grzechu pierworodnym, doktryna
predestynacji, trójca, chrzest, spowiedź, komunia, liczba siedem dla sakramentów, liczba dwanaście dla apostołów,
samo apostolstwo, urząd biskupa, kapłaństwo, diakonat, sukcesje, łańcuchy tradycji, Matka Boska,
kult Madonny, miejsca pielgrzymek, tablice wotywne, czczenie relikwii, jasnowidztwo, cuda, takie jak
chodzenie po wodzie, uciszanie burzy, pomnaŜanie jadła, wskrzeszanie — po cóŜ wyliczać: nic nowego! I
wszystko to powtarza się w chrześcijaństwie bynajmniej nie tylko w swej zewnętrznej postaci, jako analogia
formalna, jako wyłącznie pa-ralelność obrzędów, ale równieŜ z takim samym znaczeniem, tyle Ŝe pod innymi
nazwami, a często nawet bez zmiany nazwy.

Wobec zafałszowanych podstaw wiary traci właściwie sens, tak częste obecnie, rozwaŜanie
ewentualnej reformy Kościoła. Bo gdyby naprawdę chciano nawiązać do Jezusa, a dziś oznacza to oczywiście
nawiązanie do owego Jezusa, którego bez mała dwieście lat badania ewangelii przez krytycznych teologów
uwolniło od wizerunku legendarnego, nawiązanie stanowiące warunek konieczny wszelkiej reformy! — to
musiałby Kościół zrezygnować ze wszystkiego, czym jest, z czego się składa, z sakramentów, dogmatów,
biskupów i papieŜa! śadna reforma chrześcijaństwa nie ograniczyłaby się do reform, lecz stałaby się
rewolucją, przewrotem w stosunkach międzyludzkich. To wynikałoby — niezaleŜnie od rezultatów badań
krytycznej teologii — z samego nakazu miłości wroga! Co więcej, wynikałoby to juŜ z przykazania miłości
bliźniego, przez jednego z najprzyzwoitszych antycznych chrześcijan, Ojca Kościoła Bazylego (który cały
swój ogromny majątek, podlegający opodatkowaniu przez trzech władców, niezwłocznie i całkowicie
podarował biednym) skomentowanego takim oto zdaniem: „Kto kocha bliźniego swego jak siebie samego, ten

nie posiada więcej niŜ bliźni”. (Niestety, byłoby to śmieszne, gdybyśmy choćby przez chwilę jeszcze
kontynuowali tę myśl — śmieszne, trzeba to przyznać, w obliczu praktyki chrześcijańskiej, ale i komunistycznej).

Zajmijmy się jednak, na zakończenie, nieco mniej utopijnymi pomysłami reformy, bo czyŜ nie
reformowano od niepamiętnych czasów? CzyŜ juŜ drugie pokolenie chrześcijan nie reformowało tego, co
pozostało po pierwszym, czy Kościół pokonstantyński nie reformował przedkonstantyńskiego: reformowali
Bonifacy i Hugo z Cluny; reformowano w Górze, Brogne, Hiersau, Siegburgu, Ein-siedeln; reformowano w
Konstancji, Bazylei, Trydencie. Reformowano — i to niemało — w Rzymie.
Innocenty III, który nie tylko antycypował hitlerowską gwiazdę dla śydów, nie tylko wprowadził do
prawa kanonicznego mnóstwo surowych sankcji antysemickich oraz podjudził chrześcijan przeciw
albigensom i waldensom — „powstań i przepasz sobie miecz”, dobrze znany chrześcijański język, na który
zareagowano tak wymordowaniem dwudziestu tysięcy mieszkańców Beziers, jak równieŜ rozpoczęciem
dwudziestoletniej (oczywiście „świętej”) wojny domowej — ale który ponadto tak był uwikłany w
konszachty wojenne i finansowe, Ŝe biskup Jakub z Vitry wyrzekał, iŜ nie pozwalano juŜ na mówienie o
sprawach duchowych, jest uwaŜany za jednego z największych reformatorów wśród papieŜy. A Luter
okazywał się, gdy reformował to, co naprawdę istotne, jak wiadomo, bardziej papieski niŜ papieŜ i chyba
posłał na stos więcej czarownic, stał się o wiele zajadlejszym antysemitą (na którego słusznie powoływał się
w Norymberdze Streicher), Ŝądał, by wszystkie synagogi i szkoły Ŝydowskie podpalono, „by zburzono ich
domy”, „by odebrano im modlitewniki i pisma talmudyczne”, „by zabroniono im u nas publicznego chwalenia
Boga, dziękowania mu, modlitw, nauczania, i to pod karą śmierci”, i wzywał teŜ szlachtę do „duszenia,
dźgania, zabijania po kryjomu i otwarcie, jak komu wypadnie” wyzyskiwanych przez nią chłopów, „tak jak
trzeba zabić wściekłego psa”; był to reformator tak wybitny, Ŝe sam przyznał: „Największymi mordercami są
kaznodzieje […]. Ja, M. Luter, pokonałem wszystkich zbuntowanych chłopów, bo kazałem ich zabić; cała ich
krew spada na mnie. Ale przypisuję to naszemu Panu i Bogu, on przykazał mi tak mówić”.
Oczywiście jak zawsze: w imieniu Boga! Najgorsze gangster-stwo w dziejach świata zawsze w jego
imieniu. I tak to, z Bogiem, dalej odnawiali oni i doskonalili, po dziś dzień trwa bezustanna re-formatio in
capite et membris: z etycznego punktu widzenia ciągle wielkie masakry — aŜ po dwie wojny światowe,
czczone jako „kru-q’aty” i prowadzone przy znaczącym poparciu Kościoła (czemu towarzyszyły papieskie
apele o pokój!). A w dogmatach coraz dziwniejsze zmyślenia — aŜ po dogmatyzację (przez wiele stuleci
podawanego w wątpliwość równieŜ w Rzymie) cielesnego wniebowzięcia Maryi, za sprawą niesławnej
pamięci Pacellego, który — choć bardzo niechętny proletariatowi — był w tak cudownych stosunkach z ową
Ŝoną galilejskiego cieśli (podobnie teŜ z czołowymi faszystowskimi inicjatorami wojen i z wielkim
kapitałem), iŜ ukazała mu się na niebie w trzy kolejne dni (o godzinie szesnastej) w roku 1950, w którym to
został zdefiniowany ów dogmat.
O BoŜe — naprawdę nie mogę się powstrzymać, muszę go wezwać — a więc pojawiają się nowi
reformatorzy? Inspiratorzy ekumenizmu i tacy, co go realizują? Rzecznicy unae sanctael Inicjatorzy dialogu
ze światem? Ewangelizatorzy ateistów? Ci, którzy otwierają się na lewo i na prawo? W jakim charakterze się
pojawiają, jaka jest ich funkcja? Chyba jednak pojawiają się jako ci, co przedłuŜają owo nieszczęście,
wykonawcy zaleceń hierarchii, która właśnie dzięki nim — jak po kaŜdej reformie — będzie nadal
egzystować, ciesząc się jedynie uszczęśliwiającymi benefi-cjami i jedynie uszczęśliwiającą władzą, mając do
dyspozycji biskupów i kapelanów polowych, całą armię asystujących teologów „moralistów”, i mając
papieŜa, który gdy giną ludzie, wzrusza apelami o pokój i przypomina o przysiędze wojskowej! Reformatorzy?
Zaledwie kosmetycy trupa. Mianowani konserwatorzy zwłok, co juŜ cuchną i nie potrzebują
reformy, lecz rakarza, który by je uprzątnął.
„Dar Konstantyna”
CzyŜby świat chciał być oszukiwany? Zwłaszcza w tym, z czym wiąŜe największe nadzieje — w
religii. I najbardziej przez tych, co wymyślili „zboŜne oszustwo”? Jak pisze jeden z naszych klasyków teolog
Herder, nie było ono „juŜ wkrótce grzechem, lecz zasługą na chwałę boŜą i ku zbawieniu dusz”.

Fałszerstwa zaczynają się w Nowym Testamencie i niebawem przewaŜają nad prawdą, a twierdzenie,
iŜ w średniowieczu istniało niemalŜe tyleŜ sfałszowanych dokumentów, annałów, kronik, ile prawdziwych,
nie jest chyba przesadzone; trzeba dodać, Ŝe aŜ po właściwe średniowiecze oszustami byli prawie wyłącznie
duchowni. (Albo, jak to eufemistycznie wyraŜa historyk Bosi: „Prawdą jest, Ŝe fałszerze prawie nigdy nie byli
ludźmi świeckimi”). Niezliczeni przedstawiciele kleru, zakonnicy, przysparzali w owych czasach swojemu
Kościołowi, poprzez fabrykowanie fałszywych dyplomów lub interpolację dyplomów oryginalnych, korzyści
politycznych, ekonomicznych, prawnych, krótko mówiąc: pieniędzy, władzy, prestiŜu.
Ale fałszerstwo, o którym teolog Kantzenbach mówi, Ŝe „nie miało właściwie znamion przestępstwa”,
zapewne dlatego, iŜ jest największym i najskuteczniejszym — tak zwany „dar Konstantyna” — zostało
dokonane w połowie VIII wieku. Jakie było jego tło historyczne, jakie motywy i jaki cel?
Wcześniej papieŜe, coraz potęŜniejsi dzięki tym, co stali nad nimi, dzięki wschodniorzymskim
cesarzom, doprowadzali stopniowo do skutku separację od wschodniego imperium — z pomocą
Longobardów. Gdy jednak ci ostatni zapragnęli dla siebie całej Italii, stali się zbyt niebezpieczni dla papieŜy.

I jeśli przedtem Rzym zwracał się razem z imperium wschodnim przeciw jego wrogom, potem zaś razem z
Longobardami przeciw imperium wschodniemu, to teraz uciekł się do pomocy Franków dla pokonania
Longobardów. PapieŜ Grzegorz III usiłował niejednokrotnie podjudzić Karola Młota przeciwko królowi
Longobardów Liut-prandowi, chociaŜ byli oni zaprzyjaźnieni.
PodŜeganie do wojny odbywało się przy pomocy świętego Piotra i stało się juŜ bardzo modne w
polityce kościelnej. Nawet w pierwszych listach do Karola Młota czytamy: „Budujemy na tym, iŜ darzysz
świętego księcia apostołów Piotra i nas samych synowską miłością i Ŝe przez wzgląd na cześć, jaką Ŝywisz
dla niego, zastosujesz się do naszych zaleceń”. „Wysłuchaj Ŝyczliwie mojego Ŝądania, bo wówczas ksiąŜę
apostołów wpuści cię do Królestwa Niebieskiego”. „Zaklinam cię na Ŝywego, prawdziwego Boga i na
najświętsze klucze grobowca świętego Piotra, które przesyłamy ci w darze, byś nie przedłoŜył przyjaźni dla
królów longobardzkich nad miłość do księcia apostołów”. „Upominamy cię w obliczu Boga i jego strasznego
sądu”. „Obawiamy się, iŜ zostanie ci to poczytane za grzech” — długo kontynuowana taktyka kija i marchewki.

Na nic nie zdały się jednak pochlebstwa i groźby, dary w postaci wielce wątpliwych relikwii, ogniwa
łańcuchów, które krępowały niegdyś księcia apostołów.
Późną jesienią 741 roku zmarli obaj: Karol Młot i Grzegorz III, ten, który jako ostatni z biskupów
Rzymu poprosił rezydującego w Konstantynopolu cesarza o potwierdzenie swojej godności. I gdy następca
Grzegorza papieŜ Zachariasz (741-752) przechytrzył Longobardów w ten sposób, Ŝe na pozór całkiem
legalnie pozbawił ich starego króla niejednego kasztelu i rozległego lenna, a nowy król z Ŝoną i córką trafili
za sprawą papieŜa — juŜ to nakłonieni perswazją, juŜ to zmuszeni — do klasztoru, i gdy brat Ratchisa
longobardzki król Aistulf zaczął brać odwet, wówczas nowy papieŜ Stefan II pospieszył do Franków.
W środku zimy w Ŝałobnym stroju przekroczył Alpy. Na początku stycznia 754 roku padł razem ze
swą świtą na podłogę zamku Pepina w Ponthion, koło Chalons nad Marną, ubrany w worek, z głową
posypaną popiołem, i przez łzy, powołując się na zasługi świętych apostołów Piotra i Pawła, błagał Pepina, by
ten wyrwał i jego, i wszystkich Rzymian z rąk Longobardów. „Nie chciał wstać — opowiada frankijski
kronikarz — dopóki król, jego synowie oraz dostojnicy spośród Franków nie podali mu rąk i nie podnieśli go
z podłogi na znak przyszłej pomocy i wyzwolenia”.

Pepin został osadzony na tronie przy aprobacie papieŜa Zachariasza w roku 751, kiedy to prawowitego
króla Childeryka III, ostatniego Merowinga, postrzyŜono i umieszczono w klasztorze. Teraz oto ów uzurpator
i krzywoprzysięzca, który jako pierwszy nazwał siebie trafnie władcą „z boŜej łaski”, przysiągł, iŜ docenia
„poŜyteczną rolę świętego Piotra w cesarstwie rzymskim”; wkrótce po tym papieŜ przywłaszczył sobie
prerogatywy cesarza i mianował Pepina oraz jego synów patrycjuszami Rzymian. Tytuł patricius
Romanorum, do 751 roku noszony przez cesarskiego namiestnika, egzarchę Rawenny, oznaczał wszelako
jaskrawe pogwałcenie prawa i faktyczne oderwanie się od Bizancjum.

PapieŜ wciąŜ wspominał podówczas o „państwie błogosławionego Piotra i świętym Kościele
boŜym”. W kwietniu 754 roku, podczas zgromadzenia rady państwa Franków w Ouierzy (Carisiacum),
zostaje postanowiony „dar Pepina”, równoznaczny z utworzeniem Państwa Kościelnego. Pepin obiecuje
Stefanowi II ogromne terytoria, przyrzeka świętemu Piotrowi coś, co wcale nie jest jego, Pepina,
własnością, lecz naleŜy do cesarza: większość ziem włoskich, zwłaszcza Ŝe cesarz Konstantyn jakoby juŜ
wcześniej obiecał o wiele więcej.

Jeśli wszystkie wskazówki nie są mylące, to tak zwany dar Konstantyna — najbardziej
spektakularna kulminacja niezliczonych szalbierstw duchowieństwa w średniowieczu — zrodził się na
początku lat pięćdziesiątych VIII wieku w otoczeniu Stefana II, prawdopodobnie jeszcze przed jego
podróŜą do państwa Franków. Według Waltera Ullmanna i innych badaczy, wszystko wskazuje na to, Ŝe
„miejscem narodzin tego falsyfikatu była kancelaria papieska”. Nawet katoliccy historycy papiestwa
Seppelt i Schwaiger piszą przecieŜ: „Ów dokument został zapewne sporządzony w kręgach rzymskich,

być moŜe z okazji podróŜy Stefana II do państwa Franków, Ŝeby nakłonić króla Pepina do spodziewanych
donaqi terytorialnych we Włoszech”.

Potrzebny był tytuł prawny do owych nader finezyjnie uzyskiwanych ziem. Prawdopodobnie
właśnie podczas sesji rady państwa w Ouierzy przełamał Stefan opór Pepina za pomocą dokumentu,
który ogłaszał świętego Piotra prawowitym suwerenem i właścicielem ziem włoskich, papieŜa zaś osobą
obdarzoną godnością cesarską, wręcz cesarzem Zachodu.

Wzorem dla sławetnego Constitutum Constantini była, powstała chyba w Rzymie pod koniec V
wieku, Legenda sancti Siłve-stń, jedna z najpoczytniejszych opowieści hagiograficznych chrześcijaństwa,
znana we Włoszech, w Anglii, w państwie Franków. Posługując się tym gatunkiem literackim, kler
często dokonywał aktów o znaczeniu historycznym. JuŜ na początku VI wieku, kiedy toczyli ze sobą
wojnę papieŜ Symmachus i antypapieŜ Wawrzyniec, owa legenda znalazła zastosowanie przy okazji
fałszerstw Symmachiańskich, którymi chciano na wszelkie moŜliwe sposoby dowieść, Ŝe nikt nie moŜe
sądzić papieŜa.

Jak czytamy w tej obiegającej świat w rozmaitych wersjach, przekazanej w setkach odpisów
postylli, cesarz Konstantyn był prześladowcą chrześcijan, za co został ukarany wysypką na ciele, z której
go jednak papieŜ Sylwester wyleczył, a potem ochrzcił. Ale faktycznie Konstantyn nigdy nie
prześladował chrześcijan, lecz uprzywilejowywał ich niebywale, nigdy nie dręczyła go wysypka i nigdy
nie został teŜ ochrzczony przez Sylwestra; tym, który go ochrzcił, był przecieŜ biskup Euzebiusz z
Nikomedii, „kacerz” ariański, a stało się to dopiero w roku 337, gdy cesarz był na łoŜu śmierci, papieŜ
Sylwester zaś nie Ŝył juŜ od dwóch lat. (Kościół czci Sylwestra 31 grudnia — tak jakby w kaŜdy ostatni
dzień roku chciał sobie przypomnieć, co mu zawdzięcza).

Przyjmując za podstawę bajkę, sfabrykowano dokument, którym papiestwo w oszukańczy sposób
uzyskało dla siebie Państwo Kościelne, zalegalizowało swą władzę świecką i wręcz odwróciło sytuację,
jaka panowała do tego czasu. Zgodnie z owym prawem konstytucyjnym cesarz rzymski, któremu
papiestwo dotąd podlegało, został oto podporządkowany papiestwu!

Dokument ten jest sformułowany jako edykt cesarza Konstantyna I (306-337) wydany dla papieŜa
Sylwestra I (314-335), z datą i własnoręcznym podpisem Konstantyna oraz tegoŜ adnotacją, iŜ on sam
spisał go u grobu świętego Piotra. Z wdzięczności za cudowne wyleczenie się z wysypki cesarz darowuje
Rzym oraz cały Zachód Sylwestrowi i jego następcom. Konstantyn potwierdza uroczyście prymat
papieŜa nad patriarchatami Antio-chii, Aleksandrii, Jerozolimy, Konstantynopola i prymat na całym
globie. Zezwala biskupowi Rzymu na uŜywanie wszelkich oznak godności cesarskiej, przyznaje mu
cesarski majestat. PapieŜ ma być głową wszystkich Kościołów, arcykapłanem świata. Monarcha
przekazuje w darze jemu i jego następcom pałac cesarski na Lateranie, miasto Rzym, miasta i prowincje
Italii oraz cały Zachód. Sam władca — tak kończy się ten falsyfikat — zamierza przenieść swoje
imperium na „obszary wschodnie”. Albowiem „nie godzi się, by cesarz ziemski sprawował władzę tam,
gdzie powstało wspaniałe państwo i załoŜona została stolica chrześcijaństwa”. KaŜdy, kto okaŜe się na
tyle zarozumiały, by chcieć sprzeniewierzyć się temu edyktowi, zostanie — jak czytamy — skazany
przez cesarza na banicję.
Co skłoniło Pepina do pogodzenia się z tą „donacją” — wyrazem skrajnej megalomanii i
niepospolitej Ŝądzy władzy?

Ani jedno słowo w aŜ pięćdziesięciu listach papieŜy do Karolingów, od Karola Młota po Karola
nazywanego Wielkim, nie wskazuje na jakąkolwiek realną korzyść polityczną, na prawdziwy poŜytek dla
Franków — bo teŜ Ŝadnych korzyści nie było! Zamiast tego chytrze i nieodmiennie kuszą papieŜe
przychylnością straŜnika bramy niebios, świętego Piotra, nagrodą na tamtym bądź juŜ na tym świecie, ale
oczywiście straszą teŜ wiecznymi karami; za papieŜem stał zawsze właściwy partner kontraktu, święty Piotr
we własnej osobie, którego kult owi „namiestnicy” rozwijali systematycznie, zwłaszcza wśród Anglosasów i
Franków; na przełomie VII i VIII stulecia był to juŜ ich najwaŜniejszy święty. Adresatami dziesiątków
zachowanych z epoki Merowingów dokumentów były klasztory pod wezwaniem świętego Piotra, których od
czasów Dagoberta I powstało około trzydziestu. Germanowie zaczęli niebawem czcić Piotra jako gwaranta
chwały doczesnej i niebiańskiej, jako wielkiego protektora i wojownika, jako straŜnika bramy niebios. Do
jego rzekomej krypty grobowej pielgrzymowali z najdalszych krajów nawet ich królowie, a niektórzy
wyzbywali się tam koron i bogactwa i przywdziewali habity. Wybieg z wykorzystaniem postaci świętego
Piotra — o którym nie wiadomo, ani gdzie, ani kiedy umarł, bo wszelkie relaqe na ten temat to „sagi i
bajki” (Kalwerau) — umocnił wczesnośredniowieczną Kurię jak mało które z innych jej poczynań i,
powtórzmy za Gregoroviusem, „ugruntował w istocie… świecką władzę papieŜy”.
Krótko mówiąc, do posłuszeństwa zmusiły Pepina względy nie polityczne, ale czysto religijne. Przy
swym wielkim doświadczeniu wojennym był on bowiem w kwestiach „metafizyki” dosłownie krwawym
laikiem, który po prostu okazywał posłuszeństwo „rzymskiej wyroczni” (Zwólfer), dla którego „miłość do

świętego Piotra” stanowiła wytyczną postępowania — jak mówi Heller, był to człowiek naiwny, myślący
podług swoich zmysłów, któremu Stefan II, znając go na co dzień, mógł obiecywać i grozić: „Nie spraw mi
zawodu, a nie zostaniesz odtrącony u bramy do Królestwa Niebieskiego i odłączony nagle od swojej
najmilszej małŜonki!”

W dniu 28 lipca 754 roku w kościele w Saint-Denis papieŜ jeszcze raz godnie namaścił w imieniu
Trójcy Świętej majordoma Pepina, którego odtąd zawsze nazywał „kumem”. Namaścił równieŜ jego synów,
Karola i Karlomana, czyniąc ich królami „z boŜej łaski” (Dei gratid), by tym sposobem umocnić prawowitość
władzy uzurpatora. GroŜąc karami kościelnymi, Stefan zabronił Frankom wszelkich elekq’i królów innego
pochodzenia. Pepin ze swej strony przysiągł po tym „boskim potwierdzeniu” jego panowania, iŜ będzie
szanował prawo, zapobiegał grabieŜom i niesprawiedliwości, chronił i powiększał mienie Kościoła, co w
istocie oznaczało waśnie, grabieŜe i bezprawie, tym bardziej Ŝe Pepin narzucił płacenie klerowi dziesięciny
poprzez ustawę państwową, a z ziem dzierŜawionych od Kościoła zaŜądał nawet podwójnej dziesięciny (nona
et decima).

Wszystkie te negocjaq’e, przysięgi, obietnice, w otoczce kurialnej „metafizyki”, oznaczały oczywiście
po prostu wojnę, który to cel papieŜ osiągnął chyba przede wszystkim dzięki „darowi Konstantyna”.
śaden król frankijski nie wojował co prawda z Longobar-dami od ponad stu lat, od czasów
Merowinga Childeberta II Lon-gobardowie nie czynili niczego, co mogłoby zostać poczytane za akcję
nieprzyjazną. Frankowie widzieli w nich spokrewnione plemię, byli ich przyjaciółmi i towarzyszami broni juŜ
od czasu walk z Arabami. Dlatego teŜ frankijscy wielmoŜe stawiali rzymskim Ŝądaniom opór mający
niemalŜe znamiona buntu. Część wielkich panów groziła porzuceniem króla. Jego rodzony brat, były majordom
Karloman pospieszył z Monte Cassino, by zapobiec wojnie albo, powtórzmy za biografem papieŜa, by
„udaremnić dzieło świętego Kościoła”. Karloman wywarł głębokie wraŜenie na Frankach, został jednak przez
Stefana dyscyplinarnie zamknięty w jednym z klasztorów Vienne, gdzie wkrótce zmarł. W areszcie klasztornym
znaleźli się teŜ jego postrzyŜeni i przemocą ubrani w habity synowie. Tak jak przed trzema laty papieŜ
Zachariasz dopomógł Pepinowi w usunięciu prawowitych władców, Merowingów, tak teraz Stefan udzielił
mu wsparcia w pozbyciu się jego własnych krewnych.

A jednak Pepin, niegdyś na dworze w Pawii adoptowany przez Longobarda Luitpranda, co
zobowiązywało Germanina do bezwzględnej wierności przez całe Ŝycie, latem 754 roku przebył ze swoimi
wojskami i razem z papieŜem Mont Cenis. Stało się to, jak usilnie zapewniał, tylko z miłości do świętego
Piotra, w nadziei na nagrodę od Boga. Armia longobardzka została wzięta w kleszcze — od przodu i od tyłu
— i poniosła klęskę. Król Aistulf, który ledwo uszedł z Ŝyciem, zawarł bardzo niekorzystny dla siebie pokój.

PapieŜ jednak, uzyskawszy to, do czego Pepin zobowiązał się w Ponthion, ale nie to, co mu obiecał w
Quierzy, nadal podŜegał do wojny, której Frankowie mieli juŜ serdecznie dość. Ledwo wrócili do domów,
Aistulf złamał narzucony rozejm. I gdy spustoszył kraj, okradł go z relikwii, otoczył ze wszystkich stron
Rzym, przez trzy miesiące oblegając bronione przez frankij-skiego opata Warnehara miasto, pontifac
majdmus nawoływał do błagalnych procesji i w jednej z nich sam niósł krzyŜ z bazyliki na Lateranie z
przypiętym doń traktatem — zerwanym przez króla Longobardów.
Nieustannie docierały odtąd do uszu Pepina papieskie wołania o pomoc, ów Rzymianin błagał,
zaklinał, uŜywał wszelkich rejestrów swojej kaznodziejskiej i retorycznej sztuki perswazji. Na wypadek
nieposłuszeństwa zagroził bowiem Pepinowi i jego synom ekskomuniką, a nawet swoistym przyspieszonym
sądem ostatecznym.

W wielu listach tak do niego, jak i do świeckich oraz duchownych dostojników państwa Franków, do
wojska i całego narodu — swoich „przybranych synów” — odmalowywał papieŜ wymownie nieszczęścia
świętego Piotra: zniszczone winnice, pomordowane dzieci, zhańbione siostry zakonne. Twierdził, iŜ nikt nie
potrafiłby opowiedzieć o tym, co uczyniono Kościołowi, tylko kamienie mogłyby to opłakać. Okropną łaciną,
naszpikowaną frazesami biblijnymi i słownictwem rodem z najohydniejszego Ŝargonu bizantyńskich
kancelarii (od „słodkiego jak miód spojrzenia i oblicza” po „Waszą miodopłynną Wysokość” i ludzi
„kąpanych w bosko-ści”, deifluo), wyrzekał, kusił, ostrzegał, powołując się na Pana Naszego, na Najświętszą
Marię Pannę, na świętego Piotra, na wszystkie niebiańskie zastępy, męczenników i głosicieli wiary, nakłaniał
/ jednej strony do dokończenia zboŜnego dzieła i oddania świętemu Piotrowi tego, do czego ma on
„prawo”, z drugiej zaś strony zachęcał, by pomyśleć o „zbawieniu duszy”. „I ty, i twoi urzędnicy będziecie
musieli ze wszystkiego zdać sprawę przed sądem boŜym”. „W dniu strasznego sądu odpowiecie przed
Bogiem i świętym Piotrem. Wiedzcie, Ŝe ksiąŜę apostołów […]” itd., itd.
Skoro sam (!) ksiąŜę Piotr napisał w końcu do Franków, i oczywiście w równie złym stylu, strasząc
„groźnym Stwórcą wszechrzeczy” i znowu kusząc „wieczną nagrodą i nie kończącymi się nigdy rajskimi
rozkoszami” — byleby się pospieszono, byleby się pospieszono! — Frankowie rozpoczęli w 756 roku drugą
wojnę. Pepin przekroczył jeszcze raz Alpy i znów tylko gwoli odkupienia grzechów, z miłości do świętego
Piotra, którego frankijscy wojownicy wzywali juŜ teraz przed swoimi bitwami. Powtórnie pokonali
Longobardów i znowu podyktowali zwycięŜonym twarde warunki pokoju. I juŜ w następnym roku doniósł
Stefan królowi Franków o śmierci „tyrana”, tego, który „poszedł za szatanem, upijał się krwią chrześcijan,

burzył kościoły”; o tym, Ŝe „przebity boŜym sztyletem, spadł on w piekielną czeluść”.
PapieŜ miał się z czego cieszyć. Uzyskał władzę nad Rzymem, nad egzarchatem, nad Pentapolis.
Zagarnął dwadzieścia dwa grody na pomoc i na wschód od Apeninów, które stanowiły odtąd razem z
księstwem rzymskim „dziedzictwo świętego Piotra”, średniowieczne Państwo Kościelne. Bizancjum mogło
się spodziewać i spodziewało się, Ŝe Pepin jemu przekaŜe to terytorium. Ale pełnomocnik Pepina opat Fulrad
z Saint-Denis ruszył od grodu do grodu, niewoląc najznakomitszych mieszczan jako zakładników i składając
klucze od miejskich bram u stóp świętego Piotra. Pepin przekazał bowiem owe ziemie odpowiednim
dokumentem jemu i jego namiestnikowi we wieczne władanie, a sprzeczne z tym legatem roszczenia
greckiego cesarza odrzucił, oświadczając, Ŝe stało się to nie dla dobra jednego człowieka, ale przez miłość do
świętego Piotra i gwoli zbawienia duszy.
Wdzięczny kler juŜ w VIII wieku nazywa Pepina „Dawidem”, „Salomonem”, „nowym MojŜeszem”. A
Franków wychwala papieŜ Paweł I (757-767) jako „święty naród”. Kuria miała przecieŜ teraz swoje państwo,
Państwo Kościelne. Ale z czasem i kaŜdy inny biskup, kaŜdy opat zapragnął tego, co posiadał biskup Rzymu
— własnego „państwa kapłańskiego”. I tak jak papieŜe uzyskali to swoje w następstwie wojen i oszustw, a
potem przez całe tysiąclecie starali się je dalszymi wojnami i szalbierstwami zachować i powiększyć, tak teŜ
pozostali ksiąŜęta Kościoła toczyli niezliczone boje i — biorąc przykład z Rzymu — fabrykowali niezliczone
dowody darowizn, nie mniej kłamliwe niŜ akt „darowizny Konstantyna”.
Co prawda początkowo wykorzystywano ów akt bardzo wstrzemięźliwie, kultywowano tylko pamięć
o pierwszym chrześcijańskim cesarzu i jego wzorowym zachowaniu, ale nigdy nie czyniono uŜytku z samego
dokumentu, nigdy Constitutum Con-stantini nie słuŜyło do legitymizacji uroszczeń. Prawdopodobnie równieŜ
papieŜe uznawali ów dokument za fałszywy. Pierwszy powołuje się nań Hadrian I — w swojej
korespondencji z Karolem „Wielkim”. Dopiero jednak w połowie IX wieku, gdy ten falsyfikat uzyskał juŜ
pewien prestiŜ, stał się dokumentem prawnie wiąŜącym i został zarówno włączony w inne wielkie fałszerstwo
Kościoła. Dekretałpseudo-Izydora, jak teŜ w końcu uwzględniony w licznych innych kodeksach
kanonicznych. Ekspansywna polityka terytorialna papiestwa, które podporządkowywało sobie stopniowo
róŜne księstwa i całe królestwa, miała swoją podstawę prawną w owej rzekomej darowiźnie; powołuje się na
nią nadal to „Państwo Kościelne”, które istnieje obecnie.

Nie licząc pewnych wyjątkowych sytuacji, ów dokument spoczywał, właściwie nie wykorzystywany,
przez trzysta lat w kościelnych archiwach. Kiedy jednak przyzwyczajono się do tego ogromnego „daru”, a
falsyfikat stał się dokumentem nadzwyczaj autorytatywnym, zaczął odgrywać wielką rolę. Ze względu nań
Kościół wyklinał kaŜdego, kto przywłaszczał sobie majątek Kurii albo w jakikolwiek sposób sprzyjał takiemu
przywłaszczeniu.

Szczególnie często powołuje się na ten dokument tak zwane papiestwo czasu reformy. W ówczesnej
korespondencji papieskiej są przytaczane jego dłuŜsze fragmenty. Leon IX (1049-1054) motywuje nim — i to
z naciskiem — prymat papieski; papieŜ interpretuje przy tej okazji ów dar jako zwrot, z donere czyni reddere:
cesarz zwrócił zatem poniekąd Bogu to, co od Niego otrzymał. W ten sposób uniknął Leon wywołania
wraŜenia, Ŝe Kościół był niegdyś zdany na cesarską łaskę.
Pełną autorytatywność osiągnęło Constitutum Constantini dzięki Grzegorzowi VII. Stało się ono
wówczas uznanym elementem prawa kanonicznego. I w czasie wojny przeciw Henrykowi IV, który nigdy nie
akceptował papieskich ambicji opartych na zwykłym oszustwie, Grzegorz zaŜądał, zarówno przy wyborze
pierwszego antykróla Rudolfa Szwabskiego w roku 1077 jak i przy elekq’i drugiego antykróla Hermana von
Salm w 1081 roku, przysięgi zawierającej uznanie owego klerykalnego szalbierstwa.
Powołując się na nie, Grzegorz IX podkreślał wręcz — w XIII wieku — Ŝe według Konstantyna
papieŜ sprawuje nie tylko rząd dusz na całym globie, lecz takŜe rządy nad wszystkimi ludźmi i rzeczami; nie
mogło zatem istnieć niezawisłe cesarstwo, prawdziwym cesarzem był przecieŜ papieŜ. Podobnie podczas
ostatniej wielkiej kampanii średniowiecznego Rzymu przeciw cesarstwu, przeciwko Ludwikowi
Bawarskiemu w XIV wieku, w wielu kręgach za właściwą podstawę prawną akcji Kościoła uchodził „dar
Konstantyna”. Jeszcze w roku 1433 musiał zobowiązać się do honorowania go przyszły cesarz Zygmunt. Tak
długo bowiem uwaŜano owo gigantyczne fałszerstwo, którego skutki trudno przecenić i bez którego
papiestwo nie osiągnęłoby pewno swej przyszłej potęgi i późniejszego autorytetu, za autentyczny dokument.
Zdarzyli się jednak tacy mądrzy ludzie, którzy nie dali się zwieść.
Po raz pierwszy określił cesarz Otto III (983-1002) w niezwykłym zgoła dokumencie skierowanym
przeciw Sylwestrowi II (999-1003) ów „dar”, później uznawany nawet przez Dantego za prawdziwy — jako
niewaŜny pod względem prawnym. W wieku XII tamto oszustwo zostało zdemaskowane przez zwolenników
Arnolda z Brescii. Jeden z jego uczniów Rzymianin imieniem Węzeł pisał w liście do Fryderyka Barbarossy
— wkrótce po wyborze tego ostatniego na króla Niemiec, a więc po roku 1152 — Ŝe cały ten „dar
Konstantyna” to bajka i kłamstwo, o czym w Rzymie wie się powszechnie i nawet kobiety i robotnicy
najemni potrafiliby tego dowieść najuczeńszym męŜom. W XIII wieku wątpił w autentyczność dokumentu
równieŜ monarcha tak niepospolity, jak Fryderyk II. W 1440 roku humanista Laurentius Valla, sekretarz
papieski i proboszcz bazyliki laterańskiej, definitywnie zdemaskował fałszerstwo. Gdy zaś u zarania

nowoŜytności papieŜ Aleksander VI (1492-1503) zaŜądał, opierając się na „darze Konstantyna”, od Wenecji,
by ta przekazała stolicy apostolskiej swoje wyspy na Adriatyku, poseł Wenecji zaproponował szyderczo Jego
Świątobliwości odnalezienie dokumentu i zapewnił, Ŝe na odwrocie zobaczy papieŜ uwagę, iŜ Adriatyk
naleŜy do Wenecji.

Historiografia rzymskokatolicka przyznała jednak dopiero w XIX wieku, Ŝe było to fałszerstwo. A
sama Kuria niejednokrotnie rościła sobie energicznie prawo do uzyskanych w ów podstępny sposób
przywilejów, a nawet dzisiaj opiera się na nich. Goethe, który „całą historię Kościoła określa jako
pomieszanie omyłek i przemocy”, mówi więc za mało. Nie jest ona bowiem nagromadzeniem omyłek, lecz
oszustw — zapewne nie w tym jednym, ale w tysiącach wypadków.

Polityka papieŜy w XX wieku
Syn Człowieczy nie miał na czym złoŜyć głowy. W Biblii jawi się jako Ŝyjący całkiem biednie.
Domaga się rezygnaq’i z wszelkiego majątku. śąda pracy misyjnej bez trzosa za pasem. I w pierwotnej
gminie istotnie panuje swoisty komunizm. Wywodzący się z niej ebionici równieŜ obstają przy wspólnocie
dóbr, czynią ubóstwo nieuchronnym obowiązkiem. Zostają co prawda uznani za kacerzy. Jeszcze jednak w IV
wieku zdarzają się tacy Ojcowie Kościoła, co głoszą: „Naśladujmy pierwsze zgromadzenie chrześcijan, u
których wszystko było wspólne” (Bazyli), „Wspólnota dóbr jest odpowiedniejszą formą Ŝycia niŜ posiadanie
prywatnej własności i jest ona naturalna” (Jan Chryzostom).
Ale juŜ w piątym stuleciu biskup Rzymu przewyŜsza bogactwem kaŜdego innego mieszkańca
imperium. W VIII wieku uzyskuje Państwo Kościelne, dopuszczając się oszustw i wywołując wojny. A
niebawem i sami papieŜe będą przywłaszczać sobie zamki, grody i całe księstwa. Inicjują pracę misyjną za
pomocą miecza. Prowadzą wojny obronne i zaczepne, wojny domowe, „święte wojny”. Rozpoczynają
„zbrojne pielgrzymki”, krucjaty. Jeszcze w XIX wieku posyła Grzegorz XVI w chwili wybuchu rewolucji
swoją soldateskę przeciwko Włochom, sprowadza teŜ na pomoc wojska austriackie. I nawet podczas
pierwszej i drugiej wojny światowej kapelani polowi na wszystkich frontach, reprezentujący wszystkie strony
walczące, popychają wiele milionów ludzi ku śmierci — papieŜe tymczasem wołają: „Zawrzyjcie pokój!
Pokój!”

A równocześnie dochodzi w dziejach papiestwa i do innych oszustw: za pomocą świętych pieluszek i
spódniczek, niezliczonych zębów i napletków Pana, mleka Matki Boskiej, piór, jaj Ducha Świętego. Zostaje
sfabrykowana Donatio Constantini, największe fałszerstwo w historii. Zostaje sporządzony Dekre-tał pseudo-
Izydora, przez wiele wieków sporządza się nieomal tyleŜ fałszywych dyplomów, annałów, kronik, ile
prawdziwych. I podczas gdy samemu sobie przyznaje się wszelkie moŜliwe przywileje, immunitety, prawo
nadawania tytułów hrabiowskich, prawa handlowe, celne, ulgi podatkowe, wszelkie moŜliwe statusy
wyjątkowe, podczas gdy papieŜe, biskupi, opaci Ŝyją często w niebywałym przepychu, miewają metresy,
burdele, banki, podczas gdy przekupują, szantaŜują, dopuszczają się szachrajstw, kiedy w grę wchodzą
godności, synekury, relikwie, bulle, podczas gdy roztrwaniają dobra kościelne obdarzając nimi krewnych,
faworytów, podczas gdy domagają się świętopietrza, procentów, płacenia za odpusty, podatków, dziesięcin i
dziewięcin, nie tylko wyzyskują, posuwają się do oszustw, intryg, ale i zadają śmierć, walczą przeciw sobie
nawzajem, sztyletem, trucizną; wdając się wciąŜ w spory prawne, kampanie wojenne, masakrują — tych, co
są po ich stronie, i tamtych, pogan, śydów, „kacerzy”, czarownice, Indian, Murzynów — to nie walka, to
rzeź! Krótko mówiąc: Wypełniają posłannictwo. Ewangelizują.
Często stwierdzano — najpierw Goethe, potem Dostojewski, Nietzsche, i wreszcie Henry Miller,
który napisał to w liście do mnie — Ŝe gdyby Jezus pojawił się znowu, to ukrzyŜowano by go jeszcze raz. Ale
tylko jeden z kardynałów Kurii był na tyle kompetentny, Ŝeby dodać: „tym razem jednak nie w Jerozolimie,
lecz w Rzymie”. lak, bo przecieŜ w Jeruzalem jeden poświęcił się dla innych, a w Rzymie poświęca się
innych dla siebie.
Tymczasem jednak wszystko znacznie się poprawiło, czyŜ nie tak? Przyjrzyjmy się więc temu — na
tym świecie ma się bowiem nie tylko do wyboru wycie w stadzie wilków albo beczenie wśród owiec.
Leon XIII (1878-1903)
Polityka Kurii na przełomie stuleci — za czasów Leona XIII i jego sekretarza stanu Rampolli
— była zorientowana szczególnie na Francję i carską Rosję. Sądzono, Ŝe przyszłość naleŜy do ludów
słowiańskich, i dlatego wspierano je, a w nagrodę spodziewano się rosyjskiego Kościoła
prawosławnego.

Leon XIII, Ŝądny papieskiej suwerenności i duchowej władzy nad całym światem, był właśnie tym
papieŜem, który miał siebie za bliskiego osiągnięcia owego celu. ChociaŜ publicznie, podobnie jak wszyscy
papieŜe od czasu utraty Państwa Kościelnego, potępiał wyścig zbrojeń, prywatnie oczekiwał jednak rychłej
wojny światowej i tak oto przedstawił jej „niechybne następstwa” w rozmowie z austriackim historykiem
Theodorem von Sickelem: „Kwestia wschodnia zostanie natychmiast rozwiązana i zarazem wyeliminuje się
islam; Rosja, która będzie korzystać ze wsparcia i rad Kościoła, podyktuje Europie pokój…” Mówiąc te
słowa, Leon XIII wstał i przepowiedział klęczącemu przed nim protestantowi Sickelowi: „A gdy to się
stanie, wy, protestanci, pójdziecie po prostu za przykładem Rosjan”.
W 1903 roku, gdy sędziwy papieŜ zgasł, obie wielkie koalicje — Francja-Rosja oraz Niemcy-
Austro-Węgry — wszelkimi sposobami dyplomatycznymi popierały kaŜda swojego zwolennika. Ale, jak
tyle razy przedtem, zwycięŜył, w siódmej turze wyborów, ktoś neutralny, patriarcha Wenecji Giuseppe
Sarto, odtąd Pius X— zmiana imion charakteryzuje papieŜy i hochsztaplerów.
Pius X (1903-1914)

Wybór Sarta — pozorny kompromis — okazał się wkrótce sukcesem państw centralnych.
Wychowany w austriackim regionie weneckim, we wrogości do Ŝyjących po sąsiedzku Słowian południowych,
Pius X pozostał przez całe swe Ŝycie wierny orientacji antysłowiańskiej. Dlatego teŜ cenił
starego, oddanego Kurii cesarza Franciszka Józefa i — jak sam twierdził — „przywiązywał zawsze
największą wagę do utrzymania bardzo dobrych stosunków z Austrią”. Przy pomocy bowiem Austrii,
której zaleŜało na Ukrainie, chciano podbić Wschód, skatolicyzować Bałkany i ujarzmić rosyjski Kościół
prawosławny — było to odwieczne marzenie Rzymu, które w róŜnych epokach usiłowano urzeczywistnić
ekspansją wojenną i dyplomatyczną, krucjatami, z pomocą niemieckich rycerzy w habitach i
szwedzkich wojsk, groźbami, mamieniem, niebywałymi oszustwami: tak oto, około 1605 roku, inscenizując
nie mającą sobie równej farsę, osadzono na tronie moskiewskim fałszywego cara,
prawdopodobnie zbiegłego mnicha, Dymitra Samozwańca, któremu papieŜ Paweł V zalecił w brewe z 10
kwietnia 1606 roku: „[…] jako Ŝe moŜesz swojemu narodowi nakazać wszystko, co zechcesz, przykaŜ mu
przeto, by uznał namiestnika Chrystusa!”

Przed pierwszą wojną światową nastąpiło takŜe zbliŜenie Kurii do cesarskich Niemiec, równieŜ
skorych do ekspansji na Wschód. A po aneksji tureckich prowincji Bośni i Hercegowiny przez Austrię
zaŜądano, Ŝeby zajęła ona ponadto Albanię — a stało się to na wiedeńskim Kongresie Eucharystycznym
w roku 1912. (Kongresy eucharystyczne odbyte zarówno tuŜ przed drugą wojną światową, jak i w
okresach nasilenia zimnej wojny, takŜe słuŜyły zaŜartej kampanii skierowanej przeciw Kościołowi
wschodniemu). W lipcu 1914 roku zaś, po zamordowaniu następcy tronu, minister spraw zagranicznych
Austrii hrabia Berchtold oświadczył ambasadorowi Niemiec, iŜ uwaŜa za wykluczone, by nawet taki
rząd, jak serbski, przełknął austriackie Ŝądania. Gdyby jednak tak się stało, to Austrii nie pozostawałoby
nic innego prócz prowokowania Serbii dopóty, dopóki nie zaistniałaby moŜliwość wkroczenia armii
austriackiej do Serbii.

Tego właśnie pragnął Pius X, papieŜ „na wskroś religijny”, „czysty niczym Parsifal”! WszakŜe
nie tylko niejednokrotnie i z dokładnością niemalŜe co do roku zapowiedział (pierwszą) wojnę światową,
globalny kataklizm, guerrone — la guerra che viene, w jego ustach prawie juŜ stereotyp — ale chciał teŜ
doczekać się ukarania Słowian „za wszystkie winy”, bo obawiał się, Ŝe w przeciwnym razie oddadzą się
oni gremialnie pod opiekę Rosji, „największego wroga Kościoła”. Sono tutti ąuanti barbari — wołał w
1913 roku. I Austro-Węgry powinny były ich pokonać — to nie ulegało wątpliwości. Nie kto inny jak
biskup pomocniczy Salzburga, późniejszy ksiąŜę-arcybiskup Waitz, przyznał w środku wojny, iŜ
„jednym z najwaŜniejszych kroków przygotowujących” do niej był „Kongres Eucharystyczny w
Wiedniu”. A wiedeński metropolita kardynał Nagel, szczególnie ceniony przez Watykan, chciał swego
czasu „wśród Słowian, rasy bezspornie zyskującej na znaczeniu” znaleźć „oparcie i szerokie zaplecze”
dla Kościoła, a nawet mówił o utworzeniu „katolickiego państwa słowiańskiego”.

TuŜ przed wybuchem tamtej katastrofalnej wojny za prowadzeniem walki opowiedział się teŜ na
łamach katolickiego tygodnika „GroBósterreich” późniejszy wiceburmistrz Wiednia E. K. Winter: „JuŜ
sześć lat czekamy na ostateczne rozładowanie wszystkich dręczących napięć, które odczuwamy tak
dotkliwie w całej naszej polityce. Wiemy, Ŝe tylko z wojny moŜe zrodzić się nowa i wielka Austria,
szczęśliwe, zapewniające swym ludom spokojną egzystencję państwo wielkoaustriackie, i dlatego
chcemy wojny. Chcemy wojny, bo Ŝywimy głębokie przeświadczenie, Ŝe tylko poprzez nią, w sposób
radykalny, raptowny, osiągniemy nasz ideał: potęŜną, wielką Austrię, w której austriacka państwowość,
austriackie posłannictwo, polegające na obdarzeniu ludów bałkańskich wolnością i kulturą,
rozkwitną w słonecznym blasku wielkiej, pomyślnej przyszłości. JuŜ dwakroć kazał nam los chwycić za
broń i dwakroć włoŜyliśmy ją z powrotem do pochew. Za trzecim i ostatnim razem czeka nas zbawienie.

Znowu nadarza się nam okazja do przypomnienia sobie o naszym historycznym zadaniu, byśmy stali się
hegemonem Bałkanów, znowu wskazuje nam palec boŜy drogę, którą musimy pójść, Ŝeby nawałnica
niedalekich juŜ wydarzeń nie zmyła nas z areny Ŝycia — tak jakby Austria nigdy nie istniała. Stawką jest
tu: być albo nie być! Jeśli chcemy egzystować nadal jako wielkie, kulturotwórcze, mocarne państwo i
jeśli chcemy sprostać naszemu historycznemu posłannictwu na Bałkanach i na Ukrainie w imię
katolicyzmu i europejskiej kultury, to musimy chwycić za miecze… Módlmy się do Boga, by tamtym, to
znaczy: kręgom nastawionym pojednawczo, niechętnym wojnie, nie udało się tym razem postawić na
swoim, i Bóg, którego jesteśmy narzędziami na tym świecie, wysłucha nas.”
Tak pisano w owym katolickim tygodniku, popieranym przez arystokrację i biskupów. I w
cesarstwie niemieckim „najgłośniejsze fanfary” słychać było z „szeregów kleru”; i tutaj właśnie prasa
ultramontańska domagała się, by jako ultima ratio przemówiły armaty (Jórg).
Nie dziwi więc, Ŝe 26 lipca 1914 roku baron Ritter, bawarski charge d’affaires w stolicy
apostolskiej, telegrafuje do swego rządu: „PapieŜ aprobuje stanowczość Austrii wobec Serbii. Kardy-nałsekretarz
stanu ufa, iŜ Austria tym razem nie ustąpi. Stawia sobie pytanie, kiedyŜ Austria mogłaby
prowadzić wojnę, jeśliby nie miała nawet tyle determinacji, by zbrojnie dać nauczkę obcemu rządowi
odpowiedzialnemu za zamordowanie arcyksięcia”. RównieŜ poseł austriacki hrabia Moritz Palffy
potwierdza w korespondencji z ministrem spraw zagranicznych, Ŝe „Jego Świątobliwość kilkakrotnie
wyraził Ŝal, iŜ Austro-Węgry poniechały ukarania swojego niebezpiecznego naddunajskiego sąsiada” i Ŝe
kardynał Merry del Val, sekretarz stanu, wyraził 27 lipca 1914 roku nadzieję, iŜ „monarchia zastosuje
środki ostateczne”.

Nazajutrz Austria, początkowo bynajmniej niezdecydowana na to, wypowiedziała Serbii wojnę,
ulegając takŜe — i przede wszystkim — presji Berlina. Później Merry del Val i przedstawiciele innych
kręgów zbliŜonych do Kurii rozgłaszali wiadomość, iŜ wybuch wojny złamał serce, zmarłemu 20
sierpnia 1914 roku, Piusowi X -r kto wie, czy raczej nie radość z tego powodu. A w roku 1954 został on
kanonizowany przez Piusa XII, wielkiego sprzymierzeńca faszystów. Ale, jak pisze Helvetius, gdy się
czyta legendy o świętych, znajduje się wśród nich tysiące kanonizowanych zbrodniarzy.
Nawet długo działający w Rzymie katolicki biskup Alois Hu-dal — uhonorowany Złotą Odznaką
Partyjną NSDAP — stwierdza po zapoznaniu się z aktami austriackiej misji dyplomatycznej w
Watykanie: „Jak wykazują relacje tego przedstawicielstwa, w kołach watykańskich uwaŜano wojnę z
Serbią z religijnego punktu widzenia za obrachunek ze schizmą, która umocniła się wśród
wszystkich ludów bałkańskich dzięki kulturalnej i ekonomicznej pomocy Kościoła rosyjskiego i której
katolicyzm nie zdołał się juŜ przeciwstawić mimo znacznego nakładu sił i środków. Powrót
prawosławnych pochodzenia słowiańskiego i narodowości rumuńskiej na łono rzymskiego Kościoła
wyraŜał się we wszystkich krajach bałkańskich znikomymi liczbami, niewartymi tego, by je wymieniać.”
Benedykt XV (1914-1922)

Następcę świętego Piusa, Giacomo delia Chiesa, Benedykta XV, człowieka raŜąco niskiego
wzrostu, nie całkiem proporcjonalnego, pochodzącego ze starej szlachty genueńskiej, poprzedzała nie
najprzychylniejsza fama. Przyczynił się do niej pewien epizod jeszcze z czasów pontyfikatu Leona XIII.
Ów papieŜ upatrzył sobie na przełomie stuleci na podsekretarza stanu niejakiego Tarnassiego,
zwolennika państw centralnych. Zachowanie pozorów neutralności wymagało przeciwwagi dla
całkowicie zorientowanego na Rosję i Francję, potęŜnego sekretarza stanu Rampolli. Ale Tarnassi zmarł
nagle w sposób zagadkowy w 1901 roku, kiedy to — jako w istocie jeden z najniebezpieczniejszych
adwersarzy Rampolli — mianowany kardynałem, miał się przenieść do Rzymu. „W Watykanie chodziły
słuchy o otruciu, bo śmierć Tarnassiego była nazbyt poŜądana, by — w mniemaniu Kurii — mogła
nastąpić z przyczyn naturalnych. Za mordercę uchodził Monsignore delia Chiesa” (Eduard Winter).
Tak czy inaczej, ów markiz i najbardziej zaufany uczeń Rampolli awansował zamiast zmarłego
tak nagle Tarnassiego na stanowisko podsekretarza stanu, a po śmierci Piusa X, co prawda dopiero w
szesnastej turze wyborów, został jego następcą.
Mimo Ŝe Benedykt XV był przeciwnikiem polityki Leona i zwolennikiem Francji, początkowo
działał na rzecz państw centralnych, zgodnie z pradawną strategią Watykanu: jeśli to moŜliwe, stać po
stronie najsilniejszego, przypuszczalnego zwycięzcy.
Niemcy zdąŜyły przecieŜ zająć całą Belgię, Królestwo Polskie i Litwę, zdobyły część Francji,
nadbałtyckich ziem imperium rosyjskiego, Białorusi; Serbia i Rumunia równieŜ zostały podbite. To
zrozumiałe samo przez się, Ŝe Kurii leŜał na sercu los Austro–Węgier. Nawet katolicki historyk papiestwa
Schmidlin przyznaje: „Naturalną koleją rzeczy juŜ w czasie wojny światowej — przy całej neutralności — w
zasadzie zarówno osobista, jak i oficjalna sympatia papieŜa była po stronie habsburskiej monarchii podwójnej,
ze względu na jej katolicki charakter przeciwstawianej schi-zmatyckiej Rosji, protestanckiej Anglii oraz

niewierzącej Francji.” Monarchia habsburska stanowiła przecieŜ jedyne wielkie mocarstwo pozostające w
ścisłych związkach z Watykanem, i to takie, które rokowało skuteczną obronę przed Słowiańszczyzną i prawosławiem.
Stolica apostolska uwikłała teŜ w wojnę po stronie państw centralnych Bułgarię, realizując w ten
sposób jeden z celów swej polityki wschodniej. I mając właśnie na myśli katolickie Austro-Węgry, Benedykt
jeszcze wiosną 1915 roku potwierdzał „całkowitą zbieŜność naszych interesów”.
I wówczas, gdy Włochy przystąpiły do wojny zwanej guer-rone albo nostra guerra, wojny
propagowanej z zapałem przez włoski kler oraz prasę i organizacje katolickie; wojny prowadzonej jako dalszy
ciąg walk przeciw Austrii, jako „czwarta wojna o niepodległość”, za „ujarzmionych braci” w Trydencie i
Trieście; wojny, w której błogosławiono wyruszające na front wojska, poświęcano sztandary, w której
walczyło z bronią w ręku ponad dwadzieścia tysięcy włoskich duchownych — papieŜ nadal stał po stronie
państw centralnych. Jemu i Kurii chodziło przy tym zarówno o przetrwanie katolickiej monarchii nad
Dunajem, jak i o własną egzystencję. Od roku 1870 bowiem, kiedy to doszło do konfiskaty Państwa
Kościelnego, stosunki stolicy apostolskiej z Włochami były bardzo napięte. Dostojnicy Kurii liczyli się teŜ
nadal ze zwycięstwem państw centralnych. Dlatego właśnie Benedykt XV ujawnił ich sztabowi generalnemu
w dniu 6 maja 1915 roku planowane przystąpienie Włoch do wojny. Tym samym papieŜ potwierdził inne
meldunki na ten temat, Austria zaś mogła przygotować się do odparcia włoskiego ataku, który został natychmiast
powstrzymany.

Dopiero gdy „szczęście wojenne” się odmieniło, równieŜ Watykan przeszedł do obozu ententy. Ale
„Osservatore Romano” pisał 24 maja 1919 roku: „Stolica apostolska w czasie wojny nieustannie
(costantemente) działała na rzecz państw ententy (a favore delie potenze dęli’ Intesa), zwłaszcza na rzecz
Belgii, Włoch i Francji”. Benedykt zaś oświadczył teraz: „Tę wojnę przegrał Luter”.
Póki jednak trwało owo dantejskie piekło, grał rolę całkowicie bezstronnego „papieŜa pokoju”. Ale w
jednym czasie wykrzykiwał pod adresem wyrzynających się chrześcijańskich narodów swoje piękne biblijne
nakazy, głosił pokój, pojednanie, miłość, i — przyjął na siebie odpowiedzialność za duszpasterstwo wojskowe,
które narzucało katolickim Ŝołnierzom wzajemne uśmiercanie jako najwyŜszy nakaz moralny, co było
najbardziej zbrodniczą hipokryzją w dziejach świata.

Nie potrafimy pojąć ani tego, ani jego chwiejnej polityki. W państwach centralnych określano go
przez pewien czas jako „francuskiego papieŜa”, w rozumieniu ententy był to „le papę bo-che”, on sam zaś
odnosił do siebie słowa Benedykta XIV o „męczeństwie neutralności”. W 1917 roku co prawda jeszcze raz
interweniował na rzecz państw centralnych, ale tylko ze strachu przed rosyjską rewolucją. Ta ostatnia musiała
wszystkich dostojników Kościoła przyprawić o lęk, zwłaszcza tak beznadziejnie konserwatywnego papieŜa,
wywodzącego się z włoskiej arystokracji papieŜa, który w swym orędziu urbi et orbi, wygłoszonym w pierwszym
dniu roku 1917, nie zawahał się powiedzieć: „Wobec Boga nie ma osób wyŜej postawionych, ale — jak
mówi święty Bernard — nie ulega wątpliwości, iŜ Bogu jest milsza cnota wielkich panów, bo jaśniej świeci.
Jezus Chrystus teŜ był szlachcicem, do szlachty naleŜeli i Maryja, i Józef”; mało tego: „namiestnik”
stwierdził, Ŝe panuje „doskonałe zrozumienie między Chrystusem a szlachtą na tym świecie”.
Ta wojna, guerrone, przyniosła Kurii ogromne zyski. Kardynał Gasąuet przyznał bez ogródek podczas
zjazdu katolików w Liver-poolu: „Zapanowało przekonanie, iŜ tym, który najwięcej skorzystał na wojnie, był
papieŜ!” Teraz jednak nie bał się on niczego tak, jak przewrotu na Wschodzie, tym bardziej Ŝe zaczęto się liczyć
z proliferacją rewolucji na Polskę i całą Europę. Dlatego teŜ Benedykt uznał wspólnoty unickie za czatę
rzymskiego Kościoła, której przypadło w udziale zadanie ruszenia z Białorusi i Ukrainy na Wschód i
pozyskanie prawosławnej Słowiańszczyzny dla papiestwa, co oznaczało inaugurację polityki
antybolszewickiej, kontynuowanej o wiele energiczniej przez jego następców.
„PapieŜ pokoju” Benedykt XV odszedł do wieczności w roku 1922; po nim przewodzili Kościołowi
dwaj kolejni papieŜe pokoju.

Pius XI(1922-1939)
Wpierw pojawił się w roli papieŜa jako Pius XI, Achille Ratti, wybrany w czternastej turze
głosowania. I z jego pomocą — w ramach programu pontyfikatu: „Pokój Chrystusowy w Królestwie
Chrystusa” (w Ewangelii brzmi to: „Pokój na Ziemi”) — pojawili się Mussolini, Franco, Hitler.
Mussolini, autor Nie ma Boga i Metresy kardynała, co prawda jeszcze w 1920 roku określał ludzi
poboŜnych jako chorych, drwił z dogmatów i stroił się w obelgi adresowane do klechów „niczym w wonny
wianek”. Ale juŜ w roku 1921 chwalił Watykan i katolicyzm tak Ŝarliwie, iŜ kardynał Ratti, którego dzielił
rok od wyboru na papieŜa, zawołał: „Mussolini robi szybkie postępy i Ŝywiołowo zdławi wszystko, co mu
stanie na drodze. Mussolini to wspaniały człowiek. Słyszycie? To wspaniały człowiek!”

I papieŜ, i Duce pochodzili z Mediolanu. Obaj nienawidzili komunistów, socjalistów, liberałów.
Pertraktowali ze sobą — co obaj potwierdzili — jeszcze przed farsą, jaką był „marsz na Rzym”, przez tego
nowego Cezara wykonany w wagonie sypialnym pociągu Mediolan-Rzym. „Pięć minut strzelaniny — stwierdził
wówczas szef sztabu generalnego, Piętro Badoglio — i nikt juŜ nie usłyszy nic o faszyzmie”. Ale Ŝe
Mussolini — w przeciwieństwie do poprzedniego reŜimu liberalnego — zniósł wolność prasy i zgromadzeń, a
ponadto polecił zawiesić krzyŜe w szkołach, wprowadzić naukę religii, ochraniać procesje, jak teŜ zwrócić

skonfiskowane kościoły i klasztory, to doszłoby do porozumienia, choćby ten ateista nie modlił się do
Madonny na oczach zgromadzonych faszystów. Adoracja zawsze pociąga za sobą jakąś diabelską sprawkę.
Pierwszą przysługą tego byłego socjalisty stało się uratowanie od bankructwa Banco di Roma,
któremu Kuria i niejeden z jej dostojników powierzyli wysokie sumy, a uczynił to, uszczuplając skarb
państwa p półtora miliarda lirów, po czym kardynał Yannutelli, dziekan „Świętego Kolegium” oświadczył, Ŝe
Mussolini został „wybrany jako ten, który ocali naród i przywróci mu szczęśliwy byt”.
Następnie Pius XI zaczął z wdzięczności coraz bardziej ograniczać wph/wy antyfaszystowskiej
katolickiej partii chłopskiej i nakazał jej przywódcy, sycylijskiemu księdzu Sturzo, rezygnaqę ze stanowiska
w niej, później zaś zaŜądał wycofania się wszystkich duchownych z tej partii, co równało się jej rozwiązaniu.

PapieŜ nie protestował wcale, gdy wielu jej członków, między innymi księŜy, zginęło z rąk faszystów. I nie
zamierzał bynajmniej protestować, gdy mordowano tysiące komunistów i socjalistów. I nawet kiedy
najzagorzalszy przeciwnik Mussoliniego, młody wykładowca prawa karnego i zarazem przywódca
socjalistów Giacomo Mat-teotti, który cały swój znaczny majątek rozdzielił między biednych chłopów, został
wywieziony i w okrutny sposób zamordowany przez faszystów, na co zareagowano nadzwyczajnym oburzeniem
i adresowanym do króla Ŝądaniem odsunięcia Mussoliniego od władzy, nawet wtedy ojciec święty
znowu stanął po stronie tego faszystowskiego zbrodniarza i ogłosił 20 grudnia 1926 roku: „Mussolini został
nam zesłany przez Opatrzność”.
Trzy lata później doszło do zawarcia układów laterańskich, które przysporzyły faszystom prestiŜu —
tak jak niebawem konkordat z Niemcami hitlerowskimi przysporzył prestiŜu nazistom — ale przede
wszystkim przyniosły ogromne korzyści Kurii. Wprawdzie zrezygnowała ona definitywnie z Państwa
Kościelnego (które powstało w VIII wieku w następstwie oszustw i wojen, po czym poprzez oszustwa i wojny
z górą tysiąc lat było powiększane przez papieŜy, wielokrotnie je tracących i uzyskujących aŜ do ostatecznej
likwidacji w 1870 roku), w zamian jednak papieŜ uzyskał nieograniczoną suwerenność terytorialną i osobistą
w obrębie Citta del Yaticano oraz, jako rekompensatę, „kapitał na miarę banku o zasięgu światowym” —
według ówczesnej wartości pieniądza zawrotną sumę miliarda lirów w obligaqach i siedemset pięćdziesiąt
milionów lirów gotówką; przy pięcioprocentowej kapitalizacji powstawała roczna renta w wysokości bez
mała dziewięćdziesięciu milionów. Kościoły to spółki handlowe, dające wieczny zysk wiernym i doczesny
kapłanom. Katolicyzm stał się religią państwową, jego krytyka podlegała karze, śluby kościelne zrównano z
cywilnymi, uniemoŜliwiono rozwody, a naukę religii uczyniono obowiązkową. Wydano zakaz publikaqi i
filmów skierowanych przeciw Kościołowi. Państwo przyjęło wręcz na siebie obowiązek dostosowania całego
swojego ustawodawstwa do prawa kanonicznego.

Oznaczało to koniec duchowej niezawisłości kraju. Pius XI wymógł na faszystach to, do czego nie
zdołały doprowadzić protesty czterech papieŜy wobec liberalnych władz włoskich: kapitulację rządu. „Stało
się coś, czego nie obserwowano w politycznych stosunkach Włoch z Kościołem od z górą stulecia”. To słowa
adwokata Francesca Pacellego, który przez wiele lat, przewaŜnie potajemnie, osobiście pertraktował z
Mussolinim w kwestiach objętych układami, po ich ratyfikacji otrzymał tytuł margrabiego, a gdy jego brata
ukoronowano na papieŜa, został nagrodzony jako negocjator dziedzicznym tytułem ksiąŜęcym.
Kuria triumfowała. Pius XI znowu dopatrzył się w Mussolinim człowieka „zesłanego nam przez
Opatrzność” i nakazał księŜom codzienną modlitwę za niego. Owe wydarzenia stały się okazją do
uroczystości, w których brali udział dostojnicy kościelni, przywódcy partyjni i generalicja — pod sztandarami
faszystowskimi i kościelnymi. Razem z Włochami cieszył się cały świat katolicki; swą radość — wcale
gorliwie — okazywały teŜ wierne Niemcy. W Monachium wyraził aprobatę dla owego klerykalnofaszystowskiego
zbratania Hitler, i to zgoła nie mniej Ŝarliwie niŜ jego późniejszy entuzjastyczny zwolennik,
kardynał Faulha-ber. A nadburmistrz Kolonii Konrad Adenauer, który zimą z 1932 na 1933 rok oświadczył,
iŜ „tak wielka partia, jak NSDAP musi koniecznie stać się partią współrządzącą”, przepowiedział Mussoliniemu
w wystosowanym do niego telegramie gratulacyjnym, Ŝe zapisze się on złotymi głoskami w dziejach
Kościoła katolickiego. Natomiast Pius XI, który w ciągu kilku lat osiągnął tak sensacyjne wyniki dzięki
ofiarowaniu partii katolickiej i wyniesieniu Mussoliniego, podjął oto próbę podobnego przewrotu w Niemczech
poprzez ofiarowanie Centrum. W obu wypadkach papieŜ zainicjował rozwiązanie partii katolickiej, by
umoŜliwić dyktaturę— we Włoszech: Mussoliniego, w Niemczech: Hitlera.
Ów historyczny przewrót udał się za sprawą sekretarza stanu Eugenia Pacellego, późniejszego
papieŜa. Będąc do 1929 roku nuncjuszem w Monachium i Berlinie, kierował on Partią Centrum (której
ponadwyznaniową pochodną stanowi dziś CDU/CSU), to polityczne narzędzie Kurii w Niemczech, coraz
dalej na prawo. Jeden z jego pomocników, później szambelan papieski i zastępca Hitlera, Franz von Papen
usunął latem 1932 roku — jako kanclerz — socjaldemokratyczny rząd Brauna i Severinga, odwołał zakaz
działalności SA i SS i zrobił wszystko, co mógł, Ŝeby doprowadzić do przejęcia władzy przez Hitlera. Drugim
człowiekiem w tym spisku był przyjaciel Pacellego, profesor prawa kanonicznego Kaas, który w swej roli
przywódcy Centrum nie podejmował Ŝadnej waŜnej decyzji bez zgody Pacellego. Natychmiast po
przekonaniu swojej frakcji do głosowania za przekazaniem władzy Hitlerowi pospieszył do Rzymu. Stamtąd
przesłał Hitlerowi, z którym tuŜ przed wyjazdem konferował w cztery oczy, czego nie byli świadomi nawet

jego najbliŜsi partyjni przyjaciele, „szczere Ŝyczenia pomyślności”, zaŜądał rozwiązania Centrum, co teŜ
zaraz nastąpiło, i — porozumiawszy się z papieŜem i Pacellim — uspokoił licznie protestujących katolików:
„Hitler potrafi poprowadzić nawę państwową. Jeszcze zanim został kanclerzem, spotykałem się z nim
niejednokrotnie i wielkie wraŜenie zrobiło na mnie jego liczenie się z faktami przy niezachwianej wierności
szlachetnym ideałom […]”.

Skoro Fuhrer otrzymał to, co Fuhrerowi się naleŜało, musiał i papieŜ swoje otrzymać. W dniu 10
kwietnia odwiedzili go Papen i Hermann Góring, który zdąŜył juŜ zagrozić „nocą drugich noŜy” i oświadczył:
„Moim zadaniem jest nie wymierzanie sprawiedliwości, lecz tylko unicestwianie, eksterminacja”. Pius XI
przyjął obu z wielkimi honorami i — wcześniej juŜ kilka razy pochwaliwszy Hitlera za wydanie zakazu
działalności partii komunistycznej — ponownie wyraził radość z tego, Ŝe — jak stwierdził — na czele rządu
niemieckiego stanął polityk bezwzględnie zwalczający komunizm. Niemieccy biskupi zaś, którzy dotąd
jednogłośnie zakazywali wstępowania do partii hitlerowskiej pod groźbą kar kościelnych, zaczęli teraz
popierać tę partię. Ale ten, kto się decyduje na zmianę punktu widzenia, nie musi zmieniać przekonań, jeśli
zmiana przekonań w nich się mieści.
Tak więc juŜ 20 lipca 1933 roku został zawarty konkordat, który Hitler określił jako „trudny do
opisania słowami sukces” i wyraz „całkowitego uznania” jego władzy, bo przecieŜ ten traktat zalegalizował ją
z dnia na dzień w oczach całego świata. „W istocie” bowiem — mówił w jednym z kazań w 1936 roku
kardynał Faulhaber — „papieŜ Pius XI był najlepszym, a początkowo wręcz jedynym przyjacielem nowej
Rzeszy. Miliony ludzi za granicą odnosiły się z początku nieufnie do nowej Rzeszy i zajmowały postawę
wyczekującą, a zaufania do nowego rządu Niemiec nabrały dopiero po zawarciu konkordatu […]”. Skądinąd
ojciec święty godził się teŜ na ewentualne sprzeniewierzenie się układom międzynarodowym ze strony
Hitlera, bo juŜ wtedy — w tajnym protokole dodatkowym — zawarł z nim umowę na wypadek wprowadzenia
powszechnego obowiązku słuŜby wojskowej. Kuria pragnęła re-miiitaryzacji Niemiec pod rządami
Hitlera — tak jak pragnęła remilitaryzacji rządzonej przez Adenauera Republiki Federalnej!
We Włoszech, gdzie w 1931 roku Mussolini wyraził Ŝyczenie wszechobecności religii — „[…] trzeba
dzieci uczyć katechizmu, i to od najmłodszych lat” — podręczniki dla szkół podstawowych składały się
podówczas w jednej trzeciej z fragmentów katechizmu i modlitw, a w dwóch trzecich z apologii faszyzmu i
wojny, która zresztą niebawem wybuchła — w Abisynii.

Mussolini przygotowywał tę inwazję potajemnie od 1933 roku, jakoby zmuszony do tego brakiem
przestrzeni Ŝyciowej dla Włochów. Ale w Italii było jeszcze bardzo wiele nie uprawianej ziemi, która co
prawda naleŜała do właścicieli latyfundiów oraz do Kościoła, i dziś jeszcze najmajętniejszego posiadacza
ziemi w świecie chrześcijańskim. Faszyści nie mogli sobie pozwolić na utratę sympatii tych pierwszych i tego
ostatniego, dlatego teŜ wdali się w wojnę. „GwiŜdŜemy — krzyczał Mussolini 6 lipca 1935 roku w Eboli do
swoich Ŝołnierzy — tak na wszystkich Murzynów, teraźniejszych, dawnych i przyszłych, jak teŜ na ich ewentualnych
obrońców”, po czym wszystkim zgromadzonym obiecał „ogień pełnych ołowiu pocisków”. Od
dawna był zdecydowany na konflikt zbrojny, potrzebował go. „Nie —wrzasnął po raz drugi — choćby mi
wręczano Abisynię na srebrnej tacy, ja chcę ją zdobyć dzięki wojnie”. Podczas gdy pięćdziesiąt dwa państwa
członkowskie Ligi Narodów potępiły rozpoczętą 3 października 1935 roku agresję jako bezprawną wojnę
zaczepną, włoscy purpuraci nie posiadali się z zachwytu. Ze swych ambon głosili to samo co mówcy partyjni,
wzywali do datków na rzecz zwycięstwa, sami ofiarowywali swoje złote krzyŜe biskupie, łańcuchy,
pierścienie, zegarki (w Abisynii zagrabiono złoto negusa, trony cesarskie, korony, powozy, szable, zastawę
stołową, w wielu wypadkach rzeczy zawierające mnóstwo złota i usiane szlachetnymi kamieniami). WyŜszy
kler zaŜądał teŜ darów wotywnych z klasztorów i sanktuariów będących celami pielgrzymek, a prócz tego
zabronił dyskutowania o słuszności wojny, krótko mówiąc, i to słowami napisanymi przez katolika: „Cały
świat potępiał Mussoliniego — z wyjątkiem papieŜa”.

Katolicki teolog-moralista Johannes Ude, Austriak, oświadczył wówczas: „Ale chrześcijańskie
Kościoły oraz róŜne państwa przyglądają się tej ohydnej rzezi i tej bezwstydnej, otwarcie grabieŜczej
kampanii i milczą. Milczy takŜe Rzym. Odpowiedzialne osobistości nie zdobywają się na odwagę
wykrzyczenia w obliczu tych szatańskich niegodziwości w Abisynii — w imieniu Chrystusa non licet. Tak
oto mści się postawa dwulicowa, niezgodność doktryny z praktyką. W ten sposób Kościół staje się jednak
pośmiewiskiem i przedmiotem wielkiej irytacji niejednego człowieka”.

Ale Rzym nie milczał, Rzym koloryzował. Watykański organ „Osservatore Romano” określił w 1935
roku ową grabieŜczą klerykalno-faszystowską agresję jako „akt wspaniałej ludzkiej solidarności”. A
wydawane równieŜ w Watykanie jezuickie czasopismo „Civilta Cattolica” pisało butnie w następnym roku:
„Wszyscy [!] byli jednomyślni: sprawiedliwa jest ta wojna, a więc i dokonana przemocą aneksja […]”.
Dlatego teŜ Mussolini „z najgłębszą wdzięcznością” mówił o „uŜytecznej współpracy kleru podczas wojny
abisyńskiej” dodając: „[…] a mam na myśli przede wszystkim przykładny patriotyzm wielu włoskich
biskupów, którego dowiedli przekazując swoje złoto lokalnym placówkom partii faszystowskiej, oraz tych
kapłanów, którzy umacniali w narodzie włoskim wolę oporu i gotowości do walki”.
Czy wszystko to jednak działo się wbrew woli ojca świętego? Wręcz przeciwnie. Wplatając

świadczące o tym słowa w wiele wezwań do opamiętania, w apele o pokój — obowiązkowa rzymska obłuda
— stwierdzał Pius XI, iŜ wojna obronna [!] w celu ekspansji [!] coraz liczniejszej ludności moŜe być
sprawiedliwa i słuszna. Wiedeńskie pismo katolickie „Reichspost” określiło owe wypowiedzi kilkakrotnie —
w komentarzu „z kompetentnych kręgów” — jako „jednoznaczne”: „Skoro papieŜ Pius XI jednoznacznie [!]
uznaje za sprawiedliwą tak wojnę obronną, jak równieŜ wojnę kolonialną, jeśli utrzymuje się ona w
rozsądnych granicach i ma posłuŜyć coraz liczniejszej ludności, to chce on całkiem świadomie przyznać Italii
w tak wyznaczonych granicach prawo naturalne — i w ramach owego niedoskonałego prawa ludzkiego
ponadto uprawnienie do ekspansji w Abisynii”.
Włoskiej ekspansji! Dlatego teŜ „namiestnik Chrystusa” zalecił swoim biskupom, by propagowali i
chwalili faszystowskie okrucieństwa za morzem jako „akty słuszne i sprawiedliwe”, jako „świętą sprawę”,
„świętą wojnę”, jako — powtórzmy to za szczególnie Ŝyczliwie nastawionym do faszystów kardynałem
Schusterem, beatyfikowanym za pontyfikatu sojusznika faszystów Piusa XII — „kampanię ewangelizacyjną”,
jako „dzieło cywilizacji chrześcijańskiej słuŜące etiopskim barbarzyńcom”! I podczas gdy purpuraci
błogosławili broń i bombowce, podczas gdy kazali się modlić za Abisyńczyków i głosili, Ŝe ci ludzie są
obiektem wielkiej misji cywilizacyjnej — posyłano do Afryki wizerunki Madonny, armaty, gaz trujący, a
tamci, półnadzy, padali jednak tam, gdzie dosięgał ich rozpylany z powietrza gaz, który wypalał skórę i rozrywał
płuca, po czym wszyscy — martwi czy na wpół martwi — byli likwidowani w sposób
najhigieniczniejszy: miotaczami ognia. Wśród najwaŜniejszych dostawców sprzętu wojskowego znalazła się
watykańska fabryka amunicji!

Kiedy Abisynia została ujarzmiona i za katolickimi wojskami podąŜyły całe zastępy braci i sióstr
zakonnych, kardynałowie i biskupi wysławiali „nowe rzymskie imperium, które poniesie krzyŜ Chrystusowy
po całym świecie — pod przewodem Duce, tego wspaniałego człowieka”. Sam Pius XI teŜ podzielał
„triumfalną radość całego tego wielkiego i dobrego narodu z pokoju, który — jak powiedział 12 maja 1936
roku — będzie przypuszczalnie, i na to liczymy, stanowić istotny wkład, preludium do zaprowadzenia
prawdziwego pokoju w Europie i na całym świecie”.

Drugie preludium do zaprowadzenia prawdziwego pokoju nastąpiło tegoŜ lata, rozpoczęła się bowiem
wojna domowa w Hiszpanii, kraju przez wiele stuleci aŜ do granic wytrzymałości eksploatowanym przez
Kościół. Sami jezuici, by tylko o tym wspomnieć, kontrolowali w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku
jedną trzecią całego hiszpańskiego kapitału. (Pod koniec XX wieku posiadają oni największy prywatny bank
na świecie, Bank of America, w którym mają pięćdziesiąt jeden procent udziałów). Natomiast Kościół
hiszpański, ściśle związany ze szlachtą i wielkim przemysłem — el dinero es muy catolico, pieniądze są bardzo
katolickie; tak brzmi tamtejsze porzekadło — kazał niegdyś średniowiecznymi metodami torturować
tysiące więźniów i rozstrzeliwać setki ludzi. JuŜ około roku 1910 Hiszpanie w ponad dwóch trzecich nie byli
praktykującymi katolikami; około 1930 roku większość robotników pozostawała bez chrztu, choćby dlatego,
Ŝe ich rodziców nigdy nie byłoby stać na opłacenie chrztu, a ponadto osiemdziesiąt procent chłopów stanowili
analfabeci. Jak bowiem przyznał jeden z prawicowych ministrów oświaty, gdy miał wydać zgodę na otwarcie
szkoły dla sześciuset dzieci robotniczych: „Nam nie potrzeba ludzi myślących, lecz wołów, co potrafią
pracować”.

NiemalŜe bez kropli krwi zastąpiła Hiszpania w 1931 roku dotychczasowy ustrój republikańskim. Ale
juŜ w roku 1933 — ten rok został chyba wybrany nie bez kozery — tamtejsi biskupi w liście pasterskim, a
papieŜ w wydanej 3 czerwca encyklice, zaŜądali „świętej krucjaty dla przywrócenia Kościołowi pełni praw”.
Pucz generała Franco przeciw legalnemu rządowi równieŜ rozpoczął się z błogosławieństwem purpuratów —
„chciałbym kiedyś doczekać tego — pisze Tucholsky — Ŝe Kościół nie pobłogosławi czegoś, co mu się
opłaci” — przy czym niejedna świątynia słuŜyła jako baza operacyjna w walce z narodem, a ponad
dwadzieścia tysięcy kościołów uległo w tej wojnie zniszczeniu.

Całemu światu przedstawiali jednak owi klerofaszyści swoje powstanie — hasło legionistów
frankistowskich oraz wyznających islam Maurów brzmiało: „Niech Ŝyje śmierć! Precz z inteligenta! —
fałszywie jako wojnę religijną przeciw ateistycznemu komunizmowi, jako, by powtórzyć słowa zawarte w
liście pasterskim hiszpańskiego episkopatu, krucjatę przeciw czerwonej rewolucji światowej”; to
zafałszowanie historii było kolportowane zarówno przez Watykan, jak i przez hitlerowskiego ministra
propagandy: wśród czterystu siedemdziesięciu trzech deputowanych do parlamentu znajdowało się piętnastu
komunistów, a hiszpańska partia komunistyczna liczyła tylko dziesięć tysięcy członków!
Ale kłamliwe twierdzenie o wojnie religijnej oraz antykomunistycznej krucjacie wpłynęło na to, Ŝe
prawie wszystkie państwa europejskie i Stany Zjednoczone postanowiły nie wspierać rządu Hiszpanii.
Natomiast papiescy partnerzy, Hitler i Musso-lini, przysłali niezwłocznie samoloty myśliwskie, bojowe i
zwiadowcze — patronką włoskiego lotnictwa wojskowego była „Najświętsza Bogurodzica z Loreto”, której
święto faszyści czcili szczególnie uroczystymi naboŜeństwami, po nich zaś defiladami — a ponadto przysyłali
czołgi, działa przeciwlotnicze, granatniki oraz inny sprzęt wojskowy i były to ciągłe dostawy, które pozwoliły
armii powstańczej na przykład na to, Ŝe podczas bitwy nad rzeką Ebro przez pięć tygodni zrzucano średnio
dziesięć tysięcy bomb dziennie. W rewanŜu Kuria zobowiązała się do „rozpoczęcia w całym świecie

katolickim obliczonej na szeroki zasięg kampanii antybolszewickiej” (Avro Manhattan).
Nad główną kwaterą generała Franco jako pierwsza załopo-tała flaga papieska, a nad Watykanem
zawisła niebawem flaga frankistowska. Oprócz tego Pius XI — w tym samym czasie co w Norymberdze
Hitler — wezwał świat do walki z bolszewizmem, określił udzielone przez jego faszystowskich sojuszników
wsparcie bombowe jako „środki prewencyjne i zaradcze” i latem 1938 roku bez wahania odrzucił prośbę
rządów Francji i Anglii o przyłączenie się do protestu przeciw bombardowaniu republikańskiej ludności
cywilnej. W szczytowym okresie wojny podziękował natomiast zbuntowanemu generałowi Franco za jego
hołdowniczy telegram, wielce uradowany tym, Ŝe „w posłaniu Waszej Ekscelencji dostrzegamy przejaw
odwiecznego ducha katolickiej Hiszpanii”.

Zaledwie kilka miesięcy wcześniej Niemcy zaanektowały Austrię i jej episkopat stanął po stronie
Hitlera nawet szybciej niŜ w roku 1933 episkopat niemiecki: „My, biskupi Austrii, postanowiliśmy po
sumiennych naradach, w obliczu wielkiej chwili dziejowej, jaką przeŜywa naród austriacki, i w
przeświadczeniu, iŜ w naszych czasach zostaje zaspokojona tysiącletnia tęsknota naszego narodu do
zjednoczenia się z Niemcami w jednym wielkim państwie, skierować do wszystkich wiernych przedstawiony
niŜej apel. MoŜemy to uczynić z tym większą ufnością, Ŝe pełnomocnik Fuhrera odpowiedzialny za
przeprowadzenie w Austrii plebiscytu Gauleiter Biirckel zaznajomił nas z uczciwymi intencjami polityki
Fiihrera, której dewizą są słowa: «Oddajcie Bogu to, co boskie, a cesarzowi to, co cesarskie». Wiedeń 21
marca 1938 roku. Za wiedeńską prowincję kościelną: Th. kard. Innitzer, za salzburską prowincję kościelną: S.
Waitz, ksiąŜę-arcybiskup”. (Waitz był właśnie tym, który wcześniej określił Kongres Eucharystyczny w
Wiedniu jako „jeden z najwaŜniejszych kroków przygotowawczych” do — „od lat pilnie i solidnie
przygotowywanej”— pierwszej wojny światowej!)
Po „przedmowie” tych dwóch ksiąŜąt Kościoła nastąpiło „uroczyste oświadczenie”: „Powodowani
naszym najgłębszym przekonaniem, my, niŜej podpisani biskupi austriackiej prowincji kościelnej
oświadczamy dobrowolnie, w związku z mającymi wielkie historyczne znaczenie wydarzeniami w państwie
niemiecko-austriackim, co następuje: Z radością konstatujemy, iŜ ruch na-rodowosocjalistyczny dokonał i
dokonuje wiele tak dla podnoszenia jakości Ŝycia narodu i rozwoju gospodarki, jak równieŜ w polityce
społecznej, co słuŜy Rzeszy Niemieckiej i narodowi niemieckiemu, a szczególnie najuboŜszym jego
warstwom. Ponadto Ŝywimy przekonanie, Ŝe dzięki działaniom ruchu narodowosocja-listycznego zostało
zaŜegnane niebezpieczeństwo rozprzestrzenienia się niszczącego wszystko ateistycznego bolszewizmu.
Biskupi obserwują to działanie dla przyszłości, Ŝycząc mu pełnego powodzenia i błogosławieństwa boŜego, i
do takiej właśnie postawy wzywają wiernych. W dniu plebiscytu my, biskupi traktujemy to jako oczywisty
patriotyczny obowiązek, byśmy poczuli się Niemcami i optowali za Rzeszą Niemiecką i od wszystkich
wierzących chrześcijan oczekujemy, Ŝe okaŜą się świadomi tego, co są winni swojemu narodowi. Wiedeń, 18
marca 1938. Th. kard. Innitzer — Hefter, abp — S. Waitz, ks-abp — Pawlikowski, abp — Johannes Maria
Gfóllner — Michael Memelauer”.

Wiedeński kardynał przesłał ten hołdowniczy dokument 18 marca pełnomocnikowi Fuhrera
odpowiedzialnemu za przeprowadzenie plebiscytu w Austrii, Gauleiterowi Biirckelowi, z następującą
adnotaqą: „Ten dokument przekona Pana, Ŝe my, biskupi spełniliśmy swój patriotyczny obowiązek
dobrowolnie, bez Ŝadnego przymusu. Wiem, Ŝe to oświadczenie zapewni naszą dobrą współpracę. Z
wyrazami najwyŜszego szacunku i Heil Hitler, Th. kard. Innitzer, abp”.
W „starej Rzeszy” poparli przeprowadzany tu 10 kwietnia 1938 roku plebiscyt kardynałowie: Bertram
z Wrocławia, Faul-haber z Monachium i Schulte z Kolonii. Podobnie jak inni niemieccy biskupi, równieŜ
Faulhaber, który zdąŜył stać się „bojownikiem ruchu oporu”, zarządził z tej okazji bicie w dzwony i prócz
tego nakazał całemu podległemu sobie klerowi udział w plebiscycie. Pełni zapału arcypasterze sformułowali
swoje zalecenia: „W przyszłą niedzielę, 10 kwietnia: Za zjednoczonymi, silnymi Niemcami (biskup
Osnabriick); „W niedzielę jednogłośnie tak” (biskup Bambergu); „Niemiecki męŜczyzno, niemiecka kobieto,
spełnij swój obowiązek wdzięczności dla Fuhrera!” (biskup Miśni); „KaŜdy głos za wodzem wielkich
Niemiec” (biskup Rotten-burga) itd., itd.
Nie wzruszeni walką z Kościołem, stali oni od 1933 roku jak jeden mąŜ po stronie Hitlera. Wszyscy
chwalili go, podziwiali, gloryfikowali (niejeden zapewne tylko na pozór; ale przecieŜ naród widział, słyszał i
czytał jedynie takie jawne przejawy poparcia!) za kampanie, które — powtórzmy za wydaniem pisma
„Regensbur-ger Bistumsblatt” [organu ratyzbońskiej kurii biskupiej — przyp. tłum.] z 16 kwietnia 1939 roku
— „na zawsze wprowadziły Niemcy na arenę dziejów świata. Jeśli rok 1935 był rokiem zapoczątkowującym
remilitaryzację, a 1936 — rokiem, w którym zajęta została Nadrenia, to rok 1938 jawi się naszemu myśleniu
politycznemu i niemieckiemu patriotyzmowi jako ten, w którym urzeczywistniono Wielkie Niemcy i dzięki
historycznym dokonaniom Fuhrera spełniło się odwieczne marzenie […]. Nie mniej imponujący jest rozwój
wewnętrzny, jaki Niemcy od roku przeŜywają: wojskowe wzmocnienie Wehrmachtu, zabezpieczenie granic
Rzeszy, realizujący cele planu czteroletniego przyrost gospodarczy, znaczny rozwój komunikacji, rozbudowa
autostrad, wzrost liczby samochodów, istotne zwiększenie tonaŜu statków i postęp w przemyśle lotniczym, a
takŜe wiele innych zjawisk — ileŜ w tym zawiera się pracy i sukcesów, które trzeba przypisać Adolfowi

Hitlerowi!”
Jednym z sygnatariuszy pronazistowskich listów pasterskich był nawet „bojownik ruchu oporu” von
Galen; podpisał on i ten list, w którym — jeszcze pod koniec 1941 roku — niemieccy biskupi zapewniali
wspólnie, Ŝe „niejednokrotnie” i „zdecydowanie” poparli politykę Hitlera! Prowadzona przez niego straszliwa
wojna, której wszyscy oni, bez wyjątku, sprzyjali i sprzyjać zalecali, była w ich mniemaniu — wyraŜonym w
tymŜe roku m corpore — zgodna ze „świętą wolą Boga”. A w sierpniu 1942 roku równieŜ katolicki biskup
połowy Wehrmachtu Rarkowski, ogłosił, co następuje: „[…] za wszystkim, co wam, Ŝołnierze, rozkazuje nasz
wódz i naczelny dowódca sił zbrojnych, i za tym, czego od was oczekuje ojczyzna, kryje się wola i nakaz
samego Boga!”

Bo i w ostatnich latach owego wojennego piekła stali oni po stronie Hitlera. Jeszcze w 1944 i 1945
roku arcybiskup Bambergu Kolb, którego nazwiskiem ochrzczono z wdzięczności jedną z ulic w tym mieście,
mówił: „Jeśli armie złoŜone z Ŝołnierzy walczą, to na zapleczu frontu musi znaleźć się armia ludzi
rozmodlonych”. „Chrystus oczekuje, Ŝe tak jak On, posłusznie i chętnie przyjmiemy na siebie cierpienie i
odwaŜnie poniesiemy krzyŜ”. A biskup Wiirzburga nawoływał z zapałem jeszcze 22 stycznia 1945 roku:
„Opowiedzcie się jednak za ładem państwowym! W duchu nauk świętego Brunona wolno mi wezwać was,
byście właśnie w godzinie próby spełnili swoje obowiązki wobec ojczyzny! Przyjmijcie na siebie wszystkie
klęski, by spodobać się Bogu! Te ofiary przemienia się w szczeble drabiny, która zawiedzie was do Królestwa
Niebieskiego. Przez ofiarę zasłuŜycie na zbawienie”. Jeszcze w 1945 roku polowy biskup
pomocniczy Werthmann zachęcał wojska Hitlera do walki: „Naprzód, chrześcijańscy Ŝołnierze, ku
zwycięstwu!”
Ale powróćmy do papieŜy, bez których placet owi biskupi na pewno nie popieraliby tak Ŝarliwie
Hitlera.

Po zdławieniu z pomocą Berlina i Rzymu republiki hiszpańskiej — pomoc Moskwy dla rządu
Hiszpanii była o kilka miesięcy późniejsza — dopiero co ukoronowany jako papieŜ Eugenio Pa-celli, Pius
XII, pogratulował tego sukcesu l kwietnia 1939 roku generałowi Franco: „Wznosząc serce ku Bogu, cieszymy
się razem z Waszą Ekscelencją z tego tak upragnionego przez Kościół katolicki zwycięstwa. śywimy
nadzieję, Ŝe odzyskawszy pokój Pański kraj z nowym przypływem energii przywróci dawne tradycje
chrześcijańskie!”

I znowu największe wpływy w Hiszpanii uzyskał kler. Zniesiono wolność słowa, prasy, zgromadzeń;
literaturę, filmy, audyq’e radiowe poddano surowej cenzurze; wszystkie partie z wyjątkiem faszystowskiej, a
nie wyłączając katolickiej, bo Franco reprezentował teraz interesy Rzymu w sposób rokujący znacznie
większą skuteczność, zostały objęte zakazem działalności. (Patronką kobiecej sekcji Falangi obrano świętą
Teresę z Avila, największą mistyczkę katolicką!) Watykan doprowadził przedtem do rozwiązania partii
katolickich w rządzonych przez Mussoliniego Włoszech i w hitlerowskich Niemczech. Tu, w Hiszpanii,
rozegrał się taki sam krwawy dramat. ChociaŜ w wojnie domowej juŜ straciło Ŝycie około sześciuset tysięcy
Hiszpanów, po jej zakończeniu nie ustały morderstwa na rozkaz generała Franco, którego „nader szlachetne
chrześcijańskie uczucia” sekretarz stanu kardynał Pacelli wychwalał juŜ w czasie puczu. Włoski minister
spraw zagranicznych hrabia Ciano szacował, Ŝe codziennie odbywało się podówczas w Sewilli osiemdziesiąt,
w Barcelonie sto pięćdziesiąt, a w Madrycie od dwustu do dwustu pięćdziesięciu egzekucji. Według
oficjalnych statystyk rządu hiszpańskiego, od zakończenia wojny domowej w roku 1939 do wiosny roku
1942, a więc w Hiszpanii przeŜywającej czas pokoju, w okresie, w którym na Ŝyczenie Piusa XII Franco
zaczął przywracać „dawne tradycje chrześcijańskie”, rozkazał on rozstrzelać ponad dwieście tysięcy osób!
Pius XII (1939-1958)

Nowy papieŜ spędził — w roli nuncjusza — trzynaście lat w Niemczech, podziwiał „wspaniałe cechy
tego narodu” i otaczał się Niemcami. Jego doradcami byli: dawny przewodniczący Partii Centrum, Kaas,
niemiecki jezuita Hentrich, niemiecki jezuita Gundlach, niemiecki jezuita Hiirth. Miał niemieckiego sekretarza
osobistego, jezuitę Leibera, oraz niemieckiego spowiednika, którym był jezuita Bea. Ojciec Wiistenberg,
Niemiec, piastował waŜny urząd w Sekretariacie Stanu. I nawet szczególnie bliska ojcu świętemu zakonnica
Pasąualina Lehnert, wzięta na frywolne języki jako la papessa, papieŜyca, czasem teŜ nazywana virgo potens,
która słuŜyła mu juŜ w niekanonicznym wieku dwudziestu trzech lat — w nuncjaturach na ziemiach
niemieckich dzięki dyspensie Benedykta XV, w pałacach Watykanu dzięki dyspensie Piusa XI, i wreszcie w
jego własnym papieskim apartamencie, dokąd, dzięki dyspensie samego papieŜa Pacellego, sprowadzała inne
siostry zakonne, „bo ten apartament był bardzo duŜy” — nawet ta najbliŜsza mu zakonnica pochodziła z
Bawarii. Mało tego: nie tylko dwa wspaniałe koty perskie papieŜa nazywały się Peter i Mieze, nawet kanarki
(między nimi całkiem biały ulubiony ptak Gretchen) oraz „inne ptaszki, których w papieskich pokojach było
wiele”, nosiły na ogół niemieckie imiona. Ludzie odwiedzający Watykan dochodzili do wniosku, Ŝe pontifex
mcad-mus Ŝyje „na niemieckiej wyspie”, mówili o „papieŜu Niemców” i często nazywano go po prostu
„niemieckim papieŜem”.
W walce Kościoła z Hitlerem, którego dojściu do władzy, otwarcie pochwalonemu przez nuncjusza w
Berlinie, sam Pacelli sprzyjał w decydującej mierze poprzez Papena i Kaasa, tak jak wywarł istotny wpływ na

wyraźnie profaszystowską politykę swojego poprzednika, zwłaszcza przed wojnami w Abisynii i Hiszpanii i
podczas nich — w owej walce Kościoła „niemiecki papieŜ” był niezmiennie skłonny do mediacji. Jeśli
bowiem Pius XII, z oczywistych względów, nie Ŝywił sympatii dla antyklerykalizmu Hitlera, a wciąŜ to
potępiał, cenił go jednak za rozprawienie się z liberałami, socjalistami i komunistami i spodziewał się po nim
walnej rozprawy z bolszewizmem. Miał nadzieję, iŜ to, czego papiestwo nie osiągnęła w pierwszej wojnie
światowej, postawiwszy na Habsburgów i cesarza niemieckiego, zostanie osiągnięte przy pomocy Hitlera w
drugiej wojnie światowej, kiedy to codziennie ginęło dwadzieścia pięć tysięcy osób, a dzienne obroty
pienięŜne dochodziły do dwóch miliardów marek — mianowicie katolicyzacja Bał-kanów i
podporządkowanie rosyjskiego Kościoła prawosławnego.

Dlatego właśnie Rzym, w swych rachubach myślący tradycyjnie o całych stuleciach, popierał, mimo
prowadzonej walki z Kościołem, politykę wewnętrzną i, nawet bardziej, zagraniczną an-tyklerykalnych
hitlerowców. Dlatego teŜ wydawany przez Kurię dziennik otrzymał niebawem polecenie zaprzestania druku
artykułów polemicznych, szczególnie o charakterze politycznym. Dlatego teŜ pierwszą głową państwa, którą
Pius XII poinformował o swojej elekcji był „Fiihrer” — co sam papieŜ podkreślał — i ten właśnie człowiek,
jeden z największych zbrodniarzy wszechczasów, mający za sobą juŜ siedem lat rządów znaczonych terrorem,
został uhonorowany w pewnym liście od papieŜa najlepszymi Ŝyczeniami oraz nadzieją na opiekę nad nim i
łaskę Boga wszechmogącego. Dlatego teŜ po dokonanym jesienią 1939 roku zamachu na Hitlera Pius XII
osobiście pogratulował mu, poprzez swego nuncjusza, uratowania się od tego wielkiego niebezpieczeństwa; w
imieniu biskupów Bawarii pogratulował teŜ Hitlerowi kardynał Faulhaber. („My wszyscy dziękujemy Panu
Bogu za Jego łaskawość” — pisał organ ratyzbońskiej kurii biskupiej po „zbrodniczym zamachu […] na Ŝycie
Fiihrera i kanclerza Rzeszy”. „My wszyscy modlimy się z głębi naszych serc: Panie, miej zawsze pod Twoją
cudowną opieką Fiihrera i cały nasz naród niemiecki!”) Dlatego teŜ Pius XII oświadczył tuŜ po niemieckiej
inwazji na Czechosłowację, iŜ gotów jest „wiele uczynić dla Niemiec”. Dlatego teŜ nie potępił ani jednym
słowem hitlerowskiej agresji przeciw katolickiej Polsce, a tymczasem niemiecki biskup polowy Rar-kowski,
jakby naśladując Goebbelsa, gorąco zalecił wszystkim katolickim Ŝołnierzom, by „w tej kampanii wzorowali
się na świetlanej postaci prawdziwego bojownika, naszego Wodza i naczelnego dowódcy”.
Dlatego teŜ w tydzień po inwazji na Rosję nie zabrakło papieŜowi „przebłysków światła”, o czym z
radością mówił w swym radiowym orędziu, przebłysków „dających sercu nadzieję na rzeczy wielkie, święte”,
i dostrzegał „wspaniałą ofiarność walczących w obronie [!] zrębów chrześcijańskiej kultury”, wyraŜając
ufność w „ich triumf” — wypowiadający te słowa „namiestnik Chrystusa” nie miał zapewne na myśli
Ŝołnierzy Armii Czerwonej; tym bardziej trzeba w to wątpić, iŜ juŜ na rok przed hitlerowską inwazją na Rosję
grupa jezuickich absolwentów rzymskiego Collegium Russicum przekroczyła radziecką granicę, w
przebraniach i pod fałszywymi nazwiskami, by na zlecenie Watykanu prowadzić działalność szpiegowską.
Dlatego teŜ podsekretarz stanu w rządzie Rzeszy Luther doszedł w dłuŜszym memorandum do następującego
wniosku: „Obecny papieŜ juŜ od chwili wybuchu wojny wiąŜe swe plany polityczne ze zwycięstwem państw
osi”. Dlatego teŜ szef wywiadu Schellenberg, Obergruppenfuhrer SS, podsumował swoją pięciostronicową
relację z rozmowy z papieŜem: „PapieŜ uczyni wszystko, co w jego mocy, Ŝeby zapewnić zwycięstwo Niemiec.
Jego celem jest zniszczenie Rosji”.
Dlatego teŜ Pius XII — niezmordowanie apelując o pokój — dał w kulminacyjnym okresie wojny
wyraz „nie tylko najgorętszej sympatii dla Niemiec, ale i podziwowi dla wielkości Fuhrera” i polecił aŜ dwóm
nuncjuszom, Ŝeby mu przekazali, Ŝe papieŜ nie pragnie „niczego bardziej niŜ zwycięstwa Fuhrera”! PrzecieŜ
juŜ w 1939 roku podkreślał, iŜ „Fiihrer” jest prawowitym przywódcą Niemców, a kto odmówi mu
posłuszeństwa, ten zgrzeszy. Dlatego teŜ i po wojnie usiłował ów papieŜ — stawiając w Europie nade
wszystko na niemieckiego kanclerza Adenauera — uparcie i bez gotowości do kompromisów kontynuować
swoją politykę kataklizmów, przy czym niejednokrotnie przyzwalał nawet na wojnę jądrową, ewidentnie
bowiem zaleŜało mu na tym, by zostały zlikwidowane następstwa tego, za co był współodpowiedzialny i co
zakończyło się równieŜ jego klęską — choćby dziesięć razy więcej ludzi miało stracić Ŝycie.
Jan XXIII (1958-1963)

Pius XII zmarł na początku października 1958 roku, pogrąŜywszy świat w głębokiej Ŝałobie. Duch
Święty sam był chyba przeraŜony „namiestnikami”, których przedtem wybierano, i dlatego przeznaczył tę
godność ich zupełnemu przeciwieństwu, patriarsze Wenecji nazwiskiem Angelo Giuseppe Roncalli. Gdy po
elekcji Jan XXIII stanął po raz pierwszy na loggii ponad placem Świętego Piotra, pewna dama krzyknęła un
grasso! (grubas) i zemdlała. Nie brakowało nigdy i nadal nie brak przecieŜ katolików oceniających papieŜy
podług ich dobrej aparycji (ale nie według tego, jakimi siebie kreują). I choć Szekspirowski Juliusz Cezar
woła: „Niech otaczają mnie grubasy!”, na ludziach z poczuciem estetyki Jan XXIII musiał wywrzeć
druzgocące wraŜenie, zwłaszcza w porównaniu z ascetycznym Pacellim, białym aniołem, angelo bianco, jak
go nazywano w Rzymie, człowiekiem „jak promień światła”, by powtórzyć pełne zachwytu słowa Reinholda
Schne-idera — mimo Ŝe działalność Jana, w przeciwieństwie do działalności poprzednika, nie miała cech
niszczycielskich.
Ten papieŜ był bowiem, jako juŜ z natury człowiek w najlepszym tego słowa znaczeniu ludzki,

prawdziwie dobrotliwy, nie bez wdzięku, prosty, niekonwencjonalny. Wbrew obyczajom chętnie wyrywał się
ze swej złotej klatki, wsiadał do pociągów i odbywał krótkie pielgrzymki — Amerykanie nazywali go:
Johnny Walker, rzymianie zaś: Giovanni fuori le mura. KaŜda religia Ŝyje i dzięki temu, Ŝe część jej sług jest
więcej warta niŜ ona sama. I czasem, dosyć rzadko, nawet papieŜ jest więcej wart niŜ papiestwo.
Jan był kochany przez swoje owieczki, nie dręczył ich utrudniającymi Ŝycie dekretami, zabiegał nawet
o pojednanie z śydami i w ogóle o przezwycięŜanie nienawiści rasowej. Zamiast polityki pozornej
neutralności, uprawianej przez Pacellego, jego celem była chyba polityka prawdziwie neutralna, czego
najbardziej znanym świadectwem jest encyklika Pacem in tenis (1963). I zamiast idącego po milionach
trupów antykomunizmu poprzedników zainicjował ostroŜne, często wspominane „otwarcie na lewo”, co stało
zresztą w sprzeczności z jego postawą jako kardynała, przy czym ta nowa, elastyczniejsza tendencja wynikała
z liczenia się z nowymi realiami polityki światowej.

O tym, iŜ Jan XXIII był jednocześnie wytworem swego ka-tolicko-teologicznego wychowania oraz
więźniem kurialnego aparatu władzy, świadczy — wyraźnie i przeraŜająco—jego encyklika Mater et
magistra (1961). Tkwi ona kaŜdym swoim słowem w ślepym zaułku, gdzie znalazły się wszystkie
wcześniejsze „encykliki społeczne”; widać w niej Ŝałosny — i doprowadzający czytelników do Ŝałosnego
stanu — tok myślenia, którym to ojcowie święci zawsze, w niewiarygodny wręcz sposób, uchylają się za
pomocą ogólników od poruszania istotnych problemów i, co zakrawa na przestępstwo, bagatelizują jaskrawą
dysproporcję między poziomem Ŝycia ludzi zamoŜnych a biedaków.
Znamienne jest teŜ to, Ŝe natychmiast po swej elekcji Roncalli połoŜył kres eksperymentowi
socjalnemu francuskich księŜy-robotników, który sam niegdyś, jako nuncjusz w ParyŜu, popierał — bo
obawiał się teraz, iŜ owi księŜa zaraŜą się wirusem marksizmu. Równie znamienne są fakty, Ŝe nie dopuścił
do poruszenia na zwołanym przez siebie soborze tematu „MałŜeństwo czy celibat dla kapłanów”, Ŝe
sprzeciwiał się emancypacji kobiet i nie chciał słyszeć o dopuszczeniu ich do posługi kapłańskiej, Ŝe — mimo
nader ekumenicznego, braterskiego obcowania z prawosławnymi i protestantami — nigdy nie pozostawiał
najmniejszych wątpliwości co do tego, Ŝe zjednoczenie byłoby moŜliwe tylko poprzez „powrót” wszystkich
owieczek do rzymskiej owczarni.

Ale chociaŜ ten serdeczny i — abstrahując od urzędu, od czego jednak abstrahować nie moŜemy —
sympatyczny człowiek nie był pod względem podejścia do dogmatów dysydentem czy wręcz
kryptokomunistą, lecz przeciwnie — papieŜem wiernym obowiązującym interpretacjom, to przecieŜ w oczach
wielu hierarchów tak dalece wypadał ze swojej papieskiej roli, Ŝe niebawem zaczęto dopatrywać się w nim —
zwłaszcza w Rzymie — juŜ tylko „niefortunnie wybranej osoby”, a działający w Kurii kardynał Ot-taviani
stwierdził wręcz, gdy papieŜ zmarł po długich cierpieniach, iŜ za Ŝycia popadł on w „święty obłęd”.
Paweł VI (1963-1978)

Z tej właśnie przyczyny za pontyfikatu następcy Roncallego, Pawła VI, który przedtem jako kardynał
Montini był arcybiskupem Mediolanu, powrócono pod kaŜdym względem do tradycji, a stało się to jeszcze
podczas soboru, przedmiotu tylu absurdalnych nadziei omamionego świata. Dyskusja na soborze została
ograniczona jeszcze bardziej, wiele spraw wyłączono z niej w ogóle — jako bezdyskusyjne — i Paweł VI nie
spełnił teŜ prośby o kanonizowanie Jana XXIII przez aklamację, lecz proces kanonizacyjny uzaleŜnił, co jest
wystarczająco wymowne, od równoczesnej kanonizacji Piusa XII, z którego szkoły on, Montini, sam wyszedł.
JuŜ w pierwszej encyklice Ecclesiam Suam (1964) ten z jednej strony nieskory do decyzji, bojaźliwie
nieufny, a z drugiej strony autorytarny i neoabsolutystyczny pontifex rozwiał większość nadziei, jakie pół
świata zdaje się Ŝywić po kaŜdym konklawe, co jest absurdalne, bo Ŝaden papieŜ, ktokolwiek nim będzie, nie
uczynił z tej instytucji niczego lepszego. Jego pisma okólne na temat celibatu oraz encyklika Humanae vitae
okazały się arcyre-akcyjne.

Nadal narzucał średniowieczną moralność w podejściu do Ŝycia seksualnego i
nadal zalecał wiarę w diabła. Stosujące tortury i dopuszczające się mordów rządy latynoskie pomijał ten
papieŜ zazwyczaj absolutnym milczeniem, chociaŜ nie przepuścił bodaj Ŝadnej okazji do poskarŜenia się z
namaszczeniem na zło tego świata, a bywało i tak, Ŝe właśnie w krajach Ameryki Łacińskiej występował w
kazaniach przeciw „niecierpliwości” uciskanych, Ŝyjących w śmiertelnym niebezpieczeństwie, przeciw rewoluq’i,
przeciw przemocy, bo przecieŜ nie jest ona ewangeliczna ani teŜ chrześcijańska, przewrót zaś okazuje
się złudny. Ten papieŜ udzielił nawet uroczystej audiencji postrachowi Afryki, krwawemu Aminowi. A bliski
Pawłowi VI kardynał Spellman, który sprawdził się jako zaufany człowiek Pacellego juŜ podczas drugiej
wojny światowej, później zaś, w jednym ze szczytowych momentów zimnej wojny wystąpił razem z
ministrem obrony Straus-sem na rzecz Ŝelaznej kurtyny, krzyczał teraz, w roli amerykańskiego biskupa
polowego w wojnie wietnamskiej, Ŝe Amerykanie bronią tam sprawy boŜej, bronią sprawiedliwości i
cywiliza-cji. Ale gdy ten kardynał, zadomowiony bardziej chyba na Wall Street niŜ w swoim Kościele,
domagał się całkowitego zwycięstwa („Trudno wyobrazić sobie mniej niŜ zwycięstwo”), gdy wygłaszał
podŜegające mowy, którymi niejednokrotnie wprawiał w zaŜenowanie nawet Waszyngton, co jest wielce
wymowne, gdy więc robił to samo, co robił kler w pierwszej i drugiej wojnie światowej, gdy bez skrupułów
wzywał do rzezi, do zabijania, papieŜ Paweł, tak jak Benedykt XV podczas pierwszej, a Pius XII podczas drugiej
wojny światowej, apelował w czasie owej wojny wietnamskiej o pokój, pokój, pokój. KaŜdy papieŜ

papieŜem pokoju!

I kaŜdy jest równieŜ papieŜem biednych. I sam biedny. Biedny jak mysz kościelna. Albo jak Pius XII.
Jak jego następca Paweł. Spośród aŜ pięciuset zarejestrowanych watykańskich samochodów — Jego
Świątobliwości przysługiwały tylko trzy, między innymi skromny mercedes 600, specjalnie wykonany dla następcy
biednego Syna Człowieczego, a podarowany mu dzięki pośrednictwu równieŜ biednego rycerza Grobu
Świętego, bankiera Absa. Biedacy trzymają się razem, a jakŜe! W „świętym Rzymie”, w tej citta dei barracati
— mieście pełnym slumsów, dzielnic nędzy, miał Paweł Biedujący bardzo mizerne mieszkanie, tylko dla
siebie trzynaście pokojów, a ponadto na zaspokojenie podstawowych potrzeb tylko pięcioosobową słuŜbę płci
obojga, nie mówiąc juŜ o tysiącu innych niedogodności. Och, biedny był ten papieŜ! Nietrudno zrozumieć,
dlaczego od czasu do czasu przypominał ludzkości, zwłaszcza jej katolickiej części, „o Naszej świętej biedzie
i braku dochodów”…

AŜ tak zbiedniał! W dniach 25 i 26 kwietnia 1973 roku szef Departamentu Przestępczości
Zorganizowanej i Korupcji bynajmniej nie w Moskwie, ale w amerykańskim Ministerstwie Sprawiedliwości,
Lynch, przybył w asyście funkcjonariuszy policji oraz FBI do papieskiego Sekretariatu Stanu i przedłoŜył
„oryginał pisma, którym Watykan” zamówił u nowojorskich mafiosi „sfałszowane papiery wartościowe na
fikcyjną sumę bez mała miliarda dolarów”, co było „jednym z największych oszustw wszechczasów” (David
A. Yallop).
Tak czy inaczej, Paweł VI Ŝył jeszcze pięć lat w tej biedzie, ciesząc się dobrym zdrowiem. Był
zahartowany, bo przeŜył wiele trudnych chwil, a oprócz tego był to kunktator oraz intelektualista (w tym
stuleciu chyba jedyny na papieskim tronie), człowiek, którego wcale dowcipny kardynał Felice — zapytany
przez jego następcę, Lucianiego, o stosunek Pawła do masonerii — scharakteryzował tym oto błyskotliwym
zdaniem: „Ojciec święty wyrabiał sobie pogląd na to jeszcze wówczas, gdy zaskoczyła go śmierć”.

Jan Paweł I (26 YIII-28 IX 1978)
Albino Luciani był człowiekiem, który często wyrabiał sobie pogląd od razu, i nierzadko nawet
słuszny, po czym zaraz następowały czyny; to z kolei sprawiło, Ŝe jego pontyfikat trwał nie półtorej dekady,
jak w wypadku jego poprzednika, lecz zaledwie miesiąc.
Ów dawny patriarcha Wenecji, syn robotnika, chrześcijańskiego socjalisty i wroga kleru, był kimś
całkiem nietypowym, człowiekiem, który wcześnie wstawał, mało jadł, pił wodę mineralną, czasem cytował
takich antychrystów, jak Mark Twain czy George Bernard Shaw, lubił prostolinijność, uczciwość, konsekwencję,
krótko mówiąc, był księciem Kościoła mającym wiele danych po temu, Ŝeby ubiec w popularności
nawet papieŜa tak lubianego, jak Jan XXIII — jeśliby mu pozwolono biec.
Ale dla nazbyt wielu okazał się aŜ nazbyt niebezpieczny. Wizerunek papieŜa rozpowszechniony tuŜ po
jego śmierci właśnie przez te środowiska w Kurii, które były najbardziej zainteresowane w jego zniknięciu,
wizerunek wiecznie uśmiechniętego niedołęgi, niezdary, prowinq’onalnego apostoła, stanowił bowiem tylko
obrzydliwą, potwarczą karykaturę.

To, Ŝe Luciani jest niebezpieczny, sygnalizowały juŜ pozorne błahostki protokolarne, choćby fakt, iŜ
zabronił gwardzistom klękania na jego widok („Kim jestem, Ŝeby oni przede mną padali na kolana?”),
natomiast przed Pawłem VI zakonnice i księŜa klękali, przynajmniej przez pewien czas, nawet rozmawiając z
nim tylko przez telefon.
O wiele bardziej niepokojące były oczywiście groźne innowacje technologiczne; na przykład to, Ŝe
papieŜ chciał uwypuklać macierzyński charakter Boga; to, Ŝe okazał się rzecznikiem sztucznej regulaq’i
urodzeń, co miało wielkie znaczenie polityczne. Po rozmowie na ten temat z sekretarzem stanu Wlotem
papieŜ odprowadził tego ostatniego do drzwi i powiedział: „Eminencjo, przez trzy kwadranse dyskutowaliśmy
o antykoncepcji. Jeśli prawdziwe są dane, jakie otrzymałem, te róŜne statystyki, to w czasie naszej rozmowy
ponad tysiąc dzieci w wieku poniŜej pięciu lat zmarło z niedoŜywienia. W ciągu następnych trzech
kwadransów, kiedy to i Eminencja, i ja będziemy z przyjemnością oczekiwać następnego posiłku, umrze z
niedoŜywienia dalszy tysiąc dzieci. Jutro o tej porze okaŜe się, Ŝe zmarło trzy tysiące dzieci, które teraz
jeszcze Ŝyją — Ŝe zmarło z niedoŜywienia. Nasz Pan nie zawsze troszczy się o to, Ŝeby nam niczego nie
brakowało.”
Takie słowa mówią o Albinie Lucianim więcej niŜ długie rozprawy.
Ale najbardziej niebezpieczny stał się Jan Paweł I przez politykę kadrową, jaką zamierzał prowadzić
— jest to zawsze naj-kłopotliwszy obszar polityki i zresztą najwaŜniejszy, bo na nim zazwyczaj ponosi klęskę
wszelka polityka, szczególnie ta najlepsza. Ten papieŜ, który postrzegał Watykan jako „targowisko”, planował
szybką, energiczną czystkę i tam, i gdzie indziej, przy czym na liście osób przewidzianych do odstrzału
znalazły się czołowe osobistości, nawet sekretarz stanu kardynał Jean Yillot (6 sierpnia 1966 roku przyjęty do
jednej z lóŜ masońskich w Zurychu); ponadto mający ścisłe powiązanie z najprawdopodobniej zamordowanymi
mafiosi, bankierami Calvim i Sindoną, prezes Banku Watykańskiego biskup Paul Marcinkus;
ponadto przyjaciel tego ostatniego, arcybiskup Chicago Cody, ów najpewniej nie tylko dlatego, Ŝe roztrwonił
ogromne sumy z funduszy Kościoła na zaspokojenie potrzeb swojej kochanki, którą przywiózł nawet do
Rzymu, gdy miał otrzymać kapelusz kardynalski.

Wszystkich wymienionych tutaj, i niejedną inną osobistość, papieŜ Jan Paweł I przyprawił o niepokój,
czy uda się zachować władzę, stanowisko, prestiŜ (odejście Marcinkusa było przewidziane juŜ na ten dzień,
który przypadał po dniu śmierci Lu-cianiego), tak więc w obliczu tej sytuacji, jak i całego splotu dziwactw,
sprostowań, sprzeczności, kłamstw, którymi Kuria otoczyła ten zgon, chciałoby się rzec, iŜ nic nie wydaje się
bardziej naturalne niŜ nienaturalna śmierć Lucianiego. Jeśli nawet nie sposób udowodnić morderstwa, nie
pozostawiając Ŝadnej wątpliwości, to przecieŜ duŜo więcej przemawia za tym, Ŝe doszło do niego, niŜ
przeciwko temu, a łańcuch poszlak przedstawiony przez Davida A. Yallopa ma zaskakująco wiele ogniw i aŜ
nadto zrozumiała staje się wypowiedź opata Ducaud-Bourgeta, arcykonserwatyw-nego przedstawiciela
Kościoła: „ZwaŜywszy na wszystkie te wytwory diabła, które panoszą się w Watykanie, trudno uwierzyć, Ŝe
ta śmierć była śmiercią naturalną”. (śaden lekarz Kurii nie wziął jednak na siebie odpowiedzialności za
uwiarygodnienie przyczyny śmierci wystawionym przez siebie aktem zgonu).
Chcąc przynajmniej na pewien czas uciszyć rozchodzącą się błyskawicznie po świecie pogłoskę o
zamordowaniu papieŜa i odwrócić uwagę nowym widowiskiem, czym prędzej, juŜ 16 października, wybrano
jego następcę.

Jan Paweł II (1978-)
Jak słychać, arcybiskup Krakowa Karol Wojtyła znalazł się na tronie biskupów Rzymu w efekcie
powstania sieci wzajemnych powiązań politycznych, sięgającej od kardynałów zachod-nioniemieckich i
amerykańskich poprzez CIA — w analizie dokonanej przez tę agenq’ę wypadł najlepiej — i poprzez
osławione Opus Dei, którego przywódców przyjął juŜ w kilka dni po elekcji, aŜ do Kurii. Będąc człowiekiem
arcykonserwatywnym, propaguje, nie bez pewnej domieszki chłopskiej jakby przebiegłości oraz
słowiańskiego wdzięku, wyraźnie ofensywnie — optymizm; jest to niewątpliwie postawa, którą
przeciwstawia się świadomie raczej sceptycznemu i defensywnemu konserwatyzmowi poprzednika, Pawła
VI. A jako „papieŜ podróŜujący” od kilkunastu lat trafia częściej na pierwsze strony gazet niŜ szef
jakiegokolwiek innego rządu na świecie.

Ale poza tym wszystko pozostało po staremu: kardynał Cody nie opuścił Chicago, kardynał Wlot
utrzymał się na stanowisku sekretarza stanu, arcybiskup Marcinkus, mocno uwikłany w interesy mafii oraz
inne ciemne sprawki, pozostał prezesem Banku Watykańskiego i Jan Paweł II awansował go nawet w 1981
roku na zastępcę przewodniczącego Komisji do Spraw Państwa Watykańskiego, którego to państwa nie mógł
później przez dłuŜszy czas opuścić, bo czyhała na niego włoska policja!
I pod innymi względami nic się nie zmieniło. Przeciwnie: Karol Wojtyła okazał się kontynuatorem
antykomunistycznej i antyradzieckiej polityki ostatnich Piusów, chociaŜ prowadził ją, dostosowując się do
okoliczności, ostroŜniej. Ale wybór na papieŜa zawdzięcza przecieŜ między innymi — i nie jest to najmniej
waŜna przyczyna — swej zdecydowanie antymarksistowskiej postawie i wschodnim doświadczeniom, przy
czym rezolutnie staje po stronie USA, skąd pochodzi większość dochodów Kurii.
Papieską strategię całkowicie jednoznacznej obłudy w słowach demaskują przede wszystkim dwa
spośród jego teatrów: Ameryka Łacińska i Polska.

Zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej dokłada Jan Paweł II wszelkich starań, by z jednej strony zachować
przychylność tych, co są u władzy, a z drugiej strony utrzymać wpływ na uciskane katolickie masy, i z tym
karkołomnym tańcem na Unie radzi sobie całkiem zręcznie, co prawda tylko dzięki łatwowierności znacznej
części tamtych ludzi i za pomocą raŜących kłamstw. Tak więc ten „namiestnik Chrystusa”, jak sam siebie
nazywa, twierdzi, Ŝe cele jego podróŜy są „na wskroś duszpasterskie”, Ŝe zabiegi Kościoła jako „eksperta w
kwestii człowieczeństwa” (Paweł VI), jako „obrońcy praw człowieka” mają „zawsze charakter religijny”, nie
zaś „społeczny albo polityczny”, bo teŜ Kościół bynajmniej „nie pragnie mieszać się do polityki”.
W istocie Kościół uprawia wyłącznie politykę, chociaŜ w religijnej otoczce, i wszystko, co się dzieje
za sprawą Kościoła, ma następstwa polityczne; wówczas gdy podróŜując po Ameryce Południowej, papieŜ
stara się za wszelką cenę rozładować napięcie sytuacji przedrewolucyjnej po to, Ŝeby zapewnić rządzącym zachowanie
władzy i pieniędzy; wówczas gdy tam, i wszędzie indziej, działa w pełnej zgodności z interesami
USA, nie licząc się ze straszną nędzą i niezliczonymi trupami.
Wprawdzie sam dostrzega na „pewnych obszarach tego kontynentu nadziei” w „doprawdy
przeraŜającej mierze niezdrowe warunki Ŝycia, biedę, wręcz nędzę, ciemnotę i analfabetyzm, nieludzkie
warunki mieszkaniowe, chroniczne niedoŜywienie oraz wiele innych, równie smutnych przejawów zła”, ale
zawsze tylko ogólnikowo, bez przekonania domaga się sprawiedliwości, sprawiedliwego podziału dóbr,
przestrzegania praw człowieka. Jest zdecydowanie przeciwny „zmniejszaniu liczby urodzeń”, co stanowi
nieodzowną przesłankę zmniejszenia masowego ubóstwa. Nie godzi się z tym, Ŝeby „zmiany konieczne do
osiągnięcia większej [!] sprawiedliwości następowały gwałtownie, w sposób rewolucyjny, krwawo” — gdy
tymczasem papieŜe nakazywali przecieŜ, poprzez duszpasterstwo wojskowe, przelewanie krwi, wręcz je forsowali,
i jakim tonem!
Ale papieŜe zawsze stają po stronie tych, co mają władzę, i bogatych, do których sami się zaliczają.
Gdy tamci chcą wojny, to chcą jej teŜ papieŜe. Gdy tamci nie pragną wojny, to często i papieŜe jej nie pragną.
„Nie pałajcie nienawiścią, nie myślcie o uŜywaniu siły” — krzyczał Wojtyła szlachetnie, po chrześcijańsku do

wyzyskiwanych Indios i campesinos. „Błogosławieni ci, co wobec Boga się biedni, bo do nich naleŜy
Królestwo Niebieskie” — pocieszał na stadionie Morumbi w Sao Paulo robotników. I nie wstydził się uŜyć
tego biblijnego frazesu w dzielnicy nędzy Vidigal w Rio de Janeiro. Nic prócz pustych stów! „Niech rodziny,
które cierpią biedę, nie upadają na duchu, niech nie uwaŜają walki za swój ideał ani bogactwa za pełnię
szczęścia; zamiast tego starajcie się, wspomagani przez wszystkich innych, pokonać trudny etap niedostatku,
a doczekacie się lepszych czasów […]” — na tamtym świecie! — „starajcie się pokonać troskę nadzieją” —
która spełni się na święty nigdy!

Głodującym ten papieŜ mówi: „Biednymi wobec Boga są równieŜ tak zwani bogaci”. PapieŜ naucza,
iŜ Chrystus nie potępia człowieka bogatego, dlatego Ŝe jest bogaty, naucza, iŜ Chrystus nie godzi się tylko na
egoistyczne korzystanie z dóbr materialnych, nie potępia natomiast posiadania ich! Ludzie „stanowią jedną
rodzinę”. „Jesteśmy rodziną złoŜoną z dzieci Boga” — pouczył papieŜ robotników rolnych w Racife i wezwał
tych nieszczęśników, by zachowali wszystko, co „uprawnione we współŜyciu obywateli”: umiłowanie
harmonii, ufność wobec Boga i otwartość na sprawy nadprzyrodzone, cześć dla Najświętszej Marii Panny itd.,
itd.!
Ten papieŜ odrzucił twierdzenie, jakoby „Jezus był zaangaŜowany politycznie”, „a nawet uwikłany w
walkę klasową”, zanegował takie „rozumienie Chrystusa jako polityka, rewolucjonisty i wywrotowca” i
zamiast tego mówił o „całkowitym zbawieniu przez miłość, która odmienia, przynosi pokój, przebacza i
jedna”. I w duchu takiej przebaczającej, jednającej miłości Jan Paweł II nie uścisnął ręki nikaraguańskiemu
księdzu i ministrowi Ernesto Cardenalowi, ale niebawem tym serdeczniej ściskał dłonie dyktatorowi Riosowi
Monitowi w Gwatemali oraz mordercy arcybiskupa Romero, D’Abuissonowi, w Salwadorze!
„Waszego głodu absolutu — zwrócił się do młodzieŜy — nie zaspokoją surogaty ideologii,
sprowadzające nienawiść, przemoc, rozpacz. Jedyne źródło radości stanowi Chrystus, o ile dąŜy się doń i
kocha Go szczerze […]”. Sam przecieŜ „przebywał wśród ludzi jako potrzebujący pomocy biedak”, „urodził
się w biedzie […], by nas wzbogacić swoim ubóstwem”. I tak samo biedna była Jego matka. „Kiedy nękają
was troski i jesteście u kresu wytrzymałości, myślcie o tym, Ŝe Bóg obrał sobie ubogą matkę […]”. Radość
pochodząca od Jezusa Chrystusa przewyŜsza „wszelkie cierpienie i wszelkie trudy Ŝycia”. „Oto na czym
polega prawdziwe wyzwolenie: głosić chwałę Jezusa”. „Nie pozwólcie, Ŝeby przemieniano was w narzędzia!”
Tak — zwłaszcza Ŝeby nie robił tego Watykan!

Ten papieŜ przeciwstawia się zdecydowanie „humanizmowi ateistycznemu”. Ciągle podkreśla, Ŝe
Kościół nie musi „szukać azylu w obrębie jakichkolwiek ustrojów politycznych czy w jakiejkolwiek:
ideologii”, Ŝe nie ucieka się „do Ŝadnego rodzaju przemocy ani do dialektyki walki klasowej, ani teŜ do
praktyki bądź analizy marksistowskiej”. „Negacja walki klas jest równoznaczna ze zdecydowanym
opowiedzeniem się za szlachetną walką o sprawiedliwość społeczną. Walka klas stworzyłaby jedynie sytuację
niesprawiedliwą dla tych… którzy dotychczas mieli przywileje po swojej stronie”. I po ich stronie powinny
one oczywiście pozostać. Szczególnie zaś po stronie wyŜszego kleru.

„Biskupi latynoscy mieszkają w pałacach, kontrolują gazety, popierają wyzyskujących lud polityków,
a majątek osiągany z podległych im parafii wykorzystują do tego, Ŝeby wyposaŜać faworyzowanych przez
siebie «biedaków» lub dla innych, bardzo podejrzanych celów politycznych i kościelnych. W okresie mojego
pobytu w Ameryce Łacińskiej duchowni ze wszystkich szczebli hierarchii wypełniali sobie czas
organizowaniem zbiórek pieniędzy; z uzyskanej sumy, np. z dziesjęciu tysięcy dolarów, zabierali cztery
tysiące dla siebie, a na cel kwesty wydawano w końcu aŜ dwa tysiące dolarów”. „Wielkie sumy z tych
środków pienięŜnych, które płyną do latynoskich organizacji religijnych, są przekazywane na Półwysep
Iberyjski oraz do Włoch i do Watykanu. Gdyby ludzie mieli choćby jakiekolwiek pojęcie o bogactwie
biskupów czy organizacji religijnych, to nikt rozsądny nie zasiliłby ich juŜ Ŝadnym datkiem”.

Taką opinię sformułował katolicki duchowny Giuliano Ferrari, który w końcu nazwał Kościół rzymski
„największym i naj-ohydniejszym biznesem na świecie”, który był zaprzyjaźniony z kardynałami
Confalonierim, Tisserantem i Beą, znał bez mała pięćdziesięciu innych kardynałów, a w kardynale Samore
miał serdecznego wroga i którego zwłoki po kilku „próbach morderstwa” (jak stwierdził sam Ferrari,
zaliczywszy do „gangu” równieŜ paru wymienionych przezeń z nazwiska biskupów) znaleziono w jednym z
pustych przedziałów w pociągu pospiesznym Genewa-ParyŜ. Czy padł ofiarą „watykanizmu”? Podobnie jak,
według jego słów, inni latynoscy duchowni, Camilo Torres czy Oscar Romero, o którym Ferrari na krótko
przed swoją śmiercią napisał: „Najnowsza zbrodnia Watykanu to zamordowanie w San Salvador mojego
przyjaciela, arcybiskupa Oscara Romero”.

Determinacji Jana Pawła II, papieŜa z Polski, w kontynuowaniu antysowietyzmu Piusa XI i Piusa XII
— chociaŜ w obliczu aktualnego wówczas układu sił musiał zachowywać się powściągliwie — dowiodła juŜ
jego pierwsza pielgrzymka do Polski. Mówiono juŜ wtedy o „wdarciu się do sowieckiego imperium”, a kardynał
Kónig, arcybiskup Wiednia, zdecydowanie przychylny Woj-tyle, przepowiadał „trzęsienie ziemi aŜ po
Ural” i spodziewał się tego, na co papiestwo liczy od tylu stuleci, mianowicie wielkiego „napływu Słowian do
Kościoła”.
Bez wojny nie jest to realne ani dzisiaj, ani jutro. A papieŜ wyjaśnił na niezliczone sposoby, jak

naprawdę pojmował swą rzekomo „duszpasterską” wizytę. Nie gdzie indziej, ale właśnie na placu
Zwycięstwa w Warszawie, przed Grobem Nieznanego śołnierza, wołał: „W iluŜ miejscach naszej ojczyzny
tracił Ŝycie ten Ŝołnierz! W iluŜ miejscach Europy i świata zaświadczył swą śmiercią, Ŝe bez niepodległej
Polski na europejskiej mapie nie będzie Europy sprawiedliwej!” Wymownie teŜ zakończył tę homilię: „I oto
wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem papieŜ Jan Paweł II, wołam z głębi tego stulecia, wołam w
przededniu Zielonych Świątek: Ześlij swego ducha! Ześlij swego ducha! I odnów oblicze Ziemi! Tej Ziemi!
Amen”. Wołał z głębi tego stulecia — wieku pierwszej i drugiej wojny światowej, faszyzmu i późniejszej
walki ze Związkiem Radzieckim, bo pod względem politycznym takie właśnie było — i jest — to stulecie w
Europie.
Następnego dnia wspomniał o chrystianizacji Wschodu, nie tylko Polaków, ale i Chorwatów,
Słoweńców, Bułgarów, Morawian, Słowaków, Obotrytów, Wieletów, Serbów łuŜyckich. „CzyŜ nie chce tego
Chrystus, czyŜ nie dzieje się to za sprawą Ducha Świętego — zapytał — Ŝe ten polski, słowiański papieŜ
właśnie teraz uświadamia duchową jedność chrześcijańskiej Europy?” I odpowiedział okrzykiem
zakrawającym na dewizę krzyŜowców: „Tak, Chrystus chce tego”.

Ten ojciec święty, który nieprzypadkowo nakazał Radiu Watykańskiemu reorientację na Europę
Wschodnią, zaŜądał „wolności Kościoła w Polsce i na całym dzisiejszym świecie”. Wspomniał o najeździe
Tatarów w roku 1241, któremu stawił czoło Henryk II PoboŜny. (W istocie poniósł on straszliwą klęskę i sam
padł 9 kwietnia w bitwie pod Legnicą). PapieŜ wysunął postulat: „Europa, którą tragicznie podzieliła [!]
straszna wojna światowa stoczona pod koniec pierwszej połowy tego stulecia, ta Europa, która mimo Ŝe jest
obecnie trwale rozdarta pod względem ideologicznym i polityczno-gospodarczym, co wynika z róŜnicy
ustrojów, nie przestając dąŜyć do fundamentalnej dla niej jedności, musi zwrócić się ku chrześcijaństwu”.
Albo: „Być chrześcijaninem to znaczy: czuwać. Jak Ŝołnierz na posterunku […]”.
Nie był to naturalnie przypadek, Ŝe Wojtyła jako papieŜ właśnie w Polsce zaapelował o „ponowne
zjednoczenie Europy w chrześcijaństwie”; Ŝe oświadczył: „My, Polacy, wybraliśmy drogę na Zachód tysiąc
lat temu”! Pójście tą drogą oznacza jednak znowu — tak jak za Piusa XI i Piusa XII — przeciwstawienie się
Wschodowi, prawdopodobnie coraz ostrzejsze. Następstwem orientacji zachodniej jest kroczenie u boku
Ameryki — Stanów Zjednoczonych, dla których dwie światowe potęgi to stanowczo za duŜo i którym chyba
nie wystarcza dwóch wojen światowych.

Michaeł Schmaus — jeden z wielu
„Rok 1933 a katolicyzm niemiecki! Znowu zbliŜa się wiertło dentysty — i znowu pacjent drgnie,
strasznie krzycząc”. Tak, dosyć kiczowato, zaczyna się jeden z rozdziałów ksiąŜki, w której „dentysta”
Carl Amery wini za kapitulagę Kościoła katolickiego w roku 1933 nie papieŜa i nie biskupów, lecz
wiernych. Bo przecieŜ, jak twierdzi, najpierw stanęła po strome Hitlera większość wiernych, a dopiero
potem episkopat i Watykan. W rzeczywistości jednak kolejność była odwrotna; zmianę postawy
zainicjowała Kuria, za jej przykładem zaś poszli niemieccy biskupi i cała reszta. Jak bowiem pisała
katolicka „Allgemeine Rundschau”, „biskupi nie mogą walczyć, gdy Rzym opowiada się za pokojem”. A
Karl Bachem, historiograf Partii Centrum, uwaŜał opór po uznaniu rządu przez Kościół za wręcz
niemoŜliwy do pogodzenia z moralnością. „Pozostaje tylko pójście za przykładem biskupów […]”.

Roma locuta, causa finita — dla niemieckich purpuratów. Jeszcze w 1932 roku bez wyjątku
wrogo nastawieni do nazizmu, teraz bez wyjątku przeszli na jego stronę. Biskupi bawarscy dopatrzyli się
6 maja 1933 roku w programie rządu Hitlera „odnowy duchowej, obyczajowej i gospodarczej” i
przestrzegali: „Teraz nikt nie powinien przez zniechęcenie albo gorycz stać z boku i wyrzekać; nikt kto
szczerze pragnie się włączyć, nie powinien przez jednostronność i brak wielkoduszności zostać
odstawiony na boczny tor”. „Nikt nie moŜe się uchylać od udziału w wielkim dziele budowania […]”. JuŜ
w czerwcu cały niemiecki episkopat przypisał Hitlerowi i jego państwu „realizację władzy boŜej i
partycypowanie w wieczystym boskim autorytecie…”

W gruncie rzeczy nie zaskakuje to aŜ tak bardzo. Zwrócenie się Hitlera przeciwko Wschodowi
było poŜądane. Zniesienie przezeń wolności prasy, słowa i zgromadzeń stanowiło powtórzenie
odwiecznego obyczaju papieŜy. Kościół nie zaprotestował teŜ nigdy przeciw więzieniu i mordowaniu
komunistów, socjalistów i liberalnych antagonistów Hitlera; późniejsze pretensje dotyczyły prawie
wyłącznie naruszenia interesów czysto katolickich. A Ŝe nie przejmowano się zbytnio losem śydów, to

jest zrozumiałe samo przez się, zwaŜywszy na bez mała dwa tysiące lat chrześcijańskiego
antysemityzmu.
Po pierwszych zapewnieniach biskupów o wierności i chęci kolaboracji, powtarzanych przez oba
Kościoły jeszcze w późniejszym okresie drugiej wojny światowej, nastąpiły niebawem deklaracje tzw.
teologii naukowej, dostosowywanie się do ducha epoki jest przecieŜ od dawna jedną z jej wielkich
namiętności.

JuŜ w 1933 roku wydawnictwo Aschendorff w Munster zainicjowało serię ksiąŜek o nazwie
„Rzesza i Kościół”, po czym w kaŜdej z tych broszur stwierdzało: „«Rzesza i Kościół» to seria publikacji
mająca słuŜyć budowaniu Trzeciej Rzeszy połączonym wysiłkiem państwa narodowosocjalistycznego
oraz katolickiego chrześcijaństwa. Przyświeca jej przekonanie, iŜ nie ma zasadniczej sprzeczności
między dokonującym się w naszych czasach naturalnym odrodzeniem narodu a nadprzyrodzonym
Ŝyciem Kościoła. Dzieje się natomiast tak, Ŝe przywrócenie ładu politycznego zdaje się domagać
dopełnienia, które miałoby swe źródło w religii. Uświadomienie tego i pogłębienie takiej świadomości to
chyba najwaŜniejsze obecnie zadanie duchowe niemieckiego katolicyzmu i jego najlepszy wkład do
sukcesu wielkiego dzieła niemieckiej odnowy, do którego Fuhrer wezwał wszystkich Niemców. Owemu
zadaniu powinna posłuŜyć ta seria, która będzie się ukazywać bez ścisłych ram czasowych. Seria na
wskroś niemiecka i na wskroś katolicka”.
NiemalŜe z dnia na dzień usprawiedliwili tu najwybitniejsi teologowie kompromis między
państwem a Kościołem.

Braniewski teolog Joseph Lortz, członek partii od l maja 1933 roku, autor wydanej po raz
pierwszy w roku 1932 (a w roku 1965 opublikowanej po raz dwudziesty trzeci) ksiąŜki Geschichte der
Kirche in ideengeschichtlicher Betrachtung (Historia Kościoła w świetle dziejów ideologii), nie cofa się
przed zadaną tyradą, która mogłaby usprawiedliwić katolicką woltę. SkarŜy się na to, Ŝe w Kościele
panuje „wręcz tragiczna niewiedza o potęŜnych pozytywnych siłach, ideach, planach narodowego
socjalizmu, które są powszechnie dostępne w swej autentycznej postaci juŜ od roku 1925, dzięki ksiąŜce
Hitlera Mein Kampf”. Teolog Lortz przypisuje „katolikowi Adolfowi Hitlerowi” i jego ksiąŜce
zadziwiającą pewność wykładu i przewaŜającą nad wszystkim innym logikę wewnętrzną, co więcej,
określają jako „doprawdy wielką”. Ze wzruszeniem dziękuje „Wodzowi” za ocalenie Niemiec i Europy
od „chaosu bolszewizmu”, obwieszcza, iŜ dopatrzył się pokrewnych podstaw narodowego socjalizmu i
katolicyzmu, i wyraŜa pogląd, Ŝe tylko katolicyzm moŜe w wielu istotnych dziedzinach zrealizować
załoŜenia narodowego socjalizmu, oraz swoją całkowitą aprobatę tego kierunku, po czym kończy proroczo:
„[…] albo ten ruch doprowadzi nas do ocalenia, albo znajdziemy się w chaosie”.

Cieszący się wówczas światową sławą teolog z Tybingi Karl Adam równieŜ nie omieszkał
przypodobać się nowej władzy. Na łaniach „Theologische Ouartalsschrift” publikuje artykuł Deut-sches
Volkstum und katholisches Christentum (PrzynaleŜność do narodu niemieckiego a wyznawanie katolickiego
chrześcijaństwa) — przemilcza go bibliografia zamieszczona w wydanym w 1952 roku zbiorze prac
dedykowanych autorowi! — artykuł, w którym nie dopatruje się sprzeczności między narodowym
socjalizmem a Kościołem. Przeciwnie: są nierozłączne jak natura i łaska. Sam Hitler przybył, początkowo co
prawda nie rozpoznany, „z Południa, z katolickiego Południa”. „Ale nadeszła chwila, w której go
zobaczyliśmy i rozpoznaliśmy” — zapewnia Adam, wychwalając dalej tego historycznego superbandytę
niemalŜe jak Mesjasza. „I oto stoi przed nami jako ten, którego wezwały głosy naszych poetów i mędrców,
jako wyzwoliciel niemieckiego geniuszu, który zdjął nam przepaski z oczu i pozwolił za wszelkimi zasłonami
politycznymi, gospodarczymi, społecznymi, wyznaniowymi zobaczyć znowu to, co istotne, i pokochać to:
naszą wspólnotę krwi, naszą niemiecką toŜsamość, człowieka, jakim jest homo Germanus”. I jeszcze podczas
drugiej wojny światowej, u szczytu sławy Hitlera, wołał Adam: „Oto stoi przed nami ta nowa Rzesza, pełna
Ŝarliwej woli Ŝycia i pasji, obdarzona potęŜną siłą, twórcza, płodna. My, katolicy, widzimy siebie jako
elementy tej Rzeszy i dopatrujemy się swojego najwaŜniejszego zadania na tej ziemi w słuŜbie tej Rzeszy
[…]. Krew niemiecka jest i pozostanie w swej istocie podstawą równieŜ naszej chrześcijańskiej rzeczywistości
[…]. Z nakazu sumienia słuŜymy wszystkimi siłami tej nowej Rzeszy i będziemy słuŜyli, cokolwiek się
wydarzy […]”.
I co się wydarzyło? Nadszedł rok 1951 i Karl Adam otrzymał Wielki Federalny KrzyŜ Zasługi,
przyznany przez prezydenta Republiki Federalnej Niemiec Heussa, który ze swej strony juŜ w 1932 roku w
ksiąŜce Hitlers Weg (Droga Hitlera), na przekór róŜnym głosom krytycznym, pochwalił „skuteczność”,
„nieulega-nie w obliczu przeciwności”, „szlachetność”, „zdumiewające osiągnięcia” Fiihrera, w sumie całą tę
„wspaniałą przemianę”, i sam teŜ rozpoznał „pokrewne elementy strukturalne” programu hitlerowców i
katolickiej nauki społecznej, podobnie jak Lortz, Adam i wielu innych teologów; w tym gronie było równieŜ
mnóstwo teologów protestanckich, którzy w swoim zachwycie przeprowadzali nawet paralele między
gminami świętego Pawła z I wieku a „oddziałami brunatnej armii Hitlera” i z zapałem mówili o „SA Jezusa

Chrystusa” (Th. Daechsler).
Wszyscy ci teologowie dostarczali, oczywiście postfactum, „naukowego” uzasadnienia wielce
szokującego współudziału kleru w poczynaniach jego dotychczasowego przeciwnika. W takim ujęciu i
człowiek mający stać się teraz jedyną postacią centralną eseju, okazuje się kimś do zastąpienia, tylko jednym
z wielu tych, którzy nagle uznali siebie za powołanych do objawienia światu, iŜ cele Hitlera są w znacznej
mierze i od dawna zbieŜne z celami Kościołów chrześcijańskich.
Michael Schmaus, urodziny w 1897 roku w Górnej Bawarii, był profesorem dogmatyki w Pradze,
Miinster, i — od zakończenia wojny — w Monachium; w Miinster i Monachium okazał się poprzednikiem
jezuickiego dogmatyka Karla Rahnera. Schmaus napisał, często wznawiane, czterotomowe dzieło Katholische
Dogmatik (Dogmatyka katolicka), równieŜ często wznawiane dzieło Vom Wesen des Christemtums (O
istocie chrześcijaństwa), a ponadto Meditationen tiber Christus (Medytacje o Chrystusie), Von den letzten
Dingen (O rzeczach ostatecznych) oraz szereg innych prac, między innymi wydaną w serii „Rzesza i Kościół”
zaledwie pięćdziesięciostronicową rozprawę o konfrontacji katolicyzmu chrześcijańskiego ze światopoglądem
narodowosocja-listycznym (Begegnungen zwischen katholischem Christentum und nationabozialistischer
Weltanschauung), w której medytuje mniej o sprawach ostatecznych niŜ o sprawach podówczas pierwszych.
Wznowiona juŜ w listopadzie 1933 roku, ksiąŜka ta miała trafić przede wszystkim do katolików
rozumiejących epokę, zgodnie z dewizą: Vox temporis — vox Dei (Głos czasu to głos Boga).
Głos czasu był tym, co skłoniło samego autora do publikacji jego traktatu, nie miał bowiem
wątpliwości, Ŝe powinien zarówno „bez zastrzeŜeń podporządkować się nowemu państwu, jak i docenić
podstawy duchowe światopoglądu narodowosocjalistycznego” oraz „przekazać istotne wskazania w chwili, w
której są one niezbędne”.

Głos Boga rozbrzmiał natomiast u Schmausa z ust uczestników konferencji biskupów w Fuldzie 28
marca 1933 roku —
Schmaus przytoczył dosłownie treść zezwolenia biskupów na jego wstąpienie do partii hitlerowskiej.
„Dla kaŜdego katolika jest to z góry oczywiste, Ŝe episkopat nie cofnąłby wcześniejszego zakazu, gdyby
Ŝywił przekonanie, Ŝe myśl katolicka i narodowo-socjalistyczna przeczą sobie”. Do głosu Boga i głosu czasu
doszły „Głosy Czasu” — „Stimmen der Zeit”, jezuicki miesięcznik, który w tym samym roku, „roku
jubileuszu naszego zbawienia” (to odnosiło się zresztą do Jezusa Chrystusa, a nie do Hitlera), uczcił „potęgę
symboli” — „sama osoba Hitlera stała się symbolem wiary narodu niemieckiego w jego przyszłą egzystencję”
— i nie wspomniał o wrogości między swastyką a krzyŜem chrześcijańskim. „Przeciwnie: znak natury
znajduje dopiero spełnienie i doskonałość w znaku łaski”.
Schmaus nie ryzykował więc, kiedy śmiało zapuścił się w odległą historię. Kto bowiem „chce pojąć
to, co się dokonuje u nas z Ŝywiołową siłą gwałtownej burzy, ten musi poszukać źródeł, z których ona
powstała”. Poza sferą rozwaŜań pozostało oczywiście bogobojne średniowiecze, „kosmos uporządkowany”.
Katastrofa zaczęła się dopiero w czasach nowoŜytnych z ich swobodą, autonomią, „duchem wolności”,
właśnie teraz zaczynającym prześladować Europę. „Wolność była tą potęgą, która zdominowała okres od XVI
do początku XX wieku”.

Zadziwiająca to wizja historii, jeśli zwaŜymy, Ŝe prawie przez cały ten okres spora część chłopów w
Europie podlegała pańsz-czyźnie! śe jeszcze w XVI wieku przedstawiciele szlachty niemieckiej grywali w
karty o Ŝycie swoich parobków albo wymieniali ich na psy! śe jeszcze na początku XIX wieku biskupi
sankcjonowali handel niewolnikami! śe niewolnictwo w krajach chrześcijańskich dotrwało aŜ do początków
XX wieku: w prawosławnej Rosji do 1861 roku; w protestanckiej Ameryce Pomocnej do roku 1865; w
katolickiej Brazylii — do 1888 roku.
Wolność nie była zresztą jedynym nieszczęściem, jakie nękało ludzi w czasach nowoŜytnych. Do tego
doszła idea równości. Co gorsza, obie zaczęto w 1789 roku wcielać w Ŝycie. „Według praw człowieka
proklamowanych przez rewolucję francuską wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi i pozostają wolnymi i
równymi”. W tym zdaniu Schmausa nie rozpoznajemy obrzydzenia, z jakim je sformułował. Jak pisze dalej:
„Nic nie jest mniej katolickie niŜ skrajnie demokratyczne podejście do bytu”. Albo: „Odtąd nie było juŜ
załączonych przez wspólną egzystencję członków społeczności, lecz były tylko równe, równouprawnione,
samodzielne jednostki, które na mocy swobodnie podjętej decyzji wiązały się, poprzez zawartą między sobą
umowę, w jedność, które istniały podobnie jak pojedyncze kamienie w całym ich stosie, nie zaś jak części
jednego organizmu […]. Pozostaje wraŜenie, iŜ ma się wciąŜ przed sobą masę kamieni”.

Owa zdobycz XIX wieku wydała mu się co prawda niebagatelną — wolność to doprawdy dobro
wielkiej wagi. Ale, ma się rozumieć, tylko w „rzeczywistości boskiej”. I tak samo jest w wypadku innych
przejawów postępu, na przykład swobody nauczania i myślenia, stanowiących zapewne „wielkie”, ale i
„tragiczne osiągnięcia”. „Uwolnienie się od więzi religijnych” prowadzi bowiem do „całkowitego zaniku
związku myślenia i woli z konkretnymi rzeczywistościami, ustrojami, wartościami”; owa tak niszcząca
„epoka zapoczątkowana przez Kanta” wprowadziła przecieŜ nie tylko „ideę wolności”, ale równieŜ „ideę
równości, tego, co u kaŜdego człowieka realizuje się jednakowo jako humani-tas”. Co więcej, od rozumu
oczekiwano wręcz, Ŝe „skieruje Ŝycie, nie regulowane juŜ przez normy ponadludzkie, na tory egzystencji

spokojnej, wolnej od przesadnych reakcji”. AleŜ to straszne! A prócz „wolności” i „równości” były jeszcze
nauka, „obfitość odkryć”, scjentystyczne „róŜnice poglądów” itd. Wszystko to co prawda „zgodne z naturą”,
ale „w XIX wieku spotkało ludzi zupełne rozdarcie duchowe”.

Coraz bliŜsza stawała się katastrofa, która przypadła na czas przed pierwszą wojną światową i po niej.
„Ludzi XIX i początku XX wieku, którym się wydawało, Ŝe osiągnęli najwyŜsze szczyty, ogarnęła
beznadziejna, śmiertelna samotność. Zostali wyrwani z sytuacji Ŝywotnego powiązania z rzeczywistością
boską, ze wspólnotą, wyrwani z gleby, na której trwali. ParaliŜująco […]” — dziwaczna to wizja — „[…]
podziałało na przedwojenne pokolenie to, co określamy jako oderwanie od korzeni”.

Ten teolog gani bezlitośnie ową unicestwiającą „sytuację przedwojenną” oraz czas po rzezi,
„duchowość, jaka panowała przed wojną i jaka po wojnie okazała się bezuŜyteczna i destrukcyjna”,
duchowość, która zdobyła się na „wyraŜanie istoty i wartości człowieka wzorem chemicznym. Czytaliśmy
kiedyś w gazetach o tym, Ŝe rosyjscy [!] chemicy szacują wartość człowieka na kilka marek”. Ale w czasie
wojny, kiedy to późniejszy zwolennik Hitlera, biskup polowy Faulhaber, nie tylko przyrównał poparcie dla
cesarza Wilhelma II do „naśladowania Jezusa”, lecz równieŜ określił „wojenne armaty” jako „wyraz łaski
apelującej do człowieka”, w czasie wojny ten człowiek, którego wartość — jak twierdzi Schmaus —
rosyjscy chemicy oszacowali na zaledwie „kilka marek”, zaczął nagle być wart sto tysięcy marek, przy
czym przemysł zbrojeniowy inkasował zysk dochodzący do sześćdziesięciu tysięcy marek — od jednej
„bohaterskiej śmierci”… JakiŜ to wzrost wartości! Ale o tej wojnie, która pozbawiła Ŝycia dwanaście
milionów Ŝołnierzy, pozostawiła rany albo kalectwo dwudziestu milionom i spowodowała głodową
śmierć siedmiu milionów ludzi, nie mówiąc o szkodach materialnych ocenianych na tysiąc sześćset
osiemdziesiąt miliardów marek, nie wspomina Schmaus ani jednym słowem, i to w roku, w którym
Watykan wyraził zgodę na ewentualne wprowadzenie powszechnego obowiązku słuŜy wojskowej w
Niemczech hitlerowskich, co zostało zapisane w wychwalanym przez szambelana papieskiego i zastępcę
Fiihrera von Papena protokole dodatkowym, dołączonym do konkordatu z Rzeszą Niemiecką.

Jako straszliwa jawi się tylko „sytuacja przedwojenna”, a potem czas po „dyktacie z okolic
ParyŜa”. W tym właśnie okresie Schmaus dostrzega bowiem tak „tragiczne osiągnięcie”, jak „swoboda
nauczania i uczenia się”, dopatruje się w rozumie — nie inaczej niŜ Karl Adam — „autokraty”. A
przecieŜ jedynowładztwo to przywilej chrześcijaństwa lub tak bardzo pokrewnej mu brunatnej zarazy —
kombatantki w walce z racjonalizmem, liberalizmem, indywidualizmem. „OtóŜ dopatruje się w ruchu
narodo-wosocjalistycznym najostrzejszego i najskuteczniejszego protestu przeciw duchowości XIX i XX
wieku. Ruch ten zastępuje me-chanistyczny obraz świata światopoglądem organicznym, postawę
liberalną i indywidualistyczną — związkiem z tym, co jest dane, z ziemią, ze wspólnotą. Pojęcia
organizmu, ładu, wspólnoty to fundamenty światopoglądu narodowosocjalistycznego […]. Prawdziwy
narodowy socjalizm występuje jako radykalne przeciwieństwo liberalizmu oraz indywidualizmu. […]
Oba te światopoglądy są bowiem tak przeciwstawne, jak natura i nadnaturalność” — gdy tymczasem,
według jezuickich „Stimmen der Zeit”, swastyka i krzyŜ uzupełniały się przecieŜ jako „znak natury” i
„znak łaski”!

A rangę prekursorów owej tak wielkiej „naturalności”, „rozmachu”, „tempa” tej „narodowej
rewolucji” nadaje Schmaus nie tylko nijakiemu albo i niepojętemu katolickiemu felietoniście nazwiskiem
Julius Langbehn, ale równieŜ największym antychrystom w dziejach ludzkości: Friedrichowi
Hólderlinowi oraz Frie-drichowi Nietzschemu! I przy tym ów autor, który zdecydowanie odcina się od
rzekomego liberalizmu czasów dawniejszych, grzęźnie coraz bardziej w takich pojęciach, jak natura,
gleba, następstwo rodowe, wspólne pnie, rasa, krótko mówiąc, w całym hitlerowskim bełkocie o krwi i
ziemi oraz o „wyŜszości” ducha niemieckiego. „Ludzie tego samego pochodzenia narodowego, którzy
czują się związani ze sobą, nie ulegają bezpodstawnemu urojeniu. W naszej krwi krąŜą, jak to kiedyś
wspaniale przedstawił Peter Lippert, w drobnych, a przecieŜ niewymownie potęŜnych kroplach owi
utajeni posłańcy, którzy aktywizują wszystkie nasze siły, elementy, narządy, a więc nadają teŜ rozmach
Ŝyciu duchowemu. Dlatego właśnie ludzie jednej krwi mają podobne reakcje umysłu i wraŜliwości. Bo
— jak wyraŜa to Lippert — na podłoŜu Ŝycia emocjonalnego wznoszony jest gmach Ŝycia duchowego i
ono równieŜ zostało unurzane we krwi, podobnie jak religia […]. Przedstawiciel któregokolwiek z
narodów romańskich inaczej wyobraŜa sobie Boga niŜ Germanin. W tym dopatruje się narodowy
socjalizm swojego najwaŜniejszego celu wychowawczego: w takim wychowaniu kaŜdego Niemca, by
był prawdziwym Niemcem”.

Po pouczeniu, Ŝe nie istnieje „człowiek sam przez się”, ale kaŜdy jest „Francuzem, Japończykiem
albo Niemcem”, albo jeszcze kimś; po wyjaśnieniu definicji „Niemiec jest w pełni człowiekiem, gdy jest
w pełni Niemcem” następuje, jako niemalŜe nieuchronna konsekwencja, przedstawienie stanu, w którym
„jest się cząstką narodowej całości”, „wspólnoty narodowej”, wizja tego właśnie narodu i jego — a
jakŜe! — szczególnej misji dziejowej. „PoniewaŜ za wszelką historią kryje się wola Boga, moŜemy z

historii bez obawy o pomyłkę wyczytać, iŜ Bóg wyznaczył narodowi niemieckiemu jedno z
największych zadań […j. Jeśli historia świata nie miałaby stracić sensu, jeśliby nie miała się dokonywać
bez udziału woli boŜej, to narodowi niemieckiemu naleŜałoby przyznać inną rangę niŜ murzyńskiej
Republice Liberii”.

Ale Ŝe dogmatyk Schmaus znał nie tylko wolę boŜą, lecz równieŜ wolę ziemskiego realizatora
tamtej, którego Mein Kampf oczywiście przeczytał, to i nie omieszkał poprzeć „energicznego działania
róŜnych kręgów na rzecz zainteresowania Niemców w Rzeszy ich rodakami za granicą”. Na sześć lat
przed agresją Hitlera na Czechosłowację przypomniał, Ŝe „przez dyktat z okolic ParyŜa wielkie skupiska
Niemców zostały odseparowane od Rzeszy”; Ŝe „w Czechosłowacji Ŝyje mniejszość niemiecka licząca
ponad trzy miliony ludzi”; „Ŝe te trzy miliony to co prawda obywatele czechosłowaccy, ale jednak
członkowie narodu niemieckiego, i to bardzo świadomi swojej niemieckości”; i wreszcie, Ŝe istotnym celem
„ruchu narodowosocjalistycznego jest unarodowienie Niemców”.

Ten teolog zaserwował teŜ kłamstwo o narodzie bez przestrzeni, podkreśliwszy, Ŝe ostatni cel
załoŜony przez narodowych socjalistów polega na tym, by „naród niemiecki uzyskał znowu swobodną
przestrzeń Ŝyciową dla zwiększenia swojej liczebności i dla rozwoju i by wszyscy jego członkowie mogli
otrzymać niezbędną im część przestrzeni, ziemi, i odpowiednio partycypować w szansach rozwoju.
Tymczasem musimy, na ile to moŜliwe, urządzić się na przestrzeni, jaką dysponujemy […]”.
Na Niemcy spadła nazistowska burza i w proteście przeciw duchowości XIX i XX wieku oraz w
bagnie ideologii „krwi i ziemi” wyrosły jej najcenniejsze owoce, a Schmaus pyta teraz o stosunek
katolicyzmu do tego wszystkiego. Odnajdujemy, zresztą juŜ duŜo wcześniej, wiele podobieństw. Bo przecieŜ i
biskup sufragan Burger wołał w 1933 roku: „Cele rządu Rzeszy są od dawna równieŜ celami naszego
katolickiego Kościoła”.

Profesor Schmaus otwiera swój wykaz cech pokrewnych powołaniem się na Syllabus Piusa IX, tego
ojca świętego, który w XIX wieku sformułował ponadto dogmat o nieomylności papieŜa; którego wówczas
jednak, co moŜemy przeczytać między innymi w nowej biografii Piusa napisanej przez katolickiego teologa
Augusta B. Haslera, dyplomaci katoliccy, historycy Kościoła oraz hierarchowie całkiem serio uznali za
chorego umysłowo, a prócz tego za „nieuczonego”, „głupca” (to stwierdził biskup Maret, podobnie wyraził
się kardynał Lavigerie). A więc ten osławiony Syllabus, symbol religijnego barbarzyństwa — bo potępia on
wszystko, co wtedy i dziś uchodziło i uchodzi za mniej lub bardziej oczywiste: panteizm, naturalizm,
socjalizm, liberalizm, racjonalizm, indywidualizm, indyferentyzm, towarzystwa biblijne i tak dalej, i tak dalej
— otóŜ ten Syllabus przedstawiał Schmaus w 1933 roku, będąc pewnym jego znacznej zbieŜności z
nazistowskim credo, jako tekst nadal autorytatywny dla katolików i z dumą tę jego miarodajność podkreślał.
„Wówczas — stwierdza Schmaus, wspominając wiek XIX i chyba nie zdając sobie wcale sprawy z ironicznej
wymowy swoich słów — dopatrywano się w tym dokumencie czarnej reakcji, wrogości wobec postępu i
kultury. Ale dla postawy duchowej katolików pozostał on miarodajny. O tym kaŜdy moŜe się przekonać […]”.
Tak, słusznie! Schmaus odrzuca konsekwentnie wszelką myśl liberalną. W epoce „liberalistycznej”
panował co prawda „wielki respekt dla łączącej wszystkie jednostki humanitas”. Ale to jest tym mniej istotne,
Ŝe owa humanitas „gwarantuje wszystkim ludziom równość”. A „wolność”! OtóŜ to, taki liberalizm, który
„kaŜdemu z osobna dawał prawo do Ŝycia według własnego uznania [!], nieuchronnie prowadził do
socjalizmu głoszącego walkę klas bądź do marksizmu […]. Stał się on walką wszystkich ze wszystkimi”. Fakt,
Ŝe Schmaus potępia wszelki socjalizm (nie związany z tym, co wyznawali hitlerowcy) nie wymaga
komentarza — było to kiedyś równie powszechne wśród teologów, jak dzisiaj, gdy „socjalizm” zatriumfował
w wielu częściach świata, powszechne jest ich Ŝeglowanie z socjalistycznym wiatrem.

Ale między rokiem 1933 a 1945 pływało się w brunatnym wirze. Schmaus cieszy się, Ŝe „prawdziwy
narodowy socjalizm, będący skrajnym przeciwieństwem liberalizmu oraz indywidualizmu” nadał „ideom
antyliberalnym głębię, której się nie domyślaliśmy, i rozpowszechnił je w całym narodzie”; tak, był to niewątpliwie
jeden z celów papieskiego paktu nie tylko z Hitlerem, ale i z pozostałymi faszystami: z Mussolinim,
którego grabieŜcza inwazja na Abisynię była z zachwytem chwalona przez kler; z generałem Franco, którego
wojnę domową Kościół popierał w sposób fanatyczny; z Paveliciem, w którego „NiezaleŜnej Chorwacji” —
to wciąŜ fakt mało znany — tamtejsi katolicy, księŜa i zakonnicy wymordowali siedemset pięćdziesiąt tysięcy
prawosławnych Serbów, topiąc, ścinając, krzyŜując Ŝywcem, grzebiąc Ŝywcem, ćwiar-tując i paląc. Wszystko
to jest ściśle powiązane. „Między wiarą katolicką a myśleniem liberalistycznym nie ma równowagi ideowej.
Przystają one do siebie równie mało pod względem duchowym, jak mało przystają do siebie ogień i woda.
Antagonizm między nimi jest nieuchronny i nieodwołalny”. Natomiast w pełni uprawnione było związanie się
z hitlerowcami, poniewaŜ: „Zdecydowana negacja liberalizmu, który przypisywał ludziom moc twórczą
przysługującą tylko prawdziwemu Stwórcy, świadczy o podobnym ukierunkowaniu katolicyzmu i
narodowego socjalizmu”.
Jako pokrewne jawią się one równieŜ przez swój stosunek do racjonalizmu — są bowiem nade
wszystko irracjonalne. Hitleryzm nie jest wykoncypowanym systemem, wymyślonym światopoglądem, lecz

„ruchem wynikłym z podstaw bytu, z pierwotnych instynktów. Przeciwstawność wobec racjonalizmu jest tu
ewidentna”.

I podczas gdy katolik nie moŜe się dopatrzyć związku między „duchowością narodowosocjalistyczną”
a witalizmem Nietz-schego, Francuza Bergsona i śyda Theodora Lessinga, to dopatrzy się bez trudu związku
między katolicyzmem a „narodowosocjalistyczną witalnością”. „Widzi on bowiem, jak cały człowiek
odzyskuje w tej witalności swoje prawa, a nie tylko jedna jego cecha — rozum. A poza tym sama wiara nie
jest niczym innym jak Ŝyciem wynikającym z ukrytych źródeł i równieŜ jest daleka od zwyczajowego
racjonalizmu”.

Schmaus odcina się teŜ od indywidualistycznej interpretacji Kościoła. Powierzchowną postawą jest
traktowanie go jako „instytucji zbawczej”, w której kaŜdy dla siebie miałby szukać zbawienia. Kościół nie
jest niczyją prywatną domeną, lecz ciałem, w którym wszystkie części są ze sobą związane. Jawi się prawie
Ŝe jako swoiste wcielenie w Ŝycie cytowanego tu chętnie hitlerowskiego hasła: „PoŜytek ogółu jest
waŜniejszy niŜ poŜytek jednostki”, to hasło zaś okazuje się z kolei przeformułowaniem nakazu miłości
bliźniego, tej „najistotniejszej cnoty” chrześcijan. I tu, i tam centralne miejsce zajmuje wspólnota — istniejąca
w sposób naturalny. „Narodowy socjalizm czyni ideę narodu wyrosłego z krwi i ziemi, z określonego losu i
określonego zadania punktem cięŜkości swojego światopoglądu”. „Katolickość oznacza związek z tym, co
dane, co obiektywne, szacunek dla tego, co wynikło, co powstało”.

Katolik, od którego ten teolog wymaga umiejętności rozróŜnienia „kwestii istotnych i nieistotnych,
aktualnej formy i wiecznej treści”, powinien więc afirmować hitleryzm z podwójnego nakazu sumienia —
jako katolik i jako Niemiec. „PoniewaŜ Kościół jest sam wspólnotą, to uznaje i afirmuje inne wspólnoty
naturalne. We wszystkim, co naturalne, przejawia się bowiem to, co nadprzyrodzone. Katolik jest z góry
zorientowany na anrmowanie wspólnoty. Dlatego teŜ w jego akceptacji wspólnoty narodowej nie ma
objawów sceptycyzmu czy zwlekania. Wypowiada on swoje «tak» nie tylko jako Niemiec, jako człowiek
wyrosły z tej samej krwi i ziemi, doświadczający tego samego losu i wykonujący to samo zadanie co tysiące,
miliony innych ludzi, ale równieŜ jako ktoś zobowiązany do tego przez swą wiarę. Widzi w całości narodu
wyrosłej z krwi i ziemi, mającej wspólny los i jedno zadanie, dzieło boŜej Opatrzności. Bóg uprządł i
powiązał nici w splot, który nazywamy narodem. Miłość człowieka wierzącego do własnego narodu zostaje
przez to wyniesiona ponad wszelkie wahania osobistych skłonności i przekonań.Tkwi swymi korzeniami w
kipiącej krwi i urodzajnej ziemi, dwóch dziełach Boga, ma więc zakotwiczenie w nienaruszalnym
pierwotnym boskim fundamencie. Jedną z konsekwencji miłości do własnego narodu jest słuszna troska o
utrzymanie czystości krwi, tej podstawy struktury duchowej naszego narodu”.
Faktem oczywistym jest to, Ŝe nie tylko Schmaus ugrzązł w bagnie krwi i ziemi. Owa tendencja
rozpanoszyła się tak, iŜ w pewnym raporcie gestapo zostało zawarte szyderstwo, Ŝe w „systemowej epoce
republiki weimarskiej Kościół uwypuklał takie wartości, jak: wolność, równość, braterstwo, a teraz mówi się
o więzi narodowej, o potrzebie przywództwa, o krwi i ziemi”.

Schmaus afirmuje z pasją, jak wszyscy jego koledzy, ale nie kaŜdy w czasach najdawniejszych,
państwo. Idąc śladami Tomasza z Akwinu, zwanego doctor Ecclesiae kat acochen, „w którego Ŝyłach płynęła
przecieŜ takŜe niemiecka krew”, wychwala państwo — nazwane przez Nietzschego „najbezwzględniejszym z
bezwzględnych potworów” :— jako „najdoskonalszą społeczność na tej ziemi”. I nie chodzi tu oczywiście
tylko o abstrakcyjne pojęcie. „Wolę państwa ucieleśnia jego wódz”.
„Obowiązującej bezwzględnie zasadzie przywództwa w obrębie partii narodowosocjalistycznej”
odpowiada jednak „ogromny autorytet papieŜa”. Tak, akcentowanie przez hitlerowców autorytetu stanowi „na
poziomie naturalnym odpowiednik sytuacji, w której Kościół jest obdarzony autorytetem w kwestiach świata
nadprzyrodzonego”. Co więcej, hitlerowskie pojęcie autorytetu prowadzi do „ponownego zrozumienia dla
autorytetu Kościoła”. Bo nie ma wątpliwości co do tego, Ŝe „papieŜ jest wodzem niekwestionowanym”. Tam,
gdzie się tak zdecydowanie występuje na rzecz irracjonalizmu, kultu krwi i ziemi, autorytetu, totali-zmu, tam
teŜ nie sposób nie pomyśleć o efekcie tego wszystkiego: o ofierze. „Ofiara jest bardzo istotnym elementem
języka i zasobu pojęć narodowego socjalizmu”. Jako „wspólnotę ofiarną w najgłębszym sensie” ma Schmaus
jednak przede wszystkim okazję pochwalić Kościół, uznać „postawę heroiczną” za zgodną z „ideą katolicką”,
a Ŝycie spokojnie i wygodne za „odejście od ducha Chrystusa”, który w kaŜdej chwili był gotów do
„bezgranicznego poświęcenia”, który „nie wahał się ani chwili przed wybraniem śmierci. Nikt nie przedstawił
tej jego cechy bardziej przekonująco niŜ Karl Adam”.

Kilkakrotnie zostaje teŜ przypomniany Heliand, ów epos bohaterski z „wczesnych czasów powiązania
chrześcijaństwa z ideologią germańską”, w którym Chrystus okazuje się królem-wo-dzem i jego śladem idą
„wierni wojownicy”; kilkakrotnie wspomina się o średniowiecznych klasztorach, gdzie „w podniosłym nastroju
pisano pierwsze kroniki uwieczniające wielkie czyny narodu niemieckiego”. Znajdujemy ponadto
dalsze rozwaŜania o świadomości narodowej i państwowej katolików, dowiedzionej później, w roku 1935,
przez członka sympatyka SS, arcybiskupa Freiburga Gróbera w jego własnej ksiąŜce Es lebe Christus, der die
Franken liebt (Niech Ŝyje Chrystus, który kocha Franków).
Wykazawszy w ten sposób, Ŝe Kościół (któŜ by w to wątpił?) „wydobywa” z narodu „to, co

najwyŜsze”, Schmaus chowa się — operując wciąŜ cytatami z Tomasza z Akwinu i z „najbardziej miarodajnego
dzieła Hitlera Mein Kampf” — równieŜ pod koniec, tak jak robił na początku, za plecami biskupów,
tym razem bawarskich, którzy w liście pasterskim z 5 maja wołali pod wodzą kardynała Faulhabera: „Teraz
nikt nie powinien przez zniechęcenie i gorycz stać z boku i wyrzekać”. A dalej cytuje Schmaus zapewnienia
kardynała Bertrama, Ŝe biskupi „pokładają ufność w Bogu, iŜ nowy ład w Ŝyciu społecznym jest właściwy,
Ŝywią bowiem tę radosną świadomość, Ŝe wierna Kościołowi katolicka część narodu ma właśnie teraz wielkie
zadanie przed sobą”. Schmaus stwierdził juŜ zresztą ze swojej strony, co następuje: „Katolik wypowiada
swoje tak głośno i stanowczo, nie tylko w taki sposób, jak gdyby był Ŝyczliwym obserwatorem dzieła
unarodowienia, ale jako powaŜny, chętny i gotowy do poświęcenia uczestnik”.

Tak oto ów katolicki dogmatyk przedstawił „w duŜym skrócie istotne zbieŜności między katolickim
chrześcijaństwem a światopoglądem narodowosocjalistycznym”. NaleŜy mówić tylko o zbieŜnościach, nie zaś
o „pokrywaniu się w całej pełni”. Ale, jak pisze Schmaus: „Tablice narodowosocjalistycznych konieczności i
tablice imperatywów katolickich znajdują się co prawda właściwie na róŜnych poziomach bytu: te pierwsze
na poziomie naturalnym, te ostatnie zaś na poziomie rzeczy nadprzyrodzonych; te pierwsze dbają o naturalne
zdrowie narodu, te ostatnie o nadprzyrodzone zabarwienie, zgodnie ze swoimi celami, ale wskazują one ten
sam kierunek”.

Wskazywały… I Kościół poszedł tą samą drogą co brunatni zbrodniarze. Katolikowi nie przystawało
bowiem — powtórzymy za teologiem Schmausem — „z rezygnacją spoglądać w przeszłość i Ŝałować
zmarłych, który trafiali do grobu, bo minął czas ich Ŝycia”.
Wśród owych zmarłych były jednak nie tylko katolickie partie i stowarzyszenia, które musiały się
rozwiązać, ale i cały fałsz ideologiczny wieku XIX i początku wieku XX: naturalizm, racjonalizm,
indywidualizm, krótko mówiąc, wszystko, co oto zdawała się zmiatać nie mająca sobie równej burza
dziejowa. „Grzech śmiertelny liberalizmu i marksizmu polegał na tym, Ŝe zawiniły one bezlitosnym gwałtem
zadanym naturze, Ŝe uległy złudzeniu, iŜ człowiek jest źródłem i stwórcą wszystkiego, co istnieje, i wszystkich
norm. Nie moŜna arbitralnie tworzyć sztucznych ustrojów. Taka próba przynosi w efekcie sztuczne
wytwory, które nie ostają się w obliczu wichrów i burz dziejowych”.

Ale ani liberalizm, ani marksizm nie zginęły, zginęło natomiast właśnie to, co wychwalał Michael
Schmaus. W roku 1951 przyjęto go jednak do Bawarskiej Akademii Nauk i został rektorem uniwersytetu w
Monachium. Szesnaście konwentów katolickich, których przywódcy równieŜ opowiadali się Ŝarliwie za
Hitlerem, mianowało Schmausa „honorowym filistrem”. Sojusznik Hitlera Franco udekorował Schmausa
krzyŜem komturskim hiszpańskiego orderu Al merita dvii. A kolaborujący z Hitlerem Pius XII wyniósł go w
1952 roku do godności prałata osobistego Jego Świątobliwości.
„Oby idee przedstawione w tej broszurze — zakończył Schmaus swój wywód z 1933 roku — z coraz
większą dynamiką zstępowały z szarych wyŜyn teorii na poziom rzeczywistości i objawiały się w konkretach
Ŝycia codziennego. Im głębiej wszyscy męŜczyźni i wszystkie kobiety w narodzie niemieckim przenikną do
pokładów więzi narodowych i wiary, z tym większą ufnością będziemy mogli patrzeć w mrok przyszłości, z
tym większą ufnością będziemy mogli zakładać, Ŝe uda się podjęta budowa Rzeszy — Rzeszy, która stanie się
wspólnotą ofiarną członków narodu niemieckiego, niezłomnie trwających przy Bogu, znajdujących źródło
Ŝycia w przynaleŜności do tego narodu, pokornie pokładających nadzieje w Bogu, świadomych swojej
odpowiedzialności, ukształtowanych przez Chrystusa”.

Kto ma władzę, ten ma wszystko
Odpowiedź na ankietę katolickiego teologa Georga Denz-lera (1975): „1. Jak ocenia Pan(i)
obecną pozycję papiestwa w Kościele i społeczeństwie? 2. Jak papiestwo powinno w najbliŜszej
przyszłości prezentować siebie w Kościele i poza nim?”
Pytanie pierwsze: „Jak ocenia Pan(-i) obecną pozycję papiestwa w Kościele i społeczeństwie?”
Dzisiejszy wpływ papiestwa jest znikomy, jeśli porównamy go z pełnią władzy, jaką miało ono w
średniowieczu. Ale gdy przyjmiemy za miernik jego poraŜkę sprzed stu lat, to okaŜe się, Ŝe nie ma się

ono aŜ tak źle — albo teŜ, wskutek faszyzmu, znowu niezbyt dobrze. Facta loguuntur.
Wprawdzie aneksja rosyjskiego Kościoła prawosławnego, którą podczas pierwszej wojny
światowej chciano zrealizować przy pomocy Habsburga, a w drugiej wojnie z pomocą Hitlera, nie
powiodła się — i jakŜe często działano na Wschodzie: od czasów Hadriana VI (1522-1523), Klemensa
VII (1523-1534), Klemensa VIII (1592-1605), od czasów inwazji dokonanej przez katolicką Polskę
jeszcze przed pojawieniem się Romanowów, ale Kuria wychodziła z kaŜdej katastrofy obronną ręką —
dzięki układom laterańskim, wojnie w Abisynii, wojnie domowej w Hiszpanii, drugiej wojnie światowej,
od klęski do klęski potwierdzając słuszność słów Ojca Kościoła i biskupa Kyros Teodoreta: „Fakty historyczne
uczą, iŜ wojna przynosi nam większą korzyść niŜ pokój”.

Rósł kapitał, przybywało władzy, ale wiara kurczy się coraz bardziej, i wiadomo, komu to
kurczenie się wychodzi na zdrowie, a kogo zabija. Ten bowiem, kto dawno przestał być obiektem zabiegów
duchowych, kto się nie liczy dla nauki, raczej nie zachowa religijności. Jeśli przestaną wierzyć
intelektualiści, to i lud prędzej czy później straci wiarę. Ona więc zadecyduje. Jedynie wiara umoŜliwiła
zdobycie władzy i jedynie ona moŜe zapewnić utrzymanie jej. A władza to wszystko, bez niej, jak
dowodzi historia, nie ma niczego.
W czasach krucjat, masakrowania śydów, wybijania Maurów na ziemiach hiszpańskich, rzezi
pogan, Indian i Murzynów, i palenia czarownic, autodafe, niewolnictwa papiestwo stało wysoko ponad
globem — i właśnie dlatego było trwalsze niŜ dziś, kiedy to, ściągnięte na ziemię, straciło wiele z
dawnego czaru. Bo tylko będąc opromienionym owym nieocenionym nimbem zaświatów, tylko tam,
gdzie w kadzidlanym dymie zawsze bez najmniejszego skrępowania popełniano crimen capitale, tylko
tam moŜna było i moŜna dalej pozwalać sobie na wszystko, nawet na rolę diabła — jako „namiestnika”
Pana.

Śmiertelne niebezpieczeństwo wiąŜe się z zanikiem wiary u ludzi świeckich, a ferment wśród
kleru nie jest aŜ tak groźny. CzyŜ nie było juŜ nieraz tak, Ŝe kler się burzył i wierzył coraz mniej? Ale
mając (legalnie) kobiety przy sobie, a prócz tego intratne prebendy i wyŜsze godności w wypadku
przywódców „buntowników” (honores mutant mores), duchowni będą nadal głosić tę jedyną prawdę,
która uszczęśliwia ludzi.

Skądinąd jednak „rzecznicy postępu”, czasem nazbyt „dynamiczni”, „giętcy”, irytują tych
bardziej konserwatywnych w Kościele, zachwycając zarazem osły liberalne, pseudolewicowe, a Rzym
ma z nich w gruncie rzeczy największy poŜytek, mimo Ŝe chwilami wysuwają „powaŜne” zarzuty. Bo
właśnie ich „nowe akcenty”, „perspektywy”, ich odnawiające zabiegi kosmetyczne, krótko mówiąc —
cały ten nowomodny makijaŜ niegdysiejszej królowej nauk, sprawiają, Ŝe wiara zachowuje pozory
Ŝywotności — podobnie jak w znanych Drogach nieobecnych Eyelyna Waugha wielce uzdolnieni
mumifikatorzy czynią to wobec „nieboszczyków”: „— O, pan Joyboy, jaki piękny! — Tkk, on naprawdę
wygląda teraz bardzo ładnie. Mumifikator uszczypnął go lekko w udo, tak jak to robią handlarze
drobiem: — Jeszcze miękki”. Owi rzecznicy postępu zapewniają to, Ŝe „mówi się” o religii, czynią ją w
dość przyjemny sposób „aktualną”, sprawiają, Ŝe nadaje się do telewizji, jako akme tej epoki, jako język,
na który „tłumaczą” Ewangelię, i porzez takie „kuracje odmładzające”, poprzez konieczne dostosowanie
do bieŜących potrzeb, do tego, w czym upatrywany jest genius saeculi, stwarzają dopiero warunki do
przetrwania religii. Za pomocą najróŜniejszych łamańców terminologicznych, dziwacznego
przeformułowywania, manewrów w duchu aggiomamento, wykonywanych raczej nieporadnie niŜ z
polotem, a jednak jeszcze dla wielu nie do rozszyfrowania, ze śmiertelną powagą sugeruje się „postęp”, i
to nawet z przyzwoleniem najwyŜszej instanqi, postęp centymetr po centymetrze, i w ten sposób nie
ujmuje się pewno brzemienia wiary nieco mniej ospale myślącym wiernym, ale i nie pozbawia się ich
nadziei na ulgę.

W takim „postępowym” działaniu, owocnym juŜ od czasów Pawła, równie starym i szacownym jak
chrześcijaństwo, kryje się jednak straszne ryzyko. Ustępstwa na rzecz aktualnych potrzeb, ducha epoki, w
imię postępu (w cudzysłowie i bez niego) oddalają bowiem coraz bardziej od źródła. Ten dystans, widoczny z
czasem i dla najospalej myślącej owieczki, zwiększa się, a wiara staje się własną karykaturą,
przeciwieństwem dawnej wiary, której przecieŜ nie mogą całej diabli porwać, bo byłoby to fatalne.
Jakkolwiek Ŝwawo jednak nadąŜa się, postukując szpotawymi stopami, za biegiem dziejów świata, zawsze
chce się zachować pozory trwania, pozory semper idem w ciągłej wyprzedaŜy.
Skoro hierarchia kościelna właśnie tu zyskuje swą szansę stulecia, to moŜe ona przecieŜ być zarazem
nowoczesna i tradycjona-listyczna, reformatorsko radykalna i wierna religii; jednocześnie posuwać się
naprzód i cofać. Tam „towarzysz Jezus”, „komunizm miłości” w duchu apostołów, gdzie indziej lewicowy
katolicyzm i socjalizm, „teologia rewolucji”. CóŜ to za wspaniały bodziec! Cudowniejszy piŜ Lourdes i
wszelkie łaski pochodzące od Boga!

W latach trzydziestych Rzym współdziałał wprawdzie ze skrajną prawicą i, jeszcze prawie Ŝe w
połowie stulecia, przy ponad sześćdziesięciu milionach trupów z chłodem nawet w sercu, z Mussolinim,
generałem Franco i Hitlerem; pastor bonus Pa-celli usankcjonował wprawdzie jeszcze później — w
jednoznacznie wskazanym kierunku — wręcz wojnę atomową. Ale wszystko to nie przeszkodzi Ŝadnemu
papieŜowi niezadługo po tym interpretować Ewangelii „po proletariacku”, poniekąd jako social go-spel, jako
God’s political activity — i razem z komunistami przeciwstawić się kapitalizmowi, gdyby ten miał ostatecznie
zbankrutować. (CzyŜ kardynał hrabia Chiaramonti, bratanek Piusa VI, nie antycypował juŜ w 1797 roku, w
sposób przykładny, „otwarcia na lewo”? Gdy do Imoli, w której od lat był biskupem, zbliŜyły się silne
oddziały rewolucyjne, zapewnił sobie wybór cywilny na biskupa, stał się z dnia na dzień demokratycznym
apostołem równości, wygłosił podŜegające, przełomowe kazanie, uczcił Chrystusa jako demokratycznego
przyjaciela ludu, a chrześcijan określił jako najlepszych demokratów — i z wzajemnością zachwycił generała
Bonapartego).
„Ten Kościół, Kościół katolicki, w kaŜdym momencie dziejów brał na siebie wszystko” — mówi z
pochwałą teolog Joseph Bernhart. Czasem przeciw cesarzowi, kiedy indziej przeciw księciu, innym razem
przeciw miastom, kiedy indziej przeciwko mieszczanom, czasem przeciw komunizmowi, innym razem
przeciw faszyzmowi, ale zawsze przeciwko masom, z których się Ŝyje. „Kto wyje tak jak wilki — głosi
pewne mazurskie przysłowie — ten moŜe długo wieść swój pieski Ŝywot”.
Pytanie drugie: „Jak papiestwo powinno w najbliŜszej przyszłości prezentować siebie w Kościele i
poza nim?”
Postępowanie papiestwa zaleŜy od sytuacji na szczytach władzy i tylko od niej. Dlatego teŜ pytanie o
sposób jego własnej „prezentacji” jest pytaniem o utopię, bo zawsze przedstawiało siebie jako coś, czym nie
było.
Fiat executio!
CięŜkie czasy dla papieŜy
Będąc juŜ w V wieku w posiadaniu największych majątków ziemskich w cesarstwie rzymskim,
jeszcze w wieku XX mieli oni z „poŜytku ubóstwa”, który wychwalali, nade wszystko poŜytek. Nawet
najjaśniej spośród nich świecąca gwiazda, angelo blanco, „promień światła”, w mniemaniu biskupa Gubera
wręcz wytę-skniony „papieŜ anielski”, nawet Pius XII, nawet ten seraficzny Pius XII stał się multimilionerem
— dzięki temu, Ŝe jego towarzyszka Ŝycia i on ubiegali się nawzajem w wyłączaniu światła, Ŝe oszczędzał na
ogrzewaniu (co prowadziło nawet do odmroŜeń), w sposób „prawie Ŝe niewiarygodny”, jak opowiada ta
towarzyszka Ŝycia, tak nierozłączna, iŜ wolno jej było rano go budzić, a wieczorem odprowadzać do sypialni,
iŜ jemu pozwolono ją — jako „pierwszą i jedyną w dziejach kobietę” (według Grigulevicia) — zabrać na
konklawe.
A potem dobroduszny grubas Jan zapomniał o tym, Ŝe w Ŝyciu potrzeba tylko jednego! I juŜ jego
następca Paweł poczuł się zmuszony całkiem serio przypomnieć „o Naszym świętym ubóstwie i braku źródeł
dochodów”, o tej „niepomyślnej okoliczności […], iŜ Kościołowi braknie środków materialnych potrzebnych
na wszechogarniające dzieło dobroczynności i miłosierdzia […]”.

Ów brak był tym bardziej przykry, Ŝe wiernych przeraŜały takie tytuły z pierwszych stron gazet, jak
ten oto: Arcybiskup zu-boŜyt papieŜa Pawła o 752 miliony. I jeśli nawet chodziło o kilka milionów mniej w
wypadku sumy, którą przywłaszczyli sobie mafioso Sindona oraz sekretarz Instytutu Działalności Religijnej,
szef Banku Watykańskiego, monsignore Marcinkus, (zwany „Świętym Gorylem”) — to jednak bolało.
Purpuraci — do tamtych dwóch usposobieni zapewne nieŜyczliwie — doliczyli się co prawda właśnie
wówczas, w tym jednym „świętym roku” 1975, „interesu” na sumę dwunastu miliardów franków na korzyść
Kościoła, to znaczy: mistycznego Ciała Chrystusa. I jeśli nawet było o kilka miliardów więcej — wiadomo
przecieŜ, jak szybko rozchodzą się pieniądze…

W końcu pozostały Pawłowi juŜ tylko trzy trumny — jedna ze „zwyczajnego drewna cyprysowego”,
jak dowiedziano się na całym świecie, druga — „prosta trumna dębowa”, a o trzeciej, ołowianej, nie powiemy
nic. Nad ciałem biedaczyny paliła się teŜ tylko „jedna gromnica”. I członkowie stu dziesięciu delegacji rządowych,
siedem tysięcy policjantów oraz telewidzowie w prawie pięćdziesięciu krajach patrzyli na tę nędzę
wytrzeszczonymi ze zdziwienia oczami.
Co więc pozostało Janowi Pawłowi I? Pozostał mu tylko jego uśmiech! I urzekał nim prawie kaŜdego,
ale ten i ów przebiegły kardynał nie poddał się czarowi. Ten Luciani potrafił zrezygnować z tiary, tronu,

lektyki, czasem potrafił mówić jak wiejski proboszcz, czasem wywoływać wybuchy śmiechu w wytwornej
sali au-diencyjnej, uŜywać nawet formy „ja” zamiast „My”, prezentować Boga Ojca raczej jako matkę. Nie
został jednak jeszcze podpisany Ŝaden oficjalny dokument. Jeszcze nie zdarzyło się nic, czego nie dałoby się
cofnąć. I podczas gdy zaczęto — dokoła tego tronu nad trony — z troską patrzeć na owego człowieka, który
na nim zasiadał, on sam był jeszcze bardziej zatroskany swoim losem: juŜ przed wyborem dręczyła go myśl o
„groŜącym niebezpieczeństwie”; mimo wielu uśmiechów czuł się „przytłoczony” tym urzędem, który napawał
go „lękiem”, wydawało mu się nawet, Ŝe, tak jak Piotr, postawił stopę na powierzchni wody i Ŝe „ze strachu
przed szalejącą burzą” będzie musiał zaraz zawołać: „Ocal mnie, Panie!”
Za późno! JuŜ dosięgła go jedna z owych nagłych śmierci, których nie brak w dziejach „ojców
świętych”. Zwyczajny zawał, w naszych czasach przecieŜ tak częsty! „NiemoŜliwe” — wykrzyczał co prawda
od razu jego wenecki sekretarz, który znał swojego patriarchę — zbadanego tuŜ przed wyjazdem na
konklawe, bez stwierdzenia jakiejkolwiek choroby serca — jako człowieka zaprawionego w wędrowaniu po
Dolomitach. „Tacy ludzie nie umierają na zawał”. Inni krzyczeli: „Potrzeba sekcji zwłok! Ale Kuria powołała
się czym prędzej — zbyt skwapliwie — na prawo kanoniczne.

Ale w owym czasie uśmiechał się juŜ — patrzcie, patrzcie — Jan Paweł II. Czy na myśl o tamtych
dziesięciu milionach, o których znów było głośno na świecie? Czy na myśl o niepewnych lotach Ducha
Świętego, który najpierw szybował nad kardynałami Sirim i Benellim, potem zaś nad Colombem i Polettim,
aŜ wreszcie zniŜył się do niego, Wojtyły? Chyba Ŝe uśmiechał się po prostu dlatego, iŜ została dowiedziona
moŜliwość uprawiania polityki globalnej równieŜ metodą ciągłego uśmiechania się (i zawsze z
przyjemnością, jak w pewnej starej operetce)? Albo uśmiechał się wręcz dlatego, Ŝe jego, teŜ „pełnego troski i
obaw”, według wszelkiego prawdopodobieństwa — nie mogło spotkać rychłe zatrzymanie pracy serca? I być
moŜe nie tylko według wszelkiego prawdopodobieństwa?
Teraz uśmiechał się pewno niejeden człowiek Kurii. Zwłaszcza Ŝe wszystkich — kilka tysięcy
pracowników — czekały dodatkowe pensje z okazji śmierci jednego papieŜa i wyboru nowego; w ciągu
dwóch miesięcy — sześć, co musiało oczywiście powiększyć „świętą biedę”, pomimo znanej na całym
świecie pracowitości. (Na pytanie o to, ile osób w Watykanie pracuje, Jan XXIII odpowiedział ponoć bez
wahania: „Zapewne połowa”).
I zarówno dlatego, jak teŜ z paru innych, nie wymienionych jeszcze, przyczyn. My teŜ najchętniej
uśmiechalibyśmy się wciąŜ, a gdyby nasze konto nie było chronicznie uszczuplane ponad jego stan, to
doprawdy nawet my posłalibyśmy czek do Rzymu — do tej beczki bez dna, której nie zdołają nigdy zatkać
ani bramy piekła, ani bramy nieba.
PapieŜ udaje się na miejsce zbrodni
„Widzi pani, Mylady — powiedziałem — kaŜdy ruch, jaki pani tu ogląda, sposób składania rąk i otwieranie ramion, to przyklękanie,
mycie rąk, okadzanie, ten kielich, cały wręcz strój tego człowieka, od mitry po rąbek stuły, wszystko to jest staroegipskie i stanowi
pozostałość po duchowieństwie, które zgłębiało pierwotną mądrość, wynajdowało pierwszych bogów, wyznaczało pierwsze symbole i
młodą ludzkość…” „Jako pierwsze oszukiwało — dodała z goryczą Mylady
— i sądzę, doktorze, Ŝe z najwcześniejszej historii świata nie zostało nam nic prócz paru Ŝałosnych, oszukańczych formułek. I są one
wciąŜ skuteczne. Bo czy widzi pan tamte ponure twarze? Zwłaszcza tego męŜczyznę, który padł na swoje głupie kolana i wygląda tak
strasznie głupio ze swą rozdziawioną gębą?”
HEINRICH HEINE
Ale gdy ten człowiek sprawia raczej wraŜenie dobrego ojca, postaci czasem przyjaznej, osoby kiedy
indziej niemalŜe przebiegłej? I jego wygląd nie nasuwa myśli o poprzednikach, którzy rozpinali na krzyŜu
całe narody i kontynenty? Tak jakby nie istniał Baronius, kardynał świętego Kościoła rzymskiego, który
dopatrywał się „urzędowych obowiązków” głów tego Kościoła w „wypasaniu i zabijaniu”, zgodnie z
nakazem: wypasaj moje owieczki, a potem: zabijaj i jedz! Bo gdy papieŜ ma do czynienia z opornymi, to jest
dla niego nakazem zabicie i zjedzenie ich. Tak jakby Ŝołądki kilkuset papieŜy — ach, gdyby je tak
wysondować! — nie przetrawiły wielu milionów w złocie i akcjach, całych miast, księstw, wszelkich ilości
ludzkiego mięsa, kruchych niemowląt i ugotowanych kości kacerzy, smakowitych dziewic, śmiertelnie
chorych, nawet cięŜarnych („Ratujcie Ŝycie poczęte!”), istot stworzonych na podobieństwo Boga, w róŜnym

wieku i róŜnych wyznań. Tak jakby ulubioną dewizą Grzegorza VII nie były słowa: „Niech będzie
przeklęty ten, kto nie chce miecza unurzać we krwi”. I tak jakby dewiza Juliusza II nie brzmiała, jak
następuje: „Skoro nie pomagają klucze Piotrowe, to niechaj pomoŜe mi miecz Piotrowy”. Tak jakby jego
„niezapomniany poprzednik Pius XII” (to słowa Jana Pawła II) nie wołał, wspominając o wojownikach
Hitlera: „Oni przysięgli. Oni muszą być posłuszni”. Tak jakby Madonna („zawsze będąca prawdziwą gwiazdą
przyświecającą ewangelizacji”, według słów Jana Pawła II) nie przepowiedziała, Ŝe jeśli Rosja się nie
nawróci, to „niejeden naród zginie […]”.
Nie, on nie zbliŜa się z groźną miną i nie z mieczem; zbliŜa się po biblijnemu, z pokojowymi
intencjami, z „dobrą nowiną”. „Bóg przychodzi do nas!” — woła. „Królestwo BoŜe jest wśród nas!” tak,
otrzymujemy od niego królewski dar, co prawda tylko jeden — „bezgraniczną Ŝyczliwość”. To przyjaciel
ludzi, który chciałby odwiedzić „kaŜdy dom i kaŜdą chatę”, chętnie spotkałby się ze wszystkimi, z kaŜdym
chciałby porozmawiać, ale najchętniej za-siadłby do stołu z rodzinami biedaków, „tych, którym brak chleba
— Ŝeby im pomóc”. Ale to jest niestety niemoŜliwe — wyjaśnił w Rio i zaproponował coś lepszego: „ciało
Jezusa i jego bezcenną krew […] w nie mającym końca kościele pod firmamentem rozpościerającym się nad
Rio de Janeiro, o wiele większym i wspanialszym niŜ kopuła stworzona przez Michała Anioła”. Ach, czyŜ
najuboŜszemu z biedaków nie Ŝyje się tam lepiej niŜ papieŜowi w Rzymie?
Ale chociaŜ chętnie i tam, i wszędzie dzieliłby szczęśliwy los biedaków, których bezustannie uznaje
za „błogosławionych”, bo „do nich naleŜy Królestwo Niebieskie”, jeszcze piękniejsze niŜ niebo nad Rio — on
nie moŜe głodować razem z nimi. Troska o całość gna go dalej, przez lądy i morza; nie, nie po to, Ŝeby przynosić
ze sobą powiew wielkiego świata, lecz po to, by pozwolić poznać Chrystusa. I nie występuje on,
Mylady, na sposób „sta-roegipski”, ani teŜ — powtórzmy szyderstwo Goethego — „jako najlepszy aktor
Rzymu” czy wręcz najlepszy urbis et orbis. Jeszcze raz: nie. On zbliŜa się jak anioł Pański, dosłownie z
wyŜyn nieba, jak sam Duch Święty. Tyle Ŝe teraz juŜ bez gołębich skrzydeł i bez piór — takich, jak te
pokazywane jeszcze w 1542 roku przez biskupa Moguncji: dwa pióra trzeciej osoby Boga razem z jajem tejŜe
osoby. I przychodzi „bez kostura wędrowca”, na sposób całkiem ewangeliczny, nawet „bez pieniędzy za
pasem”. Te są ukryte w szwajcarskich bankach, w USA, w tysiącach firm; w piwie, ropie naftowej, likierach
klasztornych, w hotelach i nieruchomościach, w małych miejscowościach wczasowych i gazetach, w
elektrowniach, ubezpieczeniach, towarzystwach telefonii, kolejach („Otrzymaliście to za nic i za nic
przekaŜcie dalej…”); są ukryte w argentyńskich gazowniach, boliwijskich kopalniach cyny, brazylijskich
fabrykach gumy („Opłaca się słuŜyć sprawie Chrystusa” — mówi papieŜ Jan Paweł II); są ukryte w Alitalii,
koncernie Fiat, w BMW, w Bayer Leverkusen, w firmie Siemens und Halske, w General Motors Corporation,
w U.S. Steel, Sharon Steel, Bethlehem Steel, a do tego dochodzą dywidendy z fabryk broni, kasyn gry, ach,
mógłbym tak wyliczać całymi stronicami. Ale: „I tego wystarczy, by pojąć, jakie wspaniałe jest to powołanie”
— mówi Karol Wojtyła.

Nadlatuje czterosilnikowym odrzutowcem papieskim z wbudowaną sypialnią („Moje królestwo nie
jest z tego świata”), po czym zstępuje jako „gwiazda religijnego happeningu”, budząc zachwyt całego globu,
jako „geniusz”, „bohater ludu”, the moral leader of the world, „John Travolta Ducha Świętego”, po prostu:
John Paul Superstar. W gołębiej białej sutannie, oznace niewinności, całuje — wśród skierowanych na niego
kamer, na bynajmniej nie głupich kolanach, przeciwnie, skutecznie działając na masy — kraj swego
nawiedzenia, i to zawsze „ciepło i spontanicznie, jak ktoś, kto czyni to po raz pierwszy”, choć w Brazylii
zrobił to juŜ trzynaście razy. A potem naprzód, między salutujących oficjałów, ekscelenqe i eminencje, ku
męŜom stanu i racjom stanu, nawet pomiędzy piłkarzy, między całe stada reporterów, z których wielu
przywiózł ze sobą — propaganda fide! Salwy, honory wojskowe, orkiestry wojskowe, marsze wojskowe,
prócz tego złote słowa, ale, Mylady, bez „Ŝałosnych, oszukańczych formułek”, tylko słowa prawdy, słowa
Ŝyciodajne, „dobra nowina” dla setek tysięcy, w błocie, w deszczu, w słonecznym skwarze — w czterysta lat
po spaleniu Giordana Bruno, który jęczał juŜ, gdy „w kurzu / klęczano / Przed tym potworem, Jego
Świątobliwością /1 modlono się — modlono…”, który szydził i wzdychał:
O święta i ośla ciemnoto, o święta ignorancjo, O święta głupoto, o święta dewocjo!
Tak, klęczeć w błocie — „Święte osły tym się nie przejmują / Kolana zginają, ręce naboŜnie składają /
W nadziei, Ŝe je Pan błogosławić będzie…” — i w powietrzu nie ma juŜ tak często występujących przy
podobnych okazjach niebiańskich zastępów, lecz jest „latająca superbrygada antyterrorystyczna”; na dachach
strzelcy wyborowi, a pod ziemią jednostki specjalne przeczesują dzień i noc systemy kanałów — mówiąc
krótko: nikt nie pokłada ufności w Bogu!
Ale za to, wszystko jak w filmie kryminalnym. KaŜde miejsce akcji jest zarazem miejscem zbrodni. I
to jakim!
Jeden tylko przykład: pierwsza daleka podróŜ.
W dniu 25 stycznia 1979 roku Jan Paweł II dotknął ziemi w Republice Dominikańskiej na wyspie
Haiti, potem wstał i powiedział: „Panie prezydencie, umiłowani bracia w biskupiej posłudze, bracia i siostry!

Dziękuję Bogu, Ŝe pozwala mi wstąpić na ten skrawek ziemi amerykańskiej”; „przyjść tutaj drogą, którą
obrali pierwsi krzewiciele wiary po odkryciu tego kontynentu […]”.
Słusznie. „Tutaj — stwierdza naoczny świadek, hiszpański dominikanin Bartolome de Las Casas,
późniejszy biskup Chiapas
— rozpoczęło się mordowanie, duszenie tych nieszczęśników […]”
— „[…] bo dziś moŜemy wyraŜać tylko podziw i wdzięczność za to, czego oni dokonali” — powiedział
papieŜ.
„Chrześcijanie — pisze Las Casas — wdzierali się między ludzi, nie oszczędzali ani dzieci, ani
starców, ani kobiet brzemiennych, ani tych w połogu, rozpruwali im ciała i rozrywali wszystkich na kawałki,
nie inaczej, niŜ gdyby napadli na stado owiec […]” — „[…] Ŝeby głosić chwałę Chrystusa, Zbawiciela —
mówił radośnie papieŜ — Ŝeby bronić godności tubylców, strzec ich nienaruszalnych praw”, „unaocznić
waszym przodkom Królestwo BoŜe”.

„Oni szli w zawody, który potrafi rozpłatać człowieka za pierwszym ciosem miecza, który zdoła
rozerwać głowę piką albo wyrwać wnętrzności”. „Wówczas to — mówił triumfalnym głosem papieŜ — ten
umiłowany lud otworzył się na wiarę w Jezusa Chrystusa”. „Nowo narodzone istotki — opowiada Las Casas
— odrywali, chwytając je za nogi, od piersi matek i rzucali je na skały, rozbijając im głowy”. „Niech będzie
pochwalony Pan, który mnie tu zaprowadził” — zawołał papieŜ… „Inne dzieci włóczyli ze sobą po ulicach,
trzymając je za ramiona, śmiali się przy tym i Ŝartowali, a w końcu wrzucali te dzieci do wody i mówili:
«Teraz tam się miotaj, ty małe, nędzne ciało!»” — „[…j tu, gdzie na tym kontynencie rozpoczęło się dzieło
boŜe, na chwałę i cześć Pana naszego […]”. „Inni zabijali i matkę, i dziecko […]” — „[…] tu, gdzie zatknięto
pierwszy krzyŜ, odprawiono pierwszą mszę i odmówiono po raz pierwszy Ave Maria”.
„Robili oni teŜ szerokie szubienice, takie Ŝe stopy prawie dotykały ziemi, na kaŜdej z tych szubienic
wieszali na cześć i chwałę
Zbawiciela i dwunastu apostołów po trzynastu Indian, potem podkładali drewno, rozniecali ogień i
palili wszystkich Ŝywcem” — „[…] w istocie łaska i właściwe powołanie Kościoła” — stwierdził papieŜ.
„Kościół istnieje po to, Ŝeby ewangelizować”.
„Kiedyś pojawił się gubernator wyspy […] przywołał on do siebie trzystu najznakomitszych władców i
obiecał im bezpieczeństwo. Większość z nich zwabił podstępnie do słomianej chaty […] i kazał ich
wszystkich spalić Ŝywcem”. Najznakomitsi władcy spaleni — nowi władcy zainstalowani.
„Stolica apostolska — powiedział papieŜ — ustanowiła pierwsze biskupstwa Ameryki właśnie na tej
wyspie”.

„Wszystkich pozostałych, razem z ich świtą, chrześcijanie zabili lancami i szpadami; ale królową
Anacoanę przez respekt powiesili”. Bo przecieŜ wyświadczyła ona chrześcijanom „największe przysługi”,
„wprost nadzwyczajne dobrodziejstwa”. Dlatego teŜ przez respekt dla niej: na szubienicę. Reguła była
natomiast taka: „MoŜnych i szlachetnie urodzonych zabijali oni zazwyczaj jak następuje: robili stosy z
bierwion kładzionych na widły, przywiązywali do nich nieszczęśników, a niŜej rozniecali niewielki ogień, i ci
ludzie z czasem krzyczeli Ŝałośnie i w straszliwych cierpieniach oddawali ducha Bogu […]. Wszystkie
opisane tu okropności i jeszcze wiele innych widziałem na własne oczy”.
„Krzewiciele wiary w stosunkowo krótkim czasie objęli swoją działalnością całe Santo Domingo” —
mówił papieŜ. „Byli to ludzie, którzy lgnęli zwłaszcza do biednych i bezradnych, do tubylców […] Później, za
czasów Francisca de Yitoria, ukształtowały się na tej podstawie początki prawa międzynarodowego”.
Biskup Las Casas: „Jako Ŝe wszyscy, którzy mogli uciec, skryli się w górach i weszli na najbardziej
strome szczyty, Ŝeby uchronić się przed tymi okrutnymi, bezlitosnymi ludźmi, podobnymi do zwierząt
drapieŜnych, więc ci dusiciele, ci śmiertelni wrogowie rodu ludzkiego, tak wytresowali swoje psy myśliwskie,
by szybciej, niŜ odmawia się Ojcze nasz, rozrywały one kaŜdego napotkanego Indianina; potęŜniejsze psy
łowiły Indian niczym dzikie świnie i poŜerały ich”.

PapieŜ Jan Paweł II: „Jeśli mamy tu wyrazić zasłuŜoną wdzięczność tym, którzy jako pierwsi posiali
ziarno wiary, to naleŜy się ona przede wszystkim zakonom, które bez reszty poświęciły się dziełu
ewangelizacji, chociaŜ ponosiły czasem ofiary, nawet spotykała je męczeńska śmierć […]”.
Biskup Las Casas: „Jako Ŝe Indianie, co zdarzyło się jednak tylko parę razy, w słusznym i świętym
gniewie zabili kilku spośród chrześcijan, ci ostatni przyjęli za swą regułę, by w odwecie za zabicie jednego
chrześcijanina ginęło z ich rąk stu Indian […]”.
PapieŜ Jan Paweł II: „Kościół był więc na tej wyspie pierwszą instancją, która zatroszczyła się o
sprawiedliwość i prawa człowieka […]”.
Czy Karol Wojtyła zna tylko katolicką wersję historii swego Kościoła? Z takiej wiedzy bierze się
oczywiście ostrzejsze widzenie tego, co piękne, zwłaszcza tych paru własnych „męczenników”, którzy zawsze
stanowią to najlepsze, co w dziejach danej religii moŜe się wydarzyć; dlatego teŜ papieŜ przypomina o tym
„ze wzruszeniem”. Ale, podobnie jak w wielu innych historiach Kościoła, nie wspomina się słowem o ofierze
krwi milionów ludzi zaatakowanych, prawowitych właścicieli tej ziemi! W kaŜdym razie teraz — nauczał
papieŜ — teraz nie naleŜy próbować „gorzej sytuowanych obdarzać przywilejami”, bo przecieŜ stworzyłoby

to tylko „nowe sytuacje niesprawiedliwe — dla tych, którzy dotychczas korzystali z przywilejów” [!]. (Ach,
przydałaby się juŜ „encyklika społeczna” jego autorstwa! Świat łaknie jej! I na pewno jeszcze więcej ludzi
umrze po niej z głodu!)

Ale własność Kościoła to oczywiście coś innego niŜ niegdysiejsza własność Indian. Nie powinniśmy,
co historycy wciąŜ podkreślają, dostosowywać dzisiejszych wyobraŜeń do czasów dawniejszych.
Jednocześnie moŜliwe, Ŝe dawne wyobraŜenia były całkiem fałszywe i Ŝe dopiero teraz dochodzimy do
właściwego widzenia przeszłości.
Na przykład Las Casas. Ten człowiek był co prawda — do czego się zapewne nie nadawał —
zakonnikiem i biskupem. śył na Haiti i na Kubie, w Gwatemali, Peru, Meksyku, i to bez mała pół wieku. Ale
właśnie ten długi okres, tropikalny klimat, a prócz tego wielkie tempo realizacji dzieła boŜego, sprawiły, Ŝe
ten człowiek widział wkrótce juŜ tylko czerwień, krew, dotknęła go zawodowa ślepota, nie dostrzegał bowiem
owych — tak często przez papieŜa określanych jako „piękne” — owoców, „owoców ewangelizacji”, które
tam właśnie dojrzewały, i — co gani pewien jezuita z naszych czasów — w końcu potrafił juŜ tylko
produkować „opowieści grozy”. Ale nie dlatego — powtórzmy za owym jezuitą — Ŝe — jak moŜna by sądzić
— naprawdę działy się tam straszne rzeczy, lecz po prostu dlatego, Ŝe będąc na miejscu, Las Casas „nie
widział spraw w ich właściwym wymiarze”. Tak, Panie BoŜe, dziś widać, ma się rozumieć, Ŝe owych z górą
pięćdziesiąt milionów czerwonoskórych i czarnych, którzy tracili Ŝycie w miarę postępów dzieła boŜego, to
nic, co ja mówię, to przecieŜ w ogóle Ŝadna tragedia. Przeciwnie: „W całych dziejach misjonarstwa nie ma
niczego wspanialszego”.
To jest nauka! Z kościelnym imprimatur.

A po przeciwnej stronie autor tego eseju. Jakby nie dość było tego, Ŝe bez skrupułów wyrywa cytat za
cytatem z kontekstu, to jeszcze brak mu owej subtelniejszej (czy wyŜszej) umiejętności odróŜnienia tych,
którzy torowali drogę, właściwych rębajłów, od tych, którzy szli za nimi z „dobrą nowiną”. „JakieŜ piękne są
stopy tych, co głoszą słowo boŜe!” — to powiedzieli Paweł i Wojtyła. Jedni bowiem zabijali, a drudzy
ewangelizowali; jedni orali, drudzy obsiewali: to dwa całkiem odmienne zadania, właściwie tak samo nie
mające ze sobą związku, jak części ciała rozerwanego na strzępy i wypatroszonego Indianina. Staranne
oddzielenie sprawia, Ŝe nie istnieje Ŝadne powiązanie.

I chociaŜ późni scholastycy hiszpańscy, Soto, Bańez, Grzegorz z Walencji, pozwalali na wojnę
kolonialną, wojnę przeciw „wrogom misjonarzy”, sama krwawa robota nie była oczywiście — przytoczmy
słowa Francisca Suareza, czołowego wówczas hiszpańskiego teologa, jezuity — „sprawą kapłana i stanu
duchownego”. Nie, ci ostatni mieli z tym równie mało do czynienia, jak z eksterminacją pogan, śydów,
„kacerzy”, „czarownic”. Zwłaszcza najwyŜsi duchowni, papieŜe, nie zabijali Ŝadnego Indianina — Ŝe papieŜ
zabił papieŜa, to się czasem zdarzało — ale przecieŜ nie Indianina. Pod tym względem są oni całkiem
niewinni; tak niewinni, jak Hitler — który teŜ nigdy nie zamordował Ŝadnego śyda — nie jest winien temu,
Ŝe śydzi ginęli w komorach gazowych.

Ale jeśli chodzi o „pierwszych krzewicieli wiary” (w węŜszym rozumieniu) na Haiti, owych dwunastu
„synów św. Franciszka”, to Jan Paweł II mógłby doczytać się nawet u Josepha Hóffnera, arcybiskupa Kolonii,
Ŝe pochwalali oni metody „osadników”, które opisał Las Casas. A gdy nieco później do franciszkanów
dołączyli dominikanie i Antonio de Montesino grzmiał w 1511 roku z ambony kościoła Świętego Dominika:
„CzyŜ to nie ludzie?” (na chrześcijańskim Zachodzie spierano się o to jeszcze w XVIII wieku!), „CzyŜ nie
mają pojętnych dusz? CzyŜ nie jesteście zobowiązani kochać ich jak samych siebie?” — wtedy to prowincjał
dominikanów, Alfonso de Loaysa, przypuszczalnie na polecenie biskupa Juana de Fonseca zakazał „z mocy
Ducha Świętego” wszelkiej krytyki. Kto ma zbyt wraŜliwe sumienie, ten niechaj wraca do Hiszpanii!
Kościół katolicki, którego ewangelizacja jako „jedyna” posiada moc „zbawiania ludzi, bo stanowi
objawienie miłości”, Kościół katolicki, który tutaj — wołał papieŜ Jan Paweł II — w tym właśnie mieście
„rozpoczął tyle pięknych rzeczy”, gdzie — co więcej — sam Bóg „rozpoczął swoje dobroczynne dzieło”, w
istocie pod względem teologicznym i praktycznym w pełni popierał zniewalanie i masową eksterminację,
owo dobroczynne dzieło; było to zresztą za czasów takiego poprzednika Karola Wojtyły, którego ten —
niewdzięczny — nie wspomina ani razu w czterdziestu siedmiu homiliach latynoskich, zapewne dlatego, Ŝe
tamten chyba nie tak bardzo cenił celibat, „bezcenną wartość chrześcijaństwa — według słów Jana Pawła II
— i tysiącletnie dziedzictwo Kościoła”, skoro sam miał z róŜnymi kochankami dziesięcioro dzieci i często
współŜył z bardzo jeszcze młodą rodzoną córką. Aleksander VI, wcale nie najgroźniejszy z „namiestników”,
przyznał w bulli Inter coetera z 4 maja 1493 roku Nowy Świat (omnes insulas et terras firmas irwentas et
inveniendas, detectas et detegendaś), który nie naleŜał do niego, tak jak Watykan nie naleŜy do Dalaj Lamy,
po prostu Hiszpanom i Portugalczykom, wzywając ich jednocześnie, by „tubylców, mieszkańców owych
lądów, doprowadzili do okazywania czci Zbawicielowi i do wyznawania wiary katolickiej”.
Gdy w niecałe czterdzieści lat po tym akcie darowizny — jak zwykle wzmocnionym mszą i komunią
świętą, bez udziału prawników, ale w asyście poboŜnej braci zakonnej — rozpoczęto krucjatę przeciw Peru,
władca Inków Atahualpa oświadczył po kazaniu misyjnym późniejszego biskupa ojca Yicente de Valverde:
„Co się tyczy papieŜa, o którym mówicie, to musi być szalony, skoro myśli o tym, Ŝeby rozdawać ziemie, do

niego nie naleŜące. Ja nie chcę zmieniać wiary. Wasz Bóg został, jak mówicie, zabity przez tych samych
ludzi, których stworzył. Mój zaś — władca wskazał na wspaniałe słońce, co właśnie zachodziło za góry —
Ŝyje wciąŜ w niebie i spogląda na swoje dzieci”. Po tych słowach ów mnich, jeden z tych tak często
chwalonych przez Jana Pawła II „nieustraszonych misjonarzy” z „odległego XVI wieku, których wiara i
wielkoduszność zasługuje na podziw”, rozkazał: „Atakujcie od razu! Udzielam wam absolucji!” I z okrzykiem
bojowym Santiago ci, co nieśli „dobrą nowinę”, wymordowali od dwóch do dziesięciu tysięcy swoich
bezbronnych gości; a na koniec, po odebraniu całego złota, zabito — jak pospolitego zbrodniarza — przy
uŜyciu garoty, śruby duszącej, równieŜ władcę, ostatniego Inkę, którego ojciec de Valverde nawet ochrzcił i
— co więcej — nazajutrz odprawił uroczystą mszę za jego duszę. Tak objawiła się „chrześcijańska miłość”,
„ten istotny czynnik Ŝycia kościelnego”, tak odbywało się „budowanie Królestwa BoŜego”, „ewangelizacja”,
by powtórzyć kolejny stereotypowy, dobitny slogan Karola Wojtyły, tak wyglądało to, czemu papieŜe nie od
dziś zawdzięczają swoje latynoskie szczęście, a latynosi jeszcze dziś — swoje nieszczęście.
Dla konkwistadorów i dla Kościoła zagrabienie Ameryki było jeszcze jedną „krucjatą”, walka przeciw
tubylcom stanowiła bezpośrednią kontynuację ich wojny z Maurami; Indianie to dla nich „potwory” i ich
„zagłada spodoba się Bogu”. Misjonarze ani myśleli podawać w wątpliwość konkwistę. Ta krwawa akcja była
warunkiem powodzenia misji, „wojna sprawiedliwa” (guerra justa) jest zawsze dopuszczalna, a bellum
romanum, wojna z niewiernymi, „zawsze sprawiedliwa ponad wszelką wątpliwość”, więc takŜe kaŜda wojna
z Indianami. Hiszpański kaznodzieja nadworny Gregorio, który nazywał Indian „mówiącymi zwierzętami”,
dowodził według pism Tomasza z Akwinu, Ŝe „trzeba rządzić nimi Ŝelaznym prętem”, i propagował
zniewalanie ich. Poza paroma znikomymi wyjątkami, misjonarze domagali się „przemocy”. RównieŜ ów, tak
wychwalany przez papieŜa, jezuita Jose de Anchieta, „pionier ewangelizacji”, „boŜy człowiek”, „apostoł
Brazylii, który więcej niŜ ktokolwiek przyczynił się do szczęścia waszego narodu”, „wzór dla całej generacji
misjonarzy”, wypowiadał taką oto dewizę: „Miecz i Ŝelazny pręt to najlepsi kaznodzieje” — a Jan Paweł II
beatyfikował go w 1980 roku!

W końcu nie wystarczała juŜ nawet reguła haitańska — stu martwych Indian za jednego zabitego
chrześcijanina. Chcąc pomścić trzech jezuitów zamordowanych przez Karibów nad rzeką Orinoko, posłano
tam Ŝołnierzy, by — jak donosił w 1685 roku z Ameryki Południowej jezuita Johann Gastl — „zabili oni tylu
Karaibów, ilu zdołają zabić. Nie ma lepszego sposobu na okiełznanie dzikości ludów barbarzyńskich […]”. I
jeszcze w 1812 roku jezuita del Coronil pouczał wojska wyruszające przeciw powstańcom w Wenezueli:
„Zabijajcie wszystkich powyŜej siódmego roku Ŝycia!”

Ale papieŜ nie zawahał się ani chwili i powiedział: „Kościół chciałby poświęcić się Indianom. Dziś
tak samo [!], jak czynił to wobec ich przodków od czasów odkrycia kontynentu”. Wyspa Haiti, w chwili
przybycia katolików zamieszkana przez lud indiański na wysokim poziomie cywilizacji, miała około
miliona stu tysięcy ludności; w 1510 roku — juŜ tylko czterdzieści sześć tysięcy; w 1517 roku — juŜ
tylko tysiąc. „Tu, mimo trudności i ofiar, osiągnięto piękne wyniki” — powiedział papieŜ. „Tu
zaświadcza się dziś istnienie Chrystusa […]”.

Liczy się tylko jedno. Ich władza! Obecnie dziewięćdziesiąt pięć procent ludności Republiki
Dominikańskiej to katolicy. I być moŜe — któŜ to wie — jakaś wojna atomowa sprawi, Ŝe i dziewięćdziesiąt
pięć procent mieszkańców Europy będzie katolikami, tyle Ŝe nie będą to juŜ pewnie
potomkowie Europejczyków, lecz na przykład wyłącznie rzymskokatolickich Latynosów. JakiŜ szczęśliwy
byłby potem kaŜdy papieŜ — taki szczęśliwy, jak Jan Paweł II w Ameryce Łacińskiej!
Bo kto idzie po z górą pięćdziesięciu milionach trupów, tak jak to czynią papieŜe, ten potrafi
przejść takŜe po pięciuset milionach trupów czy po jeszcze większej ich liczbie. Gdyby nawet świat
zginął — tak jezuita Gustav Gundlach zinterpretował doktrynę Piusa XII o wojnie atomowej
(podkreślając, Ŝe papieŜ „zdaje sobie doskonale sprawę z zasięgu i realiów”) — znaczyłoby to niewiele;
bo przecieŜ nie my, mówi dosłownie ten jezuita, „ponosilibyśmy odpowiedzialność za koniec świata”,
natomiast „moglibyśmy wtedy powiedzieć, Ŝe Pan Bóg przyjmuje odpowiedzialność na siebie”.
Wskutek zagłady milionów Indian na Haiti, na innych wyspach i na kontynencie zaczęło
brakować rąk do pracy. I wtedy właśnie Bartolome de Las Casas, współczujący Indianom, poradził, by
sprowadzono do Ameryki niewolników murzyńskich, co rozpoczęło nowy wspaniały etap realizacji
dzieła boŜego. Jak się bowiem oblicza, w pewnych okresach na jednego schwytanego niewolnika, który
docierał Ŝywy do wybrzeŜy Afryki, przypadało dziesięciu zmarłych podczas transportu drogą lądową, a
potem na morzu umierało dziewięć osób z kaŜdej ocalałej dziesiątki. Ludzie zachodni — stwierdza
papieŜ — „zaszczepili w Ameryce Łacińskiej nową kulturę, zasiedlając kontynent coraz to innymi
narodami”, między innymi — jak wspomniał uczciwie — „Murzynami z Afryki”. Trzydzieści milionów
— tego juŜ nie powiedział — trzydzieści milionów czarnych, albo nawet o wiele więcej, sprowadzili z
czasem chrześcijanie do Ameryki; prawie tyle samo, albo nawet o wiele więcej, straciło Ŝycie jeszcze na
lądzie afrykańskim bądź na osławionych statkach niewolniczych. Ale i ten „rozdział”, pocieszył Jan

Paweł II, „został juŜ zamknięty […]”. I pełen „niezatartych wspomnień” o „pięknych dniach”, które
przynajmniej on przeŜył „w kolebce katolicyzmu Nowego Świata”, odleciał w huku salw armatnich 27
lutego 1979 roku do Meksyku.
Po czterech godzinach wysiadł z samolo
tu DC-10 włoskiego (czy raczej: watykańskiego)
towarzystwa lotniczego Alitalia, padł na „uświęconą meksykańską ziemię” całując ją, potem zwinnie się
podniósł i szybko podszedł do przybyłego w ostatniej chwili prezydenta Jose Lopeza Portillo. Senor —
powitał papieŜa szef państwa, w którym co prawda Ŝyje dziewięćdziesiąt siedem i pół procent katolików,
ale które nie ma stosunków dyplomatycznych z Watykanem — nawiązania ich po papieskiej wizycie
spodziewał się tylko przywódca meksykańskich komunistów — i nawet wywłaszczyło kler na mocy
konstytucji z 1917 roku. Ergo: Portillo powitał „namiestnika Chrystusa” nie jako składającego wizytę
państwową, lecz jako turystę („bo to nic złego i do niczego mnie nie zobowiązuje”), zdobył się na
dokładnie cztery krótkie zdania i niezwłocznie opuścił lotnisko.
PapieŜ Jan Paweł II nawiązał nie do roku 1917, ale do czasów pomyślniejszych. „JuŜ w
dwadzieścia lat po rozpoczęciu, w 1492 roku, głoszenia dobrej nowiny w Nowym Świecie —
poinformował — ta wiara dotarła do Meksyku”. Ale razem z wiarą, co ponti-fex znowu przemilczał,
przyszły wojny, inkwizycja, niewolnictwo, syfilis — choroba, której oznakami ponoć się pyszniono tak,
jak gdzie indziej bliznami po ranach wojennych.

Wraz z katolicyzmem rozprzestrzeniła się przecieŜ „atmosfera rozpasania seksualnego” i właśnie
duchowieństwo nader płodnie powiększało Królestwo BoŜe, najchętniej za pośrednictwem
czarnoskórych Mulatek i Murzynek, „Tutaj — podkreślił papieŜ — nie moŜe być Ŝadnej róŜnicy między
poszczególnymi rasami i cywilizacjami”; Chrystus jest bowiem „wszystkim i we wszystkich”. Ale i w
jego wybranych oblubieńcach tkwił nie tylko Pan, lecz i syfilis. W klasztorach poboŜnych kobiet było go
aŜ nadto. „Wiem dobrze — pochwalił je papieŜ — jak wielki był wkład zakonnic w rozpowszechnianie
wiary w Ameryce Łacińskiej […]. Tutaj pracowały one stale u boku kleru diecezjalnego”. Ale Ŝe
oblubienice Pańskie mimo najlepszych chęci nie mogły zaspokoić wszystkich chętnych, to zastępczo
ofiarowywały przynajmniej to, co upiekły, jako „brzuch zakonnicy” i „westchnienie zakonnicy”, jako
„niebiańską słoninę” i „anielski kąsek”.

Rozpasaniu seksualnemu towarzyszyło rozpasanie morderców. Bo „ewangelizacja”, która — według
Jana Pawła II — „w tym kraju dokonała się w sposób cudowny”, była i tam, jak przy tylu innych okazjach,
połączona z „totalną”, „dogmatyczną”, „świętą” wojną; bynajmniej nie z walką „bladych twarzy przeciw
czerwonoskórym”, lecz z walką „chrześcijan przeciwko niewiernym”. To wyjaśnia radykalny charakter
rozpowszechnienia dzieła boŜego równieŜ w Meksyku, a potraktowano tak ludzi całkowicie ufnych,
gościnnych, którzy zfiliŜali się do Hiszpanów dosłownie jak do bogów; pod względem techniki wojennej stali
oni na tyle niŜej od Hiszpanów, Ŝe w końcu ich heroizm nie zdał się na nic, „tak jak daremna byłaby odwaga
Ŝołnierzy znad Marny w obliczu dzisiejszej bomby atomowej”.
Mimo poniesionych strasznych ofiar w ludziach, stojąc pod względem etycznym znacznie wyŜej od
katolików, ci Indios, którzy ocaleli, otrzymali zatem to, co Karol Wojtyła określił w Meksyku jako „podstawy
wiary chrześcijańskiej”, „miłość Chrystusa do ludzi”: „Ta miłość nie jest stronnicza, bo nikogo nie wyłącza
[…]”, to, co propagował jako „dobrą nowinę” przynoszoną „ludziom bez względu na narodowość, poziom
kultury, rasę, epokę rozwoju, status społeczny czy warunki Ŝycia”, to, co pochwalił jako „dzieło ewangelii i
pokoju, oparte na sprawiedliwości i miłości między ludźmi i między narodami”; krótko mówiąc, otrzymali
przeciwieństwo „ateistycznego humanizmu”, poznali „wymiar absolutu”: oszustwa, grabieŜe, tortury,
niewolnictwo i masową zagładę.
Posłuszni Rzymowi katolicy bili, dźgali, dusili, zatapiali, palili; wszystko to w imię boŜe i w imieniu
Najświętszej Maryi Panny. Palili królów, wodzów plemion, „czarownice”, całą warstwę rządzącą dawnego
Meksyku. Spalili mnóstwo wsi, miast, bezcennych świątyń, wizerunków bogów, dzieł sztuki, prawie całą
kulturę Azteków. Uhonorowany przez papieŜa w Meksyku jako pierwszy z grona „wielkich postaci
krzewicieli dobrej nowiny”, franciszkanin Juan de Zumarraga, pierwszy meksykański arcybiskup, szczególnie
wyróŜnił się w niszczeniu miejsc kultu. JuŜ w 1531 roku doniósł o zburzeniu ponad pięciuset świątyń i ponad
dwudziestu tysięcy „wizerunków boŜków”. Kapitan Bernal Diaz del Castillo wyznał zresztą, Ŝe Hiszpanom
„nie zdarzyło się nigdy takich rzeczy oglądać i nawet nie śniło się o nich […]”. A przecieŜ i Albert Durer
zanotował, będąc w 1520 roku w Brukseli, na dworze Karola V: „I przez całe Ŝycie nie widziałem niczego, co
by tak radowało moje serce, jak te przedmioty […] i dziwiłem się przemyślności ludzi w obcych krajach”.
Trupy i popiół. „Oni mieli dla tamtych nie tylko o wiele mniej szacunku i litości — pisze Las Casas —
a mówię prawdę, bo przez cały czas oglądałem to na własne oczy, nie tylko mniej szacunku i litości niŜ dla
swego bydła, dałby Bóg, Ŝeby nie traktowali ich okrutniej niŜ bydło, ale nawet znaczyli tamci nie więcej,
raczej o wiele mniej niŜ nieczystości na drogach”. Na męŜczyzn i na kobiety szczuli psy, karmione ludzkim
mięsem, ćwiartowanymi Ŝywcem indiańskimi niemowlętami. Rozrywali jeńców między dwoma końmi albo

dwoma czółnami. Wbijali cięŜarne kobiety na pale, przywiązywali ofiary do luf armatnich i puszczali je z
dymem, „na większą chwałę Zbawiciela” prowadzili je na szubienice, ucięli im setki rąk, nosów, warg, piersi,
„z pomocą Boga, Świętej Dziewicy i apostoła Santiago […]”, świętego patrona Hiszpanów, Jakuba, którego
rzekomy grób w Santiago de Compostela stanowi od późnego średniowiecza waŜny cel pielgrzymek w
świecie zachodnim. I to, co jeszcze w XVIII wieku zostało przez Gottfrieda Arnolda określone jako „czyny
drapieŜnych bestii, istnych diabłów wcielonych”, w XX wieku stanowi dla kardynała Hoffnera z Kolonii —
kto by pomyślał, Ŝe stać go na taką otwartość! — wyraz „niekłamanej… religijności”!
Tym, których owi szczerzy papiści nie zamordowali, którzy w obliczu ich religii miłości sami nie
odebrali sobie Ŝycia, jak to często robili w Europie śydzi, tym ludziom, przy oficjalnej aprobacie teologów,
zakładano Ŝelazne obroŜe na szyje, łańcuchy, i wypalano im na ciałach — w imieniu cesarza oraz w imię
wiary chrześcijańskiej — rozŜarzonym Ŝelazem literę G (guerra = wojna). Bezustanne polowanie na ludzi.
Bóg i bogactwo — jak pisze Las Casas — królom hiszpańskim dostało się dwieście milionów dukatów w
złocie, srebrze i kamieniach szlachetnych; według pewnego badacza z naszych czasów, tamtym gangsterom
udało się w ciągu stu pięćdziesięciu lat od początku konkwisty zarobić dwieście pięćdziesiąt siedem milionów
czterysta osiemdziesiąt siedem tysięcy czterysta osiemnaście funtów szterlingów i nic innego ich nie
interesowało, chyba Ŝe kobiety, które ci szczerzy adoratorzy Maryi czynili „brzemiennymi”, Ŝeby je móc
droŜej sprzedać. Za jednego konia płacili nawet ośmiuset Indianami.
„[…] i po stu latach głoszenia dobrej nowiny — mówił w Meksyku ojciec święty — znalazło się na
tym nowym kontynencie ponad siedemdziesiąt biskupstw z czterema milionami chrześcijan”, w końcu tu
właśnie „po pięciu wiekach ewangelizacji Ŝyje blisko połowa wszystkich wiernych Kościoła katolickiego
[…]”. Tak, czyŜ to nie równowaŜy dwunastu, moŜe piętnastu milionów maluczkich, męŜczyzn, kobiet, „a
nawet dzieci”, wymordowanych — jak pisze Las Casas — w ciągu czterdziestu lat?! I prócz tego blisko
czterdziestu milionów czarnoskórych?

Szkoda tylko, Ŝe papieŜ nie wspomniał nigdy o człowieku, który zdobył cały Meksyk dla katolicyzmu,
dla Kościoła, wysławianego wciąŜ przez Karola Wojtyłę jako instytucja troszcząca się o „ludzką godność”,
„broniąca praw człowieka”, „wyspecjalizowana w humanizmie”, natomiast Adolf Hitler przypomniał owego
wielkiego katolickiego bohatera 26 stycznia 1936 roku w Monachium, kiedy to przedstawił swoje
wyobraŜenia o „prawie” do kolonii i posłuŜył się przykładem krwioŜerczej, potwornej grabieŜy, której
dokonał Fernando Cortez „odwaŜny i szlachetny — tak nazywa go szczerze katolicki leksykon Herder-Yerlag
— wykształcony i zasłuŜony dla propagandy chrześcijaństwa”.

Sam Cortez nazywał siebie „sługą Chrystusa, powiększającym jego władzę”; jego główne zadanie:
„rozpowszechnianie wiary katolickiej”. Ma się rozumieć, towarzyszyli mu — podobnie jak Hitlerowi —
kapelani polowi, którym polecał wygłaszać kazania, sam zawsze działał w imię boŜe, w imieniu Matki
Boskiej i świętego patrona Hiszpanii. Jego towarzysz broni Bernal Diaz, opowiada: „Codziennie rano czytał
brewiarz. KaŜdego dnia z wielkim skupieniem słuchał mszy. Na patronkę obrał sobie Madonnę”. Wszędzie w
Meksyku kazał Cortez pokazywać wizerunki Maryi i wznosić krzyŜe; na sztandarach jego podpalaczy teŜ
widniał krzyŜ — „znak nadziei dla ludzi w kaŜdej epoce” (Wojtyła). „Poprzez krzyŜ Bóg ukazał człowiekowi
jego godność […]”.

Dzięki Cortezowi nadzieja i godność spod znaku krzyŜa rozprzestrzeniały się zazwyczaj dopóty,
„dopóki na polu nie było juŜ Ŝywych, a za to było pełno trupów” — to jego własne słowa. I dorzućmy zaraz
dalsze cytaty z relacji przesyłanych przezeń między rokiem 1520 a 1522 do Karola V, w którego królestwie
słońce nie zachodziło, między innymi dzięki Cortezowi! „Szacuję, Ŝe pozostało ich niewielu”. „[…] gnaliśmy
ich przed sobą przez dwie mile i było to ucieszne widowisko. Wielu z nich dopadliśmy i za-dźgaliśmy […]”.
„[…] napadłem na dwie wsie, w których zabiłem wielu Indian.” „[…] zdobyliśmy obie wsie, podpaliliśmy je i
uradowani wróciliśmy do miasta”. „[…] wrzuciliśmy ogień do ponad trzystu domów”. „[…] podpaliłem sześć
wsi.” „[…] spaliliśmy dziesięć wiosek”. „Ludzie wybiegali z domów bez broni, kobiety i dzieci nago, wszyscy
przemieszani. Na początku wielu zabiliśmy […]”. „[…] z okrzykiem bojowym Santiago! napadłem ich
znienacka i zadźgałem ponad stu męŜczyzn”. „Z okrzykiem Santiago! przejechaliśmy konno szeroki plac i
zadźgaliśmy wszystkich, którzy podpadli pod lance […]. Zginęło ponad pięciuset wrogów”. „Przyzywając na
pomoc świętego Jakuba, zaczęli oni atakować […] i rzeka, która płynie w dole, była — jak mi doniesiono —
czerwona od krwi pomordowanych”. „[…] wtedy to zabiliśmy albo wzięliśmy do niewoli ponad ośmiuset
Temikstitańczyków”. „W ciągu dwóch godzin padło wtedy trzy tysiące mieszkańców”. „[…] i pognaliśmy
obrońców do jeziora. Zginęło przy tym ponad sześć tysięcy męŜczyzn, kobiet i dzieci”. „[…] w tym jednym
dniu zabiliśmy albo wzięliśmy do niewoli ponad dwanaście tysięcy Temikstitańczyków”. „Tego dnia […]
zabito albo wzięto do niewoli ponad czterdzieści tysięcy Temikstitańczyków”. „Ponad pięćdziesiąt tysięcy
ludzi umarło w tym mieście”.
To, o czym Cortez lakonicznie informuje swojego katolickiego monarchę, staje się Ŝywsze, a
zwłaszcza bardziej krwiste, w pewnym tekście azteckim, opisującym rzeź tysiąca Indian w któreś święto.
Jedynie w taki sposób przyczyniano się do zwycięstwa „fundamentalnych praw człowieka”, „dzieła
ewangelii i pokoju”— tak było na Haiti, tak w Meksyku i wszędzie indziej w Ameryce Południowej.

Właśnie wtedy, gdy „krąg tańczących wykonywał najpiękniejsze figury i rozbrzmiewała jedna pieśń
po drugiej, w tym szczytowym momencie festynu”, poboŜni Hiszpanie wdarli się „na uwaŜany za święty
wewnętrzny dziedziniec, Ŝeby wyciąć uczestników zabawy. Przybyli pieszo, mieli w rękach Ŝelazne miecze
oraz drewniane i Ŝelazne tarcze. Tak uzbrojeni, zaatakowali tańczących i utorowali sobie drogę do tego
miejsca, gdzie bito w bębny. Schwycili dobosza i odrąbali mu ręce. Potem odrąbali mu głowę, która potoczyła
się daleko po ziemi. A później napadali na tańczących, dźgali, przebijali ich na wylot, zabijali swoimi
mieczami. Niektórych przekłuwali od tyłu i ci padali na ziemię ze zwisającymi wnętrznościami. Innych
skracali o głowę; najpierw rozdwa-jali głojvy, a potem roztrzaskiwali je na małe kawałki. Jeszcze innych
dźgali w ramiona i otwierały się tym ludziom wielkie rany na plecach. Temu i owemu oderwano ramiona od
ciała. Niektórych trafiono w uda i łydki. Innym rozpłatano brzuchy i wnętrzności wylewały się na ziemię.
Ten i ów próbował uciec, ale daremnie, bo potykali się o własne trzewia. Jakkolwiek się ratowali, nikt
nie ocalał. Jedni próbowali przedostać się na zewnątrz, ale Hiszpanie mordowali ich przy bramach. Inni
wspinali się na mury, lecz tych Hiszpanie wbijali na ostrza mieczów […]. Krew wodzów lała się jak woda
i zbierała się w kałuŜach. KałuŜe zlewały się ze sobą, sprawiając, Ŝe cały dziedziniec świątyni przemienił
się w wielkie grząskie bajoro. W powietrzu unosił się odór krwi i wnętrzności. A Hiszpanie rozbiegli się
teraz po domach prywatnych i zabili wszystkich, którzy się tam jeszcze ukrywali”.
Ta krwawa orgia jest jedną z tych wielu, którymi Cortez wyludnił Meksyk — Cortez, katolik,
który — jak pisał do swego cesarza — zgodnie z nakazami ewangelii „nie chciał odpłacać złem za zło”,
który nie tylko kazał swoim kapelanom głosić „najwaŜniejsze prawdy wiary”, ale i sam wygłaszał
kazania: „Jesteśmy chrześcijanami i wierzymy tylko w jednego prawdziwego Boga, w Jezusa Chrystusa,
który za nas cierpiał […]”. „Wierzymy tylko w niego i dlatego teŜ jego tylko czcimy”. „Na miejscu
waszych boŜków znajdzie się teraz nasza pełna chwały, święta Pani, matka Jezusa Chrystusa, który jest
synem Boga […]”.
Właśnie kult Maryi jest tym, co szczególnie łączy ludobójcę Corteza z papieŜem wszędzie i stale
zalecającym naboŜną cześć dla niej, i to chętnie właśnie w krajach, w których „spełnił się nakaz
Chrystusa”, gdzie „poprzez łaskę chrztu wszędzie przybyło dzieci boŜych” — a dzieci szatana trochę
ubyło…
Gdy katoliccy Hiszpanie zawitali do Meksyku, Ŝyło tam około jedenastu milionów Indian, a po
stu latach — juŜ tylko półtora miliona.
W taki sposób Kościół — „broniący praw człowieka”, „wyspecjalizowany w humanizmie” —
zdobył dla siebie kontynent, na którym odtąd panuje samowola i terror, na którym odtąd on sam stoi po
stronie morderców, dyktatorów, na którym odtąd istnieje niewielka klika wielkich posiadaczy ziemskich,
Ŝyjących w fantastycznym przepychu, a prócz nich Ŝyje tam ogromne mnóstwo ludzi wegetujących,
niedoŜywionych, analfabetów, aŜ do końca XIX wieku były tam społeczności utrzymujące instytucję
niewolnictwa, co niewiele się róŜniło od sytuaqi znanej ze staroŜytnego Rzymu.
„Dziękuję Bogu, Ŝe juŜ nigdy nie będę musiał odwiedzić kraju, w którym są niewolnicy”,
zanotował Charles Darwin 19 sierpnia 1836 roku, uszczęśliwiony tym, Ŝe „wreszcie na zawsze” opuszcza
wybrzeŜe Brazylii.

Podobnie jak u schyłku epoki antycznej — gdy juŜ pod koniec IV wieku feudalny Ŝywot biskupa
Rzymu, jego luksus, stał się przysłowiowy, gdy wreszcie Kościół nie tylko przodował pod względem
liczby posiadanych niewolników, ale i, czego nigdzie indziej nie było, uniemoŜliwił wyzwalanie
niewolników jako „dobra kościelnego” — podobnie jak w średniowieczu, tak później w Ameryce
Południowej niewolnictwo było w zasadzie akceptowane przez Kościół katolicki. Korzystali z niego
ludzie świeccy i duchowni; duchowni i klasztory, często będące w posiadaniu wielkich latyfundiów,
uczestniczyli w handlu niewolnicami; co więcej, jezuici i franciszkanie, tyle razy chwaleni przez Jana
Pawła II, sprzyjali małŜeństwom między Indianami i czarnymi, by potem uznać ich potomstwo za
chłopów pańszczyźnianych, co na przełomie XVIII i XIX wieku wytykał generał Arouche, dyrektor
generalny brazylijskich wiosek indiańskich. Konkubinat wśród niewolników był dozwolony, ochrzczeni
mogli zadawać się z nie chrzczonymi, tolerowano nawet zakazane współŜycie z ludźmi wolnymi i było
ono wręcz bardzo swobodnie uprawiane, równieŜ przez kler. Katolicka Ameryka hodowała niewolników,
tak jak się trzyma trzodę albo gołębie. „Najproduktywniejsze przejawy niewolnictwa — czytamy w
pewnym manifeście plantatorów — to płodne ciała kobiet”. Ale gdy ci ludzie umierali, to zwłoki owych
nieszczęśników stawały się łatwym łupem psów i sępów, często składano je jakkolwiek na plaŜy albo,
przywiązane do drewnianych bali, były w porze odpływu wyrzucane do morza… „Instytuqa
wyspecjalizowana w humanizmie [!]” Jeszcze w XX wieku Kościół Ameryki Łacińskiej jawi się jako
beznadziejnie ultramontański, arcyreakcyjny, jako właściwa ostoja panującego „ładu”, wielkiej
finansjery, kolonializmu na poły feudalnych latyfundystów. Podczas gdy masy ludowe z pokolenia na

pokolenie marniały w brudzie i nędzy, kapłani stawali się niemalŜe wszechmocni, obrastali w ogromne
bogactwo, podobnie jak pozostali właściciele niewolników, jak wielcy panowie; księŜa licytowali
schwytanych Indian, Ŝeby pokryć koszty budowy „domów boŜych”, utrzymywali dla własnej
przyjemności trzydziestoosobowe orkiestry i czasem potrzebowali nawet rąk niewolników przy
załatwianiu się.
Franco i Salazar byli w Ameryce Łacińskiej bohaterami kle-rykalnej propagandy, czczono ich
jako wzory do naśladowania, prawie wszędzie kręgi chrześcijańskie uczestniczyły w ustanawianiu dyktatur
czy innych reŜimów antyludowych, inscenizowały pucze i kontrpucze, torturowano, rozstrzeliwano tysiące
ludzi, biedacy uboŜeli jeszcze bardziej, a bogaci byli coraz zamoŜniejsi. Majątki o powierzchni pięćdziesięciu
tysięcy hektarów uwaŜane są za niewielkie. W niektórych państwach, np. w Brazylii, do trzech procent
ludności naleŜą prawie dwie trzecie obszaru kraju; istnieją teŜ diecezje, gdzie przeciętny dochód roczny nie
przekracza stu pięćdziesięciu dolarów i na trzysta tysięcy mieszkańców przypada jeden szpital (z
trzydziestoma łóŜkami). Szerzą się ciemnota, analfabetyzm, chroniczne niedoŜywienie. A przy tym (według
danych z roku 1980) liczba ludności Peru podwaja się co dwadzieścia lat, Meksyku — co osiemnaście lat,
Brazylii — co siedemnaście lat.

A co papieŜ Jan Paweł II miał do zaoferowania temu głodującemu kontynentowi, gdzie w więzieniach
jest coraz ciaśniej, gdzie slumsy wciąŜ się rozrastają, gdzie całe masy peonów są przepędzane, zabijane,
rozstrzeliwane w czasie ucieczki? OtóŜ zgodził się, Ŝe robotnikom naleŜą się pewne prawa, ale przypomniał
im teŜ o ich obowiązkach. Uznał własność za zobowiązanie socjalne, ale i podkreślił prawo do prywatnej
własności. Wyraził pragnienie, by dobra były rozdzielane sprawiedliwiej, nie chciał jednak, Ŝeby rozumiano
Jezusa opacznie jako rewoluq’onistę. Prosił rządzących, by czynili więcej dla rządzonych, i błagał Maryję,
Ŝeby uchroniła te państwa przed przewrotami. Co prawda jeden raz upomniał się o „pilne reformy”, „istotne
zmiany”, mówił teŜ o „przeprowadzonym we właściwy sposób wywłaszczeniu”. Ale utonęło to wręcz w
powodzi prawie bezustannie powtarzanych perswazji całkiem innego rodzaju, w jawnym strofowaniu tych
biednych, wyzyskiwanych ludzi, w ewidentnym tłumieniu sytuacji rewolucyjnej, w ciągłym zwalczaniu, jeśli
się nie mylę, nie wymienionego nigdy z nazwy komunizmu, w który ten wykrwawiany od stuleci kontynent
mógłby teraz popaść. PapieŜ ostrzegał wciąŜ przed „ideologiami opartymi na nienawiści i przemocy”, przed
„radykalizmem społecznym i politycznym”, przed „działaniem bezpłodnym i niszczącym”. „Walka klasowa
nie prowadzi do ładu społecznego”. AleŜ, seńor, by powtórzyć odezwanie prezydenta Meksyku, czyŜby
chrześcijaństwo doprowadziło do „ładu społecznego”? I czy nie miało ono na to prawie dwóch tysięcy lat? A
jak wyglądało, gdy było wszechmocne? Czy wtedy nie bywało tak, Ŝe chłop kosztował blisko trzykrotnie
mniej, Indianin zaś osiemset razy mniej niŜ koń? A jak jest dzisiaj? Czy walka klasowa nie jest jednym z
następstw chrześcijaństwa? „Instytucja wyspecjalizowana w humanizmie [!]” Apostoł „ładu społecznego”
apelował teŜ niestrudzenie do robotników, pouczał ich, Ŝe „robotnik powinien sumiennie wykonywać swoje
obowiązki”, Ŝe powinien wnosić swój „wkład” do tego, co inicjują ludzie „stojący nad nim”. Oddał hołd
„godności pracy”, „szlachetności pracy”. „Praca czyni z was przede wszystkim współpracowników Boga”.
„Praca zbliŜa was bardzo do zbawienia, które Chrystus sprawił męką na krzyŜu”. Dlatego teŜ robotnicy
powinni być gotowi „przyjąć wszystko, co w codziennej monotonii jest cięŜkie, przytłaczające, co upokarza i
dręczy”. „Robotnicy, jesteście kochani przez Boga” — powiedział. „Bóg kocha was. Chrystus kocha was.
Matka Boska, Maryja dziewica, kocha was. Kościół i papieŜ kochają was […]”. „I wy musicie kochać Boga”.
„Na tym skorzysta nawet [!] gospodarka” — zawołał do robotników. (Nie, do przedsiębiorców!)
A co do tych najbiedniejszych z biednych? Ich zapewnił najwaŜniejszy przedstawiciel, posiadającego
miliardy, Watykanu o swej „szczególnej sympatii”. Ich nazwał „przyjaciółmi i braćmi”, „przyjaciółmi i
uczestnikami tego samego dzieła”, „szczególnie kochanymi przez Boga”. W nich dopatrzył się „w całkiem
odmienny sposób obecnego Chrystusa”. Co więcej, nie omieszkał przypomnieć im, Ŝe i Syn BoŜy „urodził się
w biedzie”, Ŝe „Ŝył wśród biedaków”, Ŝe „Bóg wybrał sobie biedną matkę”. ZaŜądał od robotników, by „dzień
w dzień” troszczyli się o własny „rozwój religijny i moralny”, to znaczy, by pozwalali Kościołowi jeszcze
bardziej sobą komenderować. Przestrzegł, by nie uwaŜali bogactwa za coś, co daje szczęście, w Ŝadnym
wypadku, raczej niech „przezwycięŜają troskę nadzieją”. Pochwalił „prawdziwą radość biedaków”, dostrzegł
w nich „godne pozazdroszczenia bogactwo duchowe, ludzkie i religijne”. „Biedni wobec Boga są teŜ bogatymi”
— mówił w dzielnicy nędzy Yidigal, w Rio de Janeiro. Powiedział, Ŝe Bóg wszystko „wynagrodzi” i Ŝe
„wszyscy jesteśmy braćmi […]”. „PapieŜ kocha was” — zawołał.
Za wprost „cudowne” uznał to nawet idol katolickich „rewolucjonistów”, biskup Helder Camara. A
przy tym we wszystkich „encyklikach społecznych” papieŜy — Jan Paweł II słusznie często się na nie
powoływał — jest takiego bezwstydnego mydlenia oczu pod dostatkiem; bogatych karci się w nich zawsze
łagodnie, biednych łudzi się naboŜnie, i kaŜdy — to doprawdy cudowne — moŜe z tych encyklik, tak jak z
Biblii, wyczytać, co zechce. Cały kunszt katolickiej moralności społecznej polega przecieŜ na tym, by z
wielkich ofiar na rzecz bogatych uczynić małe ofiary bogatych na rzecz biednych.
„PapieŜ, który rozbudził nadzieje” — piała z zachwytu „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. „PapieŜ dla

biednych, papieŜ dla robotników, dla Indian, więźniów, chorych i dzieci — papieŜ, którego miliony darzą
szczerym zaufaniem […]”. I milionerzy teŜ! Bankierzy robili juŜ w całostronicowych ogłoszeniach, zawierających
wiersze Wojtyły z jego polskiego okresu, reklamę i papieŜowi, i „nowemu pokoleniu bankierów”.
Jan Paweł II domagał się usilnie czci dla Maryi, powszechnej poboŜności, wierności biskupom,
celibatu. W ostrym tonie protestował przeciw rozwodom, środkom antykoncepcyjnym, aborcji. Bo przecieŜ
wciąŜ jest za mało katolików, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej…
A „teologia wyzwolenia”? Pomijając juŜ to, Ŝe podobno uznał ją za „fałszywą teologię” (zresztą
wszelka teologia jest taka), zapytajmy: czy nie istniały zawsze białe kruki, nawet wśród chrześcijan? I czyŜ
tacy ludzie nie byli zawsze — w staroŜytności, w średniowieczu, rozpinani na krzyŜach i paleni przez
purpuratorów? CzyŜ nie zdarzyło się w 1810 roku tak, Ŝe Miguel Hidalgo, ksiądz, wystąpił na czele zgrai
Indian i Metysów w łachmanach przeciw despotom? CzyŜ nie rozstrzelano go z biskupim błogosławieństwem
i czyŜ nie pokazywano przez dziesięć lat jego głowy zatkniętej na pal w centrum twierdzy katolicyzmu
Guanajuato? A gdy w wypadku zwycięstwa socjalizmu wszystkie kruki zbieleją i ludzie pokroju Miguela
Hidalgo zostaną uznani za świętych, to czyŜ socjalizm chrześcijański nie okaŜe się — powtórzmy słowa
Lenina z 1913 roku, zawarte w liście do Maksyma Gorkiego — najgorszą odmianą „socjalizmu”, jego
najgorszym wypaczeniem? Tak czy inaczej zapytajmy, jak pytano w Prusach Wschodnich: czyŜ koryta nie
pozostają takie same, a tylko pojawiają się nowe świnie?
Na trzecim synodzie generalnym biskupów latynoskich w Pu-ebli, w dniu 28 stycznia 1979 roku, Jan
Paweł II stwierdził: „Kto zna historię Kościoła, ten wie, Ŝe zawsze bywali biskupi zasługujący na szacunek,
tacy, którzy angaŜowali się mocno na rzecz godności ludzi powierzonych przez Boga ich trosce i odwaŜnie
bronili tej godności. Czynili to zawsze w imię swego biskupiego posłannictwa; bo dla nich godność ludzka
stanowiła wartość ewangeliczną, którą nie naleŜy poniewierać, jeśli nie chce się bardzo obrazić Stwórcy. W
wypadku jednostki podeptanie tej godności następuje wtedy, gdy niedostatecznie respektuje się takie wartości,
jak wolność, prawo do praktyk religijnych, nietykalność fizyczna i psychiczna, prawo do podstawowych
dóbr niezbędnych do Ŝycia, prawo do Ŝycia właśnie […]”.
Ale nikt nie respektował tych wszystkich praw mniej, nikt ich przez dwa tysiące lat nie deptał tak
bezwzględnie i bezustannie, jak Kościoły chrześcijańskie, zwłaszcza Kościół rzymskokatolicki.’ I tylko taki
papieŜ, jak Jan Paweł II, który posuwa się do tego, Ŝe gloryfikuje biskupów jako „mistrzów prawdy”, potrafi
zdobyć się i na to, Ŝeby nieliczne wyjątki przedstawić jako regułę, a samą regułę przemilczać i w ten sposób
okłamywać cały świat w Ŝywe oczy, zresztą odwiecznym obyczajem swoich poprzedników.
Mordowanie w imieniu Maryi
[…] kult Maryi […] to powstała z ludzkiej bezradności i potrzeby oparcia, z jezuickiego sprytu i kościelnej Ŝądzy władzy historia zgoła
infantylnego zabobonu, bezwstydnych fałszerstw, przeinaczeń, arbitralnych interpretacji, omamień i manipulacji; widowisko do płaczu
i do śmiechu — prawdziwa boska komedia.
ARTHUR DREWS
Jan Paweł II nasilił kult Maryi — od Polski po Afrykę, od Hiszpanii po Amerykę Łacińską.
Nieszkodliwe zjawisko? Apolityczne wzmoŜenie poboŜności? W tym Kościele nie ma rzeczy nieszkodliwych!
Nie ma rzeczy apolitycznych!
A juŜ na pewno nie jest apolityczna Maryja, choć zdziwi to chyba katolików, którzy najmniej znają historię
swego Kościoła. Nieprzypadkowo.

Kim jest Maryja?
Czy triumfuje ona juŜ w Biblii! Tak jak to dzieje się później, gdy wypiera ze świadomości wielu
wiernych nawet „Syna BoŜego”? Wręcz przeciwnie! W całym Nowym Testamencie mówi się o niej bez
szczególnej czci. Paweł, najstarszy pisarz chrześcijański, wspomina o niej równie mało, jak najstarszy
ewangelista. Ale ignorują tę postać takŜe Ewangelia św. Jana, List do Hebrajczyków, Dzieje apostolskie. I
sam Jezus, w Piśmie występujący z siedmior-giem rodzeństwa i jako „pierwszy syn” Maryi, przemilcza swe
narodziny z dziewicy. Nigdy nie nazywa jej matką, karci ją, a ona widzi w nim szaleńca. śaden Ojciec
Kościoła sprzed III wieku nie wie nic o jej wiecznym dziewictwie, Ŝaden sprzed VI wieku nie wspomina o
Wniebowzięciu. Co więcej, zdogmatyzowana później wiara w Niepokalane Poczęcie była przez największych

świętych: Bernarda, Bonawenturę, Alberta Wielkiego, Tomasza z Akwinu i innych, którzy powoływali się na
Augustyna, zwalczana jako zabobon.
Kim jest Maryja?
Postacią nową, wyjątkową w dziejach religii? Przeciwnie! To tylko chrześcijańska „kontynuacja”
antycznej Wielkiej Matki, najstarszego bóstwa rodu ludzkiego, zaświadczonego juŜ około 3200 roku p.n.e.
Zna je juŜ najwcześniejsza z rozpoznanych religii, sumerska. Wizerunek tej postaci znajduje się juŜ na ołtarzu
świątyni w Unik, prehistorycznym mieście na obszarze Babilonii. Sumerowie zwą ją Inanną, Babilończycy —
Isztar, Huryci — Sauską, Asyryjczycy — Mylittą, Syryjczycy — Atargatis, Fenicja-nie — Astarte; jako
Aszera, Anat albo Baalat (partnerka Baala) jest określana w Starym Testamencie, jako Kybele — przez Frygijczyków,
jako Gaja, Rea, Afrodyta znana jest Grekom, jako Magna Mater — Rzymianom. Odnajdujemy ją
teŜ w Indiach pod imieniem Mahadevi. A w Egipcie widzimy ją pod postacią Izydy, niemalŜe dokładnego
pierwowzoru Maryi.
Izyda była na długo przed Maryją czczona jako „matka pełna miłości”, „królowa niebios”, „królowa
mórz”, „obdarzająca łaskami”, „ratująca”, „niepokalana”, semper virgo, sancta regina, mater dolorosa. Izyda
uchodziła, jak później „Maryja umajająca”, za matkę zieleni i rozkwitu. Podobnie jak Maryja, juŜ Izyda porodziła
w dziewictwie i będąc w podróŜy. Podobnie jak Maryja, juŜ Izyda trzymała dziecię boŜe — tu zwane
Harpokratesem albo Ho-rusem — na kolanach bądź karmiła je piersią. Podobnie jak Maryja, juŜ Izyda
nazywana jest „Matką Boską” (mwt n/r). I w roku 431 musi ona odstąpić swoje tytuły „Matki Boskiej” i
„BoŜej rodzicielki” Ŝonie galilejskiego cieśli, przy czym jednym z czynników współdecydujących o przyjęciu
tego dogmatu na soborze w Efezie były ogromne sumy, którymi patriarcha Aleksandrii, święty Ojciec
Kościoła Cyryl, przekupił, kogo tylko mógł, począwszy od wysokich urzędników państwowych, poprzez
małŜonkę prefekta pretorianów, aŜ po wpływowych eunuchów i wpływowe pokojówki; choć sam był bogaty,
wykosztował się tak, Ŝe musiał dopoŜyczyć sto tysięcy sztuk złota i jeszcze nie wyszedł na swoje. Nawet
zapłodnienie Maryi zostało przypisane tej porze roku, kiedy nastąpiło zapłodnienie Izydy, której chronologię
ciąŜ nadzwyczaj dokładnie rejestrował egipski kalendarz świąt. Izyda przekazała tamtej śydówce w spadku
takŜe swoje atrybuty: półksięŜyc, gwiazdę i zdobiony gwiazdami płaszcz. A Ŝe istniały kiedyś czarne
wizerunki Izydy, to i karnacja Maryi bywała ciemna, nawet czarna, i tym czarnym madonnom — z Neapolu,
Częstochowy, a zwłaszcza rosyjskim — przypisywano szczególną świętość. Kim jest Maryja?
Obrończynią kobiety? Symbolem kobiety, czczonej przez Boga jako „matka”? Przeciwnie! Karykaturą
kobiety! Jest to istota wniebowzięta za Ŝycia cielesnego, „niepokalana” poŜądaniem, bez skazy, czysta,
triumfująca nad swoimi zmysłami, dziewica ante partum, in partii, post partum, pełna glorii antagonistka
Ewy, grzesznicy, winnej, partnerki węŜa i fallusa. Im bardziej w bogobojnym średniowieczu rozkwita kult
Madonny, im bardziej roi się od pieśni, kazań, kościołów, bractw na jej cześć, tym częściej jest poniŜana,
upokarzana, ujarzmiana — kobieta. Kobieta ma niewiele praw, jako menstruująca i cięŜarna uchodzi za istotę
nieczystą, jakoby kalał ją teŜ poród, a nierzadko i kopulacja. Uchodzi za „stale otwartą bramę piekieł”, gdy
tymczasem Maryja, „słuŜebnica Boga”, a więc kapłana, awansuje do miana „bramy niebios”. Tu wywyŜszenie
ponad wszelką miarę, tam nieomal bezgraniczne poniŜanie, którego kulminacją stało się spalenie setek tysięcy
czarownic.

Kim jest Maryja?
„Umajającą królową”? „Matka Boską Lipową”? „Leśną”? Owszem. Ale zarazem, tak jak jej antyczne
poprzedniczki, jak bogini miłości i walki Isztar, jak dziewicza bogini wojny Atena i inne — chrześcijańską
boginią krwi i zemsty, Matką Boską Bitewną i Matką Boską Eksterminacyjną. Bo starym obyczajem ludzi
poboŜnych jest mordowanie w imieniu Maryi.

Wojska bizantyjskie zabierały na wojny jej wizerunek, który znajdował się teŜ w pałacu cesarskim w
Konstantynopolu i w róŜnych miejscach stolicy. Liczni katoliccy wodzowie byli szczerymi czcicielami Maryi.
Cesarz Justynian I, który z papieską pomocą wyplenił dwa plemiona germańskie: Wandalów i Ostrogotów,
przypisał swe krwawe zwycięstwa Maryi. Podobnie uczynił jego bratanek Justyn II, który uznał ją za patronkę
wojny z Persami. Na dziobach okrętów wojennych cesarza Herakliusza widniały wizerunki Maryi. Chlodwig,
istny potwór, upamiętniany po dziś dzień nazwą jednego z placów w Kolonii, przypisywał swe brutalne
triumfy nad „kacerzami” — Maryi. Będące celami pielgrzymek sanktuaria w Tours i Poitiers zostały ponoć
przez Karola Młota, zwanego „młotem boŜym”, wielkiego czciciela równieŜ „Matki Boskiej”, zarzucone
trupami trzystu tysięcy Saracenów. Karol „Wielki”, który mając wiele Ŝon i kochanek, zawsze nosił na piersi
wizerunek Maryi, zdołał w ciągu czterdziestu sześciu lat rządów, podczas pięćdziesięciu kampanii,
zdziesiątkować niejeden naród i złupić setki tysięcy kilometrów kwadratowych, „wysłuchawszy naszych
przestróg” — jak skomentował to papieŜ Hadrian I. Poczuwając się do wdzięczności, Karol rozpowszechnił w
swoim państwie kult Maryi na miarę wcześniej nie spotykaną i wzniósł „na polach bitewnych godne tej
niebiańskiej protektorki sanktuaria” (Hócht).
Całe średniowiecze to epoka rozkwitu miłości do Maryi i ohydnych rzezi w jej imieniu. Myśl o
„zwycięstwie Maryi” pojawiała się „we wszelkich dziedzinach Ŝycia […]. Nawet w walkach świeckich imię
Maryi rozbrzmiewało w bojowych okrzykach chrześcijan” (Hócht; z kościelnym impńmatur).

Przy pasowaniu na rycerza otrzymywało się poświęcony miecz, wręczany ze słowami: „Na chwałę
Boga i Maryi przyjmij ten miecz i Ŝadnego innego”. „Maryjo, dopomóŜ” — wołano często przed bitwą. O
clemens, o pia, o dulcis virgo Maria — „O dobra, łagodna, słodka Panno Maryjo!” — śpiewali krzyŜowcy
przed wyruszeniem na okrutne rzezie w „Ziemi Świętej”. Na Wschodzie rycerze Zakonu Niemieckiego,
którzy mordowali i pacyfikowali bez ustanku, „słuŜyli tylko swej niebiańskiej Pani — Maryi”. Straszliwe
rozprawienie się z albigensami to „triumf Naszej Pani Zwycięskiej”.
Trwająca przez całe średniowiecze, od roku 711 do 1492, wojna z islamem w Hiszpanii, teŜ została
uznana za zwycięstwo „Matki BoŜej”. Imię Maryi rozbrzmiewało podczas bitwy stoczonej w 1212 roku w
dniu Święta Szkaplerza Najświętszej Panienki pod Navas de Tolosa, gdzie król Kastylii Alfons i jego Ŝołdacy
pod maryjnymi sztandarami połoŜyli ponoć trupem ponad sto tysięcy Maurów i nagrabili mnóstwo złota oraz
kamieni szlachetnych. W kilkadziesiąt lat później, w 1248 roku, król Ferdynand Święty z wizerunkiem Maryi
na piersi i jej imieniem na ustach pokonał Maurów w bitwie pod Sewillą. A wygnał ich w końcu z Hiszpanii
Ferdynand Katolicki, fanatyczny czciciel Maryi.
Wszędzie była widoczna „mariańska dynamika dziejów”. W bitwie o Belgrad (1456) — „mariańskim
czynie zbrojnym pod wodzą wielkiego propagatora Maryi” świętego Jana Kapistrana, szalejącego generała
franciszkanów, który miał teŜ na sumieniu bardzo wielu śydów — zginęło, ponoć, z pomocą Maryi, osiemset
tysięcy Turków. Osiem tysięcy padło podczas morskiej bitwy pod Lepanto (1571). Święty Pius V ogłosił
dzień tej bitwy, 7 października, waŜnym świętem „na pamiątkę Naszej Pani Zwycięskiej”. A Wenecjanie,
którzy przyczynili się istotnie do zwycięstwa, umieścili pod powieszonym w Pałacu DoŜów obrazem
przedstawiającym bitwę napis: „Nie potęga, nie broń i nie wodzowie, lecz Maryja RóŜańcowa pomogła nam
zwycięŜyć!”
W Nowym Świecie adoratorem Maryi był krwawy zbir Cor-tez. Obrał ją sobie za patronkę wszędzie,
gdzie na górach trupów wznosił krzyŜ, pokazywał teŜ jej wizerunek i oświadczał, Ŝe oto na miejscu
indiańskich „boŜków” znajdzie się „nasza triumfująca, święta Pani, matka Jezusa Chrystusa, który jest synem
Boga […]”. RównieŜ pierwsza krwawa łaźnia wojny trzydziestoletniej, bitwa pod Białą Górą w pobliŜu Pragi
(1620) była zwycięstwem Maryi; katolicki wódz Tilly teŜ ją z zapałem wielbił; na głównym sztandarze Ligi
widniał wizerunek „Matki Boskiej” i napis, na który „Nasza Pani Zwycięska zasłuŜyła” (te słowa otrzymały
imprima-tur!): Terńbilis, est castrorem acies ordinata — „Straszna jak wojsko w szyku bojowym”.
Jak to moŜliwe, Ŝe Tilly odniósł trzydzieści dwa zwycięstwa „pod znakiem Naszej Pani z Altótting”, a
potem, będąc jednym z „największych wodzów wszechczasów” i podówczas, uchodząc za „najpowaŜniejszy
autorytet w kwestiach strategii nie tylko w Niemczech, ale i w Europie” (Gilardone), za trzydziestym trzecim
razem uległ przewadze „kacerza” Gustawa Adolfa i sam teŜ poległ — mimo udziału Maryi?
A zwycięŜa ona jeszcze w XX wieku. Po grabieŜczej inwazji Mussoliniego na Abisynię Włosi
przesyłali z wojny widokówki ukazujące ugwieŜdŜoną Madonnę z Dzieciątkiem ponad wieŜą spowitego
dymem z dział czołgu, który atakowali z boku Ŝołnierze. Podpis: Ave Maria. Arcybiskup Neapolu kardynał
Ascalesi urządził na trasie z Pompejów do Neapolu procesję z obrazem „Matki Boskiej”, podczas której
samoloty wojskowe zrzucały ulotki gloryfikujące w tym samym zdaniu Świętą Dziewicę, faszyzm i wojnę w
Abisynii. Patronką lotników Mussoliniego była „Święta Matka Boska z Loreto”. Sukcesem Maryi okazała się
oczywiście takŜe hiszpańska wojna domowa.
Krótko mówiąc, cała poboŜna historia Zachodu to ciąg cudownych zwycięstw Maryi. Według tego, co
twierdzi Hócht w swoim wydanym za zgodą władz kościelnych dziele Maria ret-tet das Abendland. Fatima
und die „Siegeńn in allen Schlachten Gottes” in der Entscheidung urn Ruftland (Maryja ratuje świat zachodni.

Fatima i „triumfatorka we wszystkich bitwach boŜych” w starciu decydującym o losach Rosji, 1953) —
utworze budzącym grozę i zasłuŜenie dedykowanym z „wyrazami czci Jego Świątobliwości PapieŜowi
Piusowi XII, wielkiemu bojownikowi o pokój” — większość decydujących bitew odbyła się w święta
maryjne albo przynajmniej „na trzy dni przed Jej największym świętem”, „na dwa dni przed narodzinami
Maryi”, „w przeddzień Wniebowzięcia Maryi”, „w wieczór poprzedzający Święto RóŜańcowe” i tak dalej, i
tak dalej, aŜ do Napoleona i Hitlera, który — czego się wreszcie stąd dowiadujemy — właściwie został
pokonany tylko przez Maryję i papieŜa Pacellego. Albowiem, „jako papieŜ prawdziwie mariański”, Pius XII
wezwał w 1942 roku, „kiedy to narody zachodnie” były „w śmiertelnym niebezpieczeństwie”, „cały świat
katolicki do ślubowania Królowej RóŜańca i do potęŜnej krucjaty modlitewnej” — i patrzcie, patrzcie,
zwycięstwa Maryi następują jedno po drugim, tyle Ŝe nie po stronie państw osi, dla których przeznaczył je
Pacelli.
Właśnie 31 października 1942 roku, gdy papieŜ zaślubił ludzkość z Niepokalanym (!) Sercem Maryi,
dokonało się, jak wiadomo, pierwsze przełamanie przez Anglików frontu nieprzyjacielskiego pod El Alamein.
Następne zwycięstwo Maryi: Stalingrad! W Święto Matki Boskiej Gromnicznej. „Matka Boska” w sojuszu z
Armią Czerwoną! A dalej: wyzwolenie Tunisu i Afryki Północnej w święto Fatimy. Kapitulacja Włoch, kraju
pochodzenia papieŜa, w Święto Narodzin Maryi. Ostateczne pokonanie Rzeszy Niemieckiej i zawieszenie
broni w Święto Objawienia się archanioła Michała (patrona Niemiec!) na górze Gargano. Oprócz tego zwycięstwo
nad Japonią, po zrzuceniu pierwszych bomb atomowych — triumf Maryi! Kapitulacja Japonii w

Święto Wniebowzięcia!
Na pamiątkę najkrwawszych orgii bitewnych w naszych dziejach obszar Europy pokrywają kościoły
pod wezwaniem Maryi Zwycięskiej: od Santa Maria de Yictoria pod Fatima, poprzez Maria de Yictoria w
Ingolstadt, kościół Zwycięstwa Maryi w Wiedniu, kościół „Maryi Zwycięskiej” na polu bitwy pod Białą Górą
koło Pragi, aŜ po kościół Maria delia Yittoria w Rzymie itd.
I akurat w okresie trwania otoczonego chwałą sojuszu klero-faszystowskiego, za czasów
Mussoliniego, Hitlera, generała Franco, Salazara, Fatima staje się — wspólnie z Lourdes — kolejnym celem
pielgrzymek maryjnych, sławnym i nader niesławnym zarazem, bo coraz wyraźniej funkcjonującym jako
ośrodek propagandy antykomunistycznej i antybolszewickiej. Wszędzie powstają gazety, wydawnictwa,
kościoły, kaplice ku czci Matki Boskiej Fatimskiej. Powstaje „szwabska Fatima” i „Fatima w kraju Zulu-sów”
oraz „Fatima wschodnioafrykańska”. Kult dociera do Chin, na Południowy Pacyfik. I w roku 1942, gdy
wojska Hitlera tkwią w głębi Rosji, a Pius XII i jego biskupi rozpętują na całym świecie, iście
goebbelsowskimi metodami, kampanię antyradziecką, kolportuje się teŜ „proroctwo” fatimskiej Madonny:
Pokój nastanie, gdy Rosja się nawróci. „Jeśli tak nie będzie, to rozpowszechni ona swe pomyłki na całym
świecie, wywoła niejedną wojnę i prześladowania Kościoła; dobrzy ludzie będą dręczeni, ojciec święty wiele
wycierpi; niejeden naród zginie […]”. A w roku 1950, gdy Pius XII, obdarzony widzeniami równie obficie jak
kapitałem, ogląda na niebie „cud doliny fatimskiej”, biskup Sheen wykrzykuje, przemawiając w Fatimie:
„Plac Czerwony w Moskwie ma oto przeciwwagę w Białym Placu w Fatimie […]. Za pięćdziesiąt lat Plac
Czerwony będzie Placem Białym. Młot przemieni się w krzyŜ Chrystusa, a sierp w księŜyc pod stopami
Naszej Pani!”

NiewaŜne, Ŝe przy okazji zniknie „niejeden naród”… Byleby Rzym uzyskał to, czego chce! Ale w tym
wszystkim Maryja odgrywa, i w polityce kościelnej, i jako obiekt kultu, rolę niebagatelną — od Portugalii do
Polski i Ameryki Łacińskiej. Na całym świecie Kuria zwalczała komunizm i ZSRR. Od lat dwudziestych,
kiedy to czczono „cud nad Wisłą” (1920) jako zwycięstwo Maryi nad Armią Czerwoną, jako „ocalenie
Europy przed bolszewi-zmem” (biskup Graber), stolica apostolska otwarcie i potajemnie podtrzymywała
istnienie frontu antyradzieckiego, stając po stronie Piłsudskiego, Hitlera, Stanów Zjednoczonych. A
odwieczne zadanie Polski polega na tym, by stanowić „przedmurze chrześcijaństwa” w obronie przed Rosją,
kordon sanitarny, a zarazem bazą wypadową.

Watykanowi chodziło przecieŜ nie tylko o likwidację szatańskiego Związku Radzieckiego, lecz
równieŜ o podporządkowanie sobie rosyjskiego Kościoła prawosławnego. Cel aktualny juŜ prawie tysiące lat,
a próbowano go osiągnąć na wszelkie sposoby, dyplomatyczne i militarne, poprzez krucjaty, wysiłkiem
niemieckich rycerzy w habitach i wojsk szwedzkich; gigantycznym oszustwem, jak w wypadku awantury
owej bezczelnej postaci, którą na początku XVII wieku jako rzekomego carewicza w efekcie kampanii
wojennej osadzono na tronie, by Rosja stała się rzymskokatolicka. Ta farsa historyczna — nie ustępująca
bynajmniej pod względem oszukańczego charakteru „darowi Konstantyna”, największemu fałszerstwu
wszechczasów — równieŜ rozpoczyna się w Polsce, przy aplauzie ojca świętego Pawła V i szczególnym
poparciu jezuitów, nuncjusza papieskiego oraz arcybiskupa krakowskiego, jednego z poprzedników Karola
Wojtyły, który nie tylko niezmordowanie zaleca wszędzie naboŜną cześć dla Maryi, lecz ponadto przypomina
Polsce o jej „historycznym” zadaniu.

Właśnie podczas jego „pielgrzymki” w czerwcu 1979 roku powtarzało się to ciągle, chociaŜ z bardzo
potrzebną ostroŜnością, w wypowiedziach o budzących strach moskiewskich od-mieńcach. Ale kaŜdy wie, co
to oznacza., jeśli Jan Paweł II mówi w Polsce, Ŝe „przez swą tysiącletnią historię” naleŜy ona do Europy, Ŝe
„bez niepodległej Polski na mapie Europy nie moŜe istnieć Europa sprawiedliwa!” Jeśli on, „papieŜ słowiański,
właśnie teraz chce uwidocznić jedność duchową chrześcijańskiej Europy” i woła: „Tak, tego chce
Chrystus”, co paskudnie przypomina stary okrzyk bojowy krzyŜowców, który słyszeliśmy jeszcze w czasie
pierwszej i drugiej wojny światowej: w czasie tej wojny, która „Europę w tragiczny sposób podzieliła” — z
wszelką pomocą Watykanu! i dlatego „Europa musi zwrócić się ku chrześcijaństwu”, jak tego zaŜądał w
czasie swej podróŜy po Polsce — kontynuując poprzednią myśl — papieŜ Woj-tyła; właśnie w „sanktuarium
maryjnym” na Jasnej Górze, gdzie Czarna Matka Boska jest obłoŜona odznaczeniami wojennymi, zaŜądał
„wolności Kościoła w Polsce i w dzisiejszym świecie”; właśnie tam, przed obliczem „Maryi, Królowej
Polski”, wyjaśnił, „co to znaczy być chrześcijaninem w Polsce […]. Być chrześcijaninem — to oznacza:
czuwać. Jak śołnierz na posterunku […]”.

Horst Herrmann, były wykładowca katolickiego prawa kanonicznego, podkreśla słusznie w swojej
ksiąŜce Papst Wojtyla. Der Heilige Narr (PapieŜ Wojtyła. Święty głupiec), Ŝe od czasów Piusa XII nie było
tak bardzo zorientowanego na kult Maryi papieŜa, jak Jan Paweł II; Ŝe podczas jego podróŜy wizyty w miejscowych
sanktuariach maryjnych są wręcz punktami kulminacyjnymi i tak było w irlandzkim Knock,
włoskim Loreto, meksykańskim Guadalupe oraz w Polsce, na Jasnej Górze; Ŝe równieŜ jego adoracja Maryi
jest „wyrazem swoistej teologii politycznej”; Ŝe równieŜ dla niego Maryja jest „triumfatorką”, co przypomina
słowa Piusa XII, osławionego stronnika faszystów, który nazwał ją „triumfatorką we wszelkich bitwach
boŜych”. I tak jak papieŜ Pacelli apelował o to, by śluby złoŜone Maryi stały się „wołaniem o skuteczne

reformy obyczajów, o konieczne zmiany na poziomie Ŝycia osobistego i rodzinnego, na poziomie Ŝycia w
państwie i społeczeństwie, na poziomie Ŝycia narodowego i międzynarodowego”, tak teŜ papieŜ Wojtyła
wspomniał w kontekście ślubów złoŜonych „Czarnej Matce Boskiej” z Częstochowy nie tylko o „polskich
cierpieniach”, ale takŜe o „polskich zwycięstwach” i uznał za konieczne, za „coraz bardziej konieczne
panowanie Matki Boskiej”.

Czy chodzi tu o Polskę? O Niemcy? O Europę Zachodnią? O Stany Zjednoczone? Chodzi tylko o nich
samych oraz ich władzę! „Gdyby pomyślny wynik wojny pozwolił Amerykanom stać się panami świata,
zwłaszcza Włoch — wyjaśnił po drugiej wojnie światowej jezuicie Tondiemu Monsignore Fallani z
watykańskiego Sekretariatu Stanu — to sytuacja ekonomiczna Watykanu i katolicyzmu byłaby niepewna i
cięŜka. Teraz Ameryka daje nam tyle dolarów, ile chcemy, bo potrzebuje nas jako potęgi politycznej. Ale
jutro przejęliby wszystko protestanci”. „A jak my się wówczas zachowamy?” — spytał jezuita. „Poszukamy
kogoś, kto by podjął walkę z Amerykanami — odparł Fallani — tak jak teraz chcemy, Ŝeby Ameryka
walczyła z komunizmem”.
Ale i wówczas jakiś papieŜ zaapeluje o pokój, jakiś „Kościół oddolny” będzie mieć nadzieję na
„reformy”, kult Maryi będzie kwitł, a wierni będą śpiewać raczej odruchowo, niŜ z głębokim przekonaniem:
„Maryjo, dopomóŜ…”
Atak i kontratak Replika na skargę pewnego sługi Kościoła
Deschner
HaBfurt, 2 II 1987
Pan
Dr Peter Huemer
Redakcja „Club 2″
Wiedeń
Szanowny Panie,
jeszcze raz dziękuję serdecznie za zaproszenie mnie do udziału w programie „Club 2″. I proszę o wybaczenie
tego, Ŝe przez kilka podróŜy i nadmiar korespondencji odpowiadam z opóźnieniem na Pańskie listy. A poza
tym wahałem się, czy warto tracić czas przez święte oburzenie owego diakona z archidiecezji wiedeńskiej.
Zazwyczaj zadaję sobie w wypadku takich elukubragi tylko to jedno pytanie: czy ów człowiek jest
nieświadomy, czy jedynie udaje niewiedzę? Ta pierwsza sytuacja świadczyłaby źle o jego intelekcie, ta
ostatnia zaś — o jego charakterze. Ale przecieŜ w klasycznym Kościele obłudy — tylko na pozór nielogicznie
— straszy teŜ połączenie jednego i drugiego zła. Co krytykuje ten człowiek?
Nieustannie rozwodzi się na temat moich „nierzeczowych i pełnych nienawiści wypowiedzi”, mojej
„nacechowanej nienawiścią, wrogiej postawy”, braku „przyzwoitości i tolerancji”, mojego „niewłaściwego
zachowania”, popadnięcia w „histerię i ton nienawiści”; lamentuje z powodu „wysączonego jadu”, narzeka na
„agresywnego pisarza”, na „dzikie zachowanie tego pisarza”, który „wręcz cynicznie zaatakował łagodnego i
odpowiadającego z godnością ojca Bsteh, wyszydziwszy i obraziwszy tym zachowaniem i swoimi
wypowiedziami uczucia religijne wszystkich ludzi wierzących, równieŜ moje”.
AleŜ to brzmi strasznie. PrzełoŜeni diakona odnotowali jego wypowiedź i o to zapewne chodziło. A
teraz trzeba by się spodziewać kontrargumentów, przekonującego zdezawuowania, niezbitego dowiedzenia
mi tego, Ŝe mijam się z prawdą, Ŝe jestem niekompetentnym ignorantem, sprostowania moich zafałszowań,
ujawnienia oszczerstw, przesady, pomyłek, sprzeczności, fałszywych wniosków, ulegania złudzeniom oraz
kłamstw — ileŜ sługa Kościoła miałby tu moŜliwości rozprawienia się ze zdeklarowanym wrogiem Kościoła i
wszystkimi jego perfidnymi wypowiedziami!
Ale na trzech stronach małego druku nie ma ani jednego sprostowania. Ów diakon przybiera tylko ton
mentorski, ma za złe, gniewa się, nie pochwala, wyraŜa dezaprobatę, coś mu się nie podoba, z czym innym
nie moŜe się juŜ pogodzić, jest oburzony, czuje się dotknięty, obraŜony. A Ŝe niczego, zupełnie niczego nie
moŜe obalić, więc przypisuje mi ryczałtem nierzeczowość, ryczałtem niestosowne zachowanie, ryczałtem
nietolerancję. Nierzeczowa, nieuczciwa, właściwie jednym wielkim skandalem jest bowiem dla takich jak on
zawsze i z góry wszelka fundamentalna krytyka tego, ach, tak nieomylnego, wyłącznie uszczęśliwiającego,
jedynie świętego Kościoła — Ecclesiae Catholicae.
Gdyby owieczki myślały, to uznałyby taką pretensję do wyłączności juŜ a priori za podejrzaną. I
Strona 91 z 106
http://legaba.6te.net/karlheinz_deschner_opus_diaboli.htm 2008-02-01
gdyby miewały odczucia etyczne, to napawałaby je odrazą ta ich „łódka Piotrowa”, pokonująca łatwo wszelką
mętną wodę, łódź, na której odbywa się wyprzedaŜ dusz; raziłaby historia dogmatyzmu, wojen, okropności,
owo upokarzanie, ujarzmianie, wysysanie prawie sześćdziesięciu pokoleń, owe oszustwa za pomocą cudów i
relikwii, oszustwa finansowe, intrygi, fałszerstwa, ogłupianie wszystkich dokoła, bez mała dwa tysiące lat
trwające przemykanie się przez dzieje świata dzięki kłamstwom, krwi, łzom.
Ale owieczki nie myślą — one powtarzają modlitwy. Wiedzą, co prawda, Ŝe Kościół to teŜ ludzie, Ŝe
nawet kapłani są tylko ludźmi, Ŝe nie wszystko jest święte, Ŝe zdarzały się pomyłki, słabości, a nawet — to
autentyczne słowa zaczerpnięte z jednej z masowych gazet katolickich — zdarzył się jeden zły papieŜ.
Myślenie, samodzielne myślenie jest jednak owieczkom niepotrzebne, jest dla nich niewskazane. Kiedy
natomiast kościelne oświecanie stara się ludzi oślepiać, Ŝeby ich móc prowadzić, to zaspokaja potrzeby, które
nie wystąpiłyby bez tego oświecania. Dobrze jest bić w puste głowy.
Ale co ja właściwie powiedziałem podczas tej odbytej tuŜ przed Zaduszkami dyskusji, która dotyczyła
umierania, śmierci, obrzędów i kultów odnoszących się do niej?
Na wstępne pytanie prowadzącego Kunona Knóbla o to, jak wyobraŜamy sobie swoje pogrzeby,
odpowiedziałem, Ŝe juŜ zadysponowałem, iŜ chciałbym zostać pochowany — oczywiście mutatis mutandis —
tak jak moje psy; w najtańszej trumnie, odprowadzany tylko przez niosących ją ludzi, którzy powinni się
jedynie upewnić, Ŝe grzebią właśnie mnie; bez śpiewów, bez słowa, bez Ŝadnych innych dźwięków, bez
dzwonienia, wieńców, nekrologów, podziękowań, bez — i w tym momencie odwróciłem się do siedzącego
naprzeciw i na ukos ode mnie profesora teologii fundamentalnej i teologii religijnej, ojca Bsteh — proszę mi
wybaczyć, bo byłem bliski dodania: i, BoŜe uchowaj, bez klechy. I juŜ dziś przeklinam kaŜdego, kto chciałby
rozgłaszać wieści o moim nawróceniu…
Często przecieŜ rozpowszechnia się takie pogłoski. I jeśli nawet są prawdziwe, to „udowadniają”
równie mało, jak przeciwna sytuaq’a, o której opowiada Hans Georg Brenner z Grupy 47 w odpowiedzi na
moją ankietę „Co Pan(-i) sądzi o chrześcijaństwie?” — a mianowicie wspomina o duchownych
popełniających w chwili śmierci „teologiczne samobójstwo”, pod koniec Ŝycia wyrzekających się swojej
wiary; Brenner opowiadał mi to o swoim własnym ojcu, pastorze, który doświadczył szczególnie długich i
cięŜkich cierpień.
Kiedyś chciałem zniknąć przy dźwiękach trzeciej części VIII symfonii Brucknera; dziś, jak
powiedziałem, chcę być w tym podobny do moich psów. Niejeden uzna, Ŝe zszedłem na psy. Ale ja cenię te
zwierzęta znacznie bardziej niŜ wiele osobistości chowanych na koszt państwa. I niech się ludzie poboŜni
boczą o to, Ŝe moŜna i tak, całkiem zwyczajnie, bez najrozmaitszych uczuć tych, co kołyszącym się krokiem
podchodzą do pogrąŜonych w Ŝałobie, składając kondolencje, tych, co uśmiechają się złośliwie, tych, po
których widać współczucie, ciekawość, chęć udziału w spektaklu, radość z cudzego nieszczęścia; Ŝe moŜna
się obejść bez księdza, kazania, uścisków dłoni, sentencji: „[…] będzie Ŝył, chociaŜ umarł”, bez pozornie
pełnego troski, ale w podtekście groźnego wezwania: „Pomódlmy się za następnego, który nas opuści…”
W czasie tamtego programu takŜe inne osoby wyraŜały Ŝyczenie, by się nimi zbytnio nie przejmowano
po ich śmierci, wolały raczej więcej skorzystać za Ŝycia; ale wszyscy katolicy chcieli zapewnić swoim
zwłokom — ku pocieszeniu rodziny — całą zwyczajową tromtadragę, Ŝadnemu ceremoniałowi dla uczczenia
obywatelskiego bohaterstwa nie towarzyszy tyle kłamstw, co temu właśnie! Zapanowała wśród uczestników
programu prawie pełna zgoda co do tego, Ŝe zmarły nie ma juŜ z owych ceremonii Ŝadnego poŜytku, bardziej
natomiast przydają mu się msze święte za jego duszę, jak stwierdziła jedna z dwóch pań siedzących obok zakonnika,
która wydała mi się — to pewno zadziałała moja bujna fantazja! — wcieleniem poboŜnej Heleny.
Pani Ottilie Schiechl, pielęgniarka, zaznała co prawda tej pociechy (oprócz owej większej, jaką
stanowi dla niej wiara), Ŝe na pogrzebie jej dwudziestojednoletniego syna było „bardzo, bardzo wiele osób i
bardzo, bardzo duŜo kwiatów”, przy czym w ciągu całego programu prawie Ŝe nie znikał z jej ust
niewątpliwie pogodny, ale i nieco drwiący uśmiech: niema demonstracja niezłomnej wiary, której nie
zdradzały natomiast bynajmniej, świadczące przewaŜnie o przeŜywanych katuszach, rysy twarzy ojca Bsteh
(na ten temat wypowiedział się w pewnej znanej sentencji Nietzsche) — chociaŜ ten zakonnik bardzo się
starał zatuszować taki stan rzeczy słowami. Ale powtórzmy słowa pani Ottilie Schiechl: „Zmarły ma więcej
poŜytku z mszy odprawianych za spokój jego duszy”. Tak mocny argument wysunęła, ze względu na jego
moc, w dosłownym brzmieniu jeszcze raz, opatrując go niemalŜe zaskakującym zastrzeŜeniem: „Zmarły ma,
moim zdaniem, więcej poŜytku z mszy odprawianych za spokój jego duszy i ja je zresztą często zamawiam”.
Dla niej jest bowiem wielką pociechą, Ŝe moŜe wierzyć w to, iŜ kiedyś znowu będzie przy nim, a wierzy w to
bardzo mocno. „Jestem przekonana, Ŝe on widzi nas stamtąd albo czuje, Ŝe tu jesteśmy…”
A z drugiej strony i w pewnej sprzeczności z powyŜszym nawet Ottilie Schiechl (której wygląd,
wyraŜonym potem w domu zdaniem mojej córki, odpowiada jej nazwisku [schiechl — w austriackiej
niemczyźnie: „brzydki”, przyp. tłum.]) była przekonana, Ŝe zmarły nie ma Ŝadnego poŜytku ze swojego
pogrzebu; z „pięknych zwłok, jak mówi się w Wiedniu” — to jeden z nielicznych wtrętów urzędnika
wiedeńskiego zakładu pogrzebowego, pana Miillera, według mojego wraŜenia werbalnie i optycznie gwiazdy
tego wieczoru, chociaŜ nie będę juŜ pewno o nim później wspominał. (Tymczasem — korci mnie, Ŝeby

naszkicować wszystkich gości, mimo Ŝe nie dotyczy to tematu, ale jednak wiąŜe się z nim — pewien pisarz
niemiecki, którego honor moŜna uratować tylko stwierdzeniem, Ŝe lepiej pisze, niŜ mówi, chwilami zbyt
zapalczywie włączał się, zaprzeczał, wpadał w słowo, w ogniu walki pienił się, jąkał, połykał całe wyrazy, tak
jakby chciał je ocalić, jakby się bał, Ŝe zostanie ich zaraz pozbawiony albo Ŝe sam ich zapomni; tak, ten
człowiek, który powinien pozostawić mówienie zawodowym gadułom, mistrzom show, demagogom,
politykom, klechom, później, gdy w domu wpatrywałem się w ekran, w fatalny doprawdy sposób
przypominał mi mnie samego…)

Jedynie moja austriacka koleŜanka po piórze Lotte Ingrisch, znana z takich publikaq’i, jak Przewodnik
po zaświatach, Umieranie dla początkujących, równieŜ wykazała poglądowo, choć inaczej niŜ Ottilie
Schiechl, z większą elokwencją i ostentacją, jaśniej i dogłębniej zarazem (jej sympatyczna twarz
przypominała mi przegrzewający się kocioł) swoje stałe obcowanie z potęgami, siłami z innych wymiarów:
„Wszyscy jesteśmy duchami” — zawołała w pewnej chwili, i to, jeśli się dobrze zastanowić, wcale słusznie,
otóŜ Lotte Ingrisch wie, Ŝe zmarły współprzeŜywa, źle mówię, współrozkoszuje się swoim pogrzebem,
„ponad wszelką wątpliwość jest ciekaw siebie w postaci zwłok”, bo „aŜ tak wielka jest ludzka ciekawość”!
Nie tylko jednej z jej przyjaciółek przytrafiło się coś takiego, Ŝe zobaczyła zmarłego w chwili, gdy fikał
koziołki, widziała go „całkiem pijanego”, ale i jej samej: „Widywałam, i to w sytuacjach zupełnie banalnych,
juŜ nie pamiętam, czy dyrektora banku, czy pisarza, rozmawiałam z tym kimś, potem wysiadałam z tramwaju
albo Ŝegnałam się i dopiero później przychodziło mi na myśl, chwileczkę, ale przecieŜ ten człowiek zmarł
trzy tygodnie temu […]” — tu roześmiała się serdecznie — „tak, tak, zmarły zawsze towarzyszy swoim
zwłokom”; to zdanie nawet we mnie nie budzi sprzeciwu.
Natomiast nieco smutne wydaje mi się to, Ŝe wiele osób nie zaznaje przez całe Ŝycie tylu objawów
szacunku, ilu po śmierci; Ŝe ostatni zaszczyt, jaki je spotyka — powiedziałem to, posłuŜywszy się dobitnym
cytatem — nierzadko jest i pierwszym.

Na pytanie moderatora programu o Ŝycie „potem” odpowiedziałem: moim zdaniem, zmarli Ŝyją nadal
nie w swojej, lecz w naszej świadomości. Umierają, gdy popadają w zapomnienie. I — przeciwstawiając się
chrześcijańskim iluzjom co do Ŝycia pozagrobowego — dodałem, Ŝe chrześcijaństwo w sposób sadystyczny
powiększa radość zbawionych tym, Ŝe dane im jest patrzeć z nieba na piekielne męki grzeszników, i to przez
całą wieczność!
Ale czy są to słowa nieprawdziwe? (Abstrahujmy od faktu, Ŝe cała ta wizja jest fałszywa!)
To są przecieŜ dawne chrześcijańskie wyobraŜenia.

JuŜ w Nowym Testamencie stykamy się z podjudzaniem przeciw niewiernym, z zachętą, by wyrządzić
im to samo, co oni nam uczynili, i odpłacić im w dwójnasób, tak jak na to zasługują swoimi uczynkami.
Nawiasem mówiąc, widać tu sprzeczność z pacyfistycznymi przykazaniami Jezusa. A potem Tertulian cieszy
się, Ŝe grzesznicy „miękną i kruszeją” w piekielnym ogniu. Chciałby bez końca sycić wzrok widokiem swoich
smaŜących się tam oponentów: „JakieŜ tam będzie wielorakie widowisko? Co będzie przedmiotem mojego
zdziwienia, mojego śmiechu? Gdzie zaznam radości, ekstazy?” TakŜe biskup-męczennik Cyprian obiecuje
zbawionym, gwoli powiększenia niebiańskiej szczęśliwości, przez całą wieczność (!) widok mąk ich
niegdysiejszych prześladowców. Podobnie Laktancjusz osładza Ŝycie wieczne widokiem potępionych. A
przecieŜ i oficjalny teolog Kościoła Tomasz z Akwinu („łagodny jak baranek” — szydzi Nietzsche) zapewnia:
„IŜby świętym bardziej się spodobała (magis complaceat) niebiańska szczęśliwość i Ŝeby jeszcze Ŝarliwiej
dziękowali za nią Bogu, dane im jest widzieć w całej pełni (perfecte) kary dotykające bezboŜnych”.
CzyŜ to nie sadyzm?
CóŜ znaczy piekło Oświęcimia wobec wiecznego pobytu w piekle? — powiedziałem i postawiłem
pytanie: Jak takie wieczne męki piekielne dają się w ogóle pogodzić z ideą Stwórcy zawsze dobrego i
wszechmogącego? Jak ten ostatni to wytrzymuje? Jak wytrzymują to wierni? Jak radzi sobie z tym sam ojciec
Bsteh? JakŜe moŜna uznawać owo późniejsze „Ŝycie” za to właściwe, jakŜe tu cieszyć się nim, skoro duŜa
część ludzkości, jej większość wiecznie pada ofiarą rzezi, jest dręczona, i to w najokropniejszy,
najperfidniejszy sposób? W tym momencie ojciec Bsteh skinął głową, po czym powiedział: „Zrozumiałem
pana dobrze”.
Nie zaprotestował. I tamten diakon teŜ potrafi tylko narzekać ogólnikowo, jeśli protestuje, to nie
wdając się w Ŝadne szczegóły, skarŜąc się na mnie, uderza tylko w patetyczny ton — nigdy nie wypowiada
się konkretnie!

A w kwestii zgodności nauki o wiecznej karze piekła z miłosierdziem Pana Boga poradźmy się ks. A.
M. Rathgebera, którego leksykon Czy państwo to wiedzą? zdąŜył się juŜ „tak przyjąć i sprawdzić, jak Ploetz
czy Dahlmann-Waitz w opinii historyków” („Deutsche Tagespost”) i przeczytamy u niego: „Bóg jest nieskończenie
dobry i cierpliwy, zawsze chętnie wybacza. Ale Bóg nie moŜe pozwolić na to, by wiecznie go
lekcewaŜono”. Zatem z jednej strony jest on nieskończenie dobry, cierpliwy, zawsze gotowy przebaczać, a z
drugiej — jednak nie wiecznie i nie zawsze; niech tam, my to wytrzymamy, ale nie do zniesienia jest sposób,
w jaki teologowie obchodzą się z logiką. „Bóg nie moŜe pozwolić na to, by wiecznie go lekcewaŜono”, nie,
wiecznie, wiecznie potrafi on karać: za to, Ŝe ktoś przez kilkadziesiąt lat miał inne pragnienia niŜ on. I to, co

określa monsignore Rathgeber jako sprawiedliwość, miłosierdzie, miłość — wszystko to charakteryzuje ową
postać Boga. Ale i dla tego „Ploetza” i „Dahlmanna–Waitza”, katolików, piekło „stanowi właściwie wielką
tajemnicę, tak wielką i głęboką, Ŝe […]” — oszczędźmy sobie tych pustych słów. (Ten autor przypomniał mi
zaraz przy lekturze pełen drwiny Ŝart Roberta Musila, który stwierdził, Ŝe jeśli się dobrego chrześcijanina albo
poboŜnego Ŝyda strąci z któregokolwiek piętra nadziei czy dobrobytu, to „on zawsze spadnie, by tak rzec, na
cztery łapy swojej duszy. Bierze się to stąd, Ŝe wszystkie religie przewidziały w swojej eksplikacji Ŝycia
darowanego człowiekowi pewną irracjo-nalną, niewymierną resztę, do której odnoszono słowa o niezbadanych
wyrokach Opatrzności; jeŜeli śmiertelnikowi coś się nie zgadzało w jego rachubach, to wystarczało
mu, Ŝeby przypomniał sobie o owej reszcie i juŜ jego duch mógł z zadowoleniem zacierać ręce”.
Ojciec Bsteh nie zacierał rąk. Prawie bez przerwy malowała się na jego twarzy niejaka troska, gorycz,
Ŝeby nie powiedzieć: zgorzknienie (ale właściwie nie było po nim widać niechęci, nie). I teraz oto
zdystansował się, wprawdzie łagodnym i naboŜnym tonem, ale rzeczowo, jednoznacznie, od wszelkiej wiary
w wieczny charakter mąk piekielnych, mało tego, w ogóle w piekło; trzykrotnie wypowiedział „z całą
pewnością” i mówił tylko o piekle „w cudzysłowie”.

„Przeciwnie — wyznał ten rzymskokatolicki profesor teologii fundamentalnej oraz teologii religii —
gotów byłbym z całą pewnością (!) powiedzieć, Ŝe jeśli o mnie chodzi, to jako chrześcijanin uwaŜam za swój
obowiązek Ŝywić nadzieję, Ŝe w piekle — w cudzysłowie — nie znajdzie się Ŝaden człowiek”, Ŝe „Ŝadne” ze
stworzeń boskich „nie zostanie na wieki odseparowane od Boga. Bo piekło z całą pewnością (!) nie istnieje
nigdzie w Ŝadnej postaci jako miejsce realne i czekające na gości bądź ludzi, którzy powinni tam trafić, jak to
sobie czasem tak chętnie (!) wyobraŜano […]” — „jak to sobie wyobraŜano przez całe stulecia”, wtrącił prowadzący
program Kuno Knóbl — „tak, tak”, potwierdził Bsteh, po czym mówił dalej: „[…] a pozostali trafiają
w inne miejsce. Nie jest więc z całą pewnością (!) tak — powtórzył, obalając tamto przypuszczenie — Ŝe
ktokolwiek musi być na zawsze odłączony od Boga”.
„Ale ja chciałabym tego” — powiedziała siedząca obok mnie młoda pisarka niemiecka Constanze
Elsner. „Mieć do czynienia z takim Bogiem, który jest odpowiedzialny za Sodomę i Gomorę i inne podobne
historie, o nie… Mnie ten Bóg, w którego wierzy ojciec, przeraŜa”.
Reagując na ewidentne zanegowanie przez tego zakonnika wiecznych mąk piekielnych, stwierdziłem,
iŜ jako katolicki teolog ma on obowiązek wierzyć w nie, bo wieczność mąk piekielnych występuje i w
katolickiej, i w protestanckiej ortodoksji, ergo — powiedziałem z naciskiem — „ojciec jest heretykiem”.
Bsteh uśmiechnął się łagodnie, a siedząca przy nim Ottilie Schiechl teŜ ledwo powstrzymała się od drwiącego
uśmiechu. „Heretykiem” — powtórzyłem. Bo to, co głosi ten zakonnik, głosił juŜ największy teolog
pierwszych trzech wieków chrześcijaństwa, jeden z najszacowniejszych chrześcijan, Orygenes, a mianowicie
doktrynę apo-katastazy, wszechpojednania, powrotu wszystkich — nawet szatana — do Boga. Ale Orygenesa
wciąŜ na nowo okrzykiwano heretykiem, „co dzisiaj pewno budzi Ŝal wielu kolegów ojca — powiedziałem —
bo przecieŜ czasy się zmieniły […]”. Ojciec Bsteh miał juŜ skinąć głową, ale skrzywił się, gdy dodałem: „…a
wtedy chętnie zmienia się trochę teologię”.
Ów uczony poprosił w tym momencie, bym mu pozwolił zadać „jedno proste pytanie”: Czy w
którejkolwiek prawdzie wiary tego Kościoła jest mowa o piekle? Kościół mówi o tym od wieków, od dwóch
tysięcy lat — odparłem. Ale teolog obstawał przy swoim: „Czy gdziekolwiek w doktrynie Kościoła stwierdza
się, Ŝe tyle a tyle ludzi trafiło do piekła bądź teŜ, Ŝe ktokolwiek jest w piekle? Czy istnieje taka prawda
wiary?”
Przedtem wyraziłem swoją sympatię temu sprawiającemu wraŜenie przygnębionego (co zawsze budzi
moje współczucie), zapewne Ŝyczliwemu ludziom zakonnikowi, który wiele podróŜował i nabył wielkiego
doświadczenia Ŝyciowego i którego teŜ na podstawie jego wypowiedzi zacząłem podejrzewać — on zaprotestowałby
oczywiście — o to, Ŝe jego wiara w Ŝycie pozagrobowe nie jest (o wiele) większa niŜ moja (i niŜ
wiara większości tych dość licznych teologów, których znam osobiście), otóŜ wyraziłem mu przedtem swoją
sympatię, przekonawszy się o jego humanitarnych nadziejach dotyczących naszego losu po śmierci, teraz
jednak stwierdziłem: „W tej chwili wydaje mi się ojciec mniej sympatyczny, jeśli wolno mi to powiedzieć. Bo
teraz…” — „dlaczego?”, odezwał się Bsteh — „nie, proszę mi pozwolić to powiedzieć, teraz odzywa się w
słowach ojca znana aŜ do przesytu obłuda, do której w wypowiedziach kolegów ojca i tego Kościoła jesteśmy
przyzwyczajeni. Bo z jednej strony ma ojciec wprawdzie rację, to nie zostało dogmatycznie zdefiniowane,
zgadza się, ale rzeczywistość była taka, Ŝe przez dwa tysiąclecia kolejne pokolenia nękano nauką o piekle… to
był horror dla kaŜdego człowieka”. „Tak, z całą pewnością — stwierdził ojciec Bsteh. — Gotów jestem
potraktować bardzo powaŜnie to, co pan mówi, to nie ulega wątpliwości. Ale tu chodzi o sposoby rozumienia
wiary, które w dziejach faktycznie ustaliły się tak czy inaczej i jeszcze (!) się jakoś ustalą, z pewnością. Ale
zaleŜałoby mi na tym, Ŝeby stało się jasne, Ŝe Kościół nie wysuwa nigdzie w wykładzie wiary twierdzenia, iŜ
choćby jeden człowiek jest naprawdę definitywnie odseparowany od Boga, twierdzenia, z którym jako
chrześcijanin musiałbym się pogodzić […]”.
Prowadzący dyskusję chciał zakończyć rozwaŜania o Kościele, dodał jednak: „z drugiej strony,
dopowiem tylko to jedno — i tymi słowami chciałbym uzupełnić wypowiedź pana Deschnera — otóŜ

przypominam sobie, kiedykolwiek wspomnę swoje dzieciństwo i swoich przyjaciół: panował wtedy wielki
strach…” — „o tak!”, potwierdził ktoś — „…przed piekłem z widłami, diabłem i wiecznym smaŜeniem się, i
moŜna to sobie było wyobrazić, i oczywiście tego nauczali księŜa, katecheci et cetera, nie mnie, ale moich
przyjaciół: zobaczysz, co cię spotka, jeśli nie zrobisz tego czy tamtego…” — albo to zrobisz!
Zająłem się, szanowny panie Huemer, szerzej tym tematem, by wykazać, Ŝe profesor teologii
katolickiej pozwala sobie na to, Ŝeby na oczach milionów widzów po prostu zbagatelizować wiarę w piekło i
wieczne męki piekielne, zbyć ją, tak jakby prawie wcale nie istniała.
Dzisiaj bowiem jest to wierzenie dla niejednego trudne do przyjęcia. Dziś wydaje się to i katolikom, i
protestantom niewiarygodne; dlatego teŜ liczni „postępowi” słudzy Boga starają się dostosować do ducha
nowych czasów, to jest zresztą ich najwaŜniejsze zajęcie i z tej właśnie przyczyny zawsze określam takich
„najbardziej postępowych” teologów jako najgorszych. Jednocześnie jednak wciąŜ nie brak chrześcijan, są ich
pewno setki milionów, tych, którzy nadal wierzą w istnienie piekła i oczywiście powinni wierzyć — są to
bynajmniej nie tylko ludzie prymitywni. Znam pewnego wykształconego człowieka (właściciela fabryk
w Europie i Ameryce), który teraz, gdy jest stary i chory, znów — i z większym przejęciem — ulega
wyobraŜeniom swego katolickiego dzieciństwa i dręczy go myśl o piekle.
MoŜna by stworzyć ogromne biblioteki tekstów, które w wszystkich epokach istnienia
chrześcijaństwa prezentowały okropności piekła. I mimo Ŝe papiestwo nigdy nie zdefiniowało wiary w
piekło jako dogmatu, to jednak przysporzyła mu większych korzyści niŜ którakolwiek (zdefiniowana)
prawda wiary, a ponadto — chociaŜ bez definicji — i w katolicyzmie, i w ortodoksji protestanckiej
występuje owo wierzenie jako prawda absolutna.

Najsławniejsze autorytety chrześcijaństwa nie ustają w uświadamianiu tego, Ŝe piekło istnieje.
Biblia wspomina o tym ponad siedemdziesiąt razy. Dwadzieścia pięć razy mówi o piekle Jezus,
przestrzega przed „robakiem, który nie umiera”, „ogniem, który nie wygasa”, „ogniem nie dającym się
ugasić”, „wieczną karą”. Podobnie czyni Paweł, podkreślając, Ŝe tego, kto grzeszy, spotyka „kara i
wieczna męka”. I powołując się na Biblię, na Jezusa i Pawła, formułują swoje sądy najwybitniejsi
Ojcowie Kościoła; Jan Chryzostom wie, „Ŝe ów ogień nie ma końca” i dlatego „zawsze” trzeba o nim
myśleć, „w czasie porannego posiłku nie mniej niŜ przy wieczerzy”! TakŜe Augustyn mówi często o
„wiecznej udręce”, o „wiecznej karze”, o tych, co „na swoje nieszczęście pozostają w stanie wiecznej
śmierci”, chociaŜ od 421 roku — co zabrzmi dosyć kuriozalnie — występuje w jego pismach swoiste
zawieszenie ognia, weekend w piekle, przerwanie kary od sobotniego wieczoru do wczesnych godzin
rannych w poniedziałek! Jeszcze kilka lat wstecz, aŜ do 415 roku, gwałtownie negował taką moŜliwość, a
Tomasz z Akwinu odrzucił ją ponownie.

Naukę o piekle rozpowszechniali przez wiele stuleci oczywiście równieŜ papieŜe, Wigiliusz,
Pelagiusz I, Innocenty III, Innocenty IV i inni, jest to teŜ doktryna soborowa, na przykład niesławnej
pamięci, ze względu na decyzje godzące w śydów, IV soboru laterańskiego (1215) albo, o wiele
wcześniejszego, zgromadzenia Konstantynopolitańskiej Prowincji Kościelnej (543), które po raz kolejny
uznało Orygenesa za heretyka: „Kto mówi bądź wierzy, Ŝe kara spotykająca złe duchy i bezboŜnych
ludzi trwa tylko do czasu i po upływie pewnego okresu ustaje, po niej zaś następuje całkowite
przywrócenie do łask [apokatastaza] złych duchów i bezboŜników, ten niechaj będzie usunięty z
Kościoła” — jest to zresztą takie zdanie, które czołowy rzekomo katolicki teolog XX wieku Karl Rahner
uwaŜa za twierdzenie doktrynalne nacechowane nieomylnością.

Katechizm rzymski ustalony przez sobór trydencki i wydany na polecenie Piusa V teŜ uprzedza w
mocnych słowach, Ŝe „bezboŜni są w piekle wiecznie (perpetuo) pozbawieni światłości boskiego
obrazu”, Ŝe zostają wrzuceni „w ogień wieczny” (in i&iem aetemum) i cierpią ból, „jak przy biciu albo
biczowaniu, albo teŜ przy innego rodzaju karach cielesnych, spośród których bez wątpienia największy
ból sprawia udręka ognia”, tym bardziej Ŝe „trwać będzie po wsze czasy” (utperpetuum tempus
duraturum sit) i potępieni „nigdy nie zdołają się uwolnić od towarzystwa najnie-godziwszych diabłów”!
Catechismus Romanus podkreśla jednoznacznie: „Oto co duszpasterze powinni bardzo często uświadamiać
wiernym” (saepissime inculcare debent).

Jeszcze przecieŜ w XX wieku jezuici wykonują „ćwiczenia duchowe” załoŜyciela zakonu
Ignacego Loyoli — który, zdaniem jednego z jego „synów”, łączył w sobie ludzką wielkość z „czynami
człowieka obłąkanego” — muszą w róŜnych ćwiczeniach i róŜnymi zmysłami przekonywać samych
siebie o takich wymiarach, jak „długość, szerokość i głębokość piekła”, wyobraŜać sobie „owe
niezmierzone ogniste czeluście oraz dusze znajdujące się jakby w ognistych ciałach”, a ponadto „płacz,
wycie, krzyk”, „dym, siarkę” et cetera. I wreszcie w ostatnim ćwiczeniu „na godzinę przed wieczerzą”
powinni „przypominać sobie wszystkie dusze, które są w piekle” i cieszyć się, Ŝe sami (jeszcze) się do
nich nie zaliczają.
Powtarzam: przez dwa tysiące lat wbijano to do głów, choć nigdy ex cathedra, przez dwa tysiące

lat w ten sposób doprowadzano niezliczone rzesze ludzi do najgorszych, doŜywotnich wyrzutów
sumienia, do beznadziejnego nieszczęścia, i oto teraz, gdy nawet katolicy wierzą w to coraz mniej, ojciec
Bsteh — jak z całą pewnością wielu innych teologów w naszych czasach — daje do zrozumienia, Ŝe
chrześcijanin jest obowiązany mieć nadzieję na coś całkowicie sprzecznego ze wszystkim, czego na ten
temat uczono dotychczas, i w to wierzyć. Nagle przestają się liczyć wszelkie wezwania soborów,
papieŜy, największych Ojców Kościoła, nawet słowa Pawła i nawet te, które wypowiedział Jezus.
A czy w ogóle go kiedykolwiek słuchano?! CzyŜ nie uśmiercano go wciąŜ na nowo? Dlatego właśnie
w odpowiedzi na ankietę katolika Heinricha Spaemanna: „Kim jest Jezus z Nazaretu — dla mnie?” napisałem
krótko: „Na pewno nie Bogiem. Być moŜe człowiekiem. W Biblii ukrzyŜowanym jeden raz, a w dziejach
Kościoła stale rozpinanym na krzyŜu”.

Właśnie, któŜ przejmował się zawsze Jezusem mniej niŜ kler! Nie bez powodu mieszkańcy Rzymu
rozszyfrowują skrót S.C.Y. (Stało Citta del Yaticano) na tablicach rejestracyjnych samochodów dostojników
Kurii słowami: Se Cristo vedesse (Gdyby Chrystus to widział!)

Przypomina mi się przy tej okazji karta pocztowa, którą przysłała mi niedawno „zapalona
czytelniczka” z Górnej Bawarii, od lat w słuŜbie Kościoła. „Na Pańskie ksiąŜki — czytamy — jak i na
zamordowanie papieŜa w roku 1978, na miliardowe oszustwo z 1971 roku, na zasługi Kościoła dotyczące
pigułki antykoncepcyjnej i przy tym próby przekupstwa zwróciłam uwagę członka kapituły diecezjalnej…
(telef.) Zadałam mu pytanie! «Co powiedziałby na to Jezus?» Ten duchowny odparł: «Ach, gdybyśmy zawsze
pytali o zdanie Jezusa…»”
Ale ci ludzie nie tylko nie pytają Jezusa, z całą konsekwencją nie spieszą się teŜ do niego. Tak samo
jak my — to zadziwiające zjawisko — boją się umierania.

W ksiąŜce Ein Jahrhundert Heilsgeschichte. Die Politik der Papste im Zeitalter der Weltkńege (Sto lat
dziejów zbawienia. Polityka papieŜy w epoce wojen światowych) — niewątpliwie naj-aktualniejszej z moich
krytyk Kościoła i właśnie dlatego na ogół przemilczanej — wskazałem na podeszły wiek papieŜy w ciągu
ostatnich stu lat i w programie „Club” przypomniałem o tym: Leon XIII — powiedziałem — doŜył do
dziewięćdziesięciu trzech lat; Pius X — do siedemdziesięciu dziewięciu, Pius XI — do osiemdziesięciu
dwóch, Pius XII — do osiemdziesięciu dwóch, Jan XXIII — do osiemdziesięciu dwóch, Paweł VI — do
osiemdziesięciu jeden lat. Co do dwóch głów Kościoła zmarłych w młodszym wieku istnieje podejrzenie, Ŝe
nie spotkała ich śmierć naturalna. Benedykt XV, chyba nieprzypadkowo najmniej znany papieŜ w tym
stuleciu, odszedł do wieczności jako człowiek sześćdziesięciosiedmioletni, całkiem niespodziewanie,
zaskakująco szybko, skulony i wykrzywiony z bólu, co dało powód do pogłoski o otruciu (on sam ponoć —
nie według pogłosek rozpowszechnianych przez ludzi nieŜyczliwych, lecz według tego, co mówiono w
Watykanie — otruł kiedyś rywala). Równie nagle, w bardzo zagadkowych okolicznościach, zgasł Jan Paweł I,
uśmiechnięty Albino Luciani, ledwo zaczął rządzić i ledwo chwycił za miotłę, Ŝeby zrobić porządek. Ale
nawet jeśli uwzględnić tych zmarłych w młodszym wieku ksiąŜąt Kościoła, przeciętna długość Ŝycia znacznie
przewyŜsza naszą.

Nieodparcie nasuwa się taki oto wniosek: ani ten urząd, ani tęsknota piastujących go ludzi do Jezusa
nie są pewno zbyt wyczerpujące. Umacnia nas w tym podejrzeniu aktywność ich lekarzy osobistych i innych
koryfeuszy medycyny, sprowadzanych w chwilach kryzysów zdrowotnych z całego świata, a „ostatnie słowa”
niejednego z papieŜy przed odejściem do Chrystusa nie zawsze były wywaŜone, jak na przykład wyznanie
wiary Piusa X: „[…] chyba wszystko się kończy” czy wyznanie Leona XIII: „ZbliŜa się katastrofa […]”.
W kaŜdym razie pozostali ludzie, takŜe ci katoliccy, osiągają przeciętnie wiek o wiele młodszy niŜ
papieŜe, którzy widocznie poświęcają znacznie więcej troski i pieczy własnemu Ŝyciu niŜ Ŝyciu swoich
owieczek. Bo przecieŜ od późnego antyku po dziś dzień dopuszczają do tego, by często nawet kolejne
generacje wymierały na polach bitewnych; ostatnimi czasy co prawda zawsze towarzyszą temu wypowiadane
z namaszczeniem apele o pokój, ale równocześnie Ŝołnierzy obowiązuje „święta przysięga”, iŜ będą walczyć
do ostatniej kropli krwi. Tak, to, czego kler strzeŜe w łonie matki, to zarazem wydaje na pastwę losu, gdy jest
wojna; tak jakby gromadził mięso armatnie w brzuchach kobiet. Posłuszeństwo — oto ideał tych, którzy chcą
panować. Nie jest to przesłanka mądrości, jak sądził Augustyn, lecz nieraz przesłanka bohaterskiej śmierci.

Tak więc sternicy Kościoła starają się wydłuŜać własne Ŝycie, mimo radości czekającej w zaświatach, a
jednocześnie — kiedykolwiek widzą taką potrzebę, co zdarza się często — skracają Ŝycie innym.
Przyznaję, Ŝe w Wiedniu to i owo pomieszałem, nie wypowiedziałem się tak jasno: dyskutowanie nie
jest moim atutem i pora przed pomocą nie jest teŜ dla mnie najlepsza (bo przez całe Ŝycie wstawałem
wcześnie).

Tak czy inaczej mój wkład do dyskusji nie był aŜ tak dez-orientujący, Ŝeby ojciec Bsteh musiał uznać
siebie za zdezorientowanego. „Szczerze mówiąc — odrzekł on, dostojnie i roztropnie dobierając słowa — w
tej chwili właściwie nie wiem, jak miałbym ocenić pańskie wypowiedzi, zwaŜywszy na temat tej rozmowy.
Pańskiej ksiąŜki nie czytałem. Przypuszczam, Ŝe to, co pan mówi, wiąŜe się z całą treścią pańskiej
ksiąŜki. Powiedziałbym po prostu, Ŝe padły tu słowa, do których nie potrafię się odnieść, na przykład do tego,

czy papieŜe są teraz starsi, czy nie. Proszę mi nie wziąć tego za złe, to znaczy, jest tu jakaś kwestia, ale po
prostu nie wiem co, traktuję pana powaŜnie, naprawdę, bo czuję, Ŝe dla pana jest to jakaś kwestia, ale ja nie
mogą podzielić pańskiej oceny, bo czy papieŜ Leon XIII do dziewięćdziesięciu lat, czy tylko do
siedemdziesięciu […]”.

Tak jakby o to chodziło! Przypomniała mi się (i wspomniałem o tym) recenzja pierwszego tomu
moich Dziejów zbawienia napisana przez innego teologa, który na łamach „Wiener Zeitung” stwierdził, Ŝe
Deschner „z nienawiścią i cynicznie Ŝałuje, iŜ papieŜe doŜyli do tak późnej starości”.
O tym nie moŜe oczywiście być mowy — powiedziałem w programie „Club” — to jest oszczerstwo,
zawarte zresztą w „krytyce” pełnej oszczerstw, ale przecieŜ tym przypominającej potępienie sformułowane
przez owego diakona i kogo tam jeszcze, iŜ dezawuuje wyłącznie ogólnikowo, piętnuje sumarycznie,
ryczałtem deprecjonuje mnie i moją pracę, mówi o moim „diabolicznym sercu”, odmawia mi „dokładności”,
„uczciwości”, przypisuje mi dzieło, w którym roi się jakoby „od błędów, nieprecyzyjnych sformułowań,
fałszywych wniosków i niezrozumiałych stwierdzeń niezgodnych z prawdą”, „rzecz monstrualną”, której
cechy charakterystyczne to „nieznośne ślizganie się po powierzchni, niechlujstwo i wywołana nienawiścią
nierzeczowość”, opluwanie w stylu „totalitarnych pismaków w Trzeciej Rzeszy, literatów stalinowskich i
nieprzyjaciół Boga z podziemi tajnych stowarzyszeń, sekt, bractw międzynarodowych, tak ohydne, Ŝe w dzisiejszych
czasach wręcz niespodziewane […]”.

To ta sama ogólnikowa maniera i mania krytycznego osądu, co u owego diakona — bez
jakichkolwiek dowodów! Jedyny konkretny obiekt ataku tego katolika na łamach „Wiener Zeitung”, mój
rzekomy Ŝal, „iŜ papieŜe doŜyli do takiej późnej starości”, został zmyślony — ja tego nie napisałem!
Przeciętna długość Ŝycia biskupów Rzymu (i wszystkich innych) jest mi obojętna juŜ choćby dlatego,
Ŝe jak wykazuje historia rzadko kiedy pojawia się ktoś lepszy albo teŜ dlatego, Ŝe jeśli wyjątkowo zdarzy się
ktoś taki, to przecieŜ ów aparat jest tak przemoŜny, skorumpowany, zły, iŜ nawet „lepszy” papieŜ nie
wprowadzi istotnych zmian. „W gruncie rzeczy jest to całkiem obojętne — oświadczyłem więc w Wiedniu —
kto stoi na czele tej instytuqi”. Nie moŜe ona stać się niczym innym, niŜ jest — po dwóch tysiącach lat moŜna
to juŜ powiedzieć.

Potem przypomniałem, Ŝe umierają nie tylko ludzie, ale i zwierzęta, i uznałem za znamienny fakt, iŜ
zawsze mówi się tylko o człowieku, tym „ukoronowaniu dzieła stworzenia”, które trzeba by raczej nazwać
ukoronowaniem dzieła wyzysku. A przecieŜ juŜ w Starym Testamencie czytamy: „Kto wie, czy dusza człowieka
kieruje się ku górze, dusza zaś bydlęcia w dół, pod ziemię?” (Stara religia Izraelitów nie znała wiary w
zmartwychwstanie; odrzucali ją teŜ saduceusze i Samarytanie). Z drugiej jednak strony jest równieŜ w Starym
Testamencie owo straszne w swej wymowie i skutkach wezwanie: „Poddajcie je sobie!”
Jedynymi osobami, które w programie „Club” jednoznacznie podzielały moje współczucie wobec
zwierząt (powiedziałem tam, Ŝe człowiek jest notorycznym przestępcą — jadłospis to naj-krwawsza karta,
jaką zapisujemy!) były młoda aktorka Katerina Jacob i, nawet bardziej, Lotte Ingrisch. Ale właśnie ta ostatnia
słyszała — oczywiście z ust teologa, pewno któregoś z „postępowych”, zieleniących się jak trawa na wiosnę
— Ŝe w owym miejscu wystąpił „błąd w tłumaczeniu”. W rzeczywistości miałoby to zdanie brzmieć nie:
„Poddajcie je sobie”, lecz: „Idźcie i strzeŜcie, ochraniajcie ziemię”.
To aŜ nazbyt śmieszne. (I aŜ nazbyt typowe). PrzecieŜ juŜ na pierwszej stronie Biblii Bóg nakazuje
podobnym mu ludziom kilkakrotnie, by objęli władzę nad rybami w morzu, nad podniebnymi ptakami, nad
bydłem i wszelką zwierzyną na polu. I zaraz po tym wzywa się nas jeszcze raz: „[…] poddajcie je sobie i
panujcie […]”. A później jeszcze raz mowa jest o strachu i grozie, którą powinien człowiek budzić we
wszystkich zwierzętach, o tym, Ŝe one powinny znaleźć się w dyspozycji człowieka. „Niech wszystko, co się
porusza i Ŝyje, będzie waszym pokarmem”.

Z owego ogarniającego najwięcej istot wyroku niewoli i śmierci, z owej piekielnej introdukcji do
przeobraŜenia jednej z gwiazd w rzeźnię, ojciec Bsteh, wierny właściwej jego rzemiosłu sztuce łagodzenia,
przeinaczania, przedstawiania rzeczy sprzecznie z faktami, uczynił coś całkiem odmiennego, prawdziwie
pięknego. Zapytany o ów „błąd w tłumaczeniu”, ten sługa Boga stwierdził bowiem: „Widzi pan, ja zacząłbym
akurat w tym miejscu, a raczej wyszedłbym jednak od tego, Ŝe chrześcijanin, który uzaleŜnia własną
egzystencję od pomocy boskiej, musi zakładać to samo w odniesieniu do zwierząt, do całego świata,
gwiazd, światła, księŜyca i słońca. Nie ma on prawa uwaŜać siebie za w jakiejkolwiek mierze
uprzywilejowanego, jako stworzony przez Boga, a wszystko inne uwaŜać za po prostu istniejące i
nadające się do takiego czy innego wykorzystania. Motywacją mojej wiary jest właśnie świadomość, Ŝe
jestem tym, kim jestem, bo Bóg w swej miłości chce mnie takiego, i Ŝe to samo dotyczy zwierzęcia,
słońca, księŜyca i kwiatów”.

Do zasad biblijnych przystaje to wszystko jak pięść do nosa. Bo Genezis, pierwsza księga
MojŜesza, mówi bardzo wyraźnie o wywyŜszeniu człowieka, nigdzie zaś o tym, jakoby nie miał on
prawa „uwaŜać siebie za w jakiejkolwiek mierze uprzywilejowanego”. Według Księgi Rodzaju powinien
on „panować”, sprowadzać strach i grozę na wszystkie zwierzęta i te ostatnie są jednoznacznie oddane

mu we władanie, ale nie po to, by ich strzegł i je chronił, lecz by poŜerał wszystko, „co się porusza i
Ŝyje”! Natomiast ojciec Bsteh, przedstawiciel religii jaskrawię dualistycznej, zaprezentował zgoła
monistyczny obraz świata, obraz wielce pozytywny, taki, Ŝe w harmonii sfer nieomal słychać dzwony,
ale z Pismem Świętym, a jeszcze bardziej z chrześcijańską praktyką, kontrastuje ta wizja w sposób
budzący grozę.

Dlatego teŜ moderator programu Knóbl uznał za poŜądane, nader interesujące z politycznego
punktu widzenia i nader waŜne dogmatyczne zdefiniowanie „takiego sposobu myślenia przez Rzym”. Na
to Bsteh: „Widzi pan, zagadnięty o to, stwierdziłbym jednak, Ŝe cały Kościół zawsze utrzymywał, iŜ nie
ma Ŝadnej rzeczy widzialnej ani niewidzialnej, której by nie stworzył Bóg. Jest on więc stwórcą nieba i
ziemi. Inna sprawa, Ŝe po części, i nie wiem, jak wielka to część, zostało to później zapomniane i
przepadło, nie wiadomo gdzie”. AleŜ właśnie o to chodziło i o to chodzi! „Skoro mówi pan, Ŝe byłoby
poŜądane, Ŝeby Kościół sformułował to kiedyś ex cathedra, ja powiedziałbym, iŜ odkąd istnieje
chrześcijańskie wyznanie wiary, zaczyna się ono od słów: «Wierzę w Boga, Stworzyciela nieba i ziemi».
A jeŜeli ma pan na myśli Genezis (!), to przecieŜ w tych wielkich wizjach zawiera się cała historia
stworzenia, nie tylko globalnie wszystko to, co w niebie i na ziemi, ale wspomina się tam teŜ o wodzie, o
oddzieleniu światła, o księŜycu i słońcu, o zwierzynie, robactwie i rybach […]”. Wtem rozległ się okrzyk
protestu. Teolog mówił jednak dalej: „Najpierw zostało to stworzone przez Boga. Takie stwierdzenie
występuje w istocie równieŜ w Nowym Testamencie. W wierze chrześcijańskiej świat stanowi przecieŜ
niepodzielną całość. I na tym świecie Ŝyje człowiek ze swym powołaniem […]”. „Jakim?”, zainteresował
się ktoś. Bsteh pominął to pytanie milczeniem. „Powiedziałbym więc, Ŝe tak się szczęśliwie składa, iŜ
naprawdę od zarania dziejów wiary chrześcijańskiej datuje się wyraźna świadomość tego, Ŝe nie moŜe
być tak, by człowiek uwaŜał tylko siebie za stworzenie boŜe, a wszystko inne za istniejące ot tak, po prostu.

Z tego wynika, Ŝe kaŜdą inną istotę teŜ muszę traktować jak stworzenie boŜe, to znaczy pochodzi ona
od Boga, Bóg obdarzył ją racją istnienia, odrębnością, a nie ja, On ją stworzył, nieprawdaŜ, tak jak
stworzył mnie”. Pani Jacob zapytała dwa razy pod rząd: „Kto daje nam prawo do zabijania?” Na to Bsteh
odpowiedział w końcu: „Kto, kto daje, kto je sobie uzurpuje, dzieje się tak po prostu gwoli zabijania”.
To oczywisty nonsens. Zabija się nie gwoli zabijania, lecz — to niemalŜe zbyt banalne
stwierdzenie — gwoli zysku i z Ŝądzy panowania.

Co się tyczy zwierzęcia, to juŜ starsi greccy filozofowie z czasów przedchrześcijańskich
przyznają mu duszę podobną do naszej. U pitagorejczyków wiązał się z tym przekonaniem zakaz spoŜywania
mięsa; podobnie w Indiach. JuŜ Budda Ŝąda wyrzeczenia się przemocy „wobec wszelkich istot”,
obojętnie, czy chodzi o roślinę, o zwierzę, czy o człowieka. Zgodnie z tym nakazem, buddyzm stawia
zwierzę na równi z człowiekiem, na równi z bóstwem. Hindus symbolizuje takie myślenie kultem
okazywanym krowie.

Ale w chrześcijaństwie zwierzę stanowi rzecz; wyłącznie przedmiot eksploatacji, hodowli,
łowów, poŜerania; człowiek jest śmiertelnym wrogiem zwierzęcia, jego diabłem. „CzyŜ Bóg troszczy się
o woły? CzyŜ nie wypowiada się zawsze tylko z myślą o nas?” Tak pytał juŜ Paweł, „pierwszy
chrześcijanin” (Nietz-sche). W czasach inkwizycji w dniu świętego Jana w całej Europie Zachodniej
wrzucano masowo koty do ognia, a w Metzu takie autodafe utrzymywały się aŜ do połowy XVIII wieku.
Chrześcijańska miłość do zwierząt kwitnie: dzisiaj w masarniach, rzeźniach, wylęgarniach, tuczarniach,
ciemnych oborach, w „szlachetnym myślistwie” rzeźników leśnych i łąkowych, w akcie dogdum-ping,
tormentum malitiae, na arenach walk byków, podczas walk kogutów i psów, przy wiwisekcjach.

W
Republice Federalnej Niemiec przynajmniej do 1970 roku istniało publiczne „ucinanie łbów kogutom” i
„ucinanie łbów gęsiom”, przy czym wieszane łbem w dół ofiary były często straszliwie masakrowane.
Dawniej było niemalŜe powszechnym zwyczajem przed wyjazdem na urlop, Ŝe wyrzucano do sedesu i
spłukiwano, a teraz przed swoim wypoczynkiem ludzie pozbywają się psów i kotów, przywiązując je do
drzew, rozbijając im łby, wyrzucając je do zsypów, w Ameryce taki los rokrocznie spotyka miliony zwierząt.
A miliony innych bada się (nie tylko) w naszym kraju w sposób ohydny, by tak rzec, w celach naukowych.
Wspomniałem wówczas o Włoszech, gdzie ludzie uśmiercający zwierzęta nadal mówią: senza anima
[bez duszy — przyp-tłum.] i non e cristiano [to nie jest stworzenie chrześcijańskie — przyp. tłum.].
Przypomniałem takich filozofów, jak Klages i Theodor Lessing, którzy dali wstrząsające opisy na początku
XX wieku tego niesamowitego zniszczenia. Podówczas ginęło rok w rok trzysta milionów ptaków, padając
ofiarą mody damskiej. „Cywilizacja — pisze Klages — ma cechy rozpasanej Ŝądzy zabijania i jej trujące
wyziewy wyniszczają bogactwo ziemi”. Lessing zaś ubolewa nad niesamowitym pastwieniem się nad
zwierzętami, na przykład fokami, przy ich zabijaniu i pisze: „Połowy ryb i mordy popełniane na ptakach w
ciągu jednego roku sprowadzają na ziemię tyle cierpień, Ŝe w porównaniu z tym krwawa łaźnia wojny
światowej lat 1914-1919 wydaje się niewinną dziecięcą zabawą”.
Niestety nie wymieniłem Schopenhauera, który dopatruje się w chrześcijańskiej pogardzie dla

zwierząt „następstwa owej sceny instalowania się w rajskim ogrodzie” i twierdzi, Ŝe znalazł tylko jedno takie
miejsce w Biblii, gdzie — dość słabo — występuje się na rzecz oszczędzania zwierząt.
Ale ojciec Bsteh uczcił w swej przemowie stworzenie nieba i ziemi, wielkie wizje Genezis,
chrześcijańskie wyznanie wiary, słońce, księŜyc i gwiazdy, takŜe kwiaty, wszystko; powiedział, Ŝe kaŜdą inną
istotę teŜ trzeba traktować jak stworzenie boŜe, bo tego chce Bóg w swej miłości, bo od niego te istoty
pochodzą. Mimo to sposób wypowiadania się owego katolickiego teologa, wykluczający dyskusję, bo
uciekający od przedmiotu i od dziejów, raczej nieporadny niŜ świadomie wprowadzający w błąd (chociaŜ ten
człowiek nie jest pewno aŜ tak poczciwy, za jakiego chciałby uchodzić), otóŜ jego sposób wypowiadania się
wydaje mi się jednak nie tak fatalny, jak wypowiedzi protestanckiego papieŜa naszych czasów Karla Bartha,
który co prawda równieŜ uznaje zwierzę za pochodzące od Boga, a nawet zabrania człowiekowi je mordować,
ale czyniąc takie oto sofistyczne, źle mówię, teologiczne rozróŜnienie: „Człowiekowi nie wolno teŜ
mordować zwierzęcia. MoŜe je tylko zabić, gdy jest świadomy tego, Ŝe naleŜy ono nie do niego, lecz do Boga
[…]. Zabijanie zwierząt jako wyraz posłuszeństwa jest moŜliwe tylko w postaci pełnego czci aktu pokuty,
dziękczynienia, okazania przez ułaskawionego grzesznika wdzięczności temu, który jest stwórcą i panem
człowieka i zwierzęcia. Zabijanie zwierząt dokonywane z przyzwoleniem i z nakazu Boga stanowi akt
kapłański […]”. Tak jak zabijanie ludzi!
O-hy-da!

Pod koniec programu podjąłem się zwięzłego podsumowania i wskazania kwintesencji naszego
stosunku do umierania, do śmierci, a mianowicie: Ŝyć aktywniej, świadomiej, intensywniej, z o wiele
większym szacunkiem dla Ŝycia, dla Ŝycia kaŜdej innej istoty, kaŜdego człowieka i kaŜdego zwierzęcia. I
zakończyłem słowami: „Być moŜe nasza tragedia polega przede wszystkim na tym, Ŝe utrudniamy Ŝycie
innym, nie potrafiąc ułatwić sobie własnego Ŝycia. I być moŜe źródłem nadziei dla nas byłaby przede
wszystkim sytuacja, w której ułatwialibyśmy Ŝycie innym po to, by i nam samym Ŝyło się lŜej”.
Tak to, szanowny panie Huemer, w większości — z wyjątkiem wtrąceń — ująłem swój wkład do
dyskusji, to i owo przedstawiwszy zwięźlej, inne kwestie zaś rozszerzywszy. Zadaniem owego skarŜącego się
diakona byłoby wychwycenie, podwaŜenie i obalenie wypowiedzi, które go zaszokowały. Jak powiedziałem,
nie spróbował tego nawet, tak jak — co wielce znamienne — nie spróbował tego nigdy wobec mnie Kościół
(katolicki).

W innych wypadkach rzuca się Kościół na wszystko, co nadaje się do zaatakowania, na najmniejsze,
najbłahsze potknięcie. A jakŜe chętnie sprowadziłby mnie ad absurdum — gdyby mógł! Kościół nigdy mi
tego nie wybaczy, Ŝe jest tak odraŜający, jak go przedstawiłem. Gdy jednak z braku argumentów trzeba unikać
kontrowersji, to — jeśli nie sposób milczeć — argumentuje się zawsze ad kominem, wybiera się
zniewaŜenie osoby. Dlatego teŜ nasz diakon mówi źle o mnie, bo nie moŜe mówić źle o moich intencjach.
Stawia mnie na równi z osobnikami podstępnymi („sączy […] jad”) albo patologicznymi („histeria”), niemalŜe
dzikimi — pod względem etycznym jednak bardziej godnymi szacunku niŜ ludzie „cywilizowani”, do których
sam siebie zalicza. Ów diakon przypisuje mi równieŜ hasła „ateistyczne”, chociaŜ nie jestem ateistą, czego
dowodziłem nieraz, nawet tytułami swoich ksiąŜek. Oczywiście i w tym wypadku oskarŜa tylko ryczałtem. I
ryczałtem tylko wytyka „niedbałe, nieobiektywne prowadzenie programu Club 2″, poniewaŜ moderator pan
Kuno Knóbl „nie przeszkodził temu dziko zachowującemu się pisarzowi powiedzieć aŜ tyle przeciwko
wierze, przeciw Kościołowi i przeciwko Bogu”. (Ten człowiek opowiada się za tolerancją!)
Jedynie ogólnikowo krytykuje „hasła z dziewiętnastowiecznego lamusa kulturkampfu” — tak jakby
hasła były błędne dlatego, Ŝe są stare, dziewiętnastowieczne, ze stulecia Marksa i Nie-tzschego. A jak głośno
zaprotestowałby pewno, gdybym mu wskazał hasła z lamusów I, II i III wieku, kiedy powstało to, czego on,
herold antyku, broni po dziś dzień!

Ów diakon stwierdza u mnie kilkakroć nienawiść, która nigdzie nie grasuje tak bardzo, jak w
szeregach duchowieństwa, w traktatach Ojców Kościoła, papieŜy, teologów: najgorsza, naj-ohydniejsza,
najzwyczajniejsza nienawiść. Diakon się myli — ja nie pałam nienawiścią do nich. Ja nimi pogardzam.
Nie jestem fanatykiem, jestem sceptykiem. A nie widziano chyba nigdy sceptyka, który byłby
fanatykiem. Nie, ja nie propaguję Ŝadnej doktryny, Ŝadnego dogmatu ani teŜ nieomylności. Nie, nie chcę mieć
prozelitów, nie chcę stworzenia wspólnoty, zwolenników i osób zaleŜnych ode mnie. Nie cierpię na zapędy
misjonarskie, chęć nawracania, wyolbrzymione posłannictwo. Wszystko podaję w wątpliwość, czasem nawet
własne wątpliwości. Wierzę w mało co i nawet nie zawsze z pełnym przekonaniem. Lubię znak zapytania: to
mój znak rozpoznawczy, mój krzyŜ, moja wiara, jedyna, której misjonarzem, a nawet męczennikiem
mógłbym się stać — gdyby nie moje Wątpliwości.

Ale wątpliwości i krytyka mają to do siebie, Ŝe są atrakcyjne nie dla ludzi najgłupszych, lecz dla tych
myślących. I nawet nasz diakon trafia jeden raz w sedno, gdy pisze: „Krytyczna młodzieŜ, ludzie stojący z
boku, wątpiący, rozczarowani Kościołem […] umocnią się natomiast w swej rezerwie wobec Kościoła i uznają
wypowiedzi pana Deschnera za demaskujące chrześcijaństwo i Kościół”. „Jad, jaki sączy ten autor, utwierdzi
chrześcijan niepraktykujących i odszczepieńców w ich postawie”.
Ale i cała większość owieczek nie cieszy tego diakona. Bo „w masach chrześcijan substancja wiary

jest bardzo cienka”. UwaŜa owe masy za podatne jeśli nie na „agresję, to jednak na awersję czy animozję”.
Czyja to wina? Czy takich aroganckich, zdziczałych bojowników kulturkampfu jak ja? Czy raczej tych, co
mają monopol na uszczęśliwianie, tych, którzy przecieŜ od dwóch tysięcy lat troszczą się o ową „substancję
wiary”, od dwóch tysięcy lat strzygą, posyłają na rzeź swoje owieczki, od dwóch tysięcy lat ogłupiają,
wyzyskują, zniewalają, zabijają. To nie „przesadnie przedstawione fakty historyczne”, to są po prostu fakty
historyczne — obojętnie, czy ów diakon je zna, czy nie, czy przyznaje, iŜ zaistniały, czy teŜ nie.
Wygląda na to, Ŝe tego sługę Kościoła uszczęśliwiają tylko najuboŜsi w intelekt i najuboŜsi duchem.
„Prości ludzie — na przykład w szpitalach” (gdy przez chorobę i bliską perspektywę śmierci znowu ogarnia
ich strach przed piekłem!) — „skarŜą się na skrócenie kazania porannego z pięciu do trzech minut, na to, Ŝe
przeniesiono część audycji religijnych na mniej dogodną porę itd. Jak osiągnąć to, Ŝeby te tak przecieŜ liczne
(!) audycje planowano i przygotowywano w sposób na tyle przemyślany i atrakcyjny, by podstawowe
wartości chrześcijaństwa oraz nasza wiara, jako pomocna w Ŝyciu kaŜdemu z osobna i wszystkim ludziom
razem, lepiej docierały i wywoływały entuzjazm? Serca, umysły, ręce niechaj przeciwstawiają się zanikowi!”
Właśnie, trzeba dać światu jeszcze więcej tego katolickiego bełkotu na ekranie!
Czy jestem nietolerancyjny? Czy raczej dotyczy to owego diakona? „To było oburzające…
Protestuję… śądam…” Tak w kilku kolejnych wersach strofuje on zarząd radia i telewizji austriackiej i pyta
władczym tonem: „GdzieŜ my jesteśmy?”

Ha, na pewno juŜ nie w Austrii Ignaza Seipela! Księdza i kanclerza, który rządził całkowicie zgodnie
z oczekiwaniami Watykanu. Którego pierwsze i ostatnie pytanie brzmiało: „Czy to posłuŜy Kościołowi?”
Który nie cofnął się przed niczym w walce z „wrogami Jezusa Chrystusa”, nawet przed wojną domową. Który
polecił otworzyć ogień do tych, co ze zrozumiałych powodów podpalili Pałac Sprawiedliwości, czego
następstwem było ponad tysiąc rannych i osiemdziesiąt dziewięć ofiar śmiertelnych w Wiedniu. Który
bezustannie, aŜ do śmierci, nakłaniał swoich przyjaciół w niemieckiej katolickiej Partii Centrum, by się
porozumieli z Hitlerem. Który wyznał 26 września 1930 roku na łamach sztokholm-skiej gazety
„Aftonbladet”: „Nie znam Hitlera, ale jestem przekonany, Ŝe i on, i wielu innych młodych ludzi, którzy
opowiedzieli się za nim, to ludzie z ideałami”. W przeraŜający sposób przypomina to pewną wypowiedź jego
kolegi, duchownego i teologa — księdza Kaasa, przywódcy Partii Centrum, który — przyczyniwszy się do
zaprowadzenia dyktatury przez Hitlera — napisał z Watykanu: „Hitler potrafi poprowadzić nawę państwa.
Zanim jeszcze został kanclerzem, spotkałem się z nim kilka razy i byłem pod wielkim wraŜeniem jasności
jego myśli oraz tego, Ŝe liczy się on z faktami, a przy tym pozostaje wierny swoim szlachetnym ideałom […]”.
Podobnie — wszystko to się wiąŜe i przystaje wzajemnie do siebie! — kardynał Innitzer z Wiednia uznał, Ŝe
z chwilą zajęcia Austrii przez Hitlera, „tego wodza zesłanego przez Boga”, spełniła się „tysiącletnia tęsknota
naszego narodu”; uczcił wkroczenie Niemców biciem w dzwony i wywieszeniem flag ze swastyką na
kościołach, po czym za swoje zasługi został osobiście przez Hitlera odznaczony Medalem Marchii
Wschodniej — to fakt po dziś dzień prawie nie znany, bo wszędzie pomija się go milczeniem. (O innych
szczegółach i dalszych powiązaniach moŜe się ten diakon dowiedzieć z mojej ksiąŜki Ein Jahrhundert
Heilsgeschichte; wszystko jest tam bardzo dobrze udokumentowane).
„GdzieŜ my jesteśmy?!”

Czy to ja jestem nietolerancyjny? Czy zaŜądałem od ojca Bsteh albo innych katolików z grona
dyskutantów, Ŝeby przeprosili mnie za to, iŜ rozpowszechniali twierdzenia nierzeczowe i fałszywe? Za to, Ŝe
ich wiara głęboko rani moje uczucia? Czy miałem pretensję do prowadzącego program o to, iŜ nie „wmieszał
się”, Ŝeby apodyktycznie „przyhamować” katolików? Czy zaŜądałem od niego przeprosin za „niepowaŜne
ekscesy w tym programie”? Nie, to on, wyznawca religii miłości bliźniego i miłości wroga, ubolewa, oburza
się, protestuje „w imieniu wszystkich katolików austriackich przeciw niepowaŜnemu i obraźliwemu
prowadzeniu programu Club 2, jeśli to w ogóle moŜna określić jako prowadzenie”… „My, katolicy, nie
pozwolimy juŜ, by tak się z nami obchodzono (!)”.
On stawia czoło, pod którym kryje się niewiele, i równieŜ on nie skorzystał na tym, Ŝe kiedyś Ŝył Karl
Kraus.
„śądam, Ŝeby ten pisarz przeprosił ojca Bsteh osobiście za swoje napaści, i chciałbym prosić, by ORF
poinformowało mnie o treści swojego listu do wspomnianego pisarza oraz o jego reakcji nań. Jeśli to nie jest
moŜliwe, prosiłbym, by pan Kuno Knóbl (!)” — galopując do Rzymu, diakon pozostawia za sobą słowa i nazwiska
z takim samym brakiem Ŝenady, jak i materię, o którą tu chodzi — „przeprosił ojca Bsteh za swoje
niewłaściwe prowadzenie i poinformował mnie o tym”.

Kuno Knóbl prowadził dyskusję lekko, swobodnie, szarmancko. Zachowywał — wobec wszystkich!
— neutralność, niemalŜe wyłączając siebie samego, kaŜdemu dawał czas na wypowiedź, pozwalał kaŜdemu
mówić bez ograniczeń. I właśnie za taką tolerancję, liberalizm, otwartość — z pewnymi wyjątkami — program
„Club 2″ jest lubiany w Austrii i gdzie indziej przez bardziej wybrednych widzów, ale być moŜe nie
przez wszystkich prostych ludzi w szpitalach i nie przez wszystkich diakonów. Nawet nasz sługa Kościoła
potwierdza jednak, Ŝe „dotychczas zwyczajem ORF była przyzwoitość i tolerancja, takŜe w programie Club
2″, a więc od lat, jeśli nie dziesięcioleci.

Ale teraz on protestuje, Ŝąda, oczekuje przeprosin; przeprosin za moją rzekomą nietolerancję,
„zajadłość”, „histerię”, „jad”.
CzyŜ nie wie, Ŝe to wszystko stanowi odwieczne domeny zwłaszcza jego Kościoła? CzyŜ nie wie, Ŝe
chrześcijanie, między innymi niejeden z największych świętych katolicyzmu, juŜ we wczesnych dziejach
Kościoła nawet chrześcijan innego wyznania lŜyli jako „zaraŜonych”, „kalekich”, „synów diabła”, „psy”,
„wściekłe psy”, „chore psy”, „lisy”, „wilki”, „zwierzęta w ludzkiej postaci”, „dzikie zwierzęta”, „bestie”,
„Ŝydowskich pobratymców”, „brudne świnie”, „bydło rzeźne nadające się do piekła”, „całkiem obłąkanych,
zasługujących na zgładzenie”?

CzyŜ nie wie, Ŝe jeszcze w XX wieku katolicy piszący petycje do Watykanu nazywają wszystkich
innowierców „zwierzętami nurzającymi się w brudzie”? śe jeszcze w XX wieku katolicy opowiadają się za
prawem do zabijania kacerzy, mówią o „błogosławionym ogniu stosów” i bronią palenia kacerzy jako „aktu
Ŝarliwej miłości”? śe jeszcze w XX wieku „Osservatore Romano” określa protestancką szkołę w Rzymie jako
„obrazę naszego Pana”? CzyŜ nie wie, Ŝe jeszcze w 1947 roku madryccy studenci puszyli się w pewnej ulotce
wydanej przed splądrowaniem anglikańskiej kaplicy: „My, hiszpańska młodzieŜ akademicka z roku 1947,
uwaŜamy siebie za — w pełnym tego słowa znaczeniu — spadkobierców ducha inkwizycji”? śe inna ulotka
głosiła: „Wolelibyśmy stosy inkwizyqi niŜ liberalistyczną tolerancję! Ani kroku dalej w tej herezji!”?
A on mnie zarzuca brak tolerancji!
I czyŜ nie wie, Ŝe kardynał Segura w swym dotyczącym protestantów liście pasterskim z roku 1952
uznał, Ŝe „kacerzom” nie przysługuje ochrona prawna w wypadku konfliktu z katolikami? śe jeszcze w 1953
roku kardynał Ottaviani z Kurii oświadczył w kwestii protestanckich mniejszości w Europie Południowej, co
następuje: „Z punktu widzenia prawdziwego katolika tak zwana tolerancja jest nie na miejscu”?
A ja miałbym przepraszać, iŜ przeciwstawiam się nietolerancji, brutalności oraz oszustwom tego
Kościoła?

CzyŜ Ecclesia Catholica wyraziła choćby jeden raz skruchę — co zresztą byłoby bezsensowne! — z
tego powodu, Ŝe bezpośrednio i pośrednio jest odpowiedzialna za eksploatację i uśmiercenie setek milionów
ludzi, Ŝe przez długie lata i doŜywotnio więziła rzesze niewinnych, Ŝe całe rzesze ludzi przez wiele wieków
skazywała na spalenie, poprzedzone ucięciem rąk czy języka, a gdy umierali, kazała im śpiewać: „Chwalimy
Cię, wielki BoŜe!”? Z tego powodu, Ŝe — by przytoczyć tylko ten fakt — za jej sprawą Anno Domini 1600,
po siedmiu latach cięŜkiego więzienia, trafił równieŜ na stos jeden z najgenialniejszych myślicieli czasów
nowoŜytnych Giordano Bruno? Wręcz przeciwnie! Gdy w 1889 roku na tym samym rzymskim targu
kwietnym, na którym Kościół spopielił tego dominikanina, odsłonięte jego pomnik, papieŜ Leon XIII modlił
się, pragnąc odpokutować to świętokradztwo, przez cały dzień przed „sakramentem”, potępił tę rzekomą
próbę wytrzebienia wiary chrześcijańskiej i otrzymał niezliczone wyrazy poparcia z całego świata. Difficile
set satiram non scribere.
Chyba Ŝe zbrodnia nie jest zbrodnią, jeśli datuje się sprzed kilkuset lat? Byłaby to bardzo
chrześcijańska interpretacja!

I czyŜ ten człowiek nie wie, Ŝe — w ujęciu czysto ilościowym — Kościół katolicki dopuścił się w XX
wieku większych potworności niŜ w którymkolwiek wcześniejszym stuleciu swoich dziejów? CzyŜby nie
wiedział, jak Kościół zachowywał się podczas pierwszej i drugiej wojny światowej, w czasie wojny
wietnamskiej? Jak się odnosił do faszystowskich dyktatur Mussoliniego, Franco, Hitlera?
CzyŜ nie wie, Ŝe w katolickiej Polsce, odrodzonej dzięki traktatowi wersalskiemu, w latach
dwudziestych i trzydziestych doszło do bodaj czy nie najokrutniejszych prześladowań religijnych w nowszej
historii, i to według instrukqi prosto z Watykanu? śe większość cerkwi prawosławnych na Ukrainie
rozgrabiono, przemieniono w stajnie i latryny, Ŝe ponad tysiąc księŜy prawosławnych trafiło do więzienia i
poprzez masakry wyludniono całe wsie? Podówczas to watykańscy wizytatorzy jeździli stale po kraju, Ŝeby
obserwować rozpowszechnianie się tej jedynie zbawiennej religii. W roku 1930, jak się twierdzi, aŜ dwieście
tysięcy Ukraińców przebywało w więzieniach. CzyŜ nie wie, Ŝe w 1938 roku doszło tam do kolejnych
pogromów? śe w lipcu spośród trzystu cerkwi prawosławnych na Chełmszczyźnie i Podlasiu sto przerobiono
juŜ na kościoły rzymskokatolickie, ponad siedemdziesiąt zostało spalonych >albo uległo zniszczeniu w inny
sposób, prawie tyle samo zamknięto; Ŝe juŜ w sierpniu po stu trzydziestu tamtejszych świątyniach
prawosławnych pozostał tylko popiół?

I sługa tego Kościoła chce mnie uczyć tolerancji! CzyŜ nie wie, Ŝe od roku 1941 do 1943 podczas
katolickiej krucjaty przeciw Serbskiemu Kościołowi Prawosławnemu dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć
cerkwi obrabowano, zburzono, przemieniono w magazyny, szalety, stajnie, Ŝe dwieście czterdzieści tysięcy
prawosławnych Serbów nawrócono pod bezwzględnym przymusem na katolicyzm, a blisko siedemset
pięćdziesiąt tysięcy prawosławnych Serbów — chrześcijan! — wymordowano, często po straszliwych
torturach? śe obcinano im uszy, nosy, wykłuwang oczy, Ŝe wyrywano im włosy, brody, Ŝe ich skalpowano?
śe dzieci, starcy, męŜczyźni i kobiety byli ścinani, sztyletowani, rozstrzeliwani, duszeni, topieni, Ŝe palono
ich Ŝywcem, ćwiartowano ich Ŝywcem, krajano Ŝywcem na kawałki, grzebano Ŝywcem i rozpinano Ŝywcem
na krzyŜach?

CzyŜ nie wie, Ŝe zamordowano równieŜ co najmniej trzystu prawosławnych księŜy, Ŝe w Zagrzebiu,
stolicy Chorwacji, gdzie rezydowali prymas arcybiskup Stepinać oraz legat papieski Marcone, metropolita
prawosławny Dozyteusz był torturowany tak okrutnie, iŜ popadł w obłęd? śe uduszono osiemdziesięcioletniego
metropolitę Sarajewa Petera Simonicia, Ŝe osiemdzie-sięciojednoletniemu biskupowi Platovowi z
Banja Luki podkuto stopy jak koniowi, po czym zmuszono go, by szedł dopóty, dopóki nie stracił
przytomności, później zaś rozniecono ogień na jego piersi, wykłuto mu oczy, odcięto uszy, nos, w końcu go
dobito?

CzyŜ nie wie, Ŝe haniebne wyczyny jego Kościoła w tej „Chorwacji Boga i Maryi”, w tym
„Królestwie Chrystusa”, były tak ohydne, iŜ zaprotestowały nawet niemieckie czynniki oficjalne, dyplomaci,
generalicja, funkcjonariusze partyjni, nawet słuŜba bezpieczeństwa SS i wreszcie takŜe hitlerowski minister
spraw zagranicznych polecił, by wyraŜono w Zagrzebiu zdecydowaną dezaprobatę rządu Rzeszy dla
„niesamowitych ekscesów”, mało tego, sam Hitler oświadczył: „Kiedyś rozprawię się z tym reŜimem — ale
nie teraz!”?
CzyŜ nie wie, Ŝe Kościół katolicki miał ścisłe powiązania z tym państwem, Ŝe nie tylko był jego
duchowym protektorem i adherentem, ale ponadto część kleru, zwłaszcza jezuici, a jeszcze liczniej
franciszkanie, wzięła czynny udział w masakrach? śe duchowni przyznawali się, iŜ „często sięgają po pistolet
maszynowy”, iŜ „nadszedł czas na uŜywanie rewolweru i pistoletu”, iŜ „nie jest juŜ grzechem zabicie
siedmioletniego dziecka, jeśli naruszy ono ustaszowskie prawo”. „W moŜliwie krótkim czasie wymordować
wszystkich Serbów — oto nasz program”. CzyŜ nie wie, Ŝe prymas Alojzije Stepinać dopatrzył się „w tej
akcji ręki Boga”, Ŝe wyraził on w jednoznacznych słowach podziękowania chorwackiemu klerowi, „przede
wszystkim franciszkanom”, i usprawiedliwił nawet „metody zastosowane przeciwko śydom”? śe sam ojciec
święty, prywatnie multimilioner, Pius XII szefa partii, rządu i państwa — tego raju dla morderców — Antego
Pavelicia (który nazywał zresztą swoje państwo „Królestwem BoŜym”) przyjął w Watykanie na uroczystej
audienq’i, na poŜegnanie Ŝyczył mu powodzenia w „dalszej pracy”, a” podczas samej audiencji pochwalił go
jako „praktykującego (!) katolika”?

I przedstawiciel tego Kościoła Ŝąda ode mnie, bym przeprosił innego sługę tego Kościoła! Czy ten
człowiek jest szalony? Nieświadomy? Bez charakteru? Jakkolwiek się to przedstawia, ja zrobię co innego.
Tak, postaram się mu przysłuŜyć — a mianowicie udzielę mu pewnej rady, wskaŜę mu coś palcem, i niech on
bądź jego przełoŜeni skorzystają z tego w pełni, ci ostatni bowiem mogliby zobaczyć w nim człowieka z
inwencją, odznaczającego się wyczuciem potrzeb duszpasterskich, zrozumieniem potrzeby zwiększenia
powszechnej poboŜności, umiejętnością nieomylnego rozpoznawania, co jest, a co nie jest katolickie; Bóg
raczy wiedzieć, czy ten duchowny nie zasługuje na awans…

Wspólnota świętych, do której on naleŜy, ma, jak wiadomo, patronów do wszystkiego; są to święci,
których ludzie wzywają na pomoc i których czczą jako tych, co mają w swojej opiece konkretne kościoły,
osoby, stany, zawody, a dzieje się tak zarówno na podstawie prawdy wiary dotyczącej wspólnoty właśnie
świętych, jak teŜ na podstawie doktryny pouczającej o róŜnych funkcjach mieszkańców Królestwa BoŜego.
Bóg potrzebuje pomocników — do „dalszej pracy”; do pracy w Winnicy Pańskiej.
Ale wśród owych patronów, owych świętych zapewniających ochronę, są i tacy, którzy opiekują się
rzemiosłami wręcz krwawymi, aŜ nazbyt krwawymi, dlaczegoŜ by nie, skoro krew ma w tym Kościele tak
wielkie znaczenie! Pośród tego mnóstwa patronów — uświadomiłem to sobie właśnie wówczas, gdy
zainteresowałem się „Chotwaq’ą Boga i Maryi”, owym „Królestwem Chrystusa” — brak jednak wciąŜ
patrona komendantów obozów koncentracyjnych. Takiego „autentyku” zabrakło we wspaniałej galerii katolickich
monstrów. (Chciałoby się powiedzieć, Ŝe ojcem chrzestnym tego sformułowania jest kodeks karny).
Krótko mówiąc: dla wypełnienia luki, o którą tu chodzi, proponuję osobę franciszkanina Filipovicia-
Majstorovicia, zwanego „bratem-szatanem”. Będąc komendantem obozu koncentracyjnego w Jasenovcu,
osławionego masowymi egzekucjami, zlikwidował w ciągu czterech miesięcy niemało, bo czterdzieści tysięcy
osób, ma więc za sobą praktykę zawodową, a w 1945 roku doczekał się męczeńskiej korony.
Wynieśmy go na ołtarze!

Czy kaci mają juŜ swojego patrona? ZwaŜywszy na rolę, jaką to właśnie rzemiosło odgrywało w
cywilizacji chrześcijańskiej, brak ich patrona byłby wprost niepojęty. Ale jeśli go nie ma, to proponuję
kolejnego koryfeusza: franciszkanina-stypendy-stę Brzicę. W ciągu jednej nocy, 29 sierpnia 1942 roku,
skrócił on w Jasenovcu o głowę tysiąc trzysta sześćdziesiąt osób, posługując się specjalnym noŜem.
Wynieśmy go na ołtarze!
Czy takie kanonizaq’e nie zdziałałyby więcej niŜ przedłuŜenie porannego kazania z trzech do
poprzednich pięciu minut? Oby w ich następstwie „podstawowe wartości chrześcijaństwa” — by powtórzyć
za diakonem i jego słowami zakończyć — oby dzięki nim wiara chrześcijańska „jako pomocna w Ŝyciu
kaŜdemu z osobna i wszystkim ludziom razem, lepiej docierała i wywoływała entuzjazm”! Niechaj pracują na
to serca, umysły, ręce — czy tak, jak u skracającego o głowę Brzicy, czy raczej tak, jak u diakona bez głowy?
Drogi panie Huemer, Ŝyczę Panu wszystkiego najlepszego.
Karlheinz Deschner

Występ solowy Deschnera w bibliotece
albo Przeciwko dwojgu ewangelickim oszczercom
Deschner
HaBfurt, 7 II 1987
Do Redakcji „Marler Zeitung”
Szanowna Redakcjo,
powołując się na znaną Państwu ustawę prasową, uprzejmie proszę o zamieszczenie w miejscu, w którym
został omówiony mój wieczór autorski w Marł, następującego sprostowania:

1. Nieprawdą jest to, co napisano 2 II 1987 w „Marler Zeitung” w artykule pod tytułem Występ solowy
Deschnera w Insel: silą słów przeciw chrześcijaństwu, a mianowicie, Ŝe Deschner „poprosił pod koniec
wieczoru autorskiego w bibliotece [ośrodka kultury] «Insel» o powstrzymanie się od braw i zwrócił się do
słuchaczy z prośbą o zastąpienie ich «wsparciem materialnym i du-chowym»”. To prawda, iŜ od ponad dwóch
lat, po największym wstrząsie w moim Ŝyciu, nie pragnę juŜ braw, o czym za kaŜdym razem informuję
audytorium, powtarzając to wyjaśnienie; w Marł brzmiało to, jak wynika z nagrania magnetofonowego
dokonanego przez pracowników biblioteki, tak: „Proszę państwa o niewyraŜanie aplauzu. Jeśli zamiast
uznania, braw dla mnie, pomogliby państwo komukolwiek, ale nie mnie, materialnie bądź, co teŜ jest
chwalebne, duchowo, byłby to gest o wiele rozsądniejszy”.
Dziennikarka tej gazety zniekształciła moje słowa w sposób perfidny (być moŜe spała), zmieniła je w
swoisty apeł o jałmuŜnę, i napisała: „Trzeba by kupować jego ksiąŜki choćby przez współczucie […]”.

Zanim
to napisała, mogła zasięgnąć języka u aŜ stu pięćdziesięciu słuchaczy albo przesłuchać (widoczną wówczas
dla wszystkich) taśmę magnetofonową; na nią spadnie odpowiedzialność, jeŜeli owo zgodne z tendencją
artykułu pomówienie trafi do innych gazet czy ksiąŜek, co nie byłoby pierwszym takim wypadkiem.
Moja Kryminalna historia chrześcijaństwa, której fragmenty czytałem, doczekała się w cztery
miesiące od ukazania się drukiem czwartego wydania. Według informacji zawartej w niewielkiej broszurce
wydawnictwa Rowohlt Uber Karlheinz Deschner. Leben, Werke, Resonanz (O Karlheinzu Deschnerze. śycie,
twórczość, recepcja), jestem sponsorowany przez „pewnego wspaniałomyślnego Szwajcara”. Ale i bez tego
nie pozwoliłbym sobie nigdy na zwrócenie się do publiczności o „wsparcie materialne i duchowe”. Nawet w
koszmarnym śnie nie mógłbym zapragnąć, Ŝeby kupowano moje ksiąŜki „przez współczucie”. Mam kilka
milionów czytelników i przypuszczam, Ŝe jeszcze nikt nie kupił Ŝadnej z moich ksiąŜek przez współczucie.
Ale tamta chrześcijańska dziennikarka nie ma jak oponować. I dlatego, Ŝe nie moŜe zbić Ŝadnego z moich
argumentów (nawet nie usiłuje tego zrobić), ucieka się do drwiny i pisze nieprawdę — typowe zachowanie.
I dlatego, Ŝe równieŜ nikt inny nie mógł mi zarzucić kłamstwa, przypisuje mi ona „arogancję
człowieka chcącego zawsze mieć rację” i twierdzi, Ŝe była to dla mnie okazja do „pławienia się w arogancji i
bucie tego jedynego, który wie”. Kto mnie zna, wie, Ŝe nie kwapię się do dyskutowania; w swoim zawodzie
naprawdę dobrze czuję się tylko za biurkiem. Kto mnie zna, ten wie, Ŝe nie jestem bynajmniej arogancki,
chyba Ŝe w stosunku do pewnego określonego typu ludzi. A w mniemaniu, jakie faktycznie mam o sobie: iŜ
po kilkudziesięciu latach zajmowania się historią chrześcijaństwa (przy stugodzinnym tygodniu pracy) wiem
na ten temat chyba nieco więcej niŜ niejeden ministrant albo ten i ów spośród moich słuchaczy, nie wyraŜają
się — mam nadzieję — arogancja i buta. Pozostawmy bez komentarza słowa o „tym jedynym, który wie”.
W wiedzy dopatruję się — cum grano salis — nieszczęścia, ale prawdziwym nieszczęściem jest dla
mnie (ludzka) niewiedza. Do nauki, zwłaszcza do historiografii, odnoszę się sceptycznie i z wiekiem
dochodzę do przekonania, Ŝe najmniejsza pomoc znaczy więcej niŜ największa myśl.

2. Nieprawdą jest to, co w „Marler Zeitung” zostało stwierdzone juŜ w tytule: Wieczór autorski bez
moŜliwości sprzeciwu. Prawdą jest natomiast, iŜ nie zabrakło głosów przeciwnych, w których przewaŜały
wątpliwości, ale zdarzały się i protesty. NiemalŜe zawsze zachęcam i — jeśli mnie całkiem nie zawodzi
pamięć — zachęciłem takŜe w Marł do metodycznego powątpiewania, do „niewiary” w moje wywody, a
uczyniłem to jednoznacznie, bo — cóŜ za arogancja! — uwaŜam, Ŝe mogę sobie na to pozwolić, w
przeciwieństwie do tych, którzy zawsze odwołują się do wiary i muszą się do niej odwoływać.

Zachęcam jednak równieŜ do porównywania argumentów obu stron, to znaczy: do myślenia, samodzielnego
rozstrzygania, ale nie do powtarzania czegokolwiek jak modlitwy!

3. Nieprawdą jest, Ŝe „To, co nie było moŜliwe przez dwie i pół godziny trwania imprezy,
mianowicie dyskusja, zaczęło się później w mniejszych grupach”. Prawdą jest natomiast, Ŝe czytałem
przez godzinę i kwadrans, a potem tyleŜ czasu dyskutowano. JeŜeli faktycznie, jak utrzymuje gazeta —
„siła słów tego krytyka Kościoła zdruzgotała słuchaczy”, to nie ja jeden wywołałem taki efekt.
W (ustnych) debatach nie odznaczam się jednak siłą swoich słów (czym upodabniam się nawet do
świętego Pawła, z którym nie miałbym zbytniej ochoty stanąć w jednym szeregu): poruszane kwestie
mówią same za siebie więcej, niŜ ja mógłbym powiedzieć (u Pawła wygląda to inaczej).

4. Jeśli owa chrześcijańska reporterka uwaŜałaby „za przynajmniej uczciwszą […] polemikę z
teologiem”, to przychodzi mi wyjaśnić, iŜ przebieg imprezy zaleŜał nie ode mnie, lecz od organizatorów,
których dobrym prawem jest taka koncepcja wieczoru autorskiego bez polemiki — to jest zresztą reguła
z nielicznymi wyjątkami. Czy po prelekq’i teologa „Marler Zeitung” Ŝyczyła sobie kiedykolwiek
polemiki z wrogiem Kościoła? Idę o zakład, Ŝe jeszcze nigdy! A dlaczego odwrotnie? Czy w ogóle
polemizuje się z kazaniami? Czy po kazaniach odbywają się dyskusje? Na przykład po „Słowie na
niedzielę”? Nie pozwala na to nie tyle „dostojeństwo” materii, ile ona sama! Na pojedynki słowne ze
mną i innymi przeciwnikami Kościoła zapraszano dziesiątki teologów, ale nie zjawił się prawie Ŝaden.
Oni nie mogą sobie na to pozwolić. Jak zarazy boją się poraŜki w merytorycznej dyskusji oraz
krytycznej eksplikacji.

5. Typowa jest postawa duchownego — podobnie jak owa dziennikarka ewangelika — który
spotwarzył mnie w artykule na czterech szpaltach „Marler Zeitung”, zanim jeszcze wystąpiłem w tym
mieście; który wyrzekał, Ŝe proponuje się „takiego literata”, ogłupiającego słuchaczy w stylu „Sturmera”,
Ŝe doprowadzam do „upadku kultury” (mój dawniejszy i obecny wkład do niej jest chyba większy niŜ
wkład tego pastora), Ŝe w moich wypowiedziach „powraca w najlepsze mentalność «Sturmera» oraz
hasła, które w III Rzeszy pociągnęły za sobą zagładę ludzi inaczej myślących i wysegregowanych pod
względem rasy”. Człowieku! Czy ja kiedykolwiek rozgłaszałem kłamstwa i przeraŜające opowiastki o
śydach? Czy porównywałem śydów ze świniami, czy lŜyłem ich jako „gorszych niŜ prosięta”!? Czy
Ŝądałem dla nich kary śmierci za udział w naboŜeństwach, zakazu publikacji, zniszczenia ich domów,
szkół, synagog, Ŝeby zniknęli „na wieki” i „na chwałę Pana naszego i całego chrześcijaństwa, by Bóg
przekonał się, Ŝe jesteśmy chrześcijanami”!? Czy to ja napisałem to, a oprócz tego tyle innych
podobnych rzeczy, które trzeba uznać za nakłanianie do zbrodni?

Nie, to napisał Marcin Luter, w którego Kościele ksiądz pastor słuŜy! Luter, na którego słusznie
powoływał się Streicher, szef wydawanego w Norymberdze „Sturmera”! I ten pastor mnie zarzuca styl i
mentalność „Sturmera”!

CzyŜby ten człowiek nie wiedział o tym, Ŝe juŜ w IV wieku chrześcijanie podpalali synagogi, a
biskupi deklarowali Ŝarliwą solidarność z podpalaczami? CzyŜ ten człowiek naprawdę nie wie, Ŝe
hitlerowska gwiazda dla śydów ma swoje źródło w średniowiecznym papiestwie i prawie kościelnym?
śe niesławnej pamięci slogany „Sturmera”: „Nie kupujcie u śydów!”, „Ojcem śyda jest szatan”,
pochodzą od chrześcijańskich świętych? CzyŜby ten człowiek nie wiedział, Ŝe mające długą i krwawą
tradycję prześladowanie śydów przez chrześcijan wiedzie prosto do hitlerowskich komór gazowych?
CzyŜ ten człowiek naprawdę nie wie, z jakim entuzjazmem właśnie jego Kościół, Ewangelicki Kościół
Niemiec, układał się z Hitlerem i nazistami? śe w wielu Kościołach krajowych odsunięto nawet śydów
wyznania ewangelickiego od praktyk religijnych? JeŜeli tego nie wie, to wyzywani go na pojedynek
słowny w Marł — ale od razu dodam: on się uchyli od tego. JuŜ raz tak zrobił: najpierw na czterech
szpaltach, w najlepszym stylu klechów, obrzucił mnie błotem, domagając się zresztą „szansy na replikę”,
potem zaś, gdy przyjechałem do Marł, sam świecił nieobecnością; wiedział, co czyni.
Mało tego: ów pastor sugeruje, Ŝe opowiadam się za „moralnością autorytarną” i walczę z „etyką
współczucia”. W rzeczywistości właśnie współczucie, właśnie to, Ŝe nie potrafię się pogodzić z
cierpieniem, niesprawiedliwością, przemocą, stało się moją główną motywacją pisarską, a zaświadczają
o tym wszystkie moje publikacje. Podobnie, powodowany braterskim podejściem do zwierząt, nie jadam
ani mięsa, ani ryb. Ów sługa Boga kłamie twierdząc, Ŝe ja, Karlheinz Deschner, nie uznaję juŜ „Ŝadnych
wartości w Ŝyciu człowieka prócz absolutnej wolności władzy”.
In summa: elukubracje owego ewangelickiego pastora przypominają mi, tak jak wywody tamtej
ewangelickiej damy, pewne (cytowane z pamięci) zdanie Karla Krausa: Zniekształcenie rzeczywistości w
relacji stanowi wiarygodną relację o rzeczywistości.
Z wyrazami szacunku

Karlheinz Deschner
Alternatywa dla świąt BoŜego Narodzenia
Chrześcijańska baśń o BoŜym Narodzeniu jest nam wszystkim tak dobrze znana, iŜ wielu sądzi,
Ŝe znajduje się w kaŜdej Ewangelii. Ale opowiada ją tylko Łukasz, a wywiódł ją niemalŜe w całości z
Ŝydowskich i pogańskich legend. I poniewaŜ jedynie na zmyślenia zdobyli się takŜe Marek, Mateusz i
Jan, to i sam Albert Schweitzer dochodzi do następującego wniosku: „Nie ma niczego, co byłoby
bardziej negatywne niŜ rezultaty badań nad Ŝyciem Jezusa. Ów Jezus z Nazaretu, który pojawił się jako
Mesjasz, zapowiedział Królestwo BoŜe i zmarł, by nadać dziełu swego Ŝycia znamiona świętości, nigdy
nie istniał”.
Zastąpmy więc pasterkę, uroczyste kazania i Bóg raczy wiedzieć, jakie jeszcze inne chimery
szczęśliwości, bodaj chwilową refleksją historyczną.

Radzę zostawić choinki w lesie, a świece w domu towarowym i raczej zapalić światło z myślą o
sobie samych. JuŜ bowiem nawet przy nikłym oświetleniu staje się jasne to, Ŝe niewiele jest rzeczy tak
błahych, jak cały ten boŜonarodzeniowy blichtr i fałsz dookoła, prawie nic zaś nie ma tak wielkiego
znaczenia, jak niedostatek dotykający bliźniego.

Lepiej nakarmić głodującego, niŜ się samemu przejeść i
wrzucić swoje pieniądze w paszczę przemysłu. Zamiast rok w rok wsłuchiwać się w słowa rzymskiego
„świętego Mikołaja”, naleŜałoby się zainteresować kapitałem, jakim dysponuje Kościół, jego nadal
olbrzymimi posiadłościami ziemskimi oraz zarobkami purpuratów. Niejednego zdziwiłyby one bardziej
niŜ wszystkie boŜonarodzeniowe cuda opisane przez Łukasza i niejeden zrozumiałby pewno, dlaczego
juŜ w dniu narodzin Pana znalazły się w pobliŜu wół i osioł. „Lud — mówi Arno Holz — ma duŜe szare
uszy, a jego poganiaczami są rabini, księŜa i pastorzy”. Krótko mówiąc, zamiast śpiewać „o świeczkach
na choince”, warto byłoby sobie przypomnieć, gdzie jeszcze się coś pali na tym świecie; moŜna by odtąd
odwrócić tę ohydną zabawę: codzienne swoiste BoŜe Narodzenie, a tylko w BoŜe Narodzenie — dni
powszednie. Proponuję: od zaraz zrezygnować z poruszania w pełnym tajemnic dniu narodzin Pana —
przez najdawniejszy Kościół, który przecieŜ musiał to wiedzieć najlepiej, wiązanym z datą 19 kwietnia,
20 maja lub 14 listopada — słynnego tematu
„A na Ziemi pokój ludziom dobrej woli” i kazać zamilknąć wszystkim chórom dziecięcym,
dzwonom katedralnym i klechom. Niech wszelkie przejawy popadania w nastrój sentymentalny zasłuŜą
na potępienie, niech zostanie surowo ukarany kaŜdy, kto będzie miał w domu choinkę, kto zaintonuje
kolędę, kto złoŜy Ŝyczenia „Wesołych Świąt”, kto będzie z namaszczeniem rozprawiał o pokoju albo
wypowie jakieś inne naboŜne słowa.

Zamiast tego niech stanie się obowiązkowe uprawianie właśnie w owym dniu — intensywniej, z
większą koncentracją i, jakŜe by inaczej, z całym chrześcijańskim elan vital i elan d’amour — tego, co
zwykle rozkłada się równomiernie na cały rok: szerzenia niezgody, nienawiści, jadu, przemocy, ledwo
skrywanego barbarzyństwa, wojny wszystkich przeciw wszystkim. Teraz intrygujmy w BoŜe
Narodzenie, dopuszczajmy się iście diabelskich oszustw, rzucajmy oszczerstwa, judźmy i niszczmy
bliźnich. Aut Caesar aut nihil, aut vincere aut mori. Kto zabija przez cały rok, niechŜe teraz popełnia swe
mordy rabunkowe, seksualne, z mocy prawa — juŜ tylko w BoŜe Narodzenie. I niech odtąd wszystkie
wojny toczą się wyłącznie w ater dies.

A w pozostałe trzysta sześćdziesiąt cztery dni niechaj panuje bezwzględny rozejm,
najwspanialszy pokój, niech kaŜdy postępuje tak, jak postępowalibyśmy pewno, gdyby była choć
odrobina prawdy w tym, co słyszymy tutaj spomiędzy choinek, ze szklanych ekranów, w kościołach. „A
na Ziemi pokój ludziom…” — gdy tymczasem ludzkość w kaŜdej minucie kaŜdego roku trwoni bez mała
milion marek na zbrojenia i co kilka sekund umiera z głodu jakieś dziecko. „Cicha noc, święta noc,
wszystko śpi […]”. OtóŜ to.

Nota o autorze
Karl Heinrich Leopold Deschner urodził się 23 maja 1924 r. w Bambergu. Jego ojciec Karl, leśnik i
hodowca ryb, pochodził ze skromnej rodziny katolickiej. Matka, Margareta Karolinę, z domu Reischbóck,
protestantka, wychowywała się w pałacach swego ojca we Frankonii i Dolnej Bawarii. Później przeszła na
katolicyzm.
Karlheinz Deschner, najstarszy z trójki dzieci, uczęszczał do szkoły podstawowej w Trossenfurcie
(Steigerwald) w latach 1929-33, później do seminarium franciszkańskiego w Dettelbach nad Menem, gdzie
początkowo zamieszkał z rodziną swego ojca chrzestnego (i bierzmowania), radcy duchownego Leopolda Baumanna,
a później w klasztorze franciszkanów. W latach 1934-42 uczęszczał w Bambergu do Starego, Nowego i
Niemieckiego Gimnazjum jako uczeń Internatu Karmelitów i Angielskich Panien. W marcu 1942 r. zdał maturę.
Studia zaczął zaocznie na wydziale leśnictwa Uniwersytetu Monachijskiego, w latach 1946/47 słuchał
wykładów z dziedziny prawa, teologii, filozofii i psychologii w WyŜszej Szkole Filozo-ficzno-Teologicznej w Bambergu. W latach 1947-51 na uniwersytecie w Wiirzburgu studiował nowe literaturoznawstwo niemieckie,
filozofię i historię. Studia zakończył w 1951 r. broniąc pracy doktorskiej na temat Liryka Lenaua jako wyraz metafizycznej rozpaczy. Z zawartego jeszcze w tym samym roku małŜeństwa z Elfi Tuch urodziło się troje dzieci:

Katja, (1951), Barbel (1958) i Tho-mas (1959-1984).
W latach 1924-1964 Deschner mieszkał w byłej siedzibie myśliwskiej ksiąŜąt biskupów w Tretzendorf
(Steigerwald), następnie przez dwa lata w domku wiejskim swego przyjaciela w Fischbrunn (Hersbrucker
Schweiz). Wreszcie przeniósł się do HaBfurtu nad Menem, gdzie mieszka do dziś.
Karlheinz Deschner uznawany jest za współczesnego Wol-tera i „najwybitniejszego krytyka Kościoła
ostatnich stu lat”. Publikował powieści, krytykę literacką, eseje, aforyzmy, a przede wszystkim dzieła historyczne z
zakresu krytyki religii i Kościoła: Abermals kraehte der Hahn (1962), Mit Gott und den Faschisten (1965), Kirche
und Faschismus (1968), Kirche und Krieg (1970), Das Kreuz mit der Kirche (1974), Opus Diaboli (1987). Wygłosił
ponad dwa tysiące odczytów, które zarówno fascynowały jak prowokowały słuchaczy.

W 1971 r. stanął przed sądem w Norymberdze oskarŜony o „zniewaŜanie Kościoła”.
Od 1970 r. pracuje nad zakrojonym na wielką skalę opus magnum: Kńminalgeschichte des Christentums
(Historią kryminalną chrześcijaństwa). Z zaplanowanych dziesięciu tomów do dziś ukazały się cztery. PoniewaŜ
dla tak niespokojnych i niepokojących duchów jak on nie ma posad, urzędniczych stanowisk, stypendiów
naukowych, gratyfikacji i dotacji, całą jego ogromną pracę badawczą i jej prezentację umoŜliwiła jedynie
bezinteresowna pomoc kilku przyjaciół i czytelników, zwłaszcza poparcie serdecznego przyjaciela i mecenasa
pisarza, Alfreda Schwarza — który wraz z autorem przeŜywał wydanie pierwszego tomu Historii… we wrześniu
1986 r., ale drugiego juŜ nie doczekał — oraz niemieckiego przedsiębiorcy, Herberta Steffena.
W semestrze letnim 1987 r. na uniwersytecie w Munster prowadził Deschner seminarium na temat
„Historia kryminalna chrześcijaństwa”.
W 1988 r. za swe racjonalistyczne zaangaŜowanie i dokonania literackie — po Koeppenie, Wollschlagerze,
Ruhmkorfie — został wyróŜniony nagrodą im. Arno Schmidta, w czerwcu 1993 r. — po Walterze Jensie, Dieterze
Hildebrandtcie, Gerhardzie Zwerenzu — Alternatywną Nagrodą im. Biichnera, a w lipcu 1993 r. — po Andrieju
Sacharowie i Aleksandrze Dubćeku jako pierwszy Niemiec — otrzymał International Humanist Award.

Reklamy

Kabalistyczne drzewo życia ZION 2012

Dodaj komentarz

To będzie naprawdę niezwykła impreza sportowa. Analizując wszystkie informacje o zbliżającej się olimpiadzie człowiek zaczyna czuć się lekko zdezorientowany, gdyż wynika z nich że na przełomie lipca i sierpnia w Londynie może wydarzyć się dosłownie wszystko.

Jest wiele teorii na temat tego co wydarzyć się może podczas XXX Letniej Olimpiady w Londynie 2012.Zbiór symboliki i informacje na temat arsenału zgromadzonego w Londynie (tzw. środków bezpieczeństwa) na potrzeby imprezy, pozwala sądzić że organizatorzy i rząd brytyjski są przygotowani na wszystko.

 

Rok 2012 ma być początkiem wdrażania w życie planów kabalistów, których ostatecznym celem jest zniszczenie tzw. starej ery, oraz naszej opartej na chrześcijańskich fundamentach cywilizacji. Mnogość symboliki związanej z londyńskimi igrzyskami dobitnie świadczy o tym że impreza ta, jako całość, będzie wielkim świętem okultystycznych Szkół Tajemnic, żegnających symbolicznie stary porządek i ukazujących ludzkości nową drogę oraz nadciągającą przyszłość. Olimpiada będzie oglądana przez miliardy ludzi, praktycznie we wszystkich krajach świata, zaś jej organizatorzy i pomysłodawcy zadbali o to by ludzie ci za jej pośrednictwem dokładnie zaznajomili się z głównymi elementami Nowej Ery. Tym samym sport schodzi na dalszy plan. W olimpiadzie w Londynie chodzi tak naprawdę o coś mniej oczywistego: o propagandę.

 

Impreza otwarcia


XXX Letnie Igrzyska Olimpijskie otworzą uroczyście córka kucharki królowa Elżbieta II oraz – syn raczej nie tego o kim się zazwyczaj mówi – książę William. Tak jak wszyscy Merowingowie, również i “Windsorowie” (pseudonim artystyczny) twierdzą że są potomkami legendarnego Domu Dawida. Ciekawe czy to samo tyczyło się wspomnianej wcześniej kucharki?

Otwarcie Olimpiady dokona się 27 lipca, czyli podczas jednego z czterech największych świąt “Illuminati” (Grand Climax – patrz: Kalendarz rytuałów Illuminati). Książę William będzie miał wtedy 30 lat, tak więc według Biblii będzie już prawdziwym mężczyzną (w wieku 30 lat Jezus rozpoczął nauczanie). Urodziny Williama, jak zapewne większość stałych czytelników wie, przypadają na celtyckie święto płodności i przesilenie letnie 21 czerwca. Ponieważ jego matka, księżna Diana z rodu Spencerów (rodu Winstona Churchilla, syna Kuby Rozpruwacza, słynnego premiera Wielkiej Brytaniioraz – w wolnych chwilach – druida) była młodą, zdrową kobietą, w czasie porodu dokonano … cesarskiego cięcia. Brzmi logicznie? Pewnie nie, ale tak właśnie było.

Nie znamy jeszcze wszystkich szczegółów związanych z dniem otwarcia, ale im bliżej D-day tym więcej się ich pojawia. Kolejną taką ciekawą informację podało dziś BBC.

 

Pożegnanie cywilizacji przemysłowej

 

W dzisiejszym newsie BBC czytamy o imprezie szykowanej na dzień otwarcia. Stadion olimpijski w Londynie zamieni się w… wieś. Typową, angielską wieś w skali mikro.

Na stadionie pojawią się łąki, pola i rzeki, zaroi się od piknikujących rodzin, ludzi uprawiających sport i rolników orzących pole.

Pojawią się prawdziwe zwierzęta, w tym 30 owiec, 12 koni, 3 krowy, 2 kozy, 10 kurczaków, 10 kaczek, 9 gęsi i 3 psy pasterskie.

Przewiduje się że ceremonię otwarcia obejrzy na żywo miliard ludzi.

Boyle, [człowiek odpowiedzialny za imprezę otwarcia] zdobywca Oscara i znany reżyser filmów Slumdog Millionaire oraz Trainspotting, powiedział że show inspirowany będzie sztuką Williama Szekspira “Burza” a jego przesłaniem jest odzyskanie ziemi z jej przemysłowego dziedzictwa. (Źródło:BBC News)

 

 

Zniszczenie starego ładu związane jest ze zniszczeniem starej gospodarki i tzw. cywilizacji przemysłowej. Przyszłość którą planują dla nas okultyści nie przewiduje wielkich fabryk i rządów zwalczających masowe bezrobocie… Większość nie zdaje sobie sprawy że problemy naszej cywilizacji i związanego z nią postępu oraz niszczenia środowiska, zostały zaplanowane na wiele lat wstecz przez przodków współczesnych elit.

Rząd przygotowuje się na jakiś większy ekonomiczny kryzys, włącznie z masowymi zwolnieniami będącymi częścią“nowej ekonomii”, globalizacji oraz postindustrialnej destabilizacji ekonomii. Po przeprowadzeniu kolejnych kosztownych badań, uczynny rząd wyciągnie dłoń do tych ludzi, tworząc w tym celu zwyczajowy, absurdalnie drogi program pomagający hordom bezrobotnych “dostosować się do zmian ekonomicznych” (…)

Podczas gdy nasza ekonomia upada a bezrobocie drastycznie wzrasta, nie mające co ze sobą zrobić tłumy ludzi zaczynają wchodzić w układy z korporacjami – wszystko byle by tylko uzyskać pozwalające przeżyć wynagrodzenie. Korporacje te, przy wsparciu niektórych agencji rządowych, zaczynają ‘organizować szkolenia i pomoc wspólnotową’ w celu złagodzenia bezrobotnym przejścia z godnej pracy do harówy za psie pieniądze, wspomagając tym samym coraz większy sektor usług publicznych…

Te wszystkie nowe firmy sektora usług publicznych, będące własnością spółek prywatnych (nazywajmy to po imieniu – korporacji), zajmą się coraz większymi populacjami bezdomnych, chorych, ubogich, więźniów, staruszków, sierot a nawet utrzymaniem parków, porządku na ulicach itd. Jeremy Rifkin, futurysta i guru New Age, niezwykle poważany w środowisku ustawodawczym, człowiek przemawiający kiedyś przed Kongresem amerykańskim o tym nadchodzącym “wyłączeniu”, napisał na ten temat książkę – bogatą w informację i przygnębiającą jednocześnie ‘End of Work’ (Koniec Pracy).

Więcej na ten temat w “Biblijnych Czasach Końca: Ekonomia”

W tym kontekście ciekawe jest powoływanie się organizatorów na “Burzę” Szekspira. Aby narodziła się Nowa Era, potrzeba prawdziwej burzy, potrzeba szeregu katastrof które pogrzebią Starą Erę. Również i tutaj symbolika planów tych ludzi jest wyraźnie widoczna. Oto krótkie streszczenie fabuły “Burzy” jakie prezentuje nam Wikipedia:

Prospero, prawowity książę Mediolanu, pozbawiony tronu przez swego brata Antonia wspomaganego przez Alonsa – królaNeapolu, zostaje wraz z córką Mirandą wyprawiony na morze w łodzi, którą Neapolitańczyk Gonzalo w sekrecie zaopatrzył w wodę i żywność, a także książki. Wygnańcy trafiają na wyspę, gdzie spędzą dwanaście lat. Dzięki swoim umiejętnościom magicznym Prospero uwalnia ducha Ariela, uwięzionego przez wiedźmę Sykoraks w pniu drzewa, który staje się jego sługą i niewolnikiem.

Przed ich przybyciem na wyspę jedyną ludzką istotą był tu Kaliban, syn Sykoraks. Oprowadza on rozbitków po wyspie, oni zaś odwdzięczają mu się, ucząc go ich języka i religii. Kaliban usiłuje jednak zgwałcić Mirandę, za co Prospero więzi go w jaskini.

Akcja sztuki rozpoczyna się w momencie, gdy w pobliżu wyspy, na której przebywają bohaterowie przepływa statek, którym płyną między innymi Antonio, Gonzalo oraz Alonso wraz z synem Ferdynandem i bratem Sebastianem. Prospero wywołuje tytułową burzę, która sprawia, że statek ulega katastrofie, a jego pasażerowie, bez większych obrażeń trafiają na wyspę.

Wypełniający polecenia Prospera Ariel manipuluje rozproszonymi na wyspie rozbitkami. Jego czary powodują, że Ferdynand i Miranda zakochują się w sobie, młodzieniec zaś stał się posłuszny czarodziejowi, aby uzyskać rękę jego córki. W kolejnym epizodzie Kaliban wraz z dwoma pijakami ze statku podejmuje groteskową próbę zamordowania Prospera i przejęcia władzy na wyspie. Trzecim elementem fabuły jest plan zamordowania Alonsa przez Sebastiana i Antonia, którego efektem ma być koronacja Sebastiana. W scenie finałowej dochodzi do spotkania wszystkich głównych bohaterów. Prospero przebacza Alonso i planuje wspólny powrót do Włoch.

Pałający chęcią zemsty kabaliści, zepchnięci na boczny tor przez rosnące w siłę chrześcijaństwo, usuwają się w cień aby spiskować i przygotowywać się na dzień w którym rachunki zostaną wyrównane. Przy pomocy magii i przebiegłości wzrastają w siłę i ostatecznie doprowadzają do katastrofy która zmusza rozbitków “ze starego świata” do życia w nowej rzeczywistości (czy też może w rzeczywistości przejściowej między Starym a Nowym) i uznania wyższości tych, których samo już imię oznacza sukces (Prospero). Ostatecznie ludzkość ma pogodzić się z odrzuconymi wcześniej okultystami, przyjąć ich wierzenia i filozofię życia i wkroczyć razem do Nowego Wspaniałego Świata. I żyli długo i szczęśliwie…

Fragment kwestii Mirandy, którą wypowiedziała na widok nieznanych jej dotąd ludzi, stał się tytułem książki Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya.

O, co za widok! Tyle cudnych istot!
Piękna jest ludzkość! O nowy, wspaniały, świat, w którym żyją tacy ludzie!

Drzewo Życia?Drzewo Życia?

 

Drzewo życia jest motywem powszechnie występującym w wielu mitologiach i kulturach świata [przede wszystkim w kabale] – jest mistycznym konceptem nawiązującym do więzi między wszystkimi formami życia na planecie, a także ewolucyjną metaforą wspólnego źródła pochodzenia całego życia. (angielska Wikipedia)


Wszędzie to UFO

 

W przypadku imprezy w Londynie wiele mówi się o niepokojących symbolach związanych z tzw. ujawnieniem istnienia życia pozaziemskiego. Jest tego naprawdę sporo – np. fikcyjne lądowanie UFO 27 lat temu podczas Olimpiady w Los Angeles (upadłe anioły?) w roku 1984. Podkreślmy to ostatnie: w roku 1984.

Wspomnę jeszcze o słynnym wywiadzie z nieżyjącym już Rickiem Clayem, o wskazówkach od byłegonazistowskiego naukowca Wernera von Brauna, czy też o tym że podczas trwania igrzysk, 6 sierpnia 2012 roku na powierzchni Marsa wylądować ma łazik MLS z którym naukowcy wiążą jakieś tam swoje wielkie nadzieje. Wszyscy wiemy że NASA jest zdeterminowana by znaleźć ślady życia na obcej planecie. Czy znajdą je podczas Igrzysk? Czy też może życie pozaziemskie samo do nich przyjdzie?

Wróćmy do samej ceremonii i poprzedzających jej imprez. Ponieważ jest to znaczące wydarzenie które oglądać będą miliardy ludzi z całego świata, nie może w jego trakcie zabraknąć również i muzyki.

 

Oprawa muzyczna i Hackney Weekend

 

Jeden z czytelników przysłał mi pewną ciekawostkę. Otóż według Wikipedii główną piosenką XXX Olimpiady, zaprezentowaną podczas ceremonii otwarcia ma być najnowszy hit Nicki Minaj “Starships”. Nie znalazłem jednak żadnego potwierdzenia tych rewelacji, nie wiem skąd ten wpis – najprawdopodobniej jest to czyjaś podpucha. Co nie znaczy że Minaj nie będzie związana z igrzyskami, gdyż jak poinformowano wczoraj wystąpi podczas wielkiej imprezy w Londynie dedykowanej właśnie olimpiadzie – Hackney Weekend. Do imprezy tej wrócimy później.

Niezależnie od wszystkiego, “jakiś” statek kosmiczny w Londynie wyląduje na pewno. Będzie nim zapewne “Starship” (statek gwiezdny) Nicki Minaj.

O Nicki Minaj wiemy kilka rzeczy.

Po pierwsze: ma ona spore problemy z przeciskaniem się przez szczeliny w płocie.

Po drugie: według krytyków muzycznych była kiedyś raperką z przekazem, dzisiaj zaś jest bardzo smutnym przykładem działania przemysłu muzyki rozrywkowej.

Po trzecie: wielka bogini przemysłu muzycznego Madonna namaściła ją na nową diwę luminiarskiej propagandy muzycznej (tak jak kiedyś Britney Spears i tą drugą z Mickey Mouse Club – z tym że ich gwiazdy szybko wygasły), tym samym stawiając Minaj w niemal równym szeregu co Lady Gaga. Dodam że zarówno Gaga jak i Madonna podpisały kontrakt z wytwórnią Interscope Records, skupiającą obecnie większość artystów z spod szyldu Illuminati. Niejasny jest sens podpisywania przez Madonnę kontraktu z nową wytwórnią, skoro posiadała przez tyle lat swoją własną (Maverick Records – skupiającą również wielu artystów alternatywnych, jak chociażby Prodigy, Muse czy Deftones). Nawet po jej przejęciu przez Warner Music Madonna dalej doskonale sobie radziła. Najwyraźniej podpis ten miał znaczenie bardziej symboliczne niż finansowe i chodzi o jakąś konsolidację wszystkich muzycznych propagatorów rozwiązłości (przykładowe utwory z najnowszej płyty kabalistki Madonny: I fucked up, Gang bang, I’m a sinner). Kontrakt z Interscope był dla wspomnianej wcześniej Lady Gagi tak ważny, że nakręciła nawet o tym teledysk.

Nicki Minaj raz za razem przypomina o tym kto wywindował jej karierę:

Mimo nazwy “Starships” ma w sobie niewiele elementów propagandy UFO, jednak już sam fakt że będzie on kojarzony z tą imprezą świadczy o tym że nasze “koko spoko” może nie jest takie złe.

…but fuck who you want
and fuck who you like

dance how a life
there’s no end inside

pieprz kogo chcesz, 
pieprz kogo lubisz

[tańcz jakby życie nie miało końca?]

Zabawne że wśród krytyki jaka spadła na ten utwór można znaleźć naprawdę wiele rzeczy: krytyka nowego, cukierkowego kierunku muzycznego obranego przez Nicki, krytyka płytkiego tekstu, krytyka kiczowatych ubiorów i oprawy koncertowej…

Ale nigdzie nie znalazłem choćby wzmianki o tym że przyszły hit imprezy poprzedzającej XXX LetnieIgrzyska Olimpijskie, bez skrępowania wzywa do seksu z kim popadnie. Świat przestał dostrzegać że tzw. postęp gloryfikuje zezwierzęcenie ludzi. Mi też trochę zajęło by to zrozumieć. Co ciekawe 27 lipca to czas który według Fritza Springmeiera służy składaniu ofiar i orgii seksualnych  Illuminati. To się dopiero nazywa mega-rytuał.

Czy przedstawiciele Domu Dana też będą pląsać do "fuck who you want?" Czy przedstawiciele Domu Dana też będą pląsać do “fuck who you want?”

 

Nie znam pełnej obsady imprezy muzycznej odbywającej się w ramach Olimpiady 2012, ale można znaleźć informację o wielu innych amerykańskich artystach przygotowujących się na tą noc. Żeby nie przedłużać wspomnę chociażby o obrońcy praw gejowskich Jay-Z i jego podopiecznej Rihannie.

“Według Business Week dwie tuzy muzyki rozrywkowej znowu połączą swoje siły, tym razem podczas imprezy poprzedzającej Igrzyska Olimpijskie 2012. Małe słoneczko Rihanna i jej mentor Jay-Z potwierdzają swój udział w imprezie.” (Fefe Siriano)

Rzeczywiście, to mason Jay-Z wywindował karierę Rihanny. Ich ostatnia kolaboracja, pamiętna “Umbrella”, może odnosić się do przyszłych wydarzeń. W piosence w której Rihanna oddaje swoją przyszłość i samą siebie w ręce tajemniczej “istocie” (jak sama śpiewa) i jej parasola ochronnego, Jay-Z wspomina o nadchodzącym “deszczu” i ciężkich czasach. Pyta się Rihanny po której stronie chce stanąć. Dzisiaj wiemy już jaka była jej odpowiedź – Rihanna nie chce być ofiarą szekspirowskiej “Burzy”.

Cała trójka: Jay-Z, Rihanna i Minaj wystąpi podczas Hackney Weekend w Londynie. Jest to impreza dedykowana igrzyskom olimpijskim która odbędzie się w dniach 23-24 czerwca, 2 dni po urodzinach księcia Williama. I tu mamy kolejną ciekawą datę związaną z kalendarzem Illuminati. 23 czerwca odbywają się Festiwale Ognia znane kulturom pogańskim, między innymi germańskiej, celtyckiej i słowiańskiej. Nazwy tych świąt są różne, wszystkie jednak są świętami radości, urodzaju i płodności. Czy hasło “fuck what you want” będzie pasowało do pogańskiego święta podczas festiwalu Hackney?Ja myślę.

Gustowna koszulka "friend with benefits" Minaj, Scaff Beeziego

Mimo tylu informacji wciąż nie wiem co się wydarzy w Londynie. Nie wiem czy w czasie Olimpiady spadnie deszcz. Nie wiem czy wybuchnie bomba atomowa. Nie wiem czy do Londynu przyleci statek “kosmiczny”.

Wiem jedno: statki kosmiczne, nędzna muzyka z dyskoteki i wezwanie do rozwiązłości (ciekawy miks) nigdy nie kojarzyły mi się z duchem sportu. Kiedyś potrafiono robić muzykę która naprawdę inspirowała – niestety takiej muzyki podczas XXX Letnich Igrzysk Olimpijskich Illuminati najprawdopodobniej nie uświadczymy.

 

Autor: Radtrap

Rewolucja (homo)seksualna

Dodaj komentarz

Jaki właściwie jest lansowany przez Playboya model mężczyzny? Jest zaabsorbowany swoim wyglądem, domem i mieniem. Chcę tyle seksu ile jest to tylko możliwe i wybiera swoje partnerki kierując sie głównie ich wyglądem. Jest skoncentrowany na sobie i nie zależy mu na głębszych więzach emocjonalnych lub przywiązaniu. Uważa, ze jedna kobieta może go tłamsić a dzieci byłyby jedynie obciążeniem.

Czy nie wygląda to na typowe zachowanie gejowskie? Powyższa postawa to ideał mężczyzny lansowany przez magazyn dla panów Playboy od lat 1950-ych.

Już w latach 1970-tych badania na studentach amerykańskich szkół wykazały, ze 3/4 badanych studentów opierało swój ideał mężczyzny na wzorach z Playboya, co przyniosło nieobliczalne szkody im samym, kobietom, dzieciom oraz społeczeństwu. Podobieństwo postawy lansowanej przez Playboya do ideału zachowania homoseksualnego nie jest przypadkowe. W roku 1948 ukazał sie tzw. Raport Kinseya, który ukształtował dzisiejsze powszechne podejście do seksu. Lansował on niczym nieskrepowana ekspresje seksualna i stal sie manifestem kontrkultury i rewolucji seksualnej. Raport ten zainspirował Hugha Hefnera do wydawania Playboya od 1953 roku.

Podstawą było twierdzenie, że aberacje seksualne są tak typowe wśród społeczeństwa, że stają się właściwie normą. Obecnie, dzięki badaniom psychologa dr Judith Reisman wiemy, ze Raport Kinsleya byl oszustwem. Kinsey był zatrudniony na Uniwersytecie Indiana jako zoolog i udawał konserwatywnego, tradycyjnego męża i ojca rodziny. W rzeczywistości był homoseksualista i perwertem, któremu udowodniono molestowanie dzieci. Zmuszał swoja żonę oraz studentów i asystentów do uczestnictwa w kręconych w domu filmach pornograficznych.

Używając słów Judith Reisman, idea Kinseya polegała na wyparciu tradycyjnej, wąskiej prokreacyjnej postawy judeochrześcijańskiej na sprawy seksu przez promiskuistyczną zasadę “róbta co chceta,” prowadzącą do stworzenia gejowskiego, biseksualnego, pedofilskiego raju. Okazało sie, że Kinsey oparł swoje wnioski na badaniu grupy składającej się w dużym stopniu z prostytutek i byłych więźniów, wśród których było wielu oskarżonych o molestowanie seksualne. Kinsey, który zmarł przedwcześnie na wskutek dolegliwości wywołanej nadmiernym onanizmem, twierdził np. ze 10% amerykańskich mężczyzn to geje, gdy w rzeczywistości ich udział w populacji wynosi około 2%.

Kingsey wraz ze swoim zespołem pedofilów molestował ponad 2 tys. dzieci oraz nieletnich, pod pretekstem udowodnienia, że mają one nieuświadomione potrzeby seksualne. W konkluzji dr Reisman pisze: “Rosnący udział patologii dotyczących libido w życiu Amerykanów, w szkołach, w sztuce, mediach, prawie oraz w polityce społecznej odzwierciedlają w rzeczywistości seksualne psychopatologie Kiunseya i jego grupy.”

Hugh Hefner powiedział, że Raport Kinseya “spowodował niesamowite przebudzenie seksualne, głównie dzięki udziałowi mediów, ale jest to dopiero początek. Ta książka była dla mnie bardzo ważna.” Z mesjanistycznym zapałem Playboy niósł pochodnie wolności seksualnej dla amerykańskiego mężczyzny, który w latach 1950-ych i 60-ych ciągle kojarzył seks z małżeństwem. Jednakże wolność ta okazała sie iluzją. Właściwym celem Playboya, podobnie jak i całej pornografii, jest bowiem uzależnienie mężczyzn od seksualnych fantazji. Aby tego dokonać, należy utrudniać znalezienie im prawdziwej satysfakcji w małżeństwie. Używając slow dr Reisman, “Playboy był pierwszym narodowym magazynem, który wykorzystywał strach młodych akademickich mężczyzn przed związkiem z kobieta i obowiązkami rodzinnymi. Playboy oferował pewny, komfortowy substytut dla monogamicznej heteroseksualnej miłości. Tak więc, Playboy i feministki – “zaprzysięgli wrogowie” zdrowych, heteroseksualnych związków seksualnych, mających swój wyraz w normalnym małżeństwie, znaleźli teraz wspólne pole do działania. W rezultacie tej (homo)seksualnej rewolucji, nasze społeczeństwo cierpi obecnie na epidemie rozbitych związków małżeńskich, pornografie, impotencje, molestowanie seksualne dzieci, przemocy seksualnej, rosnącej liczby nieletnich ciąż oraz zachorowań na AIDS i STD. Liczba urodzeń spadła w porównaniu do lat 1960-ych o 60% i osiągnęła poziom poniżej wymiany.

Zdaniem psychologa Richarda Cohena (Coming Out Straight: Understanding and Healing Homosexuality, 2000), homoseksualizm wynika z zaburzenia rozwoju spowodowanego brakiem związków uczuciowych dziecka z ojcem. Zdaniem Cohena, dorosły gej, poprzez seks z mężczyznami, próbuje zrekompensować brak miłości ojca, której nie zaznał w dzieciństwie. Sam Cohen był kiedyś homoseksualista a obecnie ma normalna rodzinę i troje własnych dzieci. Z kolei, Cohen przypisuje zachowanie lesbijskie kobiecej reakcji na brak miłości ojcowskiej lub przemoc z jego strony w dzieciństwie. Cohen wyleczył setki homoseksualistów, ale znajduje się obecnie pod nieustannym atakiem ze strony gejowskiego lobby za naruszanie ich politycznego programu, jakim jest próba przedefiniowania dotychczasowych norm społecznych. Psychiatra Jeffrey Satinover zwraca uwagę na inną jeszcze przyczynę homoseksualizmu. W swoich badaniach grupy 1000 gejów zwrócił uwagę, że w stosunku do 37% z nich starsi lub mocniejsi partnerzy używali przemocy fizycznej przed osiągnięciem wieku 19 lat. Według badan Anne Moir, pewien procent “gejów od urodzenia” może wynikać z zaburzeń równowagi hormonalnej w okresie płodowym, jednakże jest to znikoma ilość.

Przez cale wieki geje byli potępiani, uznawani za chorych i okrutnie prześladowani. Obecnie próbują przekonać świat, że to heteroseksualizm jest chorobą. W roku 1973 wymogli na Amerykańskim Stowarzyszeniu Psychologicznym, aby uznało zachowania homoseksualne jako normalne. Razem z feministkami (które z kolei uważają, ze heteroseksualizm jest zawsze despotyczny) geje zaczynają stopniowo demontować takie instytucje związane z heteroseksualizmem jak męskość, kobiecość, małżeństwo, rodzina, harcerstwo, sport, armia.

Wykorzystując swoje stanowiska zajmowane w mediach, geje, wspierani przez swoich liberalnych przyjaciół, kształtują obecnie naszą kulturową wrażliwość. Są odpowiedzialni za niedojrzałą obsesję pornograficznego seksu, który przenika do telewizji, kina, Internetu. Ten stan zahamowanego rozwoju ludzkiego jest typowy dla homoseksualistów, którzy maja problemy z ukształtowaniem pełnych długookresowych relacji. W sytuacji, kiedy za normalne uznamy kobiety zachowujące się jak mężczyźni i vice versa, wkrótce my też się do nich upodobnimy.

W instrukcjach dla aktywistów gejowskich radzi się w jaki sposób prezentować ich seksualność jako “normalną”, jak również w jaki sposób zwalczać “nadwrażliwość” heteroseksualistów na punkcie homoseksualizmu poprzez nachalne demonstrowanie swoich cech. Kiedyś zabrałem mojego syna do kina na film Adama Sandlera Billy Madison, w którym jeden nastolatek pytał drugiego: “Kogo wolałbyś zaliczyć, Pamele Anderson czy młodego Jacka Nicholsona?” Tak samo jak kiedyś komuniści promowali modę na radykalizm, tak obecnie wśród liberałów promuje się bycie gejem jako “trendy.” Geje i feministki uważają, że tradycyjna moralność została wynaleziona, aby utrwalać niesprawiedliwe status quo. W rzeczywistości, moralność to akumulacja mądrości ludzkości w rozpoznawaniu co jest zdrowe i co liczy sie w ostatecznym spełnieniu. Perwersja to dewiacja i odejście od tego co jest zdrowe. Moralność heteroseksualna umieszcza seks w kontekście miłości i/lub małżeństwa, ponieważ “uczłowiecza” ono seksualne apetyty. Zapewnia, że najgłębszy i najintymniejszy fizyczny akt pomiędzy dwojgiem ludzi wyraża wzajemny emocjonalno-duchowy związek. To jedyny sposób, w jaki seks może dać satysfakcje obojgu płciom, zarówno mężczyznom jak i kobietom. Również dla społeczeństwa jest on korzystny i zdrowy, ponieważ w naturalny sposób zapewnia owoce miłości – dzieci.

Przy pomocy Hugh Hefnera, Alfred Kinsey oddzielił seks od miłości i prokreacji. Zredukował go do jeszcze jednej fizycznej funkcji jak np. oddawanie moczu. Homoseksualiści uprawiają często anonimowy “sportowy” seks w łaźniach przez otwór w ścianie. Większość z nich ma od 10 do 100 partnerów każdego roku. W mniej ekstremalny sposób zastosowali taki model również heteroseksualiści. Jak pisze dziennikarz National Post, wiele znanych mu heteroseksualnych par rozeszło się, zmieniając styl życia na zabawowy, zmieniając często partnerów seksualnych i uczęszczając na niekończące się imprezy.

W konkluzji można stwierdzić, ze “rewolucja seksualna” była triumfem perwersyjnych homoseksualnych wartości i norm obyczajowych. Ideologią gejów i lesbijek było zdefiniowanie na nowo tego co zdrowe na dewiacje i vice versa. Trzeba przyznać, że odnieśli w tym sukces. W ciągu krótkich 40-u lat prawie wszystkie seksualne zakazy zostały obalone a społeczeństwo heteroseksualne poddaje się. Społeczne i kulturalne załamanie może się tylko pogłębiać. Niezbędna będzie kontrrewolucja.

Henry Makow, (tłumaczenie z prawaojca.org.pl)

"HERMETYCZNY ZAKON ZŁOTEGO BRZASKU"

Dodaj komentarz

Latem 1887 roku pewien angielski adept sztuki wolnomularskiej odnalazł stary manuskrypt zawierający dziwne słowa zapisane niezrozumiałym szyfrem. Dokument ten przekazał swemu „bratu” z Wielkiej Zjednoczonej Loży Angielskiej, dr Williamowi Wynnowi Westcottowi Tak rozpoczęła się okultystyczna przygoda, która dała początek wielkiemu odrodzeniu magicznemu końca XIX wieku.

Schyłek XIX wieku sprzyjał rozwojowi praktyk okultystycznych. Nowe odkrycia naukowe kwestionowały dotychczasowy spójny obraz świata. W szczeliny rozbitego kosmosu wdzierał się chaos i coraz wyraźniej przypominał o swojej obecności. Luki w rozbitym świecie całości starała się wypełnić w XVIII wieku ideologia racjonalistyczna, lecz jej spoiwo skruszało w niecałe sto lat później pod naporem kolejnych pytań i wątpliwości. Nie były to wszakże wątpliwości podszyte zwątpieniem w sens istniejącego świata, lecz raczej wynikające z żądzy otrzymania bardziej pełnych odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencjalne. Kiedy złudzenia racjonalizmu okazały się niedostateczne w objaśnianiu zagadek życia, wielu twórczych ludzi ogarnął niepokój, każący im szukać rozwiązań tych zagadek w samej tajemnicy ludzkiego umysłu.

Ten radykalny zwrot ku „doświadczeniu wewnętrznemu” pod koniec XIX wieku zaowocował narodzinami „czarnej powieści” i psychologii. A z ich mariażu, wzbogaconego o kontakt z innymi kulturami i systemami religijnymi, wyłoniło się wielkie zainteresowanie „wiedzą tajemną”, którą przyszli adepci woleli nazywać „okultyzmem”. Okultyzm stał się systemem magicznych i mistycznych praktyk rytualnych, mających na celu doskonalenie się jednostek. Jego adepci, grupujący się zwykle ze średnio zamożnych mieszkańców wielkich miast, lubili się odwoływać do wielowiekowych związków z pradawnymi i zapomnianymi arkanami wiedzy o naturze ludzkiej. I choć magia jak i mistyka znakomicie funkcjonowała obok i w ramach oficjalnych nurtów religijnych, to jednak dopiero w epoce Renesansu uzyskała samoświadomość i wyodrębniła się jako oddzielny nurt myślowy. Potrzeba było jednak kolejnych dwustu lat, żeby myśl przyoblekła się w kształty, a „okultyzm” przyjął instytucjonalne formy.

Niezależnie od rozmaitych podań o tajemnych bractwach Różokrzyżowców i własnych „historii” różnych grup okultystycznych, można spokojnie powiedzieć, że pierwszym jawnie istniejącym ugrupowaniem okultystycznym, które posiadało duży wpływ na klimat epoki było Towarzystwo Teozoficzne, założone w 1875 roku przez Helenę Bławatską. To właśnie dzięki nieustannemu wysiłkowi tej charyzmatycznej kobiety na grunt zachodni przeniesiono liczne elementy filozofii Wschodu, a Towarzystwo Teozoficzne skupiło się na studiach porównawczych między różnymi systemami religijnymi Indii i obszaru śródziemnomorskiego. Jednakże, w sferze praktyczno-rytualnej Towarzystwo Teozoficzne nie wnosiło nic nowego, a jego spotkania miały przebieg dysput filozoficznych bądź seansów spirytystycznych, czym nie różniły się prawie wcale od praktyk uprawianych wcześniej na dworach i salonach.

Tajemnice zaszyfrowanego rękopisu

Pod tym względem organizacją, która jako pierwsza zbudowała solidny system okultystyczny, był Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku. Zakon powstał w 1888 roku z inicjatywy trzech byłych teozofów i „różokrzyżowców”: dr Williama Wynna Westcotta, dr Williama Woodmana oraz Samuela Liddella MacGregora Mathersa. A przyczyną sprawczą, która doprowadziła do jego powstania, był tajemniczy zaszyfrowany manuskrypt, który rok wcześniej Westcott nabył od starego masona, wielebnego A.F.A. Woodforda. Po rozszyfrowaniu zawiłego pseudo-alfabetu Westcott odkrył, że rękopis ten zawiera pięć rytuałów masońskich niewiadomego pochodzenia. Zachęcony tym odkryciem, zwrócił się do Mathersa z propozycją, żeby ten napisał inne rytuały w oparciu o znaleziony rękopis, dając tym samym podstawy do założenia nowego zakonu okultystycznego.

W epoce „czarnej powieści” i konspiracji obowiązywała aura tajemniczości. Mając tego świadomość, Westcott doniósł, że rękopis zawierał również karteczkę z adresem pani Anny Sprengel z Norymbergi, spadkobierczyni nauk różokrzyżowców i przywódczyni tajemniczego zakonu Die Goldene Demmerung, wraz z notką przypisującą zaszyfrowane rytuały tej właśnie tradycji zakonnej. W wyniku korespondencji z rzekomą panią Sprengel, Westcott miał otrzymać upoważnienie do prowadzenia zakonu o tej samej nazwie, która po przetłumaczeniu na język angielski brzmiała „Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku”.

Współcześni badacze mocno wątpią w historyczność owego zaszyfrowanego rękopisu. Powołują się oni zazwyczaj na argumentację Ellica Howe’a, który w swej „demaskatorskiej” książce pt.: Magicians of the Golden Dawn (Magowie Złotego Brzasku) twierdzi, że William Wynn Westcott sfałszował oryginalne dokumenty Złotego Brzasku i sam wymyślił historyjkę o istnieniu pani Sprengel. Według Howe’a nie było żadnego związku między zakonem Złotego Brzasku a pradawną tradycją Różokrzyżowców. I choć w świetle współczesnej wiedzy na temat Różokrzyżowców wątpliwe wydaje się nawet ich istnienie, to jednak książka Howe’a wywołała prawdziwą burzę w świecie teoretyków i praktyków okultyzmu. Oto co dowodził Howe:

Wiadomo, że Westcott bardzo dobrze znał literaturę ezoteryczną i od wielu lat zajmował się studiowaniem wiedzy tajemnej, między innymi w bractwie „różokrzyżowym” Societas Rosicruciana in Anglia. W drugiej połowie XIX wieku stowarzyszenia tajemne wyrastały jak grzyby po deszczu, nic więc dziwnego, że Westcott marzył o stworzeniu własnego poletka, na którym mógłby popuścić wodze swojej fantazji. Realia tamtej epoki nie pozwalały mu jednak na stworzenie nowego zakonu bez odpowiedniej podbudowy mitycznej. Musiał wykazać, że jego zakon wywodzi się ze starożytnej linii przekazu, która drogą rozmaitych stowarzyszeń inicjacyjnych przetrwała po współczesne mu czasy. Wykorzystał w tym celu najpopularniejszy mit drugiej połowy XIX wieku – wiarę w istnienie Tajemnych Przywódców Świata, którzy z ukrycia kierują losami ludzkości.

Mitem tym posługiwała się między innymi Helena Pietrowna Bławatska, która utrzymywała że znajduje się w kontakcie z podobnymi do bogów mistrzami, zamieszkującymi śnieżne połacie Tybetu. Jej Towarzystwo Teozoficzne, najpotężniejsza chyba organizacja okultystyczna w latach osiemdziesiątych XIX wieku, miało działać z poręczenia tych właśnie mistrzów a przez to oddziaływać na losy świata. Bardzo możliwe, że Westcott stworzył zakon Złotego Brzasku na zasadzie konkurencji wobec Towarzystwa Teozoficznego, a wykorzystał do tego pomysły pani Bławatskiej. Znacząca jest tutaj zbieżność dat. Helena Bławatska osiedliła się w Londynie na stałe w maju 1887 roku, na trzy miesiące przed tym, kiedy Westcott ogłosił, że ma w rękach dziwny manuskrypt.

Przekazany Westcottowi rękopis zawierał dziwaczne pismo obrazkowe zapisane na starym papierze opatrzonym znakami wodnymi z 1809 roku. Dołączona była do niego kartka z napisem: „Sapiens dom[inabitur] ast[ris] jest przywódcą członków die Goldene Dammerung. Jest ona sławną soror. Nazywa się Fraulein Sprengel. Listy do niej kierować na adres: Herr J. Engel, Hotel Marquardt, Stuttgart. Jest ona 7*=4*, czyli Adeptem Wyższym”. Rzecz jasna, Westcott twierdził że udało mu się nawiązać kontakt z panią Sprengel, która przekazywała mu informacje od Tajemnych Przywódców Świata. Do dziś zachowało się sześć listów od sekretarza pani Sprengel, brata In Utroque Fidelis, których lektura nasuwa wszakże poważne wątpliwości co do ich autentyczności. Listy te są krótkie i zawierają wskazówki organizacyjne dotyczące tworzenia filii zakonu w Anglii. Mogłoby to świadczyć na korzyść roszczeń Westcotta, gdyby nie fakt że wskazówki te są napisane fatalną niemiecczyzną. Czyżbyśmy więc mieli tu do czynienia z fałszerstwem?

Odpowiedź jak zawsze w takich przypadkach nie jest jednoznaczna. W każdym bądź razie bardzo wątpliwe jest, by znalazcą owego manuskryptu był dr Woodford. Już bardziej prawdopodobna jest taka wersja, że to Westcott go w bibliotece swego rodzimego bractwa, Societas Rosicruciana in Anglia. Na korzyść tej hipotezy świadczy fakt, że zaszyfrowany rękopis przedstawiał rytuały inicjacyjne bardzo zbliżone do tych, jakie odprawiano w tym zakonie. Warto też o tym pamiętać, że Westcott, Mathers i Woodman byli prominentnymi postaciami w tej organizacji, której celem było „wzajemne pomaganie sobie w rozwiązywaniu wielkich problemów życia oraz odkrywaniu tajemnic natury”. Woodman stanął nawet na jej czele po śmierci Roberta Wentwortha Little’a, która nastąpiła w 1878 roku.

Jakby nie dość było wątpliwości ostatnie lata przyniosły nowe fakty, które z kolei świadczą na korzyść owych mitycznych źródeł Złotego Brzasku. W dużej mierze stało się to za sprawą polskiego badacza okultyzmu, Rafała Prinke. Otóż, okazuje się że na początku XIX wieku istniała pewna żydowska loża masońska we Frankfurcie, której nazwa „Chabrath Zereh Boqer Aour” oznaczała nie mniej ni więcej „Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku”. Niemalże identyczny napis widniał na owym tajemniczym manuskrypcie. Loża ta należała do masonerii Wielkiego Wschodu Francji, lecz jej członkowie zajmowali się również studiowaniem kabały. W 1817 roku otworzono w Londynie filię tej loży pod auspicjami księcia Sussex, który był jednocześnie Mistrzem Wielkiej Loży Angielskiej. Istnieje więc prawdopodobieństwo, że Westcott, Mathers i Woodman przynajmniej pod względem formalnym byli kontynuatorami tej linii przekazu.

Niezależnie od prawdy historycznej, w ten sposób skonstruowany mit założycielski pozwalał na rozwinięcie regularnej działalności okultystycznej. Aura tajemniczości i charyzmat przywódców ściągały do Złotego Brzasku licznych neofitów spragnionych „zakazanej wiedzy”. Nie byli to wszakże byle jacy gorliwcy, skoro znaleźli się pośród nich tak wybitni przedstawiciele swej epoki jak Arthur Machen (mistrz horroru i nauczyciel Lovecrafta), Bram Stoker (twórca „Drakuli”), Oscar Wilde (znany pisarz-skandalista), Allan Bennett (jogin i kabalista, założyciel pierwszej organizacji buddyjskiej na Zachodzie), czy William Butler Yeats (jeden z najwybitniejszych angielskich poetów).

Kabalistyczne Drzewo Życia

Tajemnica sukcesu Złotego Brzasku polegała przede wszystkim na rewolucyjnym pomyśle utworzenia hierarchii stopni inicjacyjnych w oparciu o system sefirotów kabalistycznego Drzewa Życia. Dotychczas wszelkie grupki okultystyczne, spirytystyczne i teozoficzne organizowały się w koła konspiracyjne lub struktury wtajemniczeń masońskich. Złoty Brzask zrywał z tą tradycją. Porzucał staroświecki i nieklarowny system inicjacyjny masonerii, a jednocześnie nie rezygnował z samej hierarchii inicjacyjnej. Pomysł przyswojenia dla potrzeb tej hierarchii sefirotów kabalistycznego Drzewa Życia nie tylko czynił system inicjacyjny bardziej przejrzystym, ale i pozwalał nadać kolejnym stopniom inicjacyjnym cechy poszczególnych sefirotów. Paradoksalnie, pomysł ten stanowił uboczny efekt starań Westcotta, by nadać zakonowi znamiona organizacji mocno osadzonej w tradycji ezoterycznej. Jak to często bywa, nieuświadomiona do końca idea przerosła swego twórcę.

Powiada się, że Kabalistyczne Drzewo Życia jest mapą wszechświata i człowieka (zgodnie z zasadą hermetyczną mówiącą, że makrokosmos odzwierciedla się w mikrokosmosie). Tworzy je dziesięć sefirotów, które rozmieszczone są hierarchicznie na trzech filarach, nazywanych filarami: sprawiedliwości, równowagi i łaski. Nie bez przesady można powiedzieć, że celem adeptów magiji jest wspinaczka po tym drzewie, albowiem każdy kolejno zdobyty na nim szczebel powiększa ich wiedzę o sobie i o świecie, a tym samym przybliża ich ku boskości.

Najniżej drzewa znajduje się sefira Malkuth, czyli „królestwo”. Przedstawia ona świat fizyczny, podstawę wszelkiego materialnego istnienia, którego odpowiednikiem w człowieku jest ciało fizyczne i mózg. Sefira ta wiąże się z żywiołem ziemi, co jest poważną wskazówką dla każdego adepta, by wędrówkę w krainy mistyki i magiji zaczynał od mocnego stąpania po ziemi. Tuż nad nią znajduje się sefira Jesod, czyli „podstawa”, odpowiadająca żywiołowi powietrza i planecie księżyc. Jest to sfera, którą w tradycyjnym okultyzmie nazywa się planem astralnym. Miejsce wizji astralnych i zbiorowej nieświadomości. Anima Mundi – Dusza Świata. Jesod jest kanałem doprowadzającym boską energię na ziemię, dlatego utożsamia się tę sefirę z genitaliami. Trzecią sefirą we wspinaczce po Drzewie Życia a zarazem najniższą na filarze sprawiedliwości jest Hod, czyli „majestat”. Hod reprezentuje intelekt i racjonalne myślenie. Symbolizuje przezwyciężenie zwierzęcych instynktów. Jest siłą równoważącą i ucieleśniającą porządek, a jednocześnie miejscem siły magicznej, którą hindusi nazywają praną. ów mariaż intelektu i siły magicznej nie jest wcale czymś dziwnym. Sefira Hod odpowiada żywiołowi wody i planecie Merkury, co jest o tyle ciekawe, że egipski odpowiednik Merkurego, Thoth jest bogiem intelektu i magiji. Po przeciwstawnej stronie Drzewa Życia, na filarze łaski, znajduje się sefira Necach, czyli „zwycięstwo”. Jest to sfera miłości i duchowej pasji, bezpośrednich reakcji i instynktów zwierzęcych. Sefer Jecira nazywa ją „ukrytą inteligencją”, albowiem jest to miejsce, które zwykliśmy nazywać nieświadomością. Sefirze tej jest przyporządkowana planeta Wenus oraz żywioł ognia.

Nad tymi czterema sefirami odpowiadającymi czterem żywiołom i różnym cechom przeciętnego człowieka góruje sefira Tiferet (czyli „piękno”). Jest to sfera ducha, wyższej jaźni, stadium pośrednie między człowiekiem a Boskością. Miejsce, w którym składa się w ofierze starą osobowość, aby uzyskać wgląd i zrozumienie. Tiferet oddziela od niższych sefirotów zasłona – paroket – symbol pierwszej iluminacji na drodze do boskości. Stąd też Tiferet utożsamiane jest że Słońcem, bowiem oświetla mroki niewiedzy. Po przejściu tej „zasłony” dzieją się już same dziwne rzeczy. Oto następna sefira, położona na filarze surowości Gebura, czyli „moc” jest symbolem twórczej mocy a zarazem siły zniszczenia. Reprezentuje surowość i sprawiedliwość, oczyszczającą moc i działanie destrukcyjne. Odpowiada jej planeta Mars. W tradycyjnej kabale powiada się, że część niepohamowanej energii tej sefiry przelała się, w wyniku czego uformowała się hierarchia złych sefirotów ułożonych w odrębne drzewo. Co ciekawe, Gebura jest również kwintesencją żeńskości, którą w alchemii utożsamia się z mocą. Równoważy ją po drugiej stronie Drzewa Życia, sefira Chesed, czyli „łaska”, będąca z kolei kwintesencją męskości. Jest to siła, która nadaje kształt rzeczom i wprowadza porządek. Odpowiada jej planeta Jowisz, posiadająca podobne znaczenie symboliczne.

Między tymi siedmioma sefirotami a trójką najwyższych gałęzi drzewa życia znajduje się przepastna otchłań, kraina paradoksów, w której wszystko jest zarazem prawdą i fałszem. Kabaliści nazywają ją „nieistniejącą” sefirą Daath, czyli sefirą fałszywej wiedzy, albowiem mieszka w niej demon rozumu – Choronzon – który zastawia na maga pułapkę utkaną z myśli. Otchłań to również wrota do innego świata. Można nimi przejść na drugą stronę Drzewa Życia, do sfery cienia, gdzie znajdują się 22 qlifotyczne tunele i ich demoniczni strażnicy. Tą drogą wkracza do życia śmierć. Otchłań jest przejściem od świata manifestacji do świata ideałów. Powiada się, że kto ją przekroczy, ten znajdzie się poza dobrem i złem, uwolniony z pułapek dualistycznego myślenia.

Nad otchłanią znajduje się trójca najwyższych sefirotów. Są to prazasady istnienia. Pierwsze dwie z nich, Bina i Chokma (czyli „zrozumienie” i „mądrość”), rozmieszczone na filarach łaski i sprawiedliwości, posiadają cechy podobne do dwóch sefirotów znajdujących się tuż poniżej otchłani, do Gebury i Chesed. Są ich pierwowzorami w świecie ideałów. Bina to Wielka Matka, miejsce reintegracji osobowości, która ulega dezintegracji w trakcie przekraczania Otchłani. Bina jest również mają, mocą iluzji. Odpowiada jej planeta Saturn. Chokmah to Wielki Ojciec, siła pobudzająca istnienie, duch i hinduistyczna purusza, podstawową rzeczywistością leżącą u podłoża wszelkiego istnienia. Odpowiada jej planeta Uran. Nad nimi góruje Keter (czyli „korrona”), o którym można powiedzieć tylko tyle, że jest punktem z którego rozwija się całe Drzewo Życia. Keter to źródło wszelkich rzeczy, jedność, która godzi wszelką różnorodność, początek i koniec wszystkiego. Ponad nim jest już tylko nicość.

Mag wspina się po Drzewie Życia korzystając ze ścieżek łączących poszczególne sefiroty. Każda z tych ścieżek stanowi kolejne wyzwanie, któremu można sprostać tylko wtedy, gdy opanuje się własności rozpoczynających je sefirotów. Dlatego wspinaczka na Drzewie Życia wymaga samodoskonalenia się i poszerzania pola własnego umysłu, który by koniec końców objąć całość zjawisk świata musi nieustannie przekraczać swoje ograniczenia.

System inicjacyjny Złotego Brzasku

Kabalistyczne Drzewo Życia znane było okultystom od dość dawna. A jednak to dopiero „MacGregor” Mathers, prawdziwy twórca struktury inicjacyjnej zakonu Złotego Brzasku, dostrzegł paletę możliwości jaką przedstawia ten właśnie schemat wtajemniczeń. Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku składał się z dziesięciu stopni inicjacyjnych, odpowiadającym dziesięciu sefirotom, które poprzedzał stopień Neofity. Twórcy zakonu nie zapomnieli wszakże o dobrze sprawdzonej strukturze kręgów wtajemniczeń i podzielili Zakon na trzy kręgi:

Krąg Zewnętrzny, do którego należały stopnie:

0*=0*Neofita

1*=10*Zelator (sefira Malkut)

2*=9*Theoricus (sefira Jesod)

3*=8*Practicus(sefira Hod)

4*=7*Philosophus(sefira Necach)

Krąg Wewnętrzny, do którego należały stopnie:

5*=6*Adeptus Minor(sefira Tiferet)

6*=5*Adeptus Major(sefira Gebura)

7*=4*Adeptus Exemptus(sefira Chesed)

oraz Krąg Tajemny, składający się ze stopni:

8*=3*Magister Templi(sefira Bina)

9*=2*Magus(sefira Chokma)

10*=1*Ipsissimus(sefira Keter)

Głównym celem jaki stawiał zakon Złotego Brzasku przed swymi członkami było „dążenie do światła”, które rozświetla mroki niewiedzy. Może właśnie dlatego na początku opracowane były tylko rytuały inicjacyjne i praktyki dla stopni kręgu zewnętrznego, poprzedzającego sefirę Tiferet i odpowiadający jej stopień Adeptus Minor. Światło Tiferet – Słońca miało przyciągać ku sobie nowicjuszy magicznych. Ponadto symbolika świetlistego Tiferet kojarzona była z osobą Chrystusa, co nadawało w ostatnich dekadach XIX wieku zakonowi Złotego Brzasku prawdziwie chrześcijańskiego oblicza.

W trakcie inicjacji Neofita otrzymywał cząstkę światła, które miało go prowadzić na drodze magii. Jego zadaniem było zapoznanie się z symboliką żywiołów i znaków zodiaku. Uczył się podstaw języka hebrajskiego i wykonywał praktyki oczyszczające, takie jak Mniejszy Rytuał Pentagramu, w celu pozbycia się kompleksów i obsesyjnych myśli. Zelator uczył się podstaw alchemii i tarota oraz zależności między sefirotami, planetami, duchami i aniołami. Theoricusowi zalecano dalsze studia nad kabałą, ze szczególnym uwzględnieniem trójpodziału duszy oraz zależności między kolorami mniejszych arkanów tarota a literami tetragrammatonu i czterema światami kabały. Practicus uczył się symboliki figur magicznych. Musiał też zgłębiać podstawy wróżb geomantycznych oraz bardziej szczegółowe atrybucje kart tarota. Wreszcie, Philosophus uczył się boskich imion oraz przygotowywał się do przejścia do zakonu wewnętrznego. Był wtedy wtajemniczany w znaczenie qlifotów, czyli negatywnych odpowiedników sefirotów na Drzewie Życia. Oczywiście, każdemu z tych stopni przypisane były inne rytuały, które aspiranci musieli opanować do perfekcji. Wszystko to odróżniało Złoty Brzask od innych współczesnych mu zakonów, które zwykle miały więcej wspólnego z kółkami dyskusyjnymi niż praktyką magiczną.

Wielkie odrodzenie okultystyczne

Na początku działalności Złotego Brzasku Westcott, Mathers i Woodman przyjęli stopień Adeptus Exemptus, twierdząc że tym samym spełniają polecenia Tajemnych Przywódców zakonu z kręgu tajemnego. Wiosną 1889 roku mogli rozpocząć nabór do londyńskiej świątyni zakonu. W ciągu roku przybyło do niej trzydziestu dwóch nowicjuszy, w tym aż dziewięć kobiet. W tym czasie rzadko się zdarzało by kobiety dopuszczano do arkanów wiedzy tajemnej. Złoty Brzask odstępował od tej niechlubnej zasady i wkrótce w jego szeregach pojawiły się takie osobistości jak Moina Mathers (siostra filozofa, Henriego Bergssona), aktorka Florence Farr i Dion Fortune, która po odejściu ze Złotego Brzasku rozpoczęła własną szkołę magiczną.

Niestety, kobiety miały się stać też jednym z poważnych kłopotów zakonu i to nie ze względu na ich atrakcyjności seksualną, lecz charyzmę, która zagrażała pozycji przywódców zakonu. Póki co jednak zakon przeżywał okres wielkiego rozkwitu, szczególnie po przejęciu przez Mathersa spraw organizacyjnych. W 1891 roku umarł Woodman, w rok później Mathers przeniósł się do Paryża, pozostawiając Westcotta jako swojego przedstawiciela w Londynie. Prestiż Mathersa wzrósł znacznie, kiedy w 1892 roku napisał rytuał inicjacyjny na stopień Adeptus Minor i przekształcił krąg wewnętrzny w Zakon Rubinowej Róży i Złotego Krzyża (Ordo Rosae Rubeae et Aureae Crucis). Stał się on wtedy jego jedynym przywódcą. Jak grzyby po deszczu powstawały nowe świątynie w Weston nad Marą, Bradford i Edynburgu, a w latach 1892-96 zakon osiągnął rekordową ilość 200 członków. Można było śmiało powiedzieć, że jest to największe stowarzyszenie okultystyczne epoki.

I wtedy zaczęły się kłopoty. Okazało się bowiem, że niektóre spośród pań są nie tylko wybitnymi okultystkami, lecz i świetnymi organizatorkami. Dotyczyło to przede wszystkim Florence Farr i Annie Horniman, które z niezwykłym zapałem zaangażowały się w prace londyńskiej świątyni Izydy-Uranii. Pozornie, mogło świadczy to na ich korzyść, ale Mathers był autokratą i nie znosił, jak ktoś zagrażał jego władzy. Tymczasem, po jego wyjeździe do Paryża pani Horniman wielokrotnie publicznie wyrażała swoją dezaprobatę wobec jego nikłego zainteresowania sprawami zakonnymi. Dopóki Horniman nie szczędziła pieniędzy dla niego i jego małżonki wszystko było w porządku. Lecz gdy okazało się, że jej pomoc nie jest bezinteresowna i pragnie odebrać mu żonę, Mathers poczuł w sobie zarzewie gniewu. Na domiar złego dotarły do niego plotki, że Horniman oskarża go o angażowanie się w politykę. (W tym czasie Mathers rzeczywiście marzył o karierze wojskowej i o restauracji dynastii Stuartów). Jego reakcja była natychmiastowa. W 1896 roku zażądał od członków zakonu wewnętrznego natychmiastowego złożeniu mu ślubów lojalności. Jego woli ulegli wszyscy poza Annie Horniman, która jeszcze w tym samym roku została wyrzucona z zakonu.

Wieść o wyrzuceniu Annie Horniman wstrząsnęła członkami Złotego Brzasku. Horniman uchodziła bowiem za jedną z najwybitniejszych przedstawicielek Zakonu. Na dodatek władze angielskie dowiedziały się o związkach Westcotta z okultyzmem, co zmusiło go do wycofania się z zakonu. Widmo upadku zaczęło krążyć nad Hermetycznym Zakonem Złotego Brzasku, widmo, które już wkrótce miało się zmaterializować za sprawą młodego acz już wybitnego adepta magiji – Aleistera Crowleya.

„ALEISTER CROWLEY I RÓWNONOC BOGÓW”

„Wieczorem 18 listopada 1898 roku dwudziestotrzyletni poeta, Aleister Crowley z niecierpliwością czekał w przedpokoju świątyni masońskiej przy Great Queen Street w Londynie, pełen nadziei, że już wkrótce otrzyma największe tajemnice życia i śmierci.

Na plecach zwisała mu narzucona po kostki czarna szata, związana w pasie trzema węzłami wstęgi. Końcówki tej wstęgi trzymał w prawej ręce znajdujący się obok niego człowiek, który miał go prowadzić podczas tej części ceremonii. Strój przewodnika sprawiał wrażenie bardziej wyszukanego od stroju Crowleya. Na plecach miał również czarną szatę, na której zarzucony był biały falowany płaszcz z czerwonym krzyżem na lewej piersi. Wokół szyi zawiązaną miał szeroką białą wstęgę z olbrzymią odznaką w kształcie krzyża. A w lewej ręce dzierżył czerwono-złote berło zwieńczone rzeźbioną miniaturową biskupią infułą.

Nagle, otworzyły się drzwi i powiew gorąca i kadzideł uderzył mężczyzn zgromadzonych w przedpokoju. Crowleya wprowadzono do sali, zawiązując mu uprzednio opaskę na oczy. Poczuł chłód drobnych kropelek wody opadających na jego twarz. Nos zmarszczył się mu od ściągającego zapachu kadzideł tlących się nad jego głową i wtedy usłyszał głos: „O dziecię ziemi, czego szukasz w tej świętej komnacie? Czemu pragniesz wstąpić do naszego Zakonu”. Przewodnik odpowiedział w jego imieniu: „Moja dusza błąka się w ciemnościach i szuka światła ukrytej wiedzy. A wiem, że to właśnie w tym Zakonie dane mi będzie je osiągnąć”.

Poprowadzono go do przodu i nakazano klęknąć przed ołtarzem w kształcie stożka, na którym leżał czerwony krzyż i biały trójkąt. Prawą rękę położył na trójkącie. Wtedy to na dany mu przez przewodnika znak złożył następujące ślubowanie. Przyrzekał w nim:

…dotrzymać tajemnic Zakonu, jego nazwy, nazwisk członków i poczynań mających miejsce na jego spotkaniach….

…nigdy nie zgodzić się na hipnozę lub taki stan otępienia, który pozwoli niewtajemniczonym osobom i mocom zawładnąć jego myślami, słowami lub uczynkami.

…z odwagą i determinacją nie ustawać w pracach Boskiej Nauki, oraz wytrwać do końca tej ceremonii, która jest jej odzwierciedleniem. Nie poddać się też pokusie oddania swej wiedzy mistycznej na służbę złej magii.

Całość ślubowania wieńczyła przysięga: „jeśli złamię to zobowiązanie magiczne, poddam się z własnej głupoty śmiertelnie wrogiemu prądowi woli, płynącemu od Tajnych Przywódców tego Zakonu, który powali mnie i sparaliżuje bez śladu działania, jak uderzenie błyskawicy”.”

Dzieciństwo w Piekle

Edward Alexander Crowley (nazywany później „Aleisterem”) urodził się 12 października 1875 roku w Leamington Spa, w hrabstwie Warwick, w rodzinie producentów piwa należącej do fundamentalistycznej sekty chrześcijańskiej Braci Plymuckich. Członkowie tej sekty posługiwali się dosłowną interpretacją Biblii jako słów samego Ducha Świętego, głosili powszechne kapłaństwo, wierzyli w boskość Chrystusa i oczekiwali jego ponownego nadejścia. Nade wszystko jednak odcinali się od świata zewnętrznego i starali się utrzymywać kontakty tylko między sobą. Dom Crowleyów stanowił miejsce ich spotkań towarzyskich, które zawsze przeradzały się w nabożeństwa, bądź dysputy religijne. Młody Aleister większość czasu spędzał na lekturze Biblii pod bacznym okiem ojca. A kiedy ten wyjeżdżał w kraj głosić słowo boże, dostawał się pod kuratelę nienawistnej mu matki, która nazywała go apokaliptyczną Bestią 666.

Stosunek Crowleya do żarliwej religijności swoich rodziców nacechowany był ambiwalencją, która w dużej mierze ukształtowała jego przyszły światopogląd. Wyznaczały ją dwa bieguny: wstręt i fascynacja, nakazujące mu szukać świętości w świecie profanum i profaniczności w świecie sacrum. Było nie było, Crowley w swoim wczesnomłodzieńczym okresie darzył chrześcijaństwo dużą estymą i gorliwie zgłębiał prawdy objawione w księgach Starego i Nowego Testamentu. Podziwiał też swego ojca, który gotów był poświęcić swoje życie doczesne na ołtarzu religii. Kiedy ten umarł w 1887 roku, młody Crowley dostał się w szpony rodziny matki, która obwiniała go za śmierć ojca i dopatrywała się w nim nadchodzącego Antychrysta. Odtąd, edukacją Crowleya zajął się jego wuj, Tom Bishop, którego metody wychowawcze polegały na wpajaniu dogmatów wiary oraz nie przyzwalaniu na lekturę ksiąg mogących w młodym Crowleyu osłabić szacunek wobec rodziny i religii. Bishop stworzył na ten użytek indeks ksiąg zakazanych, na którym znalazł się między innymi David Copperfield Karola Dickensa, książka, której zła bohaterka nazywała się Emily, czyli tak samo jak matka Crowleya.

Tyrania wuja wydawała się jednak niczym w porównaniu z metodami wielebnego Champneya, prowadzącego w Cambridge szkołę dla chłopców, których ojcowie należeli do Bractwa. W szkole tej wiedzę i obowiązek zaprowadzano rózgą i batem, a lekcje przedzielano modlitwami, przez co Crowley nazwał spędzony w niej czas „dzieciństwem w piekle”. Wspominał później w autobiografii, jak razu pewnego otrzymał karę chłosty: „Pamiętam jak lano mnie po nogach, by nie rozbudzić we mnie rozkoszy zmysłowych wywoływanych biciem po tyłku. Przez piętnaście minut musiałem się modlić, po czym otrzymywałem piętnaście razów chłosty. Następnie, znów przez kwadrans się modliłem, po czym łojono mi skórę. I tak w kółko”. Wycieńczonego, z chorymi nerkami, znajdującego się u kresu sił psychicznych przeniesiono go do szkoły powszechnej w Malvern, gdzie ze względu na zły stan zdrowia stał się celem ataków swych rówieśników.

Kiedy już wydawało się, że nie ma końca tego koła cierpienia, nagle nadeszło wybawienie. Rodzina postanowiła zafundować mu indywidualny tryb nauczania, a jego naukę oddała pod pieczę Archibalda Douglasa, który rozbudził w nim nie tylko miłość do nauki, lecz na dodatek otworzył go na świat uciech zmysłowych. Crowley pisał: „Natychmiast przyswoiłem sobie jego styl i zacząłem zachowywać się jak normalna, zdrowa istota ludzka. Koszmarny świat chrześcijaństwa zniknął wraz z pierwszą jutrzenką….. Po raz pierwszy w życiu normalnie kontaktowałem się z mężczyznami i kobietami. Po raz pierwszy stała się dla mnie możliwa szczera przyjaźń, zdrowa miłość, otwarta, wesoła i odważna”. Jak za dotknięciem magicznej różdżki, wraz z tym otwarciem się na zmysły Crowley rozwinął w sobie ponadprzeciętne zdolności. Na przekór swoim słabościom, zajął się wspinaczką jako najniebezpieczniejszym ze sportów i szybko stał się cenionym i utalentowanym alpinistą. Samotne zdobywanie kolejnych górskich szczytów wzmocniło jego ciało, nauczyło go wiary w siebie i pozwoliło mu zasmakować nie znanej dotąd wolności. Nielada sukcesy osiągał też w podbojach miłosnych. Twierdził, że „nawet czterdzieści osiem godzin abstynencji wystarcza dla stępienia ostrza umysłu” i rozpowiadał, że udało się mu uwieść gosposię niemalże na oczach swojej matki.

Rozmaite przygody miłosne nie przeszkadzały mu w edukacji. Wraz z osiągnięciem pełnoletniości, otrzymał w spadku po ojcu fortunę liczącą czterdzieści tysięcy funtów. Była to niebagatelna suma jak na tamtejsze czasy, pozwalająca mu wieść życie niezależne od pracy i rodziny. Większość pieniędzy wydawał na książki. Wychodził bowiem z założenia, że musi przeczytać wszystkie wartościowe pozycje. Studiował filozofię, psychologię i ekonomię na słynnym Trinity College w Cambridge, by później przenieść się na wydział filologii klasycznej. W międzyczasie rozwijał twórczość poetycką i zamiłowanie do wspinaczki. W 1898 roku wydał własnym nakładem swoją pierwszą książkę, zbiór baśni Aceldama, a zaraz potem opublikował w limitowanej edycji 100 egzemplarzy następny zbiór baśni White Stains, który uznano za pornograficzny, a w 1924 roku zniszczono większą część nakładu. Grał również w szachy. Nieustannie wygrywał szkolne turnieje szachowe. Pokonał w nich nawet mistrza Szkocji, a w 1897 roku wziął udział w berlińskim kongresie szachowym. Otworzyła się przed nim kariera zawodowego szachisty. A jednak w tej chwili już co innego zawładnęło jego umysłem.

Poszukiwanie Tajemnych Przywódców Świata

W grudniu 1896 roku Crowley pojechał do Sztokholmu z zamiarem powitania tam nowego roku. Wtedy to, w noc sylwestrową zdarzyło mu się przeżyć coś, co zadecydowało o jego całym późniejszym życiu. Doznał wizji mistycznej, o której wypowiadał się niezwykle zdawkowo: „Doznałem olśnienia, że posiadam magiczne środki dla stania się świadomym swej natury, która jak dotąd skrywała się przede mną. Przeżyłem doświadczenie strachu i bólu, połączone z pewnym duchowym koszmarem, a jednocześnie był to klucz do najczystszej i najświętszej duchowej ekstazy jaka w ogóle istnieje”. Doświadczenie to, które buddyści nazywają „transem smutku” a współcześni wyznawcy psychologii „kryzysem egzystencjalnym” ukazało mu znikomość jego dotychczasowych aspiracji. Utracił chęć zdobywania laurów szachowych. Porzucił zamiar robienia kariery dyplomatycznej. Wycofał się nawet ze spisku zmierzającego do wprowadzenia don Carlosa na tron hiszpański oraz z działalności w bractwie rycerskim pod nazwą Kościół Celtycki.

Wkrótce, jego półki wzbogaciły się o książki o tematyce mistycznej i magicznej. Szczególne miejsce zajmowała wśród nich Księga Czarnej Magii i Paktów A.E. Waite’a, której autor przyznawał się do związków z „ukrytym Kościołem”. Ta drobna wzmianka tak bardzo rozbudziła wyobraźnię Crowleya, że odtąd jego idee fixe stało się poszukiwanie tajemnych przywódców świata, którzy z ukrycia, za pośrednictwem różnych tajemnych bractw kierują losami ludzkości. Porzucił więc studia i kontakty z ruchem dekadenckim, na rzecz gorliwych poszukiwań wiedzy tajemnej. Poszukiwań tych nie powstrzymała nawet znajomość z Oscarem Eckensteinem, starszym od Crowleya o dwadzieścia lat najwybitniejszym w ówczesnym czasie alpinistą. Eckenstein uczył go wspinaczki, medytacji i skupienia. Nade wszystko jednak starał się dyscyplinować jego umysł by ten nie błąkał się po bezdrożach wizji religijnej. Jego braterska pomoc na nic się wszakże nie zdała, Crowley bowiem tak długo szukał „ukrytego Kościoła” aż w końcu go znalazł.

W przypadku magii trudno jest mówić o nic nie znaczących zbiegach okoliczności. Wytrawni okultyści powiadają bowiem, że nie trzeba szukać magii, gdyż to ona sama nas znajduje. Crowley jednak szukał i znalazł ją…… w piwiarni. W sierpniu 1898 roku przysiadł się do stolika, przy którym siedział Julian Baker – chemik, metalurg, a zarazem alchemik. Kiedy obaj panowie ucięli sobie krótką konwersację, wnet okazało się że Baker posiada ponadprzeciętną wiedzę z dziedziny alchemii. Pointrygowany tym Crowley, nie omieszkał zadać mu pytania, czy mógłby go wtajemniczyć w arkana wiedzy tajemnej. Ten zaś skontaktował go z Georgem Cecilem Jonesem, jednym z przywódców Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku, który okazał się osobą „wielkiego ducha i temperamentu”, a przy tym żywą skarbnicą wiedzy okultystycznej.

18 listopada 1898 roku Aleister Crowley został inicjowany na stopień Neofity. Pisał: „Z niezwykłą powagą traktowałem ceremonię inicjacji. Mojego skupienia nie naruszył nawet fakt, że odbywała się ona w świątyni masońskiej. Zapytałem nawet Bakera, czy ludzie umierają podczas ceremonii? Nie zdawałem sobie z tego sprawy, że jest to zwykła formalność, a członkowie Zakonu są w przeważającej mierze drobnomieszczańskimi bufonami. Wydawało mi się, że wstępuję do Ukrytego Kościoła Świętego Graala i dobrze się z tym czułem. Dzięki temu uczuciu moja inicjacja była prawdziwym sakramentem”.

Niestety, wkrótce nadeszły same rozczarowania. Crowley wstąpił do Złotego Brzasku, kiedy zakon przeżywał głęboki kryzys, spowodowany odejściem Annie Horniman i jej grupy rozłamowej. Wierzył że wnet otrzyma bezcenne tajemnice, które ślubował dotrzymać podczas ceremonii inicjacji, tymczasem dano mu w opiece alfabet hebrajski. Crowley, rzecz jasna, znał arkana kabały już znacznie wcześniej, przez co czuł się mocno zawiedziony. Tym niemniej, wciąż myślał że prawdziwe tajemnice kryją się gdzieś za zasłonami Zakonu Wewnętrznego. Postawił zatem sobie za cel jak najszybsze zdobywanie kolejnych stopni inicjacyjnych i czynił to w zastraszającym tempie. Zgodnie z przyjętym przez siebie imieniem magicznym Perdurabo (co znaczy „wytrwam aż do końca”), miesiąc po miesiącu wspinał się na kolejne szczeble Drzewa Życia. Już w grudniu, po dwóch tygodniach praktyki w Zakonie uzyskał stopień Zelatora, a w styczniu i lutym kolejne dwa stopnie Theoricusa i Practicusa. Musiał wtedy czekać „aż trzy miesiące” na otrzymanie stopnia Philosophusa, gdyż reguły zakonne nie przewidywały by ktoś tak szybko zdobywał kolejne stopnie wtajemniczeń. Wtedy to, w maju 1899 roku, znalazł się u progu Zakonu Wewnętrznego. Poznał też człowieka, który na dobre odmienił jego życie.

Był nim Allan Bennett, znany w Złotym Brzasku jako Iehi Aour i uznawany za drugiego w zakonie po MacGregorze Mathersie. Bennett przystąpił do Złotego Brzasku w lutym 1894 roku, a już rok później osiągnął w nim stopień Adepta Majora. Jako jednemu z nielicznych udało mu się w trakcie skomplikowanej ceremonii magicznej wywołać ducha Merkuriusza. Legenda głosiła, że w dzieciństwie przypadkowo wywołał diabła, recytując „Modlitwę Pańską” od końca! Bennett był jednak niezwykle skromnym człowiekiem i tylko czasami ujawniał swoje moce magiczne.

Oto razu pewnego, na spotkaniu Towarzystwa Teozoficznego, którego był członkiem, Bennett wygłosił wykład o znaczeniu i mocy magicznej różdżki. Wtedy to jeden z uczestników spotkania zaczął naigrywać się z rytuałów okultystycznych. Ta arogancja i cynizm zdumiały Bennetta, który zaproponował teozofowi, że pokaże mu moc działania różdżki. Zdjął z szyi błyszczący wisiorek i skierował go w jego stronę teoofa. Na oczach zgromadzonych ludzi, teozof zwalił się z nóg i zapadł w trwającą czternaście godzin śpiączkę. Nie trzeba było dodatkowych argumentów.

Crowley natychmiast po poznaniu Bennetta stał się jego wiernym uczniem i przyjacielem. Ten zaś uczył go kabały praktycznej i różnych technik magii ceremonialnej: inwokacji Bogów, ewokacji duchów i konsekracji talizmanów. Obaj panowie zapewne jako pierwsi w Europie prowadzili metodyczne doświadczenia nad roślinami wywołującymi wizje psychedeliczne i rozwijającymi jasnowidzenie. Nie podobało się to przywódcy Złotego Brzasku, który uważał te zainteresowania za przejaw narkomanii. Jeszcze większą wściekłość wywoływało w nim zainteresowanie, jakie Bennett okazywał jodze. Pewnego razu na zebraniu zakonnym Mathers wycelował z pistoletu w Bennetta, grożąc mu, że go zabije, jeśli ten nie porzuci praktyk jogicznych. Dopiero interwencja jego żony, Moiny Mathers, uchroniła go przed rozlewem krwi.

Podobnie jak Crowley, Bennett coraz mniejszą sympatią darzył środowisko okultystyczne. Na dodatek, podupadł na zdrowiu i coraz częściej zwalały go z nóg ataki astmy, wcześniej powstrzymywane solidnymi dawkami morfiny. Wtedy to jego wzrok skierował się ku Azji z jej ciepłym klimatem i atmosferą sprzyjającą praktykom jogicznym. Pozostawał tylko jeden problem – pieniądze potrzebne na podróż i osiedlenie się. Pod względem finansowym, Bennett był nędzarzem, a wikt i opierunek zapewniał mu Crowley. Tymczasem, nawet finanse Crowleya nie wystarczały do realizacji tego ambitnego planu. Nie było rady, trzeba było zasięgnąć mocy magicznej. Crowley i Jones odnaleźli w starym rękopisie magicznym, Goetii, rytuał ewokacji ducha Buera, którego cechą było leczenie. Zakreślili krąg magiczny, zapalili kadzidła i przystąpili do wywoływania ducha. Niestety, nie przychodziło im to tak łatwo. Po długim czasie ewokacji udało im się ponoć wywołać głowę i lewą nogę ducha. Reszta jego ciała była mglista i niewyraźna. Strudzeni operacją i niepowodzeniem, popadli w rezygnację. Ale oznaki porażki okazały się pozorne. Wystarczyło kilka dni, by Crowley otrzymał od pewnej kobiety pieniądze potrzebne na podróż Bennetta. Przekazał je Bennettowi, a ten udał się za nie na Cejlon, by wieść tam żywot mnicha buddyjskiego.

Tymczasem, wiedza zasięgnięta u Bennetta pomogła mu w rozpoczęciu niezwykle trudnej operacji magicznej wg Księgi Świętej Magii Abramelina Maga. Księgę tę napisał w XV wieku Abraham z Wurzburga, kabalista i znawca magii, który opisał w niej swoje podróże po Bliskim Wschodzie, obfitujące w spotkania z czarownikami, magami i kabalistami. Podczas jednej z tych podróży, Abraham miał ponoć spotkać nad brzegami Nilu wybitnego maga, Abramelina, który przekazał mu sekrety swej wiedzy. Księga Świętej Magii Abramelina Maga stanowi z pewnością najbardziej frapujący średniowieczny grimoire, albowiem stawia przed magiem szczególnie trudne wymagania. Mag musi przez całe pól roku dzień w dzień prowadzić praktyki magiczne zmierzające do osiągnięcia tzw. Wiedzy i Konwersacji Świętego Anioła Stróża, czyli do poznania swej prawdziwej natury, swej prawdziwej Woli. Kiedy zaś to osiągnie, musi ewokować czterech Wielkich Złych Książąt Świata, ich ośmioro zastępców oraz trzystu szesnastu sługów, których mocami naładowuje uprzednio przygotowane talizmany. Grimoire ten powiada, że przy ich pomocy może w pełni egzekwować swoją Wolę, czyli innymi słowy stać się panem swego świata.

Crowley przystąpił do tej operacji z zamiarem poznania swej prawdziwej Woli i zapewnienia sobie tym samym miejsca w Kręgu Wewnętrznym zakonu Złotego Brzasku. Operacja Świętej Magii Abramelina wymagała od niego porzucenia dotychczasowego trybu życia. Wyjechał więc z Londynu i kupił dom w Szkocji, w posiadłości Boleskine, tuż nad brzegami słynnego jeziora Loch Ness. Nie mógł jej jednak dokończyć, ze względu na nagłą rewoltę, która wybuchła w zakonie. Złotym Brzaskiem od dawna targały spory i konflikty. Tym razem jednak poszło o jego osobę. Niektórym braciom zakonnym nie podobała się jego ekstrawagancja i biseksualizm. Kiedy więc pod koniec 1899 roku, Mathers ze swej paryskiej siedziby wydał rozkaz by członkowie świątyni w Londynie inicjowali Crowleya na stopień Adepta Minora, ci odmówili mu posłuszeństwa i po ostrej wymianie listów ogłosili secesję świątyni londyńskiej. W uzasadnieniu swego czynu, przywódca rebeliantów, William Butler Yeats pisał: „Bractwo mistyczne nie jest reformacją moralną”. W tej sytuacji Mathers samodzielnie inicjował Crowleya, co stało się zarzewiem magicznego pojedynku między Crowleyem a Yeatsem.

Oto jak przedstawiają go Francis King i Isabel Sutherland w książce pt. Odrodzenie Magii: „[Yeats] twierdził, że cudotwórcy Zakonu „wezwali” jedną z kochanek Crowleya na plan astralny i nakazali jej go zdradzić. Dwa dni później, powiada Yeats, z własnej woli podeszła do członka Zakonu, któremu zaproponowała, że pójdzie do Scotland Yardu i da świadectwo „tortur i średniowiecznej nikczemności Crowleya”. Dziennik Crowleya przedstawia całkiem inny opis tego ataku psychicznego – jego dekoracyjny Różany Krzyż zbielał, a ogień przestał się palić w kominku. Jego gumowy płaszcz nagle stanął w płomieniach, on sam bez powodu stracił panowanie nad sobą i przeszło pięciokrotnie pędziły na niego konie”.

Crowley odpowiedział zdecydowanym działaniem. Wraz z grupą wynajętych osiłków, ubrany w strój góralski wtargnął do londyńskiej świątyni i zajął jej posiadłości. Nie na długo jednak, gdyż secesjoniści zasięgnęli pomocy u policji. Na dodatek, namówili jednego z wierzycieli Crowleya do wszczęcia przeciwko niemu sprawy, co tylko pogrążyło go w kłopotach. Tymczasem, w Paryżu Mathers posługiwał się czarną magią. Wziął dużą paczkę suszonego groszku, ochrzcił każde ziarnko imieniem jednego ze swych oponentów, inwokował diabła Belzebuba i Tyfona-Seta, a wtedy równocześnie trzęsąc grochem na dużym sicie, nakazywał tym mrocznym bogom wzbudzić wśród rebeliantów kłótnię i niezgodę. Musiały być to skuteczne działania, gdyż zakon Złotego Brzasku rozpadł się na kilkanaście drobnych frakcji, których przedstawiciele istnieją po dziś dzień.

Crowley czuł się tą całą sytuacją zmęczony. Potrzebował zmiany, ale takiej zmiany, która dotyczyła by nie tylko jego samego, lecz i całego środowiska, w którym przebywał. W rozwiązaniu dręczących go dylematów pomagały mu podróże po Azji i Europie, w trakcie których wspinał się po górach, poznawał inne kultury, gromadził okruchy mądrości z różnych tradycji filozoficznych i religijnych. Studiował taoizm i starożytne greckie misteria. Dzięki wspinaczkom górskim z Oscarem Eckensteinem rozwijał świeckie metody koncentracji i treningu woli. Allan Bennett, uczył go w Indiach i Birmie zasad buddyzmu i technik jogi. Starał się go nawet wciągnąć w spisek zmierzający do rozpowszechnienia buddyzmu w Europie.

Te wszystkie indywidualne poszukiwania pozwoliły mu inaczej spojrzeć na tajniki magii i mistycyzmu. Crowley utracił, przynajmniej na pewien czas, wiarę w istnienie Tajemnych Przywódców i nabrał dystansu do magii ceremonialnej, której patos i rytualizm przyciągał zbyt wiele osób szukających nie wiedzy, lecz taniej sensacji. Przyjął postawę naukowego sceptycyzmu, a w sferze światopoglądowej najbliższy był buddyzmowi. Lecz wtedy, właśnie wtedy spotkało go wydarzenie, które na zawsze ukształtowało bieg jego życia.

Objawienie Księgi Prawa, czyli Równonoc Bogów

1904 rok obdarzył Crowleya niesłychanym szczęściem. Poślubił piękną Rose Kelly i wraz z nią spędzał „miodowy miesiąc” w różnych mistycznych zakątkach świata. Kiedy w marcu tego roku państwo młodzi przybyli do Kairu, Crowley postanowił pokazać małżonce sylfy, duchy żywiołu powietrza i w tym celu przystąpił do „Wstępnej Inwokacji” z Goetii. Uczynił to, jak wspomina, z nudów, ponieważ małżonkowie nie mieli nic innego do roboty. Rose nie przejawiała jakiegokolwiek zainteresowania magią i nie ujrzała sylfów. Miast tego jednak zapadła w dziwny trans, podczas którego sennym, choć wyrazistym głosem powtarzała słowa: „Oni czekają na ciebie”. Było to niecodzienne wydarzenie, zważywszy na fakt że właściwości mediumistyczne tak nagle objawiła osoba nie mająca nic wspólnego z okultyzmem. A jednak Crowley, świeżo upieczony sceptyk, zignorował ten przekaz. Bardziej interesowało go skuteczne wywołanie sylfów, do czego przystąpił następnego dnia. W końcu takie było jego magiczne motto – „wytrwam aż do końca”.

17 marca, mimo usilnych starań Crowleya, Rose ponownie nie ujrzała sylfów. Tak jak poprzednio, zapadła w trans, w trakcie którego mówiła coś o „dzieciątku” i o Ozyrysie. Na nic się zdały wszelkie jego próby odwrócenia biegu wydarzeń, zirytowany, postanowił rozwiązać tę zagadkę. W tym celu wykonał inwokację egipskiego boga mądrości Thotha, który podobno przemówił ustami jego żony, lecz nie wyjawił niczego konkretnego. Nazajutrz, powrócił do inwokacji i wtedy niespodzianie usłyszał głos Rose, która powiedziała, że bóg Horus oczekuje od niego przeprosin za jego poprzednie uczynki. Przeżył wstrząs. Jego żona nie mogła wiedzieć o tym, że nie darzy szacunkiem bóstw marsowych, do których należy również Horus, skoro jej wiedza religijna była mniejsza od przeciętnej. Postanowił ją zatem sprawdzić. Rose nie tylko znakomicie opisała Horusa, podając w szczegółach jego cechy i wartości liczbowe, lecz również pokazała w Muzeum Kairskim stelę z obrazem bóstwa, które podobno miało być źródłem tych wszystkich przekazów. Stela przedstawiała Ra-Hoor-Khuita, aktywną formę boga Horusa i nosiła numer 666, liczbę w sposób szczególny związaną z powołaniem Crowleya. W jednym z kolejnych przekazów Rose nakazała Crowleyowi w dniach od 8 do 10 kwietnia zasiadać w pokoju w samo południe i spisywać wszystko co usłyszy. Crowley wykonał polecenie, czego efektem było dzieło o niesłychanej złożoności i głębokim znaczeniu, Liber AL vel Legis, zwana potocznie Księgą Prawa.

Księga Prawa jest dziełem wyjątkowym, choć podobnie jak Biblia, czy Koran należy do tradycji objawień. Jej oryginalność, czy też raczej źródłowość polega jednak na tym, że stanowi dokładny, bezpośredni przekaz objawienia, podczas gdy większość innych „świętych ksiąg” zawiera przekazy wtórne lub też skażone późniejszym namysłem. Prawdziwym twórcą Księgi Prawa jest istota przedstawiająca się jako Aiwass, wysłannik ze świata bogów. W przypadku przekazów mistycznych podstawowym czynnikiem, który utrudnia ich zrozumienie jest ich zakres historyczno-kulturowy. Jeśli jednak przyjmiemy, że przekazy te płyną ze świata astralnego, a więc ze świata znajdującego się na pograniczu nieświadomości indywidualnej i zbiorowej, będziemy mogli uznać, że bogowie są różnymi aspektami, bądź też nazwami nieuświadamianych energii psychicznych. Oznacza to, że objawienie jest podłączeniem się pod ukrytą skarbnicę indywidualnej lub zbiorowej mądrości tajemnej. Jaka jest natura tej skarbnicy, to już zupełnie inna sprawa.

Księga Prawa składa się z trzech rozdziałów, których narratorami są trzy bóstwa pochodzące z panteonu egipskiego: Nuit, Hadit i Ra-Hoor-Khuit. Bóstwa te tworzą nie tylko triadyczną strukturę książki, lecz i troistość na której zasadza się egzystencja świata. Crowley określa boginię Nuit jako „panią przestrzeni”, jako przestrzeń wszelkich dostępnych możliwości, matrycę z której wyłania się świat i w której wszystko jest możliwe. Z kolei męski bóg Hadit jest to wszędobylski punkt symbolizujący świadomość, której manifestacje rozproszone są we wszechświecie, czyli przestrzeni Nuit. Niektórzy interpretatorzy Księgi Prawa porównują Nuit i Hadita do koła i punktu, czy też do materii i energii. Z ich zjednoczenia powstaje Ra-Hoor-Khuit, bóstwo symbolizujące manifestację działania, czyli ruch.

Księga Prawa zwiastowała tzw. Równonoc Bogów, czyli bliski kres symbolizowanej przez Ozyrysa ery monoteizmów. Upadkowi ładu chrześcijańskiego i narodzinom nowej epoki towarzyszyły apokaliptyczne wizje zniszczenia. Nowa epoka rodzić się miała w bólu i cierpieniu. Miazmaty lęków i koszmarów przesłaniały widzenie jej zarysów. Niemniej jednak apokalipsa w wizji Crowleya nie oznaczała ostatecznego końca świata rzeczywistego, a jedynie kres ładu patriarchalnego wspieranego przez ortodoksyjne (w przeważającej mierze monoteistyczne) religie prawa i porządku. Z udręki wyłaniał się nowy ład, którego zasadniczymi cechami były wieloznaczność i ekstaza. W nowej epoce, erze Horusa – zwycięskiego dziecka w koronie – jedynym prawem miało być realizowanie własnej prawdziwej Woli. Pod tym względem crowleyowska wizja powtarzała platońską metaforę jaskini, w której odbijają się cienie prawdziwych idei. Crowley jako proroczy wizjoner nowej epoki, nawoływał do porzucenia świata cieni, świata pozorów i fałszywych pragnień. W nowej epoce ludzie mieli odkrywać swoje prawdziwe pragnienia i zgodnie z nimi kształtować swoją tożsamość. Oznaczało to odrzucenie prawa pisanego, kodeksu etycznego stanowiącego podstawę istnienia każdej cywilizacji patriarchalnej oraz przejęcie odpowiedzialności za własne życie, która w uprzedniej epoce spoczywała głównie na religii, państwie i stróżach porządku.Era Horusa miała być epoką indywidualizmu i wolicjonalizmu, twórczości i niezależności. Człowiek przyszłości łączył w sobie cechy dziecka i nietzscheańskiego Ubermenscha, swawolność z wolą czynu, gwałt z rozkoszą. Daimonion crowleyowski, istota przedstawiająca się jako Aiwass, głosił: „Zniesione są wszelkie rytuały, wszelkie próby, wszelkie słowa i znaki. [..] Słowem Grzechu jest Ograniczenie. […] Czyń swoją wolę niechaj będzie całym prawem. […] Miłość jest prawem, miłość poddana woli”.

Jest pewnym paradoksem, że wizja zapowiadająca krach logocentryzmu spisana została na kartach książki. Raz jeszcze chochlik przechytrzył literę prawa. A jednak to właśnie dzięki temu Księga Prawa doczekała się licznych komentarzy i opracowań, rozwijających jej ukryte znaczenia i kalambury. Sam Crowley początkowo nie mógł przyswoić sobie jej przekazu i wymagało czasu, by „usłyszał” podszepty Nieświadomego. Kiedy to nastąpiło, na jej podstawie ułożył spójną historiozofię i filozofię życia, której głównym składnikiem było uznanie dominującej roli archetypu dziecka w wyłaniającej się epoce. Kreślona przez niego historiozofia uwzględniała trójetapowość rozwoju historycznego ludzkości.

Crowley powiadał, że w toku historii ludzkość przebyła dwa eony: erę Matki (Izydy) i erę Ojca (Ozyrysa), odznaczające się odmiennymi relacjami społecznymi i światopoglądem. Era Izydy stanowiła dominium Nieświadomego, dominację symboli związanych z księżycem. Ludzie żyli w świecie nieoznaczonym, zdani na łaskę bogów i natury. Prowadzili osiadły tryb życia. Panował matriarchat, któremu towarzyszyło nierozeznanie własnej płciowości. Podstawowymi normami egzystencjalnymi były niewiedza i uzależnienie.

Wraz z rozpoznaniem funkcji seksualnych, ludzkość wkroczyła w erę Ozyrysa, zwaną również erą Ojca ze względu na dominację wartości patriarchalnych. Towarzyszył jej rozwój świadomości. Wyłoniona świadomość dokonywała podbojów kolejnych krain Nieświadomego, trzebiąc oazy chaosu i nieracjonalności. Jej orężem był podział i stratyfikacja. Narodziła się hierarchia społeczna. W erze Ozyrysa pojawiły się wielkie cywilizacje, imperia i religie monoteistyczne. Wprowadzono prawa i odpowiedzialność karną. W sferze symbolicznej była to era Słońca, era umierającego i zmartwychwstającego boga, który poświęca się dla ludzkości. Słońce rozjaśniało mroki świata i wskazywało drogi rozwoju. Tym samym świat nabierał znaczenia i stawał się spójną całością. Podstawowymi normami egzystencjalnymi były walka o władzę i wyrzeczenie.

O ile ludzie żyjący w erze Matki byli istotami a-seksualnymi, w erze Ojca płciowość stała się podstawową determinantą relacji społecznych. Decydowała o tożsamości jednostek i przypisywała każdemu rolę społeczną. Zakorzeniała. Wyznaczała funkcje. Różnicowała.

W erze Horusa Nieświadome ponownie miało podbić świadomość, lecz tylko po to, by torować drogę nadświadomości. Dziecko, ów czynnik x, wielka niewiadoma, zastępowało podział płci. W erze Horusa płcie, dotychczas stanowiące o tożsamości, a więc będące wyznacznikiem miejsca w świecie zewnętrznym, zstępowały do wnętrza, by stopić się ze sobą w alchemicznych zaślubinach. Crowley uważał, że w erze Horusa na świecie zapanuje androgynia, a ludzie będą kształtować swoja tożsamość podług własnej woli. Era boga-dziecka znosiła dotychczasowe prawa i porządki, ponownie otwierając świat na to, co nieoczekiwane i cudowne. Po nieoznaczoności ery Matki i jednoznaczności ery Ojca, zapanować na świecie miała wieloznaczność. To ona, na równi z autokreacją, stała się podstawową normą egzystencjalną nowej epoki. Bóg-Słońce umarł na dobre, gdy zauważono, że jego codzienne umieranie jest tylko ułudą wyuczonego sposobu percepcji. Ziemia stała się motywem centralnym rozważań, czego wyraźnym dowodem był rozwijający się ateizm i kreatywizm. Świat przestał być kosmosem znaczących symboli, a stawał się chaosmosem, przestrzenią możliwości, z której każdy mógł ulepić własny, zawsze lepszy świat.

W tym chaosmosie Księga Prawa nadawała Crowleyowi funkcję proroka nowej ery, rolę, której pod wpływem fascynacji buddyzmem nie chciał się podjąć. Odrzucała go apokaliptyczna wizja zagłady, która czyniła zeń Antychrysta. Porzucił zatem Księgę i powrócił do normalnego życia. Jak się wkrótce okazało, na niedługo. Przekaz Księgi Prawa miał wkrótce zawładnąć jego umysłem i natchnąć go do stworzenia Telemy, czyli religii „miłości podług woli”. Już wkrótce miał zawiązać spisek zmierzający do obalenia makrokosmicznego ładu, spisek w którym istotną rolę miały odegrać Szkarłatne Kobiety.

„WOKÓŁ ZAKONU SREBRNEJ GWIAZDY”

Na temat magii napisano więcej bzdur niż na jakikolwiek inny temat. Konkurować z nią może pod tym względem jedynie joga, lecz ta przynajmniej w swoim rodzimym azjatyckim środowisku jest dobrze rozumiana. Europejskie pojmowanie zjawisk parapsychicznych tradycyjnie nacechowane było dychotomią lęku i fascynacji. Wydaje się, że świat Zachodu miał poważne problemy z przyswajaniem sobie do świadomości treści, które się w niej nie mieściły. Prymat świadomości nad nieświadomością zwykle osiągany był kosztem zerwanej komunikacji pomiędzy nimi. A zatem to, co nieświadome, to co wyparte, coraz bardziej staczało się w mrok niewiedzy. A że mrok czasem nie tylko przeraża, lecz i podnieca, zdarzali się tacy, którzy w nim się zatapiali. Rzadko kiedy jednak lęk i fascynacja prowadziły do twórczego wykorzystania energii psychicznych, czyli zintegrowania świadomości z tym co nieznane.

Magia w potocznym wyobrażeniu kojarzy się przede wszystkim z rzucaniem czarów. I rzeczywiście, w kulturach archaicznych często ogranicza się ona do realizowania przyziemnych celów w praktyce życia codziennego. Magię stosuje się, kiedy zawodzą inne sposoby radzenia sobie z problemami. Kompensuje niepowodzenia życiowe i wprowadza ludzi w świat natury, pełen duchów i demonów. Zarazem jednak może być także systemem samodoskonalenia się poprzez poznawanie psychiki i wykorzystywanie jej mocy. Do dwóch podstawowych praktyk magicznych należą: ewokacja i inwokacja. Ewokacja – wywoływanie duchów – polega na wyzwalaniu z pokładów nieświadomości uwięzionych tam energii. Przyjmują one konkretne kształty w postaci duchów i demonów, dzięki czemu można je ponownie zintegrować z psychiką. Proces ten polega zatem na uświadamianiu sobie energii swojego umysłu. A że są to potężne energie, można je wykorzystać do celów praktycznych. Z kolei, inwokacja – przywoływanie bogów i bogiń – polega na odkrywaniu w świecie Natury mocy, których jeszcze nie zdołała poznać nauka. Być może są to moce związane z żywiołami Ziemi. Nie można jednak wykluczyć tego, że również i one pochodzą z nieświadomości zbiorowej i są archetypami obdarzającymi pięknem i mądrością. W kulturze chrześcijańskiej przykładem inwokacji jest Msza Święta. Magia zna ich znacznie więcej.

Praktyki magiczne polegają zatem na poznawaniu zasad, zgodnie z którymi funkcjonuje Umysł i harmonizowaniu go ze światem przyrody. Tylko dzięki harmonii Umysłu i Natury można uzyskać szczęście, ponieważ tylko wtedy można odnaleźć swoje miejsce we Wszechświecie. Nie ma takich cudów, których by nie objął umysł. Wszystko jest przymiotem jego percepcji. Wszystko jest wyrazem jego działalności.

Aleister Crowley poznał tę prawdę już za młodu. W ciągu trzydziestu lat swego życia zdołał wypracować system magiczny zwany Telemą, który po raz pierwszy w dziejach okultyzmu jasno i dobitnie określał magię jako naukę o funkcjonowaniu energii psychicznych. System ten można by z racji swej praktyczności nazwać pragmatyzmem magicznym, a krótko i węzłowato streszcza go definicja zawarta w dziele pt. Magija w teorii i praktyce, mówiąca że: „Każde intencjonalne działanie jest Działaniem Magicznym”.

Paradoksalnie, idee pragmatyzmu magicznego stanowiące sam trzon religii Woli (czyli Telemy), wyłoniły się w trakcie lektury przekazu mistycznego Księgi Prawa, którą Crowley otrzymał 8, 9 i 10 kwietnia 1904 roku od istoty o imieniu Aiwass, podającej się za wysłannika Hoor-paar-kraata, egipskiego boga milczenia (sic!). Piszę „paradoksalnie”, gdyż mistykę kojarzy się zazwyczaj z bujaniem w obłokach, bądź w najlepszym razie uznaje się ją za sposób na zatrzymanie strumienia życia. Tymczasem, z mistycznego przekazu Księgi Prawa wyłania się zupełnie odmienna wizja duchowości (o! przepraszam bardzo za użycie tego wyprzedanego słowa; już więcej to się nie powtórzy). W celu jej zrozumienia, trzeba jednak poznać język symboli składających się na ten tekst.

Przełomowe znacznie Księgi Prawa jako zapowiedzi nowej ery rozwoju magicznego znajduje się na samym jej początku, w dość dziwacznie brzmiącym wersie: „Khabs jest w Khu, a nie Khu w Khabs”. Jakkolwiek tajemniczo by to nie brzmiało, nie jest to bynajmniej przepis na ciasto ani definicja matematyczna. Khabs oznacza owe tajemne L.V.X, Światło Gnozy, spływające na adepta w chwili iluminacji, w czasie olśnienia. Z kolei, Khu jest magiczną istotą człowieka, jego powłoką. Innymi słowy, z wersu tego wynika, że źródło poznania leży w nas samych, a nie gdzieś na zewnątrz. Nie należy go szukać ani w świecie zjawiskowym ani w świecie metafizycznym, gdyż cała metafizyka tak w istocie sprowadza się do fizyki, a ściślej mówiąc do dynamiki ludzkiej psyche. Ta prosta konstatacja, wielokroć później powracająca w różnych naukach o człowieku, po raz pierwszy została tak wyraźnie wypowiedziana właśnie w Księdze Prawa. (Pojawia się tu wszak pytanie, czy to dlatego objawił ją wysłannik Boga Milczenia, by ukrócić gadulstwo teologów?)

Znacznie mniej banalne są wszakże konsekwencje tego twierdzenia. Księga Prawa powiada „Każdy mężczyzna i każda kobieta jest gwiazdą”. Oznacza to, że każdy jest suwerenem podległym tylko własnej Woli. Gdy o tym zapomina, popada w kajdany doraźnych zachcianek i staje się niewolnikiem innych ludzi. Lecz w tym twierdzeniu tkwi jeszcze jeden klucz ukryty. Albowiem „gwiazda” to także „Khabs”, czyli jak już to mówiliśmy wcześniej „Światło Gnozy”. Morał z tego taki, że każdy z nas jest światłem i tylko spowici mrokiem niewiedzy, nie dostrzegamy tego faktu. Wyraża to bardzo dobrze sam Crowley w komentarzach do Księgi Prawa:

„Nie powinniśmy uznawać się za nikczemne istoty poza którymi znajduje się sfera Światła lub „Boga”. Nasze umysły i ciała spowijają wewnętrzne Światło. Niewtajemniczony jest niczym „Ciemna Gwiazda”, a jego Wielkie Dzieło polega na sprawieniu, aby jego powłoki stały się przeźroczyste w procesie „oczyszczenia”. Przy czym to „oczyszczenie” jest tak naprawdę „dążeniem do prostoty”. Nie chodzi o to, że nasza powłoka jest nieczysta, tylko że złożoność jej fałd nie przepuszcza światła. Celem Wielkiego Dzieła jest zatem rozwiązanie wszelkich kompleksów. Wszystko jest samo w sobie doskonałe, „zło” pojawia się w momencie, gdy rzeczy ulegają zagmatwaniu. Ta „gwiazda”, czyli „najgłębsze światło” jest odwieczną, indywidualną istotą. Khu jest magicznym strojem, w który się przyobleka, „formą” dla bezforemnego, dzięki której może doświadczać poprzez samo-świadomość. […] To Khu jest pierwszą powłoką, o wiele subtelniejszą od umysłu i ciała, i o wiele bardziej prawdziwą, ponieważ jej symboliczny kształt zależy od natury jej gwiazdy.”

W tym miejscu, należy się jedno wyjaśnienie. Crowley, przez trzy kolejne lata nie dopuszczał do siebie przekazu Księgi Prawa, gdyż raził go jej wojowniczy nastrój. Było nie było głosiła ona: „Jesteście przeciw ludziom. O moi wybrani!”, a Crowley, pod wpływem buddyjskich i hinduistycznych inspiracji, nie chciał być przeciwko ludziom. Tym niemniej, trudno nie odnieść wrażenia że wbrew sobie realizował zapisany w niej plan.

Oto bowiem zaraz po otrzymaniu Księgi wysłał list do MacGregora Mathersa, swojego przełożonego z zakonu Złotego Brzasku, w którym informował go że od tej chwili to on jest wysłannikiem Tajemnych Przywódców Świata. List ten wywołał zrozumiałe oburzenie u Mathersa, który jeszcze niedawno temu bronił go przed zbuntowanymi braćmi z zakonu. W ślad za tym poszły rzekome ataki magiczne, podczas których Mathers miał zabić ogary Crowleya a na jego służących zesłać chorobę. Crowley odpłacił mu pięknym za nadobne, inwokując Belzebuba i jego 49 „służących”. I musiała być to udana operacja, gdyż wkrótce po tym Mathers porzucił okultyzm na rzecz nędznej wegetacji.

W międzyczasie, samego Crowleya dotknęła seria nieszczęść i nieprzyjemności, która zaburzyła jego buddyjski obraz świata. Najpierw, latem 1905 roku poprowadził kolejną ekspedycję w Himalaje, tym razem w celu zdobycia Kanczendzongi. Wyprawa zakończyła się katastrofą. Część uczestników zginęła pod zwałami śniegu, a jeden z pozostałych, niejaki Guillarmod, oskarżył Crowleya o kanibalizm. Ogarnął go wtedy podły nastrój. Mówił: „Po pięciu latach kaprysów i słabostek, błędnej ogłady, taktu, dyskrecji, troski o uczucia innych mam tego dość”. Na dodatek, podczas pobytu w Kalkucie napadło go sześciu tubylców uzbrojonych w noże. Wtedy to zmuszony do desperackiej obrony, sięgnął po pistolet i zabił dwóch z nich. Czarę goryczy przelała wiadomość o śmierci jego córki i pogłębiającym się alkoholizmie jego żony, Rose Kelly.

W tym kluczowym dla jego życia momencie, Crowley postanowił powrócić do praktyki magicznej i, chociaż zdążył już zapomnieć o Księdze Prawa, jego ówczesne deklaracje niezwykle przypominały jej treść: „do diabła z chrześcijaństwem, racjonalizmem, buddyzmem, wszelkimi rupieciami stuleci. Przynoszę wam pozytywny, pradawny fakt, nazywając go po imieniu Magiją. I to na jej fundamentach zbuduję nową Ziemię i nowe Niebo”. Magija miała wyprzeć naukę i religię z rynku duchowych dóbr ludzkości. Miała stać się narzędziem służącym do przewartościowania wszystkich wartości, do przebóstwienia, czyli osiągnięcia stanu nadczłowieczeństwa (czyż nie taki był sens fragmentu z Księgi Prawa: „Jesteście przeciw ludziom”?). Czym jednak była owa Magija?

Na pewno nie była zabawą w rzucanie czarów ani kółkiem dyskusyjnym dla podstarzałych okultystów. Crowley celowo dodał literę „j” do wyrazu „magia”, by odróżnić wyrażany przez siebie nurt od magii przeszłości i kuglarstwa. A jednak nie byłby sobą, gdyby literka ta nie niosła pewnej ezoterycznej treści. Wyraz „magija” powstał w wyniku dodania do angielskiego słowa „magic” litery „k”, która według jednego z uczniów Crowleya, Kennetha Granta, oznacza „hebrajską literę „chet” stanowiącą numeryczny odpowiednik Wielkiego Dzieła. „Chet” (8, 418), jako liczba Wielkiego Dzieła, stosowana jest przez okultystów oraz alchemików w celu zaznaczenia zaślubin świadomości indywidualnej ze świadomością kosmiczną. Kluczem do tego rodzaju magiji jest astrologiczny odpowiednik „chet”, czyli Rak”. Tyle mówi Grant. Możemy dodać jeszcze, że znak Raka przywodzi na myśl skojarzenia ze znaną pozycją seksualną 6/9. Innymi słowy, idąc tym tropem można powiedzieć, że celem magiji jest osiągnięcie stanu świadomości makrokosmicznej poprzez unicestwienie jednostkowego ego w akcie seksualnego zjednoczenia ze światem (często symbolizowanym przez partnera). Czy tak jest naprawdę, każdy musi sam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Jedno jest pewne, że w tym właśnie czasie Crowley zrozumiał znaczenie seksu w praktyce magicznej. Było nie było „k” to również pierwsza litera od słowa kteis oznaczającego ni mniej ni więcej „waginę”.

W ten oto sposób Crowley podjął się wypracowania nowego systemu magicznego, którego dwoma filarami miał być indywidualizm i panseksualizm. Dochodził do tego na drodze eksperymentów. W chwili opuszczenia zakonu Złotego Brzasku, dysponował już pokaźną wiedzą magiczną z zakresu kabały, jogi, podróży astralnych, medytacji i magii ceremonialnej. Był też oficjalnie uznanym przez głowę zakonu Adeptem Minorem, czyli innymi słowy osiągnął poziom sefiry tiferet, symbolizującej Słońce rozpraszające mroki niewiedzy. Stopień swój powinien był wszakże potwierdzić udaną Operacją Świętej Magii Maga Abramelina, której jak dotąd nie dopełnił. A Operacja ta wymagała nie byle czego, gdyż musiał zachować czysty umysł nie skalany myślą, by nie popaść w szaleństwo. Wreszcie, wiosną 1906 roku wybrał się w podróż po Chinach, podczas której inwokował kolejne demony z księgi Abramelina, nazywając całość operacji „Augoeidami”. Pisał: „Właściwie nie wiem, czemu wybrałem słowo „Augoeidy”. Być może, dlatego że nie kojarzyło mi się z niczym z przeszłości. Czułem, że muszę jak najbardziej wszystko uprościć, by móc przejść przez Otchłań”.

Operacja Świętej Magii Maga Abramelina zgodnie z tradycją wymagała spełnienia szeregu warunków, takich jak półroczne odosobnienie w domu o specyficznym ustawieniu względem stron świata i innych trudnych do spełnienia szczegółach. Tymczasem, Crowley postanowił przeprowadzić ją podróżując od miasta do miasta w Kraju Środka, rzucając tym samym wyzwanie tradycyjnej magii zachodu. Za świątynię służyła mu wyobraźnia w której budował świątynię astralną, gdzie inwokowane były abramelinowe istoty. Jak się potem okazało, nie można było znaleźć lepszego materiału. 9 października nagle popadł w trans nirvikalpa-samadhi, który hinduiści nazywają sziwa-darszaną, czyli „wizją boga Sziwy”. Charakterystyczną jego cechą było poczucie jedności z bóstwem, zjednoczenie się ze światem poprzez unicestwienie odrębnej świadomości. Była to oznaka mówiąca o tym, że operacja dobiegła szczęśliwego końca.

W dwa miesiące po zakończeniu Operacji Abramelina, George Cecil Jones, dzierżący w zakonie Złotego Brzasku stopień Adepta Exempta (7*=4*), rozpoznał w Crowleyu Mistrza Świątyni (8*=3*). Było to istotne wydarzenie, ponieważ oznaczało że Crowley, mimo formalnego rozstania się z zakonem, zyskuje nobilitację w oczach jednego z jego najznamienitszych notabli. Już bardziej dyskusyjne były podstawy obdarzenia Crowleya takim zaszczytem. Tradycja wymagała, by Adept, który chce otrzymać stopień Mistrza Świątyni, przekroczył Otchłań odgradzającą niższe sefiry od trzech najwyższych sefir Drzewa Życia. Co więcej, Adept powinien to uczynić, tocząc bój z demonem rozumu, Choronzonem. W przypadku chińskich doświadczeń Crowleya, nic takiego się nie stało.

Operacja Abramelina przyniosła też inny, nieoczekiwany skutek. Niedługo potem, Crowley, który czuł się niezwykle jej działaniem naenergetyzowany, doznał przekazu serii ksiąg mistycznych, które przeszły do historii magiji pod nazwą Świętych Ksiąg Telemy. Dwanaście Ksiąg otrzymanych w latach 1907-11, tworzyły wraz z Księgę Prawa podstawę Telemy – religii Woli. Istnieją różne opinie na temat pochodzenia i znaczenia Świętych Ksiąg Telemy. Jedno jest pewne, są to dzieła o wyjątkowym pięknie mistycznym i dużym ładunku erotyzmu skrywanego pod językiem symboli.

Crowley twierdził, że napisał je pod wpływem natchnienia i choć nie miało to nic wspólnego z objawieniem, to jednak pisał je nie całkiem świadomie. Najprawdopodobniej mamy tu do czynienia z czymś, co Kenneth Grant nazywa „tangensyjnym tantrum”, czyli manifestacją fizyczną będącą niezamierzonym efektem działania magicznego. Niezależnie od źródła pochodzenia tych Ksiąg, ich bogaty szyfr symboliczny zawierający w sobie tajemnice praktyk medytacyjnych, rytuałów magicznych i działań mających na celu pobudzenie „wężowej energii” dał Crowleyowi wystarczające podstawy, by w 1907 roku nadał swym poszukiwaniom nowej formuły magicznej bardziej zorganizowaną formę. W rezultacie, Crowley założył swój pierwszy (i tak naprawdę ostatni) autorski zakon Argentum Astrum, Zakon Srebrnej Gwiazdy. Posłużył się w tym celu strukturą inicjacyjną zakonu Złotego Brzasku, co nie tylko podkreślało jego aspiracje do stworzenia konkurencyjnej organizacji magicznej, lecz również wyrażało stałą wiarę w użyteczność schematu Kabalistycznego Drzewa Życia. A jednak, stopnie A.’.A.’., choć pokrywały się ze kolejnymi poziomami wtajemniczeń Złotego Brzasku (z tą różnicą że poprzedzały je „wytrzymałościowe” stopnie Ucznia i Kandydata, a przedzielał stopień Dominus Liminis), nakładały na inicjowanych zupełnie inne wymagania. Dość powiedzieć, że nawet tak wybitny mag jak Austin Osman Spare zdołał osiągnąć zaledwie stopień Neofity, a niewielu osiągnęło coś więcej.

Argentum Astrum miało być kuźnią wiedzy magicznej, w której swoboda indywidualnego wyboru praktyk magicznych wsparta była dyscypliną rozliczania się ze swego wglądu i umiejętności. Zakon ten zrywał z popularnym systemem praktyk grupowych w lożach, kładąc nacisk na praktyki indywidualne. W A.’.A.’. obowiązywała ścisła reguła tajności członków. Każdy inicjowany znał tylko swego przełożonego, którym była zazwyczaj osoba znajdująca się o jeden stopień wyżej w hierarchii, oraz swego podwładnego, jeśli takiego w ogóle miał. Tym samym, Crowley spełniał kolejne przykazanie zawarte w Księdze Prawa, której wers 50 pierwszej części głosił: „macie gwiazdę i gwiazdę, system i system; niechaj jeden nie zna dobrze drugiego”.

Narzuca się w tym kontekście jedno pytanie: Jakim to sposobem Crowley mógł zapomnieć o Księdze Prawa, skoro tak skrupulatnie spełniał jej postulaty? Wydaje się że istnieją dwie możliwości. Pierwsza z nich powiada, że Crowley wcale nie zapomniał o Księdze Prawa, tylko pozorował swoją niedbałość, podkreślając tym samym moc sprawdzających się w niej przepowiedni. Hipoteza ta brzmi nieprzekonywująco, zważywszy na fakt że Crowley mógłby wykorzystać w tym czasie Księgę Prawa dla zbudowania prestiżu swej nowej organizacji magicznej. Już bardziej prawdopodobna wydaje się druga hipoteza, mówiąca że Crowley musiał porzucić Księgę Prawa, by mogła ją przyswoić jego podświadomość. A tym samym w nieświadomy sposób spełniał jej postulaty.

Wymagania kolejnych stopni inicjacyjnych w A.’.A.’. streszczał esej „Gwiazda na horyzoncie”, zamieszczony później w Magiji w teorii i praktyce. Przedstawiały się one następująco:

Uczeń – Jego zadaniem jest zdobycie wiedzy ogólnej o wszystkich systemach samorozwoju.

Kandydat – Jego głównym zadaniem jest rozpoczęcie wybranych praktyk i zapisywanie ich w dzienniku przez okres jednego roku.

Neofita – Musi uzyskać doskonałą kontrolę nad planem astralnym.

Zelator – Jego głównym zadaniem jest opanowanie asany i pranajamy. Ponadto, powinien rozpocząć studia nad „formułą różokrzyża”.

Practicus – Wymaga się od niego ukończenia treningu intelektualnego, a w szczególności studiów nad kabałą.

Philosophus – Wymaga się od niego przejścia przez trening moralny. Sprawdza się jego oddanie względem Zakonu.

Dominus Liminis – ma się wykazać opanowaniem pratjahary i dharany.

Adeptus [Minor] (zewnętrzny) – Winien dokonać Wielkiego Dzieła i osiągnąć Wiedzę i Konwersację Świętego Anioła Stróża.

Adeptus [Minor] (wewnętrzny) – Może rozpocząć praktykę „formuły różokrzyża”, przystępując do Kolegium Ducha Świętego.

Adeptus (Major) – Osiąga mistrzostwo magiji praktycznej, bez dogłębnego jej zrozumienia.

Adeptus (Exemptus) – Osiąga doskonałość w tych wszystkich sprawach, po czym albo (a) staje się Bratem Ścieżki Lewej Ręki albo (b) zatraca wszystkie swoje osiągnięcia, siebie samego, a nawet Świętego Anioła Stróża i staje się Dziecięciem Otchłani, które przekroczywszy swój Rozum, jedynie wzrasta w łonie swojej matki. Wtedy zaś dostępuje stopnia

Magister Templi – (Mistrz Świątyni): […] Jego głównym zadaniem jest doglądanie „ogrodu” uczniów i osiągnięcie doskonałego zrozumienia wszechświata. Jest on mistrzem samadhi.

Magus – Zdobywa mądrość, głosi swoje prawo i jest mistrzem magiji w jej jak najszerszym i najwyższym znaczeniu.

Ipsissimus – Znajduje się poza tym wszystkim, niedostępny dla tych, którzy posiedli niższe stopnie.”

Początkowo do A.’.A.’. przyjmowano wszystkich chętnych, a jedynym sprawdzianem ich kwalifikacji były przeprowadzane z nimi rozmowy. Jednakże, praktyka ta okazała się katastrofalna w skutkach, ponieważ nowi członkowie nie potrafili sprostać reżimowi pracy w zakonie. Dlatego też w 1912 roku Crowley wprowadził regułę, nakazującą chętnym do wstąpienia do zakonu podjęcia się trzymiesięcznego kursu wtajemniczeń w misteria starożytnej wiedzy. Dopiero po zdanym egzaminie mogli oni przystąpić do zakonu. A że egzamin ten musiał być niezmiernie trudny, świadczy o tym fakt że w szczytowym okresie swojej aktywności A.’.A.’. liczyło ledwie kilkunastu członków. Pośród nich, do najaktywniejszych należeli: Georg Cecil Jones (współzałożyciel zakonu, przełożony Crowleya w zakonie Złotego Brzasku), kapitan Fuller (wojskowy, twórca doktryny Blitzkriegu), Norman Mudd (matematyk) i Victor Neuburg (poeta).

Na temat praktyk ówczesnych członków A.’.A.’. niewiele dzisiaj wiadomo. Pozostają nam do dyspozycji jedynie dzienniki Crowleya oraz nieliczne zapiski operacji magicznych kapitana Fullera i Victora Neuburga. Dość powiedzieć, że zakon zajmował się testowaniem praktyk magicznych, a zatem jego działanie bardziej przypominało eksperymenty naukowców aniżeli ceremonie magiczne tradycyjnych okultystów. I tak, na przykład, sam Crowley powrócił do eksperymentów ze środkami zmieniającymi świadomość, owocem czego było niezwykłe dzieło pt.: Psychologia Haszyszu. Książka ta była bardziej traktatem na temat względności czasu i przestrzeni niźli opisem wizji psychodelicznych. Istnieją też pokaźne dowody na to, że to Crowley wprowadził do Europy zwyczaj spożywania wyciągu z kaktusu pejotla. Innym klasycznym przykładem działań z tego kresu była próba powtórnego przeprowadzenia Operacji Świętej Magii Maga Abramelina w warunkach wielkomiejskich. Próba, która jeśli wierzyć zeznaniom Crowleya, zakończyła się sukcesem.

W tych wczesnych eksperymentach z okresu A.’.A.’. widać że Crowley, chociaż formalnie nie dzierżył nawet stopnia Mistrza Świątyni (8*=3*), działał z poziomu Ipsissimusa (10*=0*), czyli tego, który przekroczył dualistyczny świat dobra i zła, rozumu i szaleństwa. Dlatego jego zachowanie wielu wydawać się mogło nieroztropne, czy też nawet szalone. Pod tym względem, śmiało można powiedzieć że przypominał szalonych mędrców tybetańskich, którzy jak Drukpa Kunley, odkrywali boskość w plugawości, to co najwyższe w tym co najniższe. Jednakże, prawdziwe szaleństwo miało się dopiero zacząć, a jego przedsmakiem była operacja, jaką w 1909 roku przeprowadził na Saharze ze swoim uczniem, Victorem Neuburgiem.

Mimo kurtuazyjnego nobilitowania go przez Jonesa na stopień Mistrza Świątyni, Crowley się nieusatysfakcjonowany znikomością prowadzących ku temu przesłanek. Postanowił zatem przeprowadzić operację magiczną, którą w okultyzmie nazywa się „przekroczeniem Otchłani”, a która polega na zmierzeniu się z demonem rozumu, Choronzonem i dostąpieniu najwyższych mocy magicznych. Historia magii notuje liczne przypadki osób, które zagubiły się w Otchłani, a tym samym popadły w szaleństwo. Crowley przystąpił do działania na Saharze, gdzie usiadł pośrodku kręgu w jogicznej pozycji pioruna. W ręku trzymał wielki szlifowany topaz, który miał mu służyć jako zwierciadło magiczne. Tymczasem Neuburg, otoczony imionami bożymi mającymi zapewnić mu ochronę, rozpoczął ewokację na podstawie Lemegetonu – jednego ze starych tekstów magicznych. Jeśli wierzyć świadectwom uczestników tego niezwykłego wydarzenia, nagle, z okrzykiem Zazas, Zazas, Nasatanada Zazas! w topazie pojawił się Choronzon, który powiedział kilka niezrozumiałych zdań, rzucił kilka klątw i równie szybko zniknął jak się pojawił. Obaj magowie sądzili, że na tym koniec i operacja zakończyła się niepowodzeniem. Lecz oto Crowley zniknął, a w jego miejsce pojawiła się prostytutka, którą Neuburg poznał w Paryżu. Kobieta usiłowała wywabić go z ochronnego kręgu, ale on oparł się jej pokusom. Demon zaczął zmieniać kształty. Raz był kobietą, raz wężem, raz samym Crowleyem proszącym o kroplę wody dla ugaszenia pragnienia. Neuburg mężnie stawiał czoło wszystkim tym podstępom, ale coraz bardziej dawał się wciągnąć w konwersację. Naraz, piasek pustynny zamazał krąg ochronny i Choronzon w postaci nagiego dzikusa rzucił się na Neuburga. Szarpanina trwała do chwili, kiedy Neuburg krzyknął imię boże i uderzył demona magiczną różdżką. A wtedy ten ukorzył się i choć starał się jeszcze opętać maga, w końcu opadł z sił i na zawsze zniknął. Crowley, przy pomocy Neuburga, pokonał Choronzona i tym samym mógł już zasadnie twierdzić że przekroczył Otchłań. Został Mistrzem Świątyni Zakonu Srebrnej Gwiazdy, a tym samym, zgodnie z okultystyczną mitopeją, jako pierwszy śmiertelnik wstąpił do elitarnego kręgu Tajemnych Przywódców Świata.

„TAJEMNICE SEKSUALNE ORDO TEMPLI ORIENTIS”

Seks, ten starszy kuzyn miłości, od najdawniejszych czasów zajmował myśli nie tylko filozofów i poetów. I chociaż dzisiaj przypisuje się mu bardziej poślednią rolę w życiu człowieka, należy wątpić czy nasi odlegli przodkowie mieli do tego podobny stosunek. Wydaje się bowiem, że świat powstał właśnie z ciała, a nie ze słowa, jakby tego chcieli teologowie chrześcijańscy. To ciało wyznaczało zakres i porządek życiu ludzkiemu. A w tym porządku ciała seksualność odgrywała rolę pierwszoplanową, będąc weń niejako wpisaną.

Na początku było ciało. Gąszcz pragnień ukryty pod skórą. Ciało rosło, poznawało inne ciała, pragnęło. Dopiero potem, znacznie później, pojawiły się słowa. A słowa stworzyły własny świat, który wchłonął ciało. Tak rozpoczęła się historia. Opowieść o człowieku jest historią stopniowej dyskursywizacji seksu, przekładania go na język rozumu, a tym samym wypędzania go z ciała. Proces ten nabrał szczególnego tempa w Imperium Rzymskim, kiedy to Erosa (boga miłości) podporządkowano Logosowi (bogowi rozumu). A wraz z mariażem cesarsko-rzymskiej tyranii Logosu z niechętnym wszelkiej seksualności chrześcijaństwem, seks i cielesność obłożono klątwą. Trzeba tu dodać, klątwą mającą janusowe, podwójne oblicze.

Z jednej bowiem strony seks stał się czymś podejrzanym, nikczemnym, posiadającym moc zwodzenia i sprowadzania na manowce (co widać już w opowieści o Adamie i Ewie z Księgi Rodzaju). Miał zatem właściwości upodlające. Z drugiej jednak strony, jego złowieszczość nadawała mu moc czynienia cudów, sprawiała że z prostej czynności fizjologicznej stawał się czymś niezwykłym, posiadającym właściwości uwznioślające. Wraz z tyranią słowa, seksualność stała się odrębną sferą, wydzieloną z logiki ciała, a przeto stanowiącą obiekt spekulacji. Gdzieś tam na początku tego procesu narodziła się ars amandi, sztuka kochania, która jednak wraz z dalszym odcieleśnianiem życia stała się czymś równie co seks podejrzanym i też straciła na znaczeniu.

Sztuka Kochania a Ścieżka Lewej Ręki

W niektórych kulturach, które zdążyły co prawda wyjść poza zwykły porządek ciała, lecz nie wypracowały mechanizmów służących jego tłumieniu, sztuka ta była kultywowana w ramach tradycji religijnej. Tak było w zachodnio-afrykańskich „kultach opętania”, gdzie podczas ekstatycznych tańców bogowie dosłownie „spółkowali” z ludźmi; w gwiezdnych, predynastycznych kultach egipskich o wyraźnej dominacji pierwiastka żeńskiego nad męskim; w śródziemnomorskich kultach bogini (Isztar, Afrodyty, Izydy); w niektórych nurtach Islamu, które wraz z mistyką seksualną wykształciły ekstatyczne techniki jednoczenia się z Bogiem; w późnej alchemii taoistycznej, która filozoficzną myśl mędrców chińskich wzbogaciła o praktyczne sposoby przekształcania energii seksualnej w siłę życiową; a także w tantrze hinduskiej i buddyjskiej – dwóch nurtach magiczno-religijnych o najwyraźniej zaakcentowanej mistyce płci.

Niektóre z tych tradycji religijnych z racji styku kulturowego przejmowały nawzajem od siebie różne techniki seksualne. Czasami proces ten przybierał bardzo gwałtowny obrót. Jeden ze współczesnych historyków i praktyków magii seksualnej, Kenneth Grant, powiada wręcz że w dziejach ludzkości mamy do czynienia ze słabo widocznym, choć faktycznym dziedziczeniem pewnej tradycji magiczno-religijnej, którą nazywa tradycją tyfoniczną (wężową, smoczą). Tradycja ta obejmuje wszystkie systemy religijne, magiczne i mistyczne, wykorzystujące energię seksualną kundalini (nazywaną tak od imienia węża, który w indyjskiej, mistycznej anatomii człowieka spoczywa u podstawy kręgosłupa człowieka) w celu uzyskania oświecenia bądź też potężnych mocy magicznych (tzw. magis). Grant uważa że wyjątkową rolę w tej tradycji pełnią kobiety, które stanowią transformatory męskiej energii seksualnej. Dlatego pozwala sobie nazwać tę ścieżkę nurtem lunarnym, który w tradycji zachodniej ezoteryki zyskał miano Ścieżki Lewej Ręki.

Zgodnie z tą tradycją, Ścieżka Lewej Ręki grupuje adeptów, których celem jest przebóstwienie, czyli „stanie się równym bogom”. I w odróżnieniu od Ścieżki Prawej Ręki, ma charakter zstępujący, jako że kroczący nią idą zawsze w dół, ku wnętrzu. Przedstawicieli Ścieżki Lewej Ręki odnaleźć można w różnych tradycjach religijnych, choć bez wątpienia w niektórych z nich stanowią oni margines i są postrzegani przez większość jako odszczepieńcy i zboczeńcy. Religiami, które są szczególnie uczulone na obecność takich dewiantów są tzw. religie księgi, czyli popularne obecnie na świecie monoteizmy: judaizm, chrześcijaństwo i islam. Te logocentryczne, patriarchalne systemy religijne budowane są na zasadzie ostrej opozycji wobec seksualności i indywidualizmu. Dlatego też ze szczególną ostrością piętnują wszelkie przejawy owej tendencji zstępującej, uznając ją za piekielną, wrogą nie tylko człowiekowi, ale i Bogu.

Religie monoteistyczne są też najwyraźniejszymi przedstawicielami Ścieżki Prawej Ręki, która jawi się jako ruch ku górze, na zewnątrz. Adepci tej ścieżki szukają spełnienia w zjednoczeniu z Bogiem, które postrzegają jako akt wyrzeczenia się swej jednostkowości na rzecz owej większej całości. Dlatego też łatwo jest im również poddawać się różnym tendencjom kolektywistycznym i wchodzić w mariaż z władcami i panami tego świata, jako że „władza”, „państwo”, „Kościół” też stanowią pewne „większe całości”. Ścieżka Prawej Ręki wiedzie więc ku Bogowi, który znajduje się gdzieś na zewnątrz (na wysokościach) i najczęściej jest osobą. Lecz Bóg znajduje się tak daleko, że zwykle dopiero po śmierci można się do niego dostać. A że i tutaj wszechmocny okazuje się prosty rachunek ekonomiczny, jest to niezmiernie utrudnione, ponieważ popyt znacznie przewyższa podaż. Krótko mówiąc, miejsc w Niebie jest znacznie mniej niż chętnych. Dlatego systemy religijne Ścieżki Prawej Ręki oferują kodeksy etyczne, które należy spełniać, by móc dostąpić pałaców niebiańskich. Ci, zaś którzy chcą otrzymać tam bezpłatne wejściówki, powinni szczególnie przestrzegać jednej zasady: pozbawiać się balastu doczesności i tego, co ściąga ich w dół, czyli ciała (a raczej tej energii seksualnej co w nim drzemie snem niespokojnym).

Reasumując, magiczne i mistyczne systemy religijne przyjmują postać dwóch dróg. Jedna z nich wiedzie ku górze i tę nazywamy Ścieżką Prawej Ręki. Cechuje ją soteriologiczna ekstrawersja, czyli poszukiwanie zbawienia w Bóstwie, które znajduje się na zewnątrz (najczęściej na wysokościach) i jest zazwyczaj jedynym Bogiem. Temu Bóstwu należy podporządkować swoje życie, kosztem pozostałych jednostkowych aspiracji, które postrzegane są jako przejaw pychy bądź kuszenie Złego (albo też jedno i drugie zarazem). Ścieżka Prawej Ręki posługuje się hierarchicznym obrazem świata, w którym piekło znajduje się gdzieś na dole, a droga do niego często wiedzie przez dolną część ciała. Przeciwstawną formułę inicjacyjną przedstawia Ścieżka Lewej Ręki, która jako drogę do spełnienia proponuje ruch zstępujący. Cechuje ją soteriologiczna introwersja, ponieważ uznaje boskość znajdującej się w człowieku Jaźni. Ideałem tej ścieżki jest poznanie tej Jaźni, któremu zwykle towarzyszy penetracja seksualności i nieznanych (nieuświadamianych) składników ludzkiej psyche. Warto tutaj wspomnieć, że obie ścieżki nie wyczerpują arsenału środków gnostycznych znajdujących się w posiadaniu człowieka. Istnieje wszak jeszcze tzw. Droga Środka, która proponuje ruch obustronny, w górę i w dół, na zewnątrz i do środka, a której najsłynniejszym filozoficznym eksponentem jest taoizm.

Nas jednak interesuje tutaj tradycja, w której centralną rolę odgrywa seksualność. Jak już powiedziałem, tradycję tę kultywowano w różnych systemach religijnych, z których większość znajdowała się na Bliskim i Środkowym Wschodzie. Cywilizacja europejska, która wraz z powstaniem Imperium Rzymsko-Katolickiego nastawiona była wrogo, jeśli nie do samej seksualności, to do jej sakralnego wykorzystania, tępiła wszelkie przejawy magii seksualnej. Można wręcz powiedzieć za Rene Girardem, który u podstaw wszelkich cywilizacji dopatruje się jakiegoś aktu ofiarniczego, że w przypadku chrześcijańskiej Europy ten mord założycielski dotyczył seksu. Tym niemniej, gdzieś obok wciąż istniały kultury, w których seks jako żywo stanowił źródło nie tylko rozkoszy, lecz i inspiracji religijnej.

Ex Oriente Lux

Paradoksalnie, dla Europejczyków poznawanie tych kultur dokonywało się poprzez podbój. A decydującą w nim rolę odgrywały krucjaty religijne. Pierwsi wojownicy o wiarę udali się na Wschód w 1095 roku, przerywając tym samym złą passę jaka od siedmiu wieków nękała Europę. Praktycznie, dopiero w tym okresie Europa podniosła się z impasu kulturowego, jaki stał się jej udziałem po upadku Cesarstwa Rzymskiego. Krzyżowcy stali w obronie wiary, lecz po powrocie importowali do Europy niektóre dobra z Bliskiego Wschodu. Czasami były to tylko choroby. Zdarzało się jednak, że wśród licznych towarów przywożonych ze Wschodu były też idee.

Legendarną już rolę odegrali w tym procesie Templariusze, zakon założony w 1118 roku przez Hughesa de Payensa. Pierwsze krucjaty wyglądały niepozornie. Niech świadczy o tym fakt, że początkowo Zakon Templariuszy składał się z dziewięciu rycerzy, którzy eskortowali pielgrzymów podczas ich podróży do Ziemi Świętej. Lecz w 1126 roku patronat nad Templariuszami przejął św. Bernard z Clairvoux, jeden z najbardziej wpływowych teologów katolickich w tamtych czasach. Odtąd, zakon zaczął rosnąć w potęgę. Św. Bernard napisał surowy kodeks etyczny Templariuszy, który z czasem objął też cały szereg tajnych inicjacji. Poza tym, zakon nie podlegał żadnemu władcy, tylko Papieżowi, dzięki czemu Templariusze rozwinęli wymianę na szeroką skalę z krajami, którzy europejscy władcy uznawali za wrogie.

W okultystycznej mitopei powiada się, że podczas tych bliskowschodnich wojaży Templariusze zetknęli się z tajemnymi bractwami inicjacyjnymi, które przekazały im tajniki magii seksualnej. Jak było naprawdę tego trudno jest dociec. Pozostaje faktem, że w XII wieku musieli mieć do czynienia ze złowieszczą sektą Asasynów, która terroryzowała świat arabski ze swej wieży w Alamut. Sekta ta kultywowała tajemnice magii seksualnej, służące jej zwykle w programowaniu przyszłych szpiegów. Można podejrzewać, że związki między Templariuszami a Asasynami musiały być nie tylko natury powierzchownej, skoro w 1146 roku zakon ten przejął ich symbol, czerwony krzyż na białym tle.

Potęga Templariuszy równie szybko rozsypała się jak powstała. Przyczynił się do tego król francuski Filip, który zazdrosny o fortunę zakonu postanowił aresztować wszystkich jego przedstawicieli pewnej nocy roku 1307. W sukurs przyszedł mu papież Klemens V, który wydał edykt żądający od krajów europejskich, by aresztowały Templariuszy znajdujących się na ich terenach. Urządzono wtedy popisowy proces Templariuszy, podczas którego oskarżono zakon o oddawanie czci diabolicznemu Bafometowi i praktykowanie sodomii. Był to kres tego wielkiego zakonu, którego nieliczni ocalali członkowie, jak wieść niesie, zasili szeregi innych zakonów (np. Szpitalników), bądź odprawiali swe obrzędy w podziemiu.

Legenda templariuszy musiała bardzo oddziaływać na wyobraźnię ówczesnych poszukiwaczy wiedzy tajemnej, ponieważ począwszy od XVII wieku wszystkie nowe stowarzyszenia inicjacyjne powoływały się na nich jako na swoich poprzedników. Tak było w przypadku różokrzyżowców, którzy w wydanych w 1614-15 roku manifestach zasiali plotkę o istnieniu tajemniczego bractwa adeptów kierujących losami ludzkości z ukrycia. Ten mit, jak wiadomo, odegrał kluczową rolę w gwałtownym formowaniu się coraz to nowszych bractw okultystycznych, które powstawały jak grzyby po deszczu. Wraz z nimi, pojawiło się wolnomularstwo, które poza nawiązywaniem do starożytnych cechów mularskich, wykształciło specyficzny system inicjacyjny mający wprowadzać w arkana wiedzy tajemnej poprzez studiowanie symboli. Masoni, jako członkowie stowarzyszeń tajemnych, działali w ukryciu, choć zapewne nie tworzyli takich konspiracji, o jakie je posądzano. W XVIII wieku tryumfy święcili tajemniczy hrabia St. Germain oraz Cagliostro, odpowiedzialny za powstanie tzw. Egipskiego Rytu Wolnomularstwa, łączącego elementy rytuałów masońskich z egipskim hermetyzmem i mistyką seksualną. Wszyscy oni powoływali się na legendę templariuszy i świadomie do nich nawiązywali. Jak bardzo potężna była ta pamięć o dawno wymarłym zakonie, niech świadczy fakt, że gdy w 1776 roku Adam Weishaupt założył zakon Iluminatów z zamiarem zniszczenia europejskich monarchii, zarówno jego działania jak i późniejszą Rewolucję Francuską uznano za zemstę templariuszy.

Erotyczne Wolnomularstwo

Dopiero jednak na początku XX wieku w ezoterycznym światku fin de siecle’u pojawiła się organizacja, która w bezpośredni sposób nawiązywała do templariuszy, uznając się za ich dziedziców. Grupa ta przyjęła łacińską nazwę Ordo Templi Orientis, tłumaczoną jako Zakon Świątyni Wschodu, bądź też mniej poprawnie jako Zakon Templariuszy Wschodu. Nowi templariusze nie dzierżyli wszakże zwyczajnych mieczów i nie walczyli w obronie chrześcijańskiej wiary. Ich mieczem był fallus, a celem zgłębienie tajników wiedzy okultnej, ze szczególnym uwzględnieniem magii seksualnej.

Formalnym założycielem zakonu był Theodor Reuss (1855-1923) – niemiecki dziennikarz, działacz społeczny i śpiewak operowy (ze stażem w Parsivalu Wagnera). Lecz jego ojcem duchowym i głównym inicjatorem był austriacki przemysłowiec, Carl Kellner (1850-1905). Kellner dorobił się fortuny na własnej technologii wytwarzania papieru, którą wymyślił w swym laboratorium chemicznym mając zaledwie 22 lata. Odkrycie to przyniosło mu na tyle poważne zyski, że z powodzeniem mógł oddawać się licznym hobby. Ten człowiek wielu pasji realizował się przede wszystkim w wymyślaniu i doskonaleniu nowych wynalazków, takich jak przędza obrotowa, fotografia, czy sztuczna biżuteria. Lecz jego głód wiedzy był tak wielki, że skłaniał go do ciągłych podróży po całym świecie, podczas których poznawał nowe kultury i egzotyczne systemy religijne.

Podczas jednej z tych podróży miało zdarzyć się coś, co zaważyło na całym jego późniejszym życiu. Jak sam twierdził, spotkał wtedy trzech mędrców ze wschodu, którzy przekazali mu najwyższe tajemnice starożytnej ezoteryki. Byli to mistyk muzułmański, Soliman ben Aifa oraz dwaj tantrycy bengalscy, Bhima Sena Pratapa z Lahore i Sri Mahatma Agamya Paramahamsa. Mistrzowie ci uczyli go, w jaki sposób należy praktykować jogę i jak wykorzystywać ją w praktykach magii seksualnej. Tak przynajmniej twierdził Kellner.

Czy było tak naprawdę, jest to bardzo wątpliwe. Pozostaje jednak faktem, że Kellner podróżował po Azji Mniejszej i mógł stamtąd przywieźć pewne dotąd nieznane techniki jogiczne mające charakter seksualny. Mogły mieć one jednak znacznie mniej egzotyczne pochodzenie. Wiadomo bowiem, że Kellner kontaktował się z pewną organizacją okultystyczną o nazwie Hermetyczne Bractwo Światła. Jakiej natury były to kontakty, tego nie wiadomo. Być może, w trakcie swych zagranicznych wojaży poznał w Ameryce Pascala Beverly Randolpha, jednego z twórców tej organizacji. Do tego spotkania mogło równie dobrze dojść w samej Austrii, jako że Randolph, jak również pozostali członkowie tej organizacji (w tym Max Theon, mieszkający w Egipcie Żyd z Polski) lubili wędrować z misjami apostolskimi po Europie. Tak czy inaczej, Kellner musiał mieć kontakt z tą organizacją, gdyż nie tylko posługiwał się specyficznym dla niej słownictwem, lecz na dodatek po wielokroć na nią się powoływał.

Hermetyczne Bractwo Światła założył w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia Pascal Beverly Randolph, amerykański mulat, żołnierz i podróżnik. Grupa ta, jako jedna z pierwszych organizacji społecznych, krzewiła edukację seksualną, publikując liczne odezwy i pamflety namawiające mężczyzn do dobrego traktowania kobiet, a kobiety do walki o „prawo do orgazmu”. Towarzyszyła temu skomplikowana mistyka seksualna oraz praktyki, które grupa doradzała w celu osiągnięcia zjednoczenia płci. Randolph głosił, że „prawdziwa moc seksu jest mocą boską”, jednocześnie podkreślając, że skoro Bóg stworzył ludzi na własne podobieństwo to musi on być mężczyzną i kobietą zarazem. Jeśli więc chcemy osiągnąć stan wyższego wglądu i uczynić nasze ciało bardziej subtelnym, powinniśmy rozwijać w sobie cechy płci przeciwnej oraz dążyć do jak najczęstszego i najintensywniejszego przeżywania rozkoszy seksualnej.

Hermetyczne Bractwo Światła uczyło że seks jest źródłem mocy magicznej: „W otaczającym nas świecie znajdują się nasiona duszy. Istnieją tam też zarodki wszelkiej możliwej wiedzy. Wszelka moc, wiedza, energia i siła znajduje się w eterze i sferach duchowych. Wszystko to jest nam dostępne w chwilach największego uniesienia…..podczas czystego, obopólnego orgazmu, kiedy mieszają się dwie aury i trzy fluidy, prostatyczny, nasienny i waginalny. W chwili orgazmu nie ma stanu pośredniego i albo wznosimy się do nieba albo spadamy do piekła. Nasze dusze otwierają się na tę chwilkę, by przyjąć zarodki wiedzy i mocy magicznej. Jeśli więc będziemy wtedy przywoływać Zło, odnajdzie ono drogę do naszych dusz i zamknięte w ich tajemnych kryptach ujawni się w najmniej oczekiwanym momencie. Jeśli zaś będziemy modlić się o Dobro, wszystko co złe będzie trzymać się od nas z dala, a Dobro na zawsze osiądzie w naszych duszach. Możemy też przywoływać Moc, która w tej jednej chwili zakorzeni się w naszych duszach.” W celu odpowiedniego wykorzystania energii seksualnych Randolph i jego nieliczni współpracownicy korzystali z orientalnych metod jogi i medytacji. Najważniejszą w nich rolę pełniło rytmiczne oddychanie.

Ćwiczenia jogiczne i oddechowe Randolpha znalazły później swe miejsce w praktykach Ordo Templi Orientis. Nic więc dziwnego że Kellner nazywał O.T.O właśnie Hermetycznym Bractwem Światła. Nim jednak doszło do jego utworzenia, musiały zajść pewne sprzyjające ku temu okoliczności. Kellner już w 1895 zamierzał założyć bractwo okultystyczne, którego celem byłoby połączenie praktyk jogicznych z rytuałami masońskimi. Jego idee fixe było stworzenie wielkiej organizacji, grupującej wszystkie obrządki masońskie. Musiało to być przedsięwzięcie zakrojone na gigantyczną skalę, ponieważ pod koniec XIX wieku istniało na świecie około 70 takich organizacji. Tymczasem Kellner, należał tylko do jednej z nich, loży Humanitas działającej pod auspicjami Zjednoczonej Loży Węgier. Jeśli więc chciał swój cel zrealizować, musiał w jakiś sposób nabyć pozostałe ryty masońskie.

Okazji po temu było pod koniec wieku sporo. Proceder kupczenia tajemnymi przekazami rozkwitał na dobre, a adepci różnych stowarzyszeń tajemnych nawzajem nadawali sobie wysokie tytuły. Wystarczyło więc znaleźć taką osobę i kupić od niej odpowiednie pełnomocnictwa. Kellner szukał i znalazł, a jego szczęście nie miało granic. Osobą tą był Theodor Reuss, który pod płaszczykiem działalności politycznej zajmował się inwigilacją niemieckich kółek socjalistycznych. Można powiedzieć, że Reuss miał dobrą rękę do wynajdowania bractw okultystycznych i zabierania z nich tego co najlepsze (czyli pełnomocnictw). Oto bowiem w ciągu piętnastoletniej kariery w świecie ezoteryki otrzymał uprawnienia do założenia niemieckich oddziałów takich stowarzyszeń jak: Swedenborgiański Ryt Masonerii, Societas Rosicruciana in Anglia, Zakon Martynistów i Zakon Iluminatów. Niestety, żadna z tych organizacji nie miała charakteru czysto masońskiego, a zatem nie spełniała wymagań, jakie stawiał sobie Kellner. Poza tym, Reuss był całkowicie pochłonięty działalnością w Zakonie Iluminatów i nie miał czasu na akces w tak gigantycznym przedsięwzięciu.

Tak więc na razie plany Kellnera, by stworzyć Akademię Masońską Ordo Templi Orientis musiały ulec odroczeniu. Pozostawało mu przeprowadzanie eksperymentów z zakresu magii seksualnej w małym kilkuosobowym gronie. Jak pisze historyk okultyzmu, Peter Koenig: „Kellner specjalizował się w medytacjach jogicznych (z Joga-sutr Patandżialego) mających na celu odkrywanie przeszłych wcieleń. Podczas tych medytacji jego żona odgrywała rolę Wielkiej Bogini, podczas gdy sam Kellner wcielał się w Kapłana Babilońskiego. W ich domu znajdował się pokój bez okien, gdzie państwo Kellnerowie przeprowadzali rytuały tantryczne. Służyły one wytwarzaniu specjalnego eliksiru, który składał się z kobiecych i męskich wydzielin seksualnych”.

Tymczasem, w 1902 roku, z powodu waśni personalnych Reuss porzucił działalność w Zakonie Iluminatów i nawiązał bliższą znajomość z angielskim wolnomularzem, Johnem Yarkerem (1833-1913). Powiedział mu wtedy o pomyśle Kellnera, by stworzyć uniwersalny obrządek masoński, który by skupiał w sobie wszystkie istniejące ryty. Idea ta (lub kryjące się za nią pieniądze) musiała przypaść do gustu staremu masonowi, ponieważ 24 września 1902 roku nadał Reussowi tytuł Wielkiego Suwerennego Inspektora Generalnego 33* Rytu Szkockiego Cernaua. W tym samym dniu Reuss, wraz z dwoma współpracownikami, Franzem Hartmannem i Henrym Kleinem, otrzymali pełnomocnictwa do dzierżawienia Rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego oraz rytów Misraim i Memfis. Nie pozostawało im nic innego, jak założenie nowego zakonu okultystycznego, który zgodnie ze wskazówkami Kellnera nazwali Ordo Templi Orientis.

Początki Ordo Templi Orientis

Nie znane są jak dotąd dokładne okoliczności powstania O.T.O. Nie wiadomo, czy powstało ono zaraz po uzyskaniu przez Reussa, Hartmanna i Kleina uprawnień masońskich, czy też miało to miejsce dopiero po śmierci Kellnera w 1905 roku. Jedno jest pewne, że Kellner musiał mieć poważny wpływ na kształt tej organizacji, ponieważ w jej strukturze organizacyjnej i podstawowych praktykach widać było wpływy tak bliskiej jego sercu hinduskiej jogi.

System inicjacyjny O.T.O składał się z dziesięciu stopni, odpowiadających kolejnym fazom wtajemniczenia w masońskie, orientalne i różokrzyżowe misteria. Nazwy tych stopni często ulegały zmianie. Niewielki więc będzie pożytek z ich przytaczania. Wystarczy powiedzieć, że pierwszych sześć stopni odnosiło się do rozmaitych rytów istniejących w różnych obrządkach masońskich. Natomiast, kolejne trzy nie miały z masonerią zbyt wiele wspólnego i nadawano je bez szczególnych rytuałów inicjacyjnych. Ich przedmiotem było wtajemniczanie w arkana pilnie strzeżonych przez zakon tajemnic magii seksualnej, które nauczano w przekazie szeptanym (z ust do ust). Wiemy o nich jedynie tyle, że dotyczyły wciągania energii seksualnej z genitaliów do splotu słonecznego. Dokonywano tego przy pomocy odpowiedniej koncentracji myśli oraz pewnych technik oddechowych. Praktyka ta miała służyć osiągnięciu stanu „Wielkiej Jedności”, którego efektem ubocznym mogło być między innymi jasnowidzenie. Reuss nazywał ją „białą magią seksualną”.

Już choćby z racji tego zdawkowego opisu, można odnieść wrażenie, że praktyki te musiały przypominać dziwaczne techniki stosowane w taoistycznej alchemii. Niektóre z nich znamy z wydanego w Polsce traktatu „Sekret Złotego Kwiatu”. Inne przetrwały w szczątkowej formie, przekazywane przez taoistycznych mistrzów z Taiwanu. Bardzo prawdopodobne że tego rodzaju technik nauczano na siódmym stopniu wtajemniczenia w O.T.O, chociaż niektórzy badacze sądzą że miał on charakter czysto administracyjny. Możemy mieć natomiast pewność, że adepci ósmego stopnia O.T.O otrzymywali wskazówki dotyczące praktyk autoerotycznych, które stanowiły wstęp do odbywanych na stopniu dziewiątym praktyk heteroseksualnych.

Ordo Templi Orientis, najwyraźniej idąc śladami Hermetycznego Bractwa Światła, wierzyło w świętość stosunku seksualnego, który przy zachowaniu odpowiedniej dyscypliny miał prowadzić ludzi do boskości. Jak zauważa Peter Koenig: „Reuss kontynuował praktyki jogiczne Kellnera, lecz wzbogacił je o wątek manichejski. W naukach O.T.O całe ciało uznawano za święte. Było ono Świątynią Ducha Świętego a narządy płciowe miały służyć bardzo szczególnym celom, mianowicie – rekonstruowaniu świata. Takie było znaczenie Mszy Świętej. Reuss wierzył że tylko dzięki współpracy kobiet i mężczyzn ludzkość może osiągnąć rozwój duchowy. Współpraca ta miała, rzecz jasna, charakter seksualny, a sam stosunek postrzegany był jako odbicie kosmicznego aktu stworzenia. Adepci mogli więc współuczestniczyć w tym akcie stworzenia, jeśli tylko oddawali się rytualnym stosunkom heteroseksualnym”. Koenig twierdzi że wąż pożerający własny ogon, który pojawiał się na licznych broszurkach Reussa, symbolizował stosunek seksualny Boga z człowiekiem. Powiada też że z punktu widzenia magii seksualnej stanowił on symbol plemnika. Cała zaś magia Zakonu Świątyni Wschodu da się sprowadzić do mistyki nasienia.

Cokolwiek by nie sądzić o rewelacjach Koeniga, to właśnie owe tajemnice magii seksualnej przyciągały do O.T.O licznych nowicjuszy. Jeśli by zaś wierzyć doniesieniom Reussa, w ciągu roku lub dwóch od rozpoczęcia działalności zakon ten zdążył wokół siebie skupić przeszło tysiąc osób. Każdy nowicjusz otrzymywał stopień zerowy oraz musiał przejść przez rytuał Minervala. Podczas tej ceremonii inicjowany umierał dla świata zewnętrznego, stając się pełnoprawnym adeptem wiedzy tajemnej. Wypowiadał wtedy następujące słowa: „Ja, ……, oddając się do waszej dyspozycji jako bezsilny więzień, ogłaszam wszem i wobec że pochodzę z Koryntu, jestem wolnym obywatelem miasta Ateny, sprzymierzeńcem Mityleny, podróżującym w spokoju do Miasta Słonca, Heliopolis, poszukując Światła i Prawdy, Mądrości i Spokoju. Przeto więc proszę was w pełni pokory, abyście udzielili mi gościny i obdarzyli mnie swymi MISTERIAMI, które ślubuję zgłębiać i trzymać w największej tajemnicy. Gdybym zaś miał kiedyś złamać to ślubowanie i zdradzić ten chleb i sól, niechaj psy pożrą moje ścierwo, niechaj rozpadnę się na kawałki i przestanę być człowiekiem!”

Początkowo, O.T.O przeznaczone było tylko dla tych adeptów, którzy uzyskali wcześniej trzy podstawowe stopnie wolnomularskie: Ucznia, Czeladnika i Mistrza. Formuła inicjacyjna zakonu zakładała, że każdy kto do niego przystąpi może od razu otrzymać trzeci stopień wtajemniczenia, równoważny masońskiemu stopniowi Mistrza. Oznaczało to jednak, że aby wstąpić do O.T.O, trzeba było należeć do którejś z organizacji masońskich, a to w poważnym stopniu ograniczało liczbę potencjalnych zainteresowanych. Na dodatek, Zakon Templariuszy Wschodu mógł zostać posądzony o to, że chce podbierać członków innym organizacjom masońskim. Tymczasem, jego założycielom na czym innym tak bardzo nie zależało, jak na utrzymaniu dobrych kontaktów ze światowym wolnomularstwem.

Najprawdopodobniej, z tych właśnie powodów wkrótce zniesiono status masoński Zakonu. W „Manifeście O.T.O” z 1912 roku bardzo wyraźnie podkreślano że „O.T.O, choć jest Akademią Masońską, nie jest Grupą Masońską…. i nie uzurpuje sobie prawa do naruszania przywilejów Zjednoczonej Wielkiej Loży Anglii, Wielkiej Loży Ameryki oraz innych organizacji masońskich”. Dzięki temu członkami Zakonu mogli zostawać ludzie nie mający wcześniej nic wspólnego z masonerią. Co więcej, otwierało to furtkę dla kobiet, które w tamtych czasach bardzo rzadko kiedy były dopuszczane do bractw masońskich. Jest więcej niż pewne, że ten prosty zabieg umożliwił O.T.O wyjście poza zwykły schemat inicjacji wolnomularskich i zwiększył znaczenie, jakie w praktykach tego zakonu miała magia seksualna.

Podobnie jak jego znamienity poprzednik, Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku, Ordo Templi Orientis posiadało wśród swych adeptów luminarzy sztuki okultystycznej. Jego przedstawicielem we Francji był Papus, słynny twórca nieortodoksyjnej doktryny tarota. W Niemczech sprawami zakonu zajmował się inny wybitny okultysta, Rudolf Steiner, który szczególnie wyraźnie rozwinął mistyczne aspekty doktryny zakonu (odzierając ją wszakże z wątków seksualnych). Z kolei, w Ameryce przedstawicielem O.T.O był H. Spencer Lewis, późniejszy założyciel popularnej różokrzyżowej organizacji AMORC. Wszyscy zresztą trzej dzierżawcy linii przekazu O.T.O nie długo zagrzali w nim miejsca i, podobnie jak to było wśród schizmatyków z zakonu Złotego Brzasku, szybko założyli własne organizacje okultystyczne, chętnie korzystające z wiedzy tajemnej O.T.O, a już znacznie mniej chętnie przyznające się do jakichkolwiek związków z tym zakonem.

Jednakże człowiekiem, którego oddziaływanie na Ordo Templi Orientis było największe, był bez wątpienia Aleister Crowley.

Magija Seksualna Mistrza Theriona

Ścieżki Zakonu Templariuszy Wschodu i Aleistera Crowleya przecięły się nagle i nieoczekiwanie w 1910 roku. Miało to miejsce podczas procesu sądowego, jaki „MacGregor” Mathers wytoczył Crowleyowi za opublikowanie rytuałów zakonu Złotego Brzasku. W swojej autobiografii Crowley wspominał: „Przez to, że Mathers na sali sądowej ogłosił się Przywódcą Zakonu Różokrzyżowego, nachodzili mnie niezliczeni dziwacy, a każdy z nich twierdził, że to on właśnie jest tym Przywódcą. Posiadając na ten temat pewne informacje, których nie przekazałem nikomu, jak najszybciej pozbywałem się tej gawiedzi. A jednak jeden z moich rozmówców przekonał mnie, że istnieje odrobina prawdy w jego słowach. Tym człowiekiem był Theodor Reuss….”

Reuss na początku wcale nie przypadł do gustu Crowleyowi. Jego nonszalancja i niedbałość sprawiały, że Crowley widział w nim aroganta. Tym niemniej, skuszony obietnicami otrzymania zaszczytów masońskich, zgodził się przystąpić do jego zakonu. Jego inicjacja w Ordo Templi Orientis miała miejsce w marcu 1910 roku, tego samego dnia, co inicjacja znanego polskiego okultysty, Czesława Czyńskiego. Crowley przyjął w zakonie imię Bafometa. Na początek obdarzono go trzecim stopniem inicjacyjnym, lecz gdy tylko potwierdziły się informacje o posiadanym przez niego 33* Rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego, podniesiono go do stopnia siódmego.

Crowley nie przywiązywał zbyt dużej wagi do swego udziału w O.T.O. Traktował go jako jeszcze jeden tytuł w swojej licznej kolekcji okultystycznych godności. Tak było przynajmniej do 1912 roku, kiedy to nagle w jego domu zjawił się Reuss. Ten rzutki Niemiec przybył, aby mu zrobić awanturę i domagać się wyjaśnień, dlaczego wyjawił światu najbardziej pilnowane tajemnice O.T.O. Chodziło tu rzecz jasna o tajne formuły seksualne, do których Crowley nie mógł mieć dostępu z racji zajmowanego przez siebie stopnia. Reuss jednak twierdził, że Crowley zawarł je w 36 rozdziale swej Księgi Kłamstw, noszącym tytuł „Szafirowa Gwiazda”. W rozdziale tym opisany był pewien rytuał heksagramu, rozpoczynający się od słów: „Niechaj Adept uzbroi się w magiczną różdżkę i wyposaży w mistyczną różę”. Dla każdego współczesnego adepta magii znaczenie tych symboli jest aż nadto oczywiste. Jednakże Reuss, uznając że Crowley stał się mimowolnym dziedzicem tej wiedzy, natychmiast przekazał mu 10*, najwyższy stopień O.T.O i uczynił go „najwyższym, świętym królem” angielskiej gałęzi zakonu.

Również Crowley musiał być tym odkryciem oszołomiony. Napisał bowiem: „Nagle, uderzył we mnie jakby grom i cała symbolika nie tylko wolnomularstwa, lecz wielu innych tradycji ukazała się mojej wizji duchowej. Od tej chwili O.T.O zajęło właściwe miejsce w moim umyśle. Zrozumiałem że trzymam w rękach klucz do przyszłego postępu ludzkości”. Szybko też przystąpił do rekrutacji nowych członków angielskiej sekcji zakonu oraz do przepisywania masońskich rytuałów inicjacyjnych z zamiarem nadania im bardziej magicznego charakteru.

Kiedy zaś w 1922 roku ciężko chory Reuss ustąpił z pełnienia funkcji przywódcy zakonu, jego właśnie mianował na swoje miejsce. W rok później, po śmierci Reussa Crowley ogłosił się formalnym przywódcą zakonu, każąc się teraz tytułować Mistrzem Therionem, czyli Mistrzem Bestią. Doprowadziło to do protestu części niemieckich wysokich funkcjonariuszy Zakonu, którzy obawiali się że Crowley zapragnie uczynić z O.T.O instrument dla szerzenia swojej religii, Thelemy. Obawy te, jak się później okazało, miały solidne podstawy, gdyż Mistrz Therion od razu zabrał się za reformowanie zakonu, nadając mu znacznie mniej masoński, a bardziej magiczno-seksualny wygląd.

Podstawowe zmiany dotyczyły struktury inicjacyjnej O.T.O. Crowley do tradycyjnego układu dziesięciu stopni dodał stopień jedenasty, mający wprowadzać w arkana magii homoseksualnej. Trudno powiedzieć, czy chciał dać tym wyraz swoim od dawna odczuwanym skłonnościom, czy też zamierzał poprzez pogwałcenie tego surowego tabu lepiej poznać kobiecą stronę męskości. Pozostaje faktem, że to właśnie od praktyk homoseksualnych rozpoczęła się jego działalność magiczna w O.T.O, kiedy to w 1914 roku przeprowadził wraz z Victorem Neuburgiem serię operacji magicznych mających na celu przywołanie bogów Jowisza i Merkurego (a przy okazji sprowadzenie pokaźnej ilości gotówki). Przeszły one do historii pod nazwą „Działań Paryskich”.

Crowley napisał też pewien rytuał, który stał się główną ceremonią odprawianą w siedzibach zakonu. Mowa tu o „Mszy Gnostyckiej”, która będąc parafrazą katolickiej Mszy Świętej, pod płaszczykiem egipskiej symboliki przedstawiała misterium płci. Rytuał ten, jak również i inne praktyki O.T.O czytelnik polski może znaleźć w przetłumaczonej przeze mnie ostatnio książce Crowleya pt. Magija w teorii i praktyce.

Jednakże, najważniejsza jego reforma dotyczyła najwyższych stopni inicjacyjnych w zakonie. Oto bowiem Crowley zrywał z dotychczas istniejącą zasadą nie przelewania na papier tajemnic seksualnych zakonu, streszczając je w czterech oddzielnych traktatach pt.: „O naturze bogów”, „O tajemnych zaślubinach bogów z ludźmi”, „Liber Agape” i „O homunkulusie”.

Traktat „O naturze bogów” przeznaczony był dla wtajemniczonych na VII* O.T.O. Niewiele w nim było wskazówek natury praktycznej, gdyż niemal w całości poświęcony był wprowadzeniu w świat crowleyowskiej teologii. Z jego treści można było się dowiedzieć, że na świecie istnieje tylko jeden bóg, a jest nim Słońce. „Nie tylko Ziemia jest zmrożoną iskrą Słońca, płatkiem zerwanym z Niebiańskiej Róży, ale i źródłem wszelkiego Światła i Życia na tej planecie jest to samo Słońce. Jest ono stwórcą i żywicielem, niszczycielem życia i jego wskrzesicielem”. Crowley powiadał, że przedstawicielem Słońca na ziemi jest fallus, a wszyscy bogowie są jego personifikacjami. I tak na przykład ogień jest wizerunkiem penisa, drzewo to „rozkwitający fallus”, zaś księżyc jest obrazem waginy, którą należy czcić „tylko w połączeniu ze Słońcem jako przedłużeniem fallusa”. Ten fallokratyczny porządek crowleyowskiej ezoteryki przeciwstawiał się tym religiom, które operują pojęciami grzechu pierworodnego i wstydu. Crowley nawoływał do „stałej wojny przeciwko wszelkiej tyranii i zabobonom, przede wszystkim zaś przeciwko takim bigoteriom jak ‘ortodoksyjne’ chrześcijaństwo w swej materialistycznej postaci”. Namawiał też adeptów VII* O.T.O, by składali hołd fallusowi i wyobrażali sobie jego stałą obecność w wybranym miejscu w ciele.

Z kolei traktat „O tajemnych zaślubinach bogów z ludźmi” wprowadzał inicjowanych na VIII* O.T.O w świat magii masturbacyjnej. Jej tajemnice zawarte były w dwóch rozdziałach: „O większych zaślubinach” i „O mniejszych zaślubinach”. Owe „większe zaślubiny” polegały na wizualizowaniu każdorazowo przed snem postaci bogini i onanizowaniu się aż do wytrysku. W ten sposób uzyskane nasienie (bądź płyn z pochwy) służyło za olejek, którym namaszczany był ołtarz bogini, bądź też talizman jej poświęcony. Tymczasem, „mniejsze zaślubiny” dotyczyły poszukiwania sprzymierzeńców w tzw. duchach żywiołów. Towarzyszyła im następująca procedura: Na kartce papieru należało narysować jedną z tablic enochiańskich (opracowanych przez XVI-wiecznych magów, Johna Dee i Edwarda Kelly’ego), odpowiadającą poszukiwanemu żywiolakowi, po czym przywołać go odpowiednimi zawołaniami. Następnie, trzeba było skoncentrować się na wizerunku owego żywiolaka i onanizować się aż do wytrysku. W ten sposób uzyskaną spermę (bądź wydzielinę z pochwy), nakładało się na tablicę enochiańską, która stawała się konsekrowanym talizmanem żywiolaka.

Opisane przeze mnie dwa traktaty stanowiły zaledwie wstęp do skomplikowanego systemu magii seksualnej Ordo Templi Orientis. O wiele bardziej rozbudowany zestaw technik seksualnych przedstawiały księgi „Liber Agape” i „O homunkulusie”. Im wszakże, jak i Szkarłatnym Kobietom w życiu Crowleya poświęcimy oddzielny, następny odcinek naszego cyklu.

„MAGIJA SEKSUALNA ALEISTERA CROWLEYA”

Jak powiada angielski malarz i okultysta, Austin Osman Spare, „w przyrodzie wszystko ze wszystkim cudzołoży”. A że człowiek, choć przez kulturę wychowany, zawdzięcza swój byt i predyspozycje naturze, nic więc dziwnego, że i w jego życiu seks odgrywa istotną rolę. Co więcej, można powiedzieć że to właśnie seks czyni z nas ludzi, albowiem w porównaniu z innymi zwierzętami człowiek kocha się nadzwyczaj często i w przeciwieństwie do innych zwierząt sztuka kochania pozwala mu na realizację celów znacznie wykraczających poza zwykłą reprodukcję.

Francuski filozof, Georges Bataille, nazywa tę specyficznie ludzką dyspozycję „erotyzmem”, od razu dodając że „erotyzm jest w istocie aktywnością seksualną człowieka, przeciwstawioną takiej że aktywności zwierzęcej. Nie każda forma ludzkiej seksualności ma charakter erotyczny, ale ma go zawsze, ilekroć nie jest zwyczajnie i po prostu zwierzęca”. W tym kontekście należy się słowo wyjaśnienia, gdyż to co w obiegowej opinii uchodzi za zwierzęcy wymiar seksu, nie jawi się tym samym dla Bataille’a i pokrewnych mu myślicieli. Ich definicja zwierzęcej seksualności jest w istocie bliska faktom natury, ponieważ uznają oni za seks zwierzęcy taki, którego celem jest reprodukcja gatunku. Popęd seksualny człowieka może być jednak równie dobrze nakierowany na czystą przyjemność, może też być wykorzystywany do celów religijnych i to właśnie odróżnia go od reszty świata zwierząt.

Co jednak sprawia, że człowiek, miast poszukiwać idealnego partnera do zapłodnienia, poddaje się nagłym porywom namiętności i to bynajmniej nie z myślą o potomstwie? Otóż, wg Bataille’a pcha go ku temu świadomość własnej skończoności, tego że jego życie kiedyś musi się skończyć. Jednostkowe „ja” tak bardzo boi się śmierci, że szuka unieśmiertelnienia w drugiej osobie, w partnerze seksualnym. Przy czym nie chodzi tu o uwiecznienie się w swoich potomkach, skoro wiadomo że i oni urodzą się z wyrokiem śmierci. Rzecz tyczy chwilowego unieśmiertelnienia się poprzez roztopienie się w drugiej osobie podczas orgazmu. W tej jednej chwili cały świat nagle znika, a wraz z nim znika jednostkowa świadomość, która staje się częścią większej całości. To dlatego Francuzi nazywają orgazm „małą śmiercią”.Przytaczanie tu myśli Bataille’a w kontekście naszych zainteresowań nie jest wcale bezcelowe, albowiem wg tego francuskiego filozofa okultyzm, tak jak i inne praktyki religijno-magiczne, wywodzi się z chęci okiełzania energii seksualnej, która stanowi zagrożenie dla ładu społecznego zorganizowanego wokół pracy. Erotyzm oznacza wydatkowanie energii, podczas gdy praca wymaga jej jak największego gromadzenia. W tym celu, ogranicza się jego zasięg, tworząc rozmaite tabu, które mogą być łamane tylko w zakresie wyznaczanym przez rytuał. Taką funkcję pełniły pierwotnie święta, podczas których normalny porządek rzeczy ulegał chwilowemu odwróceniu. Podczas świąt uwalniane były nadwyżki energetyczne, które w innych sytuacjach wiązane byłyby z przemocą.

Niestety, wraz z pojawieniem się chrześcijaństwa zdesakralizowano te formy religijne, które odnosiły się do seksu i przemocy. Proces ten jeszcze bardziej pogłębił się w XVIII wieku, kiedy to wraz z nastaniem epoki Oświecenia, zaprowadzono rządy rozumu nad tym, co irracjonalne, chaotyczne, w tym między innymi nad seksualnością. To zaś, co w dawnych kulturach uznawano za „seks sakralny” zyskało miano dewiacji i rzeczywiście taką też postać przyjęło. Stale tłumiona energia seksualna, która nie mogła wybrać innych dróg ujścia poza jedyną dozwoloną pozycją w ramach seksu małżeńskiego, od czasu do czasu wybuchała z gwałtowną siłą, przyjmując postać szalonych wizji religijnych. Kiedy zaś i te uznano za niepożądane, proces jej degeneracji osiągnął jeszcze wyższy stopień, czego wynikiem były rozmaite perwersje, choroby psychiczne i akty przemocy na świecie. I jakkolwiek by deterministycznie nie brzmiała ta teoria, wyjaśnia ona wiele zagadek świata współczesnego, takich jak choćby gwałtowne rozpowszechnienie się przemocy.

Tajemnica Szafirowej Gwiazdy

W świetle powyższej teorii renesans magii w XX wieku można uznać za próbę odtworzenia przestrzeni rytualnej, w ramach której możliwe są działania, gdzie indziej uważane za szalone i niebezpieczne. Jest to w istocie powrót do archaicznych technik ekstazy, które wraz z nastaniem ery chrześcijańskiej uznano za niepożądane i szkodliwe. Niektóre z tych technik przechowywane były w rozmaitych sektach gnostyckich. Większość z nich zachowała się na Wschodzie. I z tych właśnie dwóch tradycji: gnostycyzmu i religii Orientu mieli korzystać okultyści, którzy pod koniec XIX i na początku XX wieku tworzyli podwaliny nowoczesnego okultyzmu.

Niebagatelną rolę w tym procesie odegrał zakon Ordo Templi Orientis, którego ezoteryczne nauki zmierzały do resakralizacji seksu, czyli do ponownego nadania mu wymiaru duchowego. Od samego początku swego istnienia system wtajemniczeń O.T.O obejmował dwa rodzaje nauk. Pierwsze z nich, powstałe zapewne z inspiracji Theodora Reussa, dotyczyły pracy z symbolami. Składały się na nie rozmaite ryty masońskie i różokrzyżowe. Drugie, importowane ze Wschodu przez Carla Kellnera, dotyczyły magii seksualnej, uznawanej za „największą tajemnicę zakonu”. Jak się szybko okazało, tajemnicę tę trudno było utrzymać, gdyż na jej trop już w 1912 roku wpadł świeżo upieczony adept O.T.O, Aleister Crowley.

Według wszelkich prawdopodobieństw, Crowley zawarł ją w dziele p.t. Księga Kłamstw, które zawierało opis rytuału „Szafirowej Gwiazdy”. Dokładny tekst tego rytuału znaleźć można w przetłumaczonej przeze mnie Magiji w teorii i praktyce. Stanowił on crowleyowski odpowiednik klasycznego rytuału heksagramu, przywołującego bądź odpędzającego siły makrokosmiczne. W tym jednak przypadku jego symbolika miała charakter wyraźnie seksualny. Rozpoczynały go słowa: „Niechaj Adept uzbroi się w magiczną różdżkę i wyposaży w mistyczną różę”, które w języku symboli informowały, że mag ma przygotować siebie i swoją partnerkę do odbycia stosunku seksualnego. Na początku rytuału adept miał wykonać serię gestów magicznych, odpowiadających tajemnej formule L.V.X. – N.O.X (światła-nocy, jin-jang, Sziwy-Siakti). Po nich następowało kreślenie heksagramów w czterech kierunkach świata, po czym adept wracał do środka kręgu, gdzie wykonywał „znak różokrzyża”. Czym był ów znak różokrzyża, tego rytuał nie precyzował. Wykonywać go mieli jedynie ci adepci, którzy byli weń wtajemniczeni, najprawdopodobniej przez samego Crowleya. Dziś jednak jego tajemnica wydaje się łatwa do rozszyfrowania. Różokrzyż to wyrażona w języku symboli pozycja zjednoczenia męskich i kobiecych genitaliów. Innymi słowy, punkt kulminacyjny rytuału „Szafirowej Gwiazdy” obejmował stosunek płciowy.

Nie byłoby w tej formule może nic szczególnego, wszak rytualny stosunek płciowy uprawiano nie tylko w hinduskim kulcie Sziwy i Siakti, lecz i w działającym na Zachodzie w XIX wieku Hermetycznym Bractwie Światła, tyle że zaraz po jego zakończeniu, rytuał nakazywał by adept przywołał boga Seta, który miał zjawić się w kręgu, „napić się sakramentu i udzielić nim komunii”. Ten właśnie krótki ustęp sprawił, że w 1912 roku ówczesny przywódca O.T.O, Theodore Reuss oskarżył Crowleya o ujawnienie najpilniej strzeżonej tajemnicy jego zakonu. A dotyczyła ona ni mniej ni więcej tylko magicznej mocy męskich i kobiecych płynów seksualnych. Sakrament, o którym tu mowa, składał się z nasienia i wydzieliny z pochwy, którą należało najpierw poświęcić bogu Setowi, potem zaś spożyć.Z tajemnych instrukcji Zakonu Templariuszy Wschodu, które w latach siedemdziesiątych ujawnił angielski historyk okultyzmu, Francis King, wcale nie wynika, że w zakonie tym ów seksualny sakrament składano w ofierze Setowi. Pozostaje jednak bezspornym faktem, że taką funkcję nadał mu Crowley. W egipskiej mitologii Set pełnił rolę boga-niszczyciela, zabójcy Ozyrysa – antropomorficznego boga wegetacji. Był także „Panem Górnego Egiptu”, którego przyjęli za swego jedynego boga semiccy najeźdźcy podczas okupacji delty Nilu. Być może, zbieżność tych dwóch faktów sprawiła, że po wygnaniu najeźdźców ze swego terytorium Egipcjanie nadali Setowi demoniczne oblicze. Z upływem czasu stał się on Szaitanem, czyli znanym nam dobrze z chrześcijańskiego mitu Szatanem. Dodatkowego posmaczku całej tej sprawie nadaje fakt, że zgodnie z teriomorficznym charakterem większości bóstw egipskich, Set posiadał wygląd psa. Tymczasem, w objawionej Crowleyowi w 1904 roku Księdze Prawa pojawiało się mało zrozumiałe pytanie: Is it a God living in a dog?(„Czyż Bóg ma mieszkać w psie?”) I chociaż Księga Prawa odpowiadała na nie przecząco, nie rozwiązywało to zagadki wiążącej się z tą dziwną kwestią. Niektórzy interpretatorzy Crowleya, jak choćby znany w Polsce z trylogii Iluminatus, Robert Anton Wilson, odnoszą ten dziwny fragment Księgi Prawa do współczesnych mitów ufologicznych związanych z Syriuszem. Było nie było, Syriusz nazywany jest „psią gwiazdą”, a jego „podwójność” może łączyć go z bogiem Setem, uznawanym czasami za „mrocznego bliźniaka” Horusa, czyli w crowleyowskiej mitologii patrona nowej ery i jego religii, telemy. Wydaje się jednak, że jest to daleko posunięta nadinterpretacja myśli Crowleya, który sam odnosił ten fragment Księgi Prawa do prostej konstatacji, że boskość można osiągnąć tylko poprzez wyzbycie się zwierzęcości, a więc uniezależnienie się od warunków swego otoczenia.

Czemu jednak rytuał „Szafirowej Gwiazdy” nakazywał ofiarowywanie kobiecych i męskich fluidów seksualnych właśnie temu bogowi? Kenneth Grant z Tyfonicznego Ordo Templi Orientis sugeruje, że mogła to być ofiara z ego, ponieważ jego zdaniem Set jest Panem Inicjacji obejmującej unicestwienie ego, które w micie egipskim przyjmuje postać Ozyrysa. Tyle że w schemacie kabalistycznego Drzewa Życia Ozyrys, podobnie jak inni bogowie związani z kultem ofiarniczym (Adonis, Attis, Chrystus) plasuje się na poziomie sefiry tiferet. Ta zaś na pewno nie odpowiada „ego”, tylko temu co je przekracza, czyli „jaźni”. Można więc powiedzieć, że składana Setowi ofiara z nasienia i lubricatio jest ofiarą z „siebie samego”, z tego co w każdym człowieku jest najcenniejsze, z iskierki światła, który każdy z nas nosi w sobie (tiferet jest źródłem światła słonecznego). Dlaczego jednak składa się tę ofiarę, nadal pozostaje to tajemnicą.

Liber Agape, czyli Księga Miłości

Rytuał „Szafirowej Gwiazdy” czynił z seksu klucz do zrozumienia tajemnic magii, klucz, który otworzył przed Crowleyem drzwi do najwyższych zaszczytów w Zakonie Templariuszy Wschodu. W ciągu następnych kilku lat Crowley stał się niekwestionowanym przywódcą tego zakonu, a w 1922 roku, po śmierci Theodora Reussa, mógł to przywództwo potwierdzić oficjalnym tytułem. Sam trzon ezoterycznych nauk O.T.O stanowiły instrukcje, które Crowley napisał w latach 1913-14. Niektóre z nich, odnoszące się do VII i VIII stopnia O.T.O (a więc do panseksualizmu i magii masturbacyjnej) omówiliśmy w poprzednim artykule z tego cyklu. Najważniejszym jednak traktatem na temat magii seksualnej była Liber Agape, czyli „Księga Świętego Graala, w której jest mowa o winie spożywanym podczas sabatu adeptów”.

Liber Agape stanowiła tajemną instrukcję dla IX stopnia wtajemniczeń O.T.O. Cechował ją patetyczny, naszpikowany symboliką alchemiczną styl. W księdze tej, pod płaszczykiem rozważań o Jezusie Chrystusie i Trójcy Świętej, wykładane były podstawy magii seksualnej zakonu. W rzeczywistości, powtarzała ona zawartą we wcześniejszych instrukcjach O.T.O tezę o zasadniczej, seksualnej strukturze wszechświata. Crowley powiadał że u podstaw wszelkiego istnienia znajduje się akt płciowy. Tak więc, jak ludzie zawdzięczają swoje życie tylko miłości, tak też i bogowie stale kopulują, by świat mógł nadal istnieć. Rozważania te bliskie były tantryzmowi, ponieważ towarzyszyła im myśl, że świat cechuje zasadnicza jedność przeciwieństw, jedność, która ma charakter seksualny.

Crowley przestrzegał przed zbyt dosłownym rozumieniem symboli religijnych: „Uważaj, mój drogi braciszku, byś nie popadł w tarapaty rozmyślając nad tą Jednią. Albowiem pierwsza zasada zwykle pojawia się w różnych, przeciwstawnych formach. Mamy więc Ojca i Matkę, występujących pod różnymi postaciami. Dziś męskość przeciwstawiana jest kobiecości, choć w Tym Co Najwyższe nie ma podziału”. I tak punkt i okrąg, lingam i joni, róża i krzyż, jin i jang, iglica i nawa w rzeczywistości tworzą jedność, chociaż na pozór zdają się być rozdzielone. Ta sama prawda dotyczy trzech najistotniejszych par przeciwieństw: Boga i człowieka w Bogoczłowieku, podmiotu i przedmiotu w stanie samadhi oraz kobiecości i męskości w ludzkości. Parom tym, jak twierdzi Crowley, towarzyszy jednak zawsze trzeci element, bez którego żaden symbol nie może być pełen.

Tę troistość każdego symbolu dobrze wyraża symbol Trójcy Świętej, która dla Crowleya jest po prostu fallusem-pankreatorem, „stwarzającym wszystko członkiem”. W trójcy tej Ojciec to penis w erekcji, Syn to nasienie – produkt Jego działalności i nośnik Jego koncepcji, Duch zaś to zygota – idea w poczęciu (zjednoczenie tego, co męskie i żeńskie). Każdy z nich, w oderwaniu od pozostałych, jest niekompletny i tylko razem tworzą całość, która podtrzymuje świat przy istnieniu. Podobnie triadyczną formułę zachowują święte słowa różnych systemów inicjacyjnych: aryjskie AUM, gnostyckie IAO, chińskie TAO, różokrzyżowe INR, czy też wreszcie O.T.O – skrót od nazwy Ordo Templi Orientis. Nakreślony w ten sposób wizerunek świata tworzy z niego system fallocentryczny, w którym niewiele miejsca pozostaje dla kobiety. Naraża to Crowleya i jego epigonów na liczne oskarżenia o męski szowinizm, czy też nawet krypto-homoseksualizm (co jest ulubioną tezą lansowaną przez niemieckiego historyka okultyzmu, Petera Koeniga).

Kobieta, w systemie magicznym O.T.O pełni jednak bardzo istotną funkcję. Jest bowiem Siakti – partnerką maga, bez której żadna naprawdę istotna operacja magiczna nie mogła by się udać. I chociaż w kosmicznym porządku fallusa jej miejsce znajduje się dopiero na poziomie Ducha, gdzie łączy się w zygocie z „męską ideą”, to jednak bez niej nie jest możliwe poczęcie, zwieńczenie owej idei, a więc i samo życie.

W crowleyowskich rozważaniach na temat magii seksualnej bardzo widoczne są sprzeczności charakteryzujące jego myśl. Z jednej bowiem strony, Księga Prawa wyznaczała mu rolę Bestii – niszczyciela starego porządku świata, który mógł zbudować nowy ład tylko przy pomocy Szkarłatnej Kobiety, Babalon. Z drugiej jednak strony, na kształt ideowy Zakonu Templariuszy Wschodu składały się dziewiętnastowieczne doktryny różokrzyżowe i masońskie, które nie dopuszczały kobiet do najwyższych wtajemniczeń. Crowley musiał tę sprzeczność jakoś rozwiązać, a jedyne wyjście z tej sytuacji widział w stworzeniu systemu fallocentrycznego, w którym kobieta, jakkolwiek niezbędna w dziele tworzenia i niszczenia, była tylko dopełnieniem mężczyzny. Należy przy tym pamiętać, że zręby ideowe crowleyowskiej magiji seksualnej powstawały w czasie, kiedy kobiety dopiero co walczyły o prawa wyborcze, a religia była postrzegana jako oręż zaprowadzania ojcowskiej woli.

Księga Prawa i tajemne instrukcje O.T.O umiejscawiały kobietę w zupełnie innym porządku makro- i mikrokosmicznym. I choć nadal była ona fantazmatem mężczyzny, produktem jego niespełnionych fantazji, nie sposób nie dostrzec znacznie szerszej sfery swobód, jakie mogła w ramach tych fantazji realizować. W obiegowej opinii przyjęło się traktować tantryczne systemy hinduizmu i buddyzmu jako miejsca, w których w sposób idealny realizowane jest równouprawnienie kobiet i mężczyzn. Wystarczy jednak wnikliwie przeczytać teksty niektórych tantr, by zauważyć że i one przedstawiają świat zwykle z męskiej perspektywy. Siakti rzadko kiedy jest stroną dominującą, albowiem zgodnie z tradycją kobieta jest partnerką mężczyzny, a nie na odwrót. Nie będzie przesadą twierdzenie, że Crowley znajdował się pod dużym wpływem tantryzmu, a jego system magiji seksualnej w dużej mierze z niego korzystał. Było jednak coś, co w znacznym stopniu odróżniało jego magiję seksualną od tantryzmu. Tym czymś była wiara w magiczną moc sakramentu złożonego z męskich i kobiecych płynów seksualnych.

Liber Agape oraz komentujący ją traktat De Arte Magica zawierały szczegółowe wskazówki dotyczące „produkcji i spożywania” tego sakramentu. Przestrzegały też, że praktyka ta jest zastrzeżona dla osób, które przeszły długi i mozolny trening magiczny, w ramach którego opanowały wszelkie swoje słabości i nauczyły się pracować nad energiami. Samą operację magiji seksualnej miał poprzedzać celibat, traktowany tu jako powstrzymywanie się od takiej aktywności seksualnej, która nie jest poświęcona celom duchowym. W istocie, tę formę „seksualnej czystości” musieli zachowywać wszyscy członkowie zakonu, którzy wraz z wtajemniczeniem na VII stopień O.T.O poznali arkana magiji seksualnej.

Operację należało wykonywać w kręgu magicznym, a towarzyszyć jej miała stała myśl o celu, który jej przyświeca. Na siedem godzin przed jej rozpoczęciem adept rozpoczynał modły do Boga Troistego, którym w tym wypadku był zapewne fallus, bądź to pod postacią figurki religijnej, bądź też w bardziej prozaicznej, organicznej formie. Musiał też powstrzymywać się od obżarstwa i przynajmniej na trzy godziny przed samą operacją nic nie jeść. Ten krótki post nie obejmował wszakże wina i „ciasteczek światła”, które wolno mu było zażywać do woli przed rytuałem.

Po takich przygotowaniach mag wkraczał do kręgu ubrany zwykle w fioletową szatę, gdzie przez równo godzinę kochał się ze swoją partnerką, powtarzając cały czas następująco brzmiący „Hymn do Wenus”:

Tu Venus orta mari venias tu filia Patris,

Exaudi penis carmina blanda, precor,

Ne sit culpa nates nobis futuisse viriles,

Sed caleat cunnus semper amore meo.

Im dłużej trwał stosunek, tym szybciej i rytmiczniej miała przebiegać inkantacja. Wieńczył ją orgazm, który Księga Miłości nazywała „Ofiarą Mszy”. Po zakończonym stosunku, kochankowie spożywali powstałą w wyniku tej operacji mieszaninę męskich i kobiecych płynów płciowych, co też mieli czynić z wielką uwagą, albowiem jak głosiła instrukcja: „Eliksir jest ziarnem życia. Z tej oto racji, choć jest on najpotężniejszą, najbardziej błyskotliwą rzeczą, jaka istnieje w całym Wszechświecie, samą Zjawą Naszego Boga-Słońca, jest on także najdelikatniejszą i najwrażliwszą spośród wszystkich rzeczy”.

Subtelności dotyczące tego rytuału nie ograniczały się tylko do kwestii „sakramentu”. Crowley najwyraźniej przeżywał poważne rozterki związane z chęcią włączenia do tego rytuału praktyk nieco odchodzących od normalnego seksu. I tak, pierwsze wyzwanie wiązało się z homoseksualizmem, który sam uważał za wyższą (sic!) formę magiji seksualnej. Z tej właśnie racji praktykom homoseksualnym poświęcił XI stopień O.T.O. Co się zaś tyczy praktyk związanych z IX stopniem wtajemniczenia, postanowił że mogą one dotyczyć stosunków z partnerem tej samej płci, pod warunkiem że jest to mężczyzna. Łączyło się to zapewne z jego wiarą w wyższość męskich fluidów seksualnych nad kobiecymi, które uważał za same w sobie bezużyteczne. Podobnie przychylną opinię wydał odprawianiu rytuału magiji seksualnej podczas menstruacji, powołując się tutaj na samych alchemików, którzy wyznawali wyższość „czerwonej tynktury” nad „białą”. Twierdzenia ich przyjmował jednak tylko na wiarę, ponieważ jak sam pisał w traktacie De Arte Magica „nikt ich jak dotąd nie udowodnił”. Może to oznaczać, że do 1914 roku, czyli do chwili spisania tej instrukcji, Crowley nie wykazywał zainteresowania tą formą magiji seksualnej. Czyżby zadziałał tu strach przed „krwawiącymi kobietami”, tak dobrze znany nam z opisu kultur pierwotnych i utrwalany w wielu religiach?

Homunkulus, czyli przepis na magiczne dziecko

Nasze pobieżne omówienie zasad magiji seksualnej praktykowanej przez Zakon Templariuszy Wschodu i jego przywódcę byłoby jednak niekompletne, gdybyśmy nie zwrócili uwagi na pewne krótkie, choć bardzo interesujące dziełko traktujące „O homunkulusie”. Traktat „De Homunculo” powstał w 1914 roku, a jego przedmiotem był opis praktyk mających na celu stworzenie sztucznego człowieka, czyli tzw. „magicznego dziecka”. Ta niezwykła idea, antycypująca nowoczesne bio-technologie, pojawiła się po raz pierwszy na początku naszej ery, kiedy to pewien pisarz chrześcijański oskarżył gnostyckiego mędrca, Szymona Maga o stworzenie takiej istoty przy pomocy instrumentu przypominającego stosowane w medycynie bańki. Szymon Mag miał złapać do takiej bańki ducha zmarłego chłopca, po czym przemienić go kolejno w: powietrze, wodę, krew i ciało. Najbardziej szczegółowy opis produkcji homunkulusa przedstawił jednak słynny lekarz i alchemik, Paracelsus. Obejmował on włożenie nasienia ludzkiego do zapieczętowanej retorty, którą należało umieścić w gorącym, fermentującym nawozie końskim na okres czterdziestu dni. Po upływie tego czasu w retorcie powinien wykształcić się ludzki embrion, który trzeba było odżywiać ludzką krwią przez kolejne czterdzieści dni. Dopiero po tym okresie embrion miał przekształcić się w dziecko, które na zewnątrz niczym się nie różniło od innych dzieci.

Crowley, oczywiście, znał te wszystkie legendy, chociaż wątpliwe jest by dawał im wiarę. Zależało mu bardziej na stworzeniu czegoś, co „chociaż nie będzie prawdziwym homunkulusem, to jednak pełnić będzie przypisywane mu funkcje”. W tym celu powstał traktat „O homunkulusie”, który był drugą po Liber Agape instrukcją obowiązującą inicjowanych na IX stopień w O.T.O.

Otwierał go rozdział poświęcony naturze homunkulusa. Można się było z niego dowiedzieć, że: „Homunkulus jest to żywa istota wyglądająca jak człowiek i posiadająca te same cechy, które odróżniają człowieka od zwierzęcia, czyli intelekt i mowę. Tym niemniej, ani jego sposób poczęcia ani narodziny nie przypominają tego, co dzieje się z człowiekiem, albowiem nie zamieszkuje go dusza ludzka”.

Następnie, Crowley przechodził do omówienia doktryny reinkarnacyjnej, której zrozumienie było niezbędne dla owocnego przeprowadzenia operacji mającej na celu stworzenie homunkulusa. Wynikało z niej że dopiero mniej więcej w trzecim miesiącu ciąży płód nabywa duszę, która jest wypadkową dwóch czynników: karmy i przeznaczenia. O ile jednak crowleyowskie rozumienie karmy praktycznie nie różniło się od swej klasycznej, hinduistycznej wykładni, o tyle dość wyjątkowe było jego rozumienie przeznaczenia. Crowley odnosił się do niego jako do pewnej „naturalnej tendencji”, która istnieje w człowieku i jest przez niego dziedziczona. Można więc powiedzieć, że ta naturalna tendencja oznaczała pewne dziedzictwo genetyczne, które dopiero w połączeniu z karmą, czyli dziedzictwem duchowym, składało się na całokształt człowieka. Jak twierdził Crowley, w przypadku złego dopasowania tych dwóch czynników, ciąża mogła zakończyć się poronieniem, narodzinami martwego płodu, czy też „narodzinami idioty”. Ten ostatni przypadek zdarzał się wtedy, gdy płód brała we władanie jakaś głupia, nieludzka istota, bądź też duch człowieka o niezwykłej karmie.

Wynikały z tego daleko idące konsekwencje. Wystarczyło bowiem powstrzymać ludzkie ego przed wcieleniem się w płód i wprowadzić weń jakiegoś żywiolaka lub ducha planetarnego, by przyszły noworodek mógł służyć celom wyznaczonym przez maga. Wiązało się to jednak z pewnymi kłopotami. Operacja ta mogła udać się tylko wtedy, gdy odpędzane przez maga ego nie posiadało zbyt wielkiej siły duchowej. W innym przypadku, wszelkie wysiłki zdawały się daremne. Po drugie, mag musiał uważać, jaką istotę pragnie inkarnować w ludzkim ciele, tak by jej charakter nie kłócił się z cechami dziedzicznymi tego ciała. Istota o wątłej posturze nie nadawała się przecież do inkarnacji ducha marsowego, podobnie jak dziecko szpetnych rodziców nie mogło służyć za pojazd ducha Wenus. Po rozważeniu tych wszystkich kwestii można było przejść do operacji magicznej.

Sama operacja generowania homunkulusa składała się z trzech faz. Pierwsza z nich obejmowała stosunek seksualny, którego celem było spłodzenie magicznego dziecka. W tym celu, mag musiał dobrać takich partnerów seksualnych, którzy pod względem astrologicznym sprzyjali by spłodzeniu istoty o pożądanej przez niego naturze. Jeśli więc cechą przyszłego homunkulusa miała by być dobroczynność, partnerzy ci powinni mieć w swoich horoskopach Jowisza wznoszącego się w znaku Ryb, dobrze zaspektowanego ze Słońcem, Wenus i Księżycem. Podobnie, świątynia, gdzie odbywał się ów akt magicznej kopulacji, musiała być wystrojona w symbole odpowiadające naturze ducha, który miał inkarnować się w ludzkim ciele. Wszystko powinno być zaaranżowane w taki sposób, by przypominać partnerom seksualnym o celu ich operacji.

Po zakończonym stosunku, kobietę zabierano do specjalnie przygotowanego w tym celu miejsca, które powinno znajdować się gdzieś z dala od ludzi po to, by przypadkiem nie zabłąkała się do niego jakaś dusza ludzka szukająca nowego ciała do wcielenia. Kobietę umieszczano w wielkim kręgu magicznym, którego nie wolno jej było opuszczać. Mag musiał pamiętać o tym, by pięć do siedmiu razy dziennie wykonywać w tym kręgu rytuał odpędzenia wszystkich sefir, ze szczególnym uwzględnieniem sefiry keter. Kobieta zaś przez cały ten czas rozmyślała nad naturą swej operacji oraz obrazem ducha, który miał wcielić się w noszony przez nią płód. Pomagał jej w tym wystrój świątyni, palone kadzidła oraz książki – wszystkie poświęcone temu jednemu duchowi. Na dodatek, dwa razy dziennie mag wykonywał ewokację danego ducha, umieszczając przyszłą matkę w trójkącie magicznym (raz podczas jej snu, raz podczas jawy). Gdy zaś już zbliżał się czas rozwiązania, powinien zadbać o to, by poród odbył się w czasie harmonizującym z celem operacji.

W ten sposób narodzone dziecko musiało być poświęcone, oczyszczone i konsekrowane zgodnie z formułą planety, żywiołu i znaku wcielonej w niego istoty. Mogło wtedy spełniać funkcje, do jakich zostało przez maga wyznaczone. A tym samym stanowiło spełnienie wiecznego snu o boskości, jaki nawiedzał ludzkość od najdawniejszych czasów. Marzenie to nie obce było samemu Crowleyowi, czemu dał wyraz w napisanej w 1917 roku powieści pt. Moonchild (Księżycowe Dziecko). Moonchild jest opowieścią o walce dwóch bractw, dobrych i złych magów, których celem jest przeciągnięcie na swoją stronę dziewczyny mającej być matką dla magicznego dziecka. Historia ta, jakkolwiek sfabularyzowana, w wielu miejscach oparta jest na autentycznych faktach. Występują w niej bohaterowie mający swe odpowiedniki w postaciach związanych z biografią Crowleya. Sama też wojna magów odnosi się do autentycznego faktu historycznego. Nie wiadomo jednak na ile autentyczny, na ile zaś fikcyjny jest sam opis operacji „księżycowe dziecko”, której celem było stworzenie homunkulusa. Tą kwestią zajmiemy się w następnym odcinku naszego cyklu poświęconym Szkarłatnym Kobietom w życiu Crowleya.

„ANTYCHRYST, SEKS I KOSMICI”

W „Objawieniu św. Jana”, tej najposępniejszej i najbardziej malowniczej świętej księdze chrześcijan, nazywanej potocznie Apokalipsą, znajduje się opis nadejścia Antychrysta, który wyłoni się pod koniec dziejów i pogrąży ludzkość we krwi i płomieniach. Zanim do tego dojdzie, pojawią się na Ziemi inne istoty, które przyszykują grunt pod jego nadejście. Będą to fałszywi prorocy religijni, siejący materializm, zwątpienie i rozprzężenie seksualne. Poprowadzi ich Bestia, której liczbą jest 666, dosiadana przez kobietę odzianą w purpurę i szkarłat, trzymającą „w ręce złoty puchar pełen obrzydliwości i brudów swego nierządu”. Rozegra się wtedy wielka bitwa między siłami Bestii a tymi, którzy staną po stronie Chrystusa, krwawa bitwa zakończona rzecz jasna zwycięstwem sił dobra i powtórnym nadejściem Zbawiciela.

Na pozór nie ma w tej wizji nic, czego nie znalibyśmy z telewizji i mitów kultury masowej. Ot, jeszcze jeden western, w którym ścierają się „dobrzy i źli faceci”, zwieńczony happy endem w postaci zwycięstwa dobrego szeryfa. A jednak, Apokalipsa to coś więcej niż tylko jeszcze jedna klisza wyświetlonych rojeń ludzkich o wiecznej bitwie między dobrem i złem. To księga prorocka, plastyczna wizja „tego, co ma nadejść”, zawierająca złożoną strukturę symboli, których nie da się dosłownie odczytać. Albowiem przy głębszym odczytaniu okazuje się, że liczba 666 w języku hebrajskim odpowiada słowu „Mesjasz”, co czyni z apokaliptycznej Bestii partnera Chrystusa w dziele Zbawienia. Aż chce się zacytować znanego trójmiejskiego poetę: „Orgazm to do siebie ma, nie ma dobra ani zła”. Być może więc jeden z ukrytych w Apokalipsie przekazów powiada, że trzeba wyjść poza dobro i zło, żeby osiągnąć wyzwolenie. Nie należy się wszakże łudzić, że wujek Nietzsche inspirował się wizją biblijną. Jedno jest pewne, z wszystkiego można odczytać to, co się chce.

Tymczasem, Apokalipsa to również wizja prorocza zapowiadająca kres dziejów, wizja, która według wielu spełnia się w naszych czasach. Oto bowiem rozpada nam się świat porządku i harmonii, ta stara struktura, którą w dawnych czasach nazywano kosmosem, a w miejsce ładu pojawiają się różnorodne przebłyski chaosu i żaden z nich nie króluje nad innymi. Jest również zapowiadany materializm i hedonizm, brakuje wszakże Antychrysta i jego zastępów, choć nie jest to wcale takie pewne, ponieważ złowieszcze widmo zaczyna krążyć po świecie przybierając kształt Niezidentyfikowanych Obiektów Latających.

Codziennie, w wielu punktach na świecie, notowane są kolejne doniesienia o inwazji kosmitów na Ziemię. Domorośli obserwatorzy i bogu ducha winni ludzie zauważają ślady obecności obcych, czasem w postaci latających spodków, innym razem w postaci przebłysków i zaburzeń atmosferycznych. Są również tacy, którzy co jakiś czas porywani są przez szarych humanoidów, którzy w odróżnieniu od miłych zielonych ludzików z bajek i podań ludowych, nie są wcale mili i poddają ich okrutnym eksperymentom. Niezależnie od tego, co by się o tych zeznaniach sądziło, faktem jest, że setki tysięcy ludzi na Ziemi doznało obecności „obcych istot na Ziemi”. Pozostaje tylko nie rozstrzygnięte, kim są ci „obcy”.

Robert Anton Wilson proponuje kilka możliwości:

a) Pierwsza z nich zakłada, że „obcymi” mogą być nasi potomkowie, którzy za kilkaset lat rozwiną na tyle technologię, by móc się przemieszczać w czasie. Wygląd „kosmitów” sugeruje duże prawdopodobieństwo tego rozwiązania. Przypominają oni ludzi, choć są znacznie mniejsi, chudsi i obdarzeni nieproporcjonalnie wielkim głowami. Naukowcy są zgodni, co do tego, że w przyszłości mniej więcej tak będą wyglądać ludzie.

b) W drugą hipotezę wierzą ci, którzy „mieli kontakt z UFO” oraz wyznawcy różnych kultów ufologicznych. Powiada ona, że „obcy” są przybyszami z kosmosu, którzy przylecieli bądź powrócili na Ziemię w dobrych lub złych celach. Istoty te są wyżej od nas cywilizowane i pochodzą z odległych planet, wśród których najczęściej wymienianą jest Syriusz.

c) Jest również możliwe, że „obcy” wcale nie są na tej Ziemi tacy obcy, lecz zamieszkują ją na równi z nami. Są oni dla nas niewidzialni i tylko czasami przejawiają się nam w widzialnej formie. W dawnych czasach nazywano ich aniołami, demonami, żywiolakami, „zielonymi ludzikami”.

d) Ostatnia hipoteza powiada, że „obcy” to nieznane części naszego systemu nerwowego, które pojawiają nam się w chwilach zwiększonych napięć nerwowych. Ku tej możliwości skłaniał się Karl Gustaw Jung, który twierdził, że UFO to znak naszych czasów pełnych napięć i chaosu.

Pozostaje wszak jeszcze jedna możliwość, powiadająca że UFO nie wzięło się znikąd, lecz zostało sprowadzone na Ziemię w wyniku działań okultystycznych. W hipotezie tej splata się motyw apokaliptyczny z wątkiem ufologicznym. Mowa tu o Operacji Babalon, którą na początku 1946 roku przeprowadzili Jack Parsons, L. Ron Hubbard i Marjorie Cameron. To działanie magiczne miało na celu spłodzenie Antychrysta i choć w tym przypadku jego uczestnicy wykazali brak diabelskiego nasienia, to jednak tuż po nim zaczęły pojawiać się na niebie Niezidentyfikowane Obiekty Latające.

Główny pomysłodawca tego rytuału, John Whiteside (Jack) Parsons, w życiu zawodowym zajmował się fizyką doświadczalną i należał do najwybitniejszych na świecie specjalistów od paliwa rakietowego. Jego zasługi dla nauki były na tyle nieocenione, że dla ich upamiętnienia jego nazwiskiem nazwano krater na księżycu. Parsons był szczęśliwcem. Urodził się w bogatej rodzinie. Obdarzony był niezwykłym talentem i urodą, która przyciągała do niego liczne kobiety. W młodym wieku zatrudniono go w Jet Propulsion Laboratory, najbardziej prestiżowym i najlepiej wyposażonym amerykańskim laboratorium badawczym. Był cenionym naukowcem i szczęśliwym małżonkiem. Na dodatek, po śmierci ojca otrzymał spadek w postaci olbrzymiego domu w kalifornijskim mieście Pasadena.

Tyle że Parsons prowadził podwójne życie. A swoje natchnienie do pracy naukowej czerpał z magii. Jak pisze angielski badacz okultyzmu, Michael Staley, „Parsons nawiązał związki z O.T.O. i A.’.A.’. w grudniu 1938 roku podczas wizyty w kalifornijskiej loży O.T.O, zwanej Lożą Agape. Do tej świątyni zabrał go jeden z kolegów z pracy. W tym czasie Loża Agape urządzała cotygodniowe pokazy crowleyowskiej Mszy Gnostyckiej, traktując je zarówno jako rodzaj sakramentu jak i sposób na rekrutację nowych członków. Lożę tę założył w połowie lat dwudziestych uciekinier z Anglii, Wilfred T. Smith, który przez wiele lat utrzymywał kontakt z kanadyjskim uczniem Crowleya, Charlesem Stansfieldem Jonesem i był przez samego Crowleya bardzo ceniony. Niedługo jednak trwał ten stan, gdyż z biegiem czasu amerykańska loża O.T.O przestała się rozwijać, co było nie po myśli Crowleya, który obwiniał Smitha za powstałą stagnację”. Nie będzie zatem przesadą powiedzieć, że zanim jeszcze w 1939 roku Parsons wraz ze swoją żoną Helen przystąpili do Loży Agape, stosunki między Crowleyem a Smithem uległy wyraźnemu ochłodzeniu.

Wieść o nowym uczniu w USA dość szybko dobiegła do Crowleya. Parsons był pomysłowy i rzutki, a jego posiadłość szybko została przerobiona na świątynię magiczną zakonu. Dzięki bujnemu życiu towarzyskiemu i wpływom jakie posiadał w kalifornijskim światku artystycznym, do amerykańskiej loży O.T.O nagle zaczęli wstępować nowi, utalentowani członkowie. Niemałym rozgłosem cieszyły się tez jego operacje na tzw. planie astralnym. Wszystko to wywierało na Crowleyu duże wrażenie. Nic więc dziwnego, że ów przebiegły mędrzec szybko powziął zamiar uczynienia z Parsonsa głównej postaci amerykańskiego O.T.O.

W tym celu posłużył się podstępem i wykorzystując naiwność Smitha, napisał do niego list, w którym zalecał mu udanie się na „emeryturę magiczną” i zrzeczenie się szefostwa na rzecz Parsonsa. List zatytułowany był „Czy Smith jest Bogiem?”. Crowley pisał w nim, że Smith nie jest człowiekiem, lecz wcieleniem pewnego bóstwa. Musi zatem udać się na odosobnienie magiczne, by w samotności rozwijać swoją boskość. Po takim wstępie, Smith ochoczo ustąpił ze swego stanowiska i dzięki temu Crowley pozbył się swego niemrawego acz rozpustnego namiestnika, który w tym czasie zdołał już uwieść żonę Parsonsa.

Na skutek tych machinacji Parsons objął we władanie kalifornijską lożę O.T.O i mógł przystąpić do realizacji swoich planów magicznych. Uregulował też swoje życie osobiste, biorąc sobie za partnerkę siostrę swej żony, Betty, której przyrzekł, że może oddawać się miłości z każdym, z kim zechce. Odtąd całe życie Parsonsa podporządkowane było przygotowaniom do rytuału, którego celem było spłodzenie Antychrysta z łona kobiety. Rytuał ten, którego bardziej wyrafinowaną formę zawiera tajemna instrukcja O.T.O dla stopnia IX, Parsons wyczytał z jednej z ksiąg Crowley, powieści pt. Księżycowe Dziecko. Lektura tego dzieła tak mocno nim wstrząsnęła, że poprzysiągł sobie odnaleźć odpowiedniego asystenta, który by kontrolował moce wyzwolone podczas tej praktyki oraz partnerki, Szkarłatnej Kobiety, z którą mógłby spłodzić Bestię. Asystenta wybrał spośród licznych artystów odwiedzających jego dom. Został nim młody, nieznany pisarz science-fiction, L. Ron Hubbard.

Obaj panowie przeprowadzili w dniach od 4 do 15 stycznia 1946 roku skomplikowany rytuał inkantacji, w trakcie którego Parsons przywoływał demoniczne moce Babalon – Wielkiej Nierządnicy Babilonu, a Hubbard spisywał pojawiające się zjawiska. Pierwsze dni nie wskazywały na nic, co mogłoby świadczyć o obecności mocy ponadzmysłowych. Rozpętała się jedynie burza, przez którą w domu Parsonsa wysiadła elektryczność. Lecz dnia 14 stycznia, kiedy już obu ogarnęło zwątpienie, nagle zaczęły pojawiać się dziwne znaki. Niespodziewanie i znienacka coś pchnęło Hubbarda w prawe ramię, wytrącając mu świecę z ręki. Przerażony obecnością obcej mocy przywołał Parsonsa, a wtedy obaj ujrzeli dwumetrową smugę światła barwy żółtobrązowej. Parsons skierował ku niej swój magiczny miecz i smuga zniknęła, lecz ręka Hubbarda pozostała sparaliżowana do następnego dnia. Dla Parsonsa był to znak nawiązania kontaktu z magicznymi mocami kosmosu.

Następne dni przyniosły dalsze oznaki obecności sił magicznych niewiadomego pochodzenia. Hubbard doznał wizji dawnego wroga Parsonsa, który pragnął zakłócić ich działania przy pomocy czarnej magii. Obaj dżentelmeni uporali się z tym kłopotem, lecz atmosfera stawała się napięta, ponieważ Hubbard uwiódł obecną kochankę Parsonsa, siostrę jego żony. Jack Parsons potrzebował w tej sytuacji samotności, więc udał się na pustynię przywoływać moce bogini Babalon, stanowiącej w crowleyowskiej mitologii odpowiednik apokaliptycznej Wielkiej Nierządnicy Babilonu. W ciągu tych kilku dni spędzonych na pustyni otrzymał przekaz Księgi Babalon, która miała stanowić proroctwo nadejścia Antychrysta. Według tej księgi pełnej bluźnierczych, złowieszczych zaklęć i proroctw, Antychryst miał zstąpić z odległych kosmicznych krain w ciało Szkarłatnej Kobiety, nierządnej i wolnej od trosk. Intelektem i wymową miał przypominać człowieka, lecz jego wnętrze miało zawierać w sobie tajemne, ponadludzkie moce. Według Parsons, spłodzenie Antychrysta było koniecznym warunkiem dla zaistnienia nowej ery, która miała położyć kres chrześcijaństwu. Skoro bowiem dzieje chrześcijaństwa liczy się od narodzin Chrystusa, nic nie przerwie biegu jego dziejów, jak tylko narodziny Anty-Chrystusa.

Parsons nie musiał długo czekać na pojawienie się Szkarłatnej Kobiety. Po powrocie do Pasadeny, zastał przed swoimi drzwiami ponętną, młodą dziewczynę, o rudych włosach i błyszczącym spojrzeniu. Nazywała się Marjorie Cameron i była aktorką z awangardowego teatru. Cameron nie dość, że była piękna i odważna, to na dodatek gotowa była oddać się wyczerpującym rytuałom seksualnym. Parsons pisał w liście do Crowleya: „Mam swojego żywiolaka! …Tak jak powinna, posiada rude włosy i skośne, zielone oczy”. Jego guru nie był jednak najwyraźniej zadowolony. Pisał do przywódcy O.T.O w Ameryce, Karla Germera: „Najwyraźniej Parsons… i ktoś jeszcze chce spłodzić „księżycowe dziecko”. Dostaję białej gorączki, gdy myślę o idiotyzmie tych prostaków”.

Tymczasem, Parsons i jego współpracownicy zabrali się do dzieła. Hubbard założył białą szatę i wziął w ręce lampę. Natomiast, Parsons ubrany w czarny, zakapturzony strój z pucharem i sztyletem wznosił inwokacje do Babalon. Dla odpowiedniego nastroju obaj magowie postanowili włączyć mroczną muzykę Prokofiewa i Rachmaninowa.

Kulminacyjny moment rytuału nastąpił dnia trzeciego, kiedy to Pasons w spazmach rozkoszy odprawił wielki rytuał sprowadzenia Antychrysta. Rytuał ten odbył się w dymie kadzideł i magicznym kręgu, a jego podstawowym instrumentem była Marjorie Cameron. W miłosnym krzyku i uniesieniu, magiczni kochankowie dokonali cudu na ziemi. Przynajmniej tak im się wydawało. Marjorie poczuła w sobie embrion Antychrysta.

Parsons nie mógł otrząsnąć się z radości. Pisał do swego mistrza radosne listy, zwiastujące nadejście Bestii, lecz miesiące mijały, a dziecko nadal się nie rodziło. W tej sytuacji sam przyjął ślubowanie Antychrysta i w manifeście pt. Księga Antychrysta ogłosił się apokaliptyczną Bestią nowej ery. Jest to na tyle krótkie, a ciekawe dziełko, że warto je tutaj przytoczyć w całości:

Manifest Antychrysta

Czyń swoją wolę niechaj będzie całym Prawem.

Ja, BELARION, ANTYCHRYST, w 1949 roku panowania na Ziemi Czarnego Bractwa nazywanego chrześcijaństwem, ogłaszam swój manifest dla wszystkich ludzi, by ogłosić co następuje:

Koniec kłamstw, oszustw i obłudy chrześcijaństwa. Koniec panowania cnót służalczych i zabobonnych ograniczeń. Koniec moralności niewolników. Koniec pruderii i wstydu, poczucia winy i grzechu, albowiem wszystko to są to tylko pokłosia jedynego złą na Ziemi, jakim jest strach.

Koniec z wszelkimi autorytetami, które nie opierają się na odwadze i męstwie, z władzą kłamliwych księży, sprzedajnych sędziów, oszczerczej policji, a także

Koniec z podlizywaniem się motłochowi, popieraniem miernoty i wynoszeniem na piedestał głupców.

Koniec z ograniczeniami i zakazami, albowiem obalam je ja, Antychryst, głosząc wam Słowo BESTII 666, które brzmi: „Nie ma innego prawa poza Czyń swoją wolę”.

A zatem ja, BELARION, ANTYCHRYST, podnoszę swój głos i wypowiadam proroctwo:

Przyniosę wszystkim ludziom prawo BESTII 666, którym podbiję świat.

A w ciągu siedmiu lat od tego czasu pojawi się wśród was BABALON, SZKARŁATNA KOBIETA HILARION i dopełni mego dzieła.

A wtedy skończą się rządy przymusu, zakazów, fałszywego prawa i w ciągu dziewięciu lat Ameryka jako pierwsza przyjmie prawo BESTII 666. A wszyscy, którzy zaakceptują mnie jako ANTYCHRYSTA i przyswoją sobie prawo BESTII 666, napełnią się radością przewyższającą tysiąckrotnie udawane radostki fałszywych świętych. I w moim imieniu dokonywać będą cudów i wprawiać w zakłopotanie naszych wrogów tak że żaden z nich się nie ostanie.

Dlatego też ja, ANTYCHRYST, przyzywam tu wszystkich wybranych spośród ludzi, by przybyli tu w imię wolności i położyli kres tyranii Czarnych Braci.

Poświadczam to swoją ręką i pieczęcią […] dnia miesiąca […] 1949 roku, który jest 4066 rokiem BABALON.

Miłość jest prawem, miłość podług woli.

Belarion, Antychryst

Mimo tak podniosłych słów, godnych przyszłych rewolucjonistów spod sztandarów kontrkultury, Jack Parsons nie był w stanie dopełnić swego dzieła. Widać, frustracje życiowe nie sprzyjały jego misji. Jego najbliższy współpracownik, L. Ron Hubbard wyłudził od niego wszystkie pieniądze i uciekł z jego kochanką, Betty, przez co Antychryst musiał żyć w ubóstwie, zadawalając się jedynie wciąż mocną pozycją naukową. Lecz wkrótce i ona legła w gruzach, kiedy we wrześniu 1950 przestał pracować dla firmy lotniczej w związku z pewną aferą szpiegowską. A jednak życie zgotowało mu jeszcze bardziej okrutny los. Gdy latem 1952 roku przeprowadzał się wraz z Marjorie do chatki wynajętej w Meksyku, planując stworzenie tam nowego zakonu magicznego, upuścił fiolkę z materiałem wybuchowym i wysadził się w powietrze. Niektórzy widzieli w tym smutnym wydarzeniu spisek członków niechętnej Parsonsowi sekty scjentologicznej. Inni doszukiwali się w jego gwałtownej śmierci znamion popędu destrukcji, który był w nim tak silnie obecny. Tak, czy inaczej, Jack Parsons zmarł śmiercią niezwykłą, jak na człowieka, który całe swe dorosłe życie spędził w laboratorium. Taki był los czarnoksiężnika, któremu diabeł skręcił kark.

Pozostali uczestnicy Operacji Babalon żyli długo i szczęśliwie. Marjorie Cameron grała w licznych filmach i sztukach awangardowych. Wystąpiła między innymi w słynnym filmie Kennetha Angera z 1954 roku, „Inauguration of the Pleasure Dome”, gdzie zagrała rolę Szkarłatnej Kobiety, partnerki Apokaliptycznej Bestii 666. Nic więc dziwnego, że Anger zadedykował ten film Crowleyowi. Dodatkowego posmaczku całej historii nadaje fakt, że Cameron zagrała w nim również rolę bogini Kali, ciemnej, gwałtownej i krwiożerczej partnerki hinduistycznego boga-niszczyciela, Sziwy. I do końca życia pozostała hollywoodzką femme fatale, mroczną, pociągającą stroną tego imperium zmysłów.

Bardziej komercyjną karierę zrobił asystent Parsonsa, L. Ron Hubbard. Przeszedł do historii jako założyciel i guru Kościoła Scjentologii, najprężniej rozwijającego się oraz najbardziej atakowanego przez mass media nowego ruchu religijnego. Hubbard opracował własny system psychologiczny, nazywany dianetyką, a czerpiący liczne techniki psychoterapeutyczne z psychoanalizy, buddyzmu tybetańskiego i magii Crowleya.

Czy zatem rytuał sprowadzenia Antychrysta zakończył się niepowodzeniem? Niekoniecznie. Niektórzy znawcy okultyzmu twierdzą, że na skutek operacji Babalon powstała w kosmosie luka, przez którą zaczęły przybywać na ziemię Niezidentyfikowane Obiekty Latające. Nie wiadomo, ile w tym prawdy, choć jakaś nowa jakość na pewno pojawiła się w tamtych czasach. Być może była to furtka w wyobraźni, albo też dawne demony przyjęły postać „obcych”. Faktem jest, że UFO naprawdę zaczęło pojawiać się dopiero po 1946 roku, a jednym z pierwszych świadków jego obecności była Marjorie Cameron.

 

 

Deprawacja całkowita

Dodaj komentarz

 

Szeroko rozpowszechniony, dobrze zorganizowany system odciąga nas od prawdy i zwodzi na manowce w pełnym fałszu, kulturalnym szambie.

Wobec zastosowania sposobów powyższych narzędzie myśli stanie się środkiem wychowawczym w ręku rządu naszego, który nie pozwoli już masom ludowym błąkać się w ostępach; marzeniach o dobroczynnym wpływie postępu. Komu z nas nie jest wiadomo, że te dobrodziejstwa urojone stanowią drogę do marzeń bezsensownych, z których powstały stosunki anarchiczne między ludźmi i do rządu, bowiem postęp, a właściwie idea postępu naprowadziła na myśl wszelkiego rodzaju emancypacje, nie ustalając dla nich granic. Wszyscy tak zwani wolnomyślni są anarchistami, jeżeli nie czynu, to myśli. Każdy z nich ugania się za majakami wolności, wpadając przy tym w samowolę, czyli w anarchię protestu dla protestu. (Protokoły Mędrców Syjonu, wykład XII – 4)

 

Rola utopistów liberalnych będzie ostatecznie ukończona, kiedy władza nasza zyska uznanie. Do tej chwili przydadzą się nam bardzo. W myśl tego będziemy jeszcze zwracali umysły w kierunku wszelkich fantastycznych wymyślonych teorii, rzekomo nowych i postępowych. Wszak z zupełnym powodzeniem zawróciliśmy postępem bezmózgie głowy gojów i nie ma wśród nich ani jednego rozumiejącego, że wyraz ten, o ile nie dotyczy wynalazków materialnych, nie ma nic wspólnego z prawdą, bo ta jest jedna i nie ma w niej miejsca dla postępu. Postęp jako idea fałszywa, służy do zagmatwania prawdy, by nikt nie znał jej prócz nas, którzy ją strzeżemy.(Protokoły, wykład XIII – 5)

Nikt nie jest tak bardzo zniewolony jak ktoś, kto czuje się wolnym, podczas gdy w rzeczywistości nim nie jest. (Goethe)

(Clay Felker w roku 1967. Był założycielem New York Magazine, redaktorem Esquire i wielu innych popularnych magazynów. Był też jednym z ok. 600 potajemnie współpracujących z CIA żurnalistówWedług słów pracownika CIA i wydawcy Washington Post, Phillipa Grahama, byli oni “tańsi od dobrej dziewczyny na telefon”)

W. Eugene Groves był pełnym ideałów młodym Amerykaninem chcącym dobrze służyć swojemu krajowi.

Po otrzymaniu nagrody Rhodes Scholarship, był głównym kandydatem do objęcia stanowiska prezydenta Krajowego Związku Studentów w roku 1966. Ustępujący wtedy ze stanowiska Philip Sherburne powiedział mu coś o czym powinien wiedzieć.

Związek był potajemnie finansowany przez CIA. Do tego momentu Groves był tylko bezwiednym uczestnikiem tej szopki, frajerem. Ale jako prezydent stowarzyszenia musiał poznać prawdę. Musiał też przystać na nowe warunki.

Podczas Zimnej Wojny CIA potajemnie wspierała finansowo i kontrolowała studenckie, związkowe, polityczne i artystyczne organizacje – czytamy w książce “The Mighty Wurlitzer” (2008)  Hugha Wilforda.

Ich model opierał się na “Popular Front” sowieckiego propagandzisty Williego Munzenberga, organizacjach rekrutujących ludzi z zachodu (socjalistów i liberałów) pod przykrywką ruchów “antyfaszystowskich”. Te wyglądające na spontaniczne grupy były finansowane przez Moskwę (poprzez CPUSA) i w subtelny sposób promowały komunizm. Munzenberg nazywał je “klubami niewinnych”.

Nie ma nic dziwnego w tym że CIA imitowała taktykę Komitetu. Obie te grupy służą kabalistycznym Żydom, bankierom oraz ich masońskim sprzymierzeńcom, którzy przejęli wszystkie mające znaczenie prywatne i publiczne instytucje na zachodzie.

Podczas gdy Hugh Walford sugerował iż CIA wspierała “anty-komunistyczną” lewicę, w rzeczywistości kontrolowała powojenny dyskurs, wspierała iluzję Zimnej Wojny i promowała idee mentalności kolektywu.

(…)Psychologia powyższa gojów ułatwia nam znacznie zadanie kierowania nimi. Dzięki nam wsiedli na konika marzeń o pochłonięciu, indywidualności ludzkiej przez jednostkę kolektywizmu, nie pojęli jeszcze i nie pojmą nigdy myśli że ,,kolektywizm” stanowi jawne pogwałcenie praw najważniejszych natury, która od początku świata tworzyła jednostki nie podobne do innych mając na celu właśnie indywidualność. Jeżeli byliśmy zdolni doprowadzić ich do takiego szalonego zaślepienia, czyż nie dowodzi to z zadziwiającą wyrazistością, do jakiego stopnia umysł gojów nie jest po ludzku rozwinięty, w porównaniu z umysłem naszym! Okoliczność ta jest dla nas główną gwarancją powodzenia. (Protokoły Mędrców Syjonu, wykład XV-8)

Rosjanie opowiadali taki dowcip: W kapitalizmie człowiek wykorzystuje człowieka, w komunizmie jest na odwrót.

(2008, książka “The Mighty Wurlitzer” opisuje sposób w jaki bankierzy Illuminati pograli sobie z Ameryką)

Jak odkryliśmy, nie ma zbytniej różnicy między monopolami kapitalizmu i komunizmu. W komunizmie rząd kontroluje korporacje a bankierzy Illuminati kontrolują rząd. W monopolistycznym kapitalizmie bankierzy kontrolują korporacje które kontrolują rząd. Obie strony monety zmierzają do dania satanistycznym bankierom monopolu totalnego: politycznego, kulturalnego, ekonomicznego, duchowego – Nowego Porządku Świata.

Jedyną różnicą w świecie zachodnim jest iluzja wolności i demokracji. Świadomi słudzy Illuminati są wybierani do przewodzenia w rządzie i dużych organizacjach, podczas gdy nieświadomi frajerzy wspierający plany bankierów podtrzymują iluzję wolnego społeczeństwa. Masy również uczestniczą w tej iluzji, znajdując się śpiączce wywołanej przez system edukacji i mass media.

Dylemat Eugena Grove skończył się gdy Ramparts Magazine i New York Times opisali program tajnego finansowania CIA. Zadacie pytanie – dlaczego kontrolowani szkodzą kontrolującym? Czasami zwykli, szarzy ludzie – “frajerzy” – wrzucą jakiś klucz francuski w tryby elity. Ostatecznie wszystko co dyskredytuje CIA i rząd USA psuje też plany Illuminati.

Groves nadzorował związek studencki w jego przejściu do stanu niezależności, po czym odszedł. “Świat stracił swoją niewinność. Chcę stąd wyjść” – powiedział Groves (Wolford, 5)

KULTURA

Skąd wiemy to co wiemy? Kto nas uczy? Media i system edukacji. A co jeśli powiem wam że są one kontrolowane przez satanistyczne tajne stowarzyszenia, tzw. Illuminati? (Kabalistyczny Judaizm i masoneria).

“Modernizm” i jego pochodne odzwierciedlają stopniową perwersję rzeczywistości i moralności przez bankierów Illuminati. To co postrzegamy jako “progres” jest w rzeczywistości postępem w satanistycznej agendzie. To jest zmiana w “zmienianiu świata”.

Mass media i system edukacji promuje te zamazywanie prawdy. Prawda jest spychana w kąt. Kłamstwa są rozpowszechniane. Złe i samo-niszczące zachowania są pokazywane w dobrym świetle.

Modernizm jest solipsyzmem gdzie upadek moralny prezentowany jest jako norma. Dla przykładu, CIA wspierała i promowała współczesną sztukę abstrakcyjną, dzieła oderwane od ludzkiej tożsamości i aspiracji, sztukę którą może “tworzyć” każde dziecko a nawet małpa.

Finansowali magazyny kulturalne (Encounter, Partisan Review) krytyków sztuki (Clement Greenberg) i muzea sztuki poprzez sieć fundacji i milionerów Illuminati takich jak Nelson Rockefeller i John Hay Whitney.

“Wielu z artystów w tym ruchu wywodzi się ze środowisk radykalnych (Jackson Pollock, Mark Rothko, Franz Kline…) (strona 106)

(…)

Podobna historia dotyczy współczesnej literatury gdzie “anty-bohater”, czlowiek wyobcowany i outsider (jak Żydzi Illuminati) staje się bohaterem. Ten “bohater” nie jest budowniczym przysługującym się społeczeństwu lecz lucyferiańskim buntownikiem, kabalistycznym niszczycielem.

Krytyka współczesnej literatury jest lingwistycznym voodoo nie zajmującym się pozycją społeczną, biografią i intencjami autora. Takie podejście środowiska krytyki było ortodoksją w czasie gdy chodziłem na studia. Zastanawiałem się dlaczego te placebo prezentuje się jako coś “prawdziwego”. Teraz już wiem.

To samo dotyczy muzyki, telewizji i filmów. Przekonały one ludzi że płodna, młoda kobieta jest Boginią, a romantyczna miłość i seks są lekami na całe zło i sensem naszego życia (czego się spodziewaliście po pogańskim kulcie seksualnym?).

Odwrócili uwagę ludzi. W tym czasie zdrajcy narodów i zboczeńcy otrzymali wszystkie stanowiska przywódcze. Spójrzcie na loga firm i organizacji, na te wszystkie piramidy, oczy, promienie słoneczne i szachownice. Są wszędzie. Wiesz dlaczego? W czasie gdy wszyscy spaliśmy, satanistyczny kult przejął stery władzy.

(Na lewo, pracownik CIA Gloria Steinem)

FEMINIZM

Druga fala feminizmu była kolejnym sponsorowanym przez Illuminati ruchem “popular front” maskaradującym jako spontaniczna, oddolna rewolucja. Gloria Steinem, żydówka z rozbitego domu wybrana została na jej przywódczynię. Clay Felker, który pracował ze Steinem w roku 1950 w finansowanym przez CIA “Niezależnym Biurze Badawczym” (kolejna organizacja studencka), zajmował się całą kampanią medialną. Felker prawdopodobnie nie był Żydem.

W roku 1968 Felker zatrudnił Steinem w New York magazine. Wydał 40-stronicowy, inauguracyjny numer MS Magazine jako dodatek do New York.

Rok 1975 – Redstockings, radykalne pismo feministyczne, ujawnia związki Steinem z CIA. Ujawnia żeMS Magazine otrzymywało pieniądze od Warner Communications i Katherine Graham, kolejnych pionków CIA.

Rok 1979 – Gdy Redstockings próbuje zaprezentować te informacji w książce, Random House z powodu nacisków ze strony sponsorów feminizmu, Ford Foundation, wycofuje się z planów jej wydania. Tak wymyślono naszą kulturę.  (Kerry Bolton, Revolution from Above, str.168)

KONKLUZJA

Kabaliści przejęli kontrolę nad naszymi politycznymi i społecznymi instytucjami i wykorzystują rządy do naszego zniewolenia zgodnie z planem opisanym w Protokołach Mędrców Syjonu.

Zawsze istniały dwa rodzaje Żydów: ci podążający za twórcą Prawa Mojżeszem oraz czciciele Baala. Niestety, ci drudzy zwyciężyli i przejęli prestiż należny tym pierwszym. Dołączyli do nich zdrajcy ze wszystkich kultur, oszukujący swoich krajan dla korzyści osobistych.

Przez całą historię świata ci lucyferianie toczyli wojnę przeciwko Bogu, właściwemu, naturalnemu i duchowemu porządkowi. Zapragnęli obalić Boga, zniewolić ludzkość i są bliscy zwycięstwa.

Ważną częścią tego planu jest zniszczenie czterech zródeł naszej ludzkiej tożsamości: religii (Bóg), kraju, rodziny i płci. Dokonują tego przez tworzenie jednej rasy, religii, płci i rządu światowego. W chwili obecnej nasza kultura jest zdeprawowana i pozbawiona znaczenia.

CIA udawała że walczy z komunizmem. W rzeczywistości obie strony służyły wspólnym panom i stworzyli kulturę która zniewoliła ludzkość.

Książka  Kerry Bolton Revolution from Above dostępna jest na  http://www.arktos.com
Henry Makow Ph.D. , tłum: Radtrap

Pornografia gorsza niż polityka

Dodaj komentarz

Wzrastająca w siłę pornografia zmienia normy społeczne. Niedługo sami będziemy żyć w filmie pornograficznym. “Dążymy do zepsucia dla celów kontroli” – Giuseppe Mazzini (1805-1872) , włoski przywódca masonerii.

Kontrolująca ludzkość satanistyczna sekta – Illuminati – kabaliści, żydowscy bankierzy i masoneria zadłużają państwa w celu dosłownego wykupienia i finansowego zniewolenia całego świata. Ich kontrola nad naszą kulturą jest tak efektywna, że dopiero teraz zaczynamy zdawać sobie sprawę z faktu bycia ich niewolnikami. Zaczynamy dostrzegać prawdę w momencie gdy nasz glob przemienia się w imperialistyczne państwo policyjne. Również “wyzwolenie seksualne” i pornografia są bronią polityczną zaprojektowaną w celu degradacji i manipulacji społeczeństwa.

Illuminati wiedzą że prawdziwy mężczyzna, posiadający wsparcie lojalnej żony, będzie walczył w obronie swojej rodziny i zrobi wszystko by zapewnić swoim dzieciom dobrą przyszłość. Dlatego lepszym rozwiązaniem dla nich jest zamienić mężczyzn i kobiet w uzależnione od seksu jednostki, skłonne zdradzić swoje rodziny za chwilę przyjemności. Pornografia jest używana niczym broń. Naziści używali pornografii do deprawowania ludności w okupowanej Polsce: “Władze przymykały oko na nielegalne pędzenie alkoholu. W Warszawie znajdowały się przybytki hazardu do których wstęp mieli jedynie Polacy. Tolerowano prostytucję. Sponsorowano też druk i dystrybucję pisemek pornograficznych.” (“Poland Under Nazi Occupation” 1961, str.218.) Kasyna, prostytucja, pornografia.

Brzmi znajomo? Pornografia jest ulubioną bronią najeźdzców. Gdy Izrael przejął kontrolę nad telewizją palestyńską na zachodnim Brzegu Jordanu, zaczął transmitować pornografię. Gdy USA najechały Irak nastąpił tam prawdziwy rozkwit pornografii. Dla coraz większej liczby ludzi seks staje się uzależnieniem. Pornografia jest jak narkotyk. W XIX wieku Brytyjczycy rozpoczęli wojny opiumowe ponieważ Chińczycy nie chcieli przyjąć ich “lekarstwa“. Tej broni używa się wobec nas od ponad 50 lat. Pornografia zaczyna tworzyć nowe normy społeczne. ILLUMINATI I ŻYDOWSKIE HOLLYWOOD To co uznaje się za “zmiany społeczne” jest w rzeczywistości dobrze przemyślanym elementem inżynierii społecznej. Hollywood zmienia nasze zachowanie i obyczaje. “Ryzykowny Interes (1983) określa się jako “komediodramat dla nastolatków”, podczas gdy jego prawdziwym celem było wychowanie nowej pornograficznej generacji.

Tom Cruise gra Joela Goodsona (Dobrego syna?), nastolatka którego fantazje erotyczne spełniają się w momencie gdy pewna młoda prostytutka (Rebecca de Mornay) wprowadza się do niego gdy rodzice Joela wyjeżdzają na wakacje. Film zawiera wiele gorących scen, wywyższa też prostytucję i seks przedstawiając je jako coś absolutnie niezwykłego w naszym życiu. I nic w tym dziwnego: film wyprodukował David Geffin, homoseksualista i Żyd, napisał zaś i wyreżyserował Paul Brickman, kolejny Żyd o bliżej nieokreślonych preferencjach seksualnych. Film Brickmana mówiący o deprawacji niewinności stał się wzorcem dla kolejnych amerykańskich filmów.

Cała seria American Pie (1999-2012) jest kolejnym przykładem żydowskiego kina Illuminati, komedii dla nastolatków opowiadającej w pierwszej części o przysiędze złożonej przez czterech nastolatków mających stracić dziewictwo przed ukończeniem szkoły (polecam czytać napisy końcowe po każdej obejrzanej, amerykańskiej “teen comedy”, a nawet w trakcie oglądania Comedy Central lub współczesnych amerykańskich komedii romantycznych – przyp. tłum).

Po raz kolejny mamy do czynienia z filmem zawierającym wystarczającą ilość seksu i nagości aby usprawiedliwić u młodego widza oglądanie pornografii. Tytuł “American pie” nawiązuje do sceny w której główny bohater zostaje przyłapany podczas masturbacji przy użyciu tradycyjnego placka z jabłkami – idealny symbol tego co Żydzi Illuminati i masoni myślą o amerykańskich wartościach, tradycji i tego co robią Ameryce.

W drugiej części filmu, American Wedding, (2003), przyszła panna młoda obciąga swojemu wybrankowi pod stołem w zatłoczonej restauracji. W trakcie wesela przyjaciel pana młodego zalicza jego babcię w ciemnej szafie, myśląc że ma do czynienia z jego puszczalską siostrą. Babcia jest tak zadowolona że błogosławi ślub wnuka z – jak to określiła uzywając żydowskiej terminologii – sziksą. W ostatniej scenie inny jego przyjaciel zajmuje się matką kolegi w trakcie kąpieli.

Ten koszmarny, psychologiczny atak na naszą moralność i przyzwoitość jest częścią nienawistnej, talmudycznej strategii Illuminatów wymierzonej w instytucję rodziny. Jedyne czego chcą to jej zniszczenia. W tym kontekście filmy Beztroskie lata w Ridgemont High (1982) czy Pretty Women (1990) również są podejrzane ze względu na eksponowanie nagości i usprawiedliwianie aborcji i prostytucji.

Wszystkie te filmy są cześcią strategii zniesienia ograniczeń moralnych i zastąpienia ich przyzwoleniem na nieprzyzwoitość, pornografię i w ostatecznym rozrachunku satanizm królujący we współczesnych mediach. UPOWSZECHNIANIE PORNOGRAFII Według szacunków z roku 2005, 12% wszystkich stron internetowych oraz 25% wszystkich pobranych plików to porno. Prawie 30% oglądających porno to kobiety. Ludzie reagują na porno bardzo emocjonalnie. Coś takiego musi wpływać na normy zachowań. Wzrastająca w siłę pornografia zaczyna zmieniać normy społeczne. TSA postanowiła “przeszukać” genitalia 79-letniej kobiety. Czy widzicie co się dzieje? Tutaj nie chodzi o względy bezpieczeństwa. Wszyscy mamy “stać się gwiazdami porno”.

Gdzie są ci wszyscy żydowscy Illuminaci tak zaciekle broniący “praw człowieka”? Przecież ta staruszka była Żydówką! Niedawno sfotografowano marionetkę Illuminati Myley Cyrus bez spodni. Pokazywanie swojej waginy może być równie akceptowalne co publiczne pokazywanie swoich piersi. W czasie gdy tak wiele młodych kobiet pokazuje swoje genitalia w filmach pornograficznych, nowa moda wydaje się być nieuchronna. Patrząc z tej perspektywy “Dialogi Pochwy” reklamowane jako “kulturalna rehabilitacja” żeńskich genitaliów wydają się być częścią zaawansowanego planu (Patrz “Porn Play Degrades Women“ – Pornograficzna Sztuka Degraduje Kobiety).

Spójrz na ulicę. Młode dziewczyny reagują na medialne sygnały i wciskają się w obcisłe legginsy uwydatniające ich pośladki i “camel toe“. Młode kobiety były szanowane gdy wychodziły za mąż, gdy przyjmowały rolę żony i matki. Dzisiaj szukają szacunku jako substytut gwiazdek porno i charytatywnych prostytutek. Nikt nie dostrzega że ostatecznym celem Illuminati w stosunku do kobiet jest uczynienie ich towarem powszechnego użytku – tak jak np. woda w kranie. Jedno zaspokaja pragnienie, drugie żądze. Kolejnym efektem pornografii jest zatrzymanie osobistego rozwoju emocjonalnego.

Seks jest ważny w zalotach i prokreacji. Ludzie żyjący w zdrowych, normalnych małżeństwach szukają nowych zainteresowań gdy już wychowają dzieci i zaczynają się starzeć. E. MICHAEL JONES Obok Kevina MacDonalda, E. Michael Jones, redaktor Culture Wars, jest naszym największym ekspertem w dziedzinie kultury. W swojej książce Libido Dominandi, Jones opisuje ze szczegółami sposób w jaki Illuminati używali “wyzwolenia seksualnego” dla celów kontroli politycznej poczynając od czasów Rewolucji Francuskiej. Polecam posłuchać wywiadu z Jonesem.

Jones charakteryzuje rozwój pornografii jako bitwę między katolikami a “żydowskimi pornografami”, którą wygrali Żydzi Illuminati. W swojej ostatniej książce, The Jewish Revolutionary Spirit (Żydowski Duch Rewolucyjny), opisuje współczesną historię jako pełną nienawiści inwazję na cywilizację przeprowadzoną przez żydowskich kabalistów oraz ich masońskich sługusów uzurpujących sobie przywództwo w nie-żydowskich krajach. Ten wywiad można znaleźć tutaj. Ten proces przejmowania kontroli jest już praktycznie zakończony. Prawie wszyscy, a szczególnie Żydzi, wspierają nadchodzący samobójczy Nowy Porządek Świata.

Od tego zależy ich praca i kariera. Kabaliści bankierzy wżeniający się w nie-żydowskie rodziny satanistyczne zadbają o to by wina za to wszystko spadła na pozostałych Żydów. Sami wspierają finansowo wielu antysemitów i tworzą antysemityzm w celu zagwarantowania sobie wsparcia ich kabalistycznej agendy przez wszystkich Żydów. Jones zacytował Trockiego: “Pogromy w których cierpią zwykli Żydzi, służą szczytnemu celowi utrzymywania ich w absolutnej zależności od swych przywódców” (…) KONKLUZJA Wiemy już że ludzkość została przejęta przez satanistów. Ich kontrola przyjmuje formę uzależnienia od seksu i pełnej, choć fałszywej swobody.

Przygodny seks, nie mający nic wspólnego z miłością, zalotami i małżeństwem jest ekstremalnie degradujący dla człowieka, a w szczególności dla kobiety. Ich wyzwolenie to w rzeczywistości zniewolenie. Tak działa satanizm. Wszystko co obiecuje satanizm jest swoim kompletnym przeciwieństwem. Zło przyjmuje się za dobro i vice-versa. (…) O ile łatwiej jest dla Illuminati pozwolić ludzkości samej się zniewolić. O ile łatwiej jest tworzyć państwo policyjne gdy mężczyźni i kobiety myślą tylko o seksie.

Henry Makow, tłum: Radtrap

Solve et Coagule – Dziel i Łącz !

Dodaj komentarz

U źródeł wolnomularskiego wariantu zjednoczenia Europy

Jerzy Chodorowski

Fragmenty książki „Kto kogo prowadzi?”

Gdy świątynia masońska zajaśnieje nad całym światem, a dachem jej będzie błękitne niebo, ścianami dwa bieguny ziemi, filarami zaś Tron Piotra i Kościół Rzymski, wtedy moce tej ziemi, dla których zgromadziliśmy mnóstwo ludzi, obdarzą ich wolnością. (…) Oby Pan Tego Świata dal nam jeszcze jedno stulecie, a cel osiągniemy!

Z modlitwy br. Philipa W. Blumenhagena (1781-1839)

Rzymscy Papieże, poprzednicy nasi, czuwając pilnie nad zbawieniem ludu chrześcijańskiego, rychło poznali się na tym śmiertelnym wrogu, •wychylającym się z ciemności tajnego sprzysiężenia, czym jest i do czego dozy; i myślą przyszłość przenikając, jakby danym znakiem ostrzegali tak książąt jak i narody, aby nie dawali się chwytać w przygotowane sidła i zasadzki.

Leon XIII, Hunanum Genus. Encyklika przeciwko masonerii (1884 r.)

Żywotne wydawnictwo poznańskie “Wers” opublikowało w 2000 r. niezwykłą książkę o wolnomularstwie pt. Organizacje tajne w walce z Kościołem. Autorem jej jest Witold Sawicki (1904-1973), historyk prawa, działacz harcerstwa i Stronnictwa Narodowego, uczestnik konspiracji wojennej, dwukrotnie więziony w PRL, kierownik Katedry Historii Powszechnej państwa i prawa na UMCS w Lublinie, współpracownik KUL i ATK. Na niezwykłość tej książki składa się wiele przyczyn, ale jedna jest szczególnie ważna zarówno ze względów poznawczych jak i politycznych: książka przypomina i uwypukla główną zasadę strategiczną masonerii – “dziel i łącz!” – formułowaną z reguły w związku z jej celem ostatecznym, którym jest utworzenie Republiki Globu. Jest ona przez masonerię starannie (choć niedoskonale) maskowana, a przez literaturę masonoznawczą dziwnie często niedoceniana lub wręcz pomijana. Z pozoru treść tej zasady jest wewnętrznie sprzeczna: po co bowiem dzielić całość na części, skoro ma się z nich utworzyć z powrotem całość? Nie ma w niej logiki ani przejrzystości, którą odznacza się daleko starsze i bardziej znane hasło: dziel i rządź! Dzieli się po to, by rządzić, ale dzielić po to, by łączyć -wygląda na niedorzeczność. Tymczasem paradoksalność tego hasła polega na tym, że nowa całość, powstała z elementów rozłożonej całości, ma być zbudowana na zupełnie nowym fundamencie, na nowych, masońskich kanonach.

I

Najnowocześniejszego sformułowania strategii “dzielenia i łączenia” prowadzącej do realizacji głównego celu masonerii dokonał znany filozof i pisarz niemiecki Gotthold Ephraim Lessing (1729-1781). Sam mason, inicjowany do loży Pod Trzema Różami w Hamburgu (1771), doszedł do stopnia wielkiego mistrza. W 1778 r. opublikował w formie dialogu, typowej dla Oświecenia, esej pt. Ernst i Falk. Rozmowy dla wolnomularzy, a w nim przedstawił w zarysie wspomnianą strategię. Prezentację jej zaczyna od naczelnej tezy stwierdzającej, że ludzi można jednoczyć tylko przez podział! I tylko przez nieprzerwane dzielenie utrzymywać ich w zjednoczeniu! Należy ją rozumieć tak, że już pierwsze zjednoczenie ludzi w państwa wynikało z podziału ludności ziemi na plemiona, ludy, narody. Ale państwa zjednoczyły je i wzmocniły ich solidarność wewnętrzną.

I dalej: aby zjednoczyć mniejszości narodowe mieszkające w różnych ze sobą sąsiadujących państwach, trzeba z kolei te państwa podzielić na części do odstąpienia mniejszościom i części pozostawione narodom rdzennym. I jeszcze dalej: aby zjednoczyć państwa narodowe w jedną całość w jakiejś części świata, trzeba je podzielić na regiony o granicach niekoniecznie zamykających je w jednym państwie, a następnie regiony te powiązać w zjednoczenie wyższego stopnia, np. w federację. Z kolei Lessing stawia retoryczne pytanie, czy konieczność uprzedniego dzielenia ludzi, by ich potem zjednoczyć, oznacza, że wszelkie podziały są dobre? I odpowiada: oczywiście nie.Trzeba więc przeciwdziałać im, by się nie rozrastały ponad potrzebę; należy zmierzać do unieszkodliwienia ich następstw w stopniu możliwie największymKto i jak ma to zrobić? Mają to zrobić ludzie najmądrzejsi i najlepsi w każdym państwie tzn. masoni; należałoby sobie życzyć, by podjęli oni dobrowolne dzieła najwyższej hojności (ponadobowiązkowego – opus superrogatum). A jak mają go dokonać? Ponieważ dzielenie ludzi następuje wskutek różniących ich (narodowościowych, religijnych, gospodarczych itp.) interesów, było by pożądane, by w każdym państwie mogły się znaleźć osoby, które nie zważając na uprzedzenia narodowościowe, wiedziałyby dokładnie, w    k t ó r y m     p u n k c i e     p a t r i o t y z m    p r z e s t a j e    b y ć   c n o t ą (podkr. J.Ch.). Stwierdzenie jasne: masoni winni zrezygnować z obowiązku patriotyzmu narodowego na rzecz dobra (patriotyzmu) ponadnarodowego. I to jest zasada, na której ma być oparta nowa całość. Taki jest sens hasła: “coagule – łącz!”. Lessing dodaje jeszcze jedno tylko wyjaśnienie: wspomniane osoby – można przyjąć – nie ulegałyby przesądowi ich przyrodzonej religii i nie wierzyłyby, że wszystko, co uważają za dobre i prawdziwe koniecznie musi być dobre i prawdziwe. A więc, tolerancja i relatywizm mają być gwarantami należytego funkcjonowania nowej całości społeczno-politycznej. W ten sposób ma być zrealizowany główny cel masonerii: przezwyciężenie podziałów, które państwo tworzy z konieczności między ludźmi i ponowne ich zjednoczenie, ale już na zasadach masońskich. Godnym odnotowania jest jeszcze fakt uznania przez Lessinga narodu żydowskiego za dobroczyńcę ludzkości i wyznaczenie mu roli jej wychowawcy. Zasługą bowiem Żydów było – zdaniem Lessinga – przeszczepienie nauki Chrystusa do różnych krajów poza Palestyną, skąd rozpowszechniona została na cały świat. (Pogląd ten jest mylny, gdyż właśnie Żydzi wytępili w ostrych prześladowaniach gminy chrześcijańskie w Palestynie. Jeśli chrześcijaństwo rozwinęło się w świecie, to wbrew Żydom. Zasięg działalności pierwszych apostołów z natury rzeczy nie mógł być duży, dopiero ich dalsi następcy, już nie-Żydzi, rozpowszechnili naukę Chrystusową na cały świat.) Tytułem zaś do pełnienia roli wychowawców ludzkości jest uzupełnienie nauki Chrystusa przez własne doktryny, których treść nie była wprawdzie tak wielka, ani tak pożyteczna jak nauki Chrystusowej, ale nie oskarżajmy z tego powodu Żydów. Zbadajmy raczej, czy te ich uzupełnienia nie stały się bodźcem nadającym ludzkiemu rozumowaniu nowy kierunek. (Jeśli chodzi tu o Talmud, Gnozę czy Kabałę, to rzeczywiście wyniknął z tych nauk nowy kierunek rozumowania, ale antychrześcijański. Stał się on źródłem licznych herezji chrześcijańskich i nie może być -jak chce tego Lessing – tytułem do wychowawczej roli Żydów. Zwracamy uwagę na ten wątek w poglądach Lessinga, gdyż pojawi się on w historii strategii masońskiej raz jeszcze w XX wieku).

II

Drugie sformułowanie zasady “dzielenia i rządzenia” dokonane zostało przez Adama Weishaupta oraz przez członków jego Zakonu Illuminatów (“Oświeconych”). Weishaupt (1748-1830), syn rabina, ochrzczony po śmierci ojca, podstawowe wykształcenie otrzymał u jezuitów, przyjął święcenia kapłańskie, ukończył uniwersytet bawarski w Ingolstad został jego profesorem prawa cywilnego, pod wpływem Rotschildów porzucił katolicyzm i l V 1776 r. -działając według dyrektyw nowoutworzonego Domu Bankowego tychże Rotschildów – utworzył Zakon Illuminatów. W 1777 r. Weishaupt wstąpił do eklektycznej loży masońskiej “Teodor Dobrej Rady”, a w roku następnym wysunął projekt połączenia Illuminatów z masonerią. Formalnego zjednoczenia dokonał Kongres w Wilhelmsbad w 1782 r. i w rezultacie powstała tajna organizacja wewnątrz tajnej organizacji: illuminaci stali się trzonem, “izbą wyższą” masonerii. Aczkolwiek niektóre szczegóły życiorysu Weishaupta są przedmiotem sporów między historykami7, to jednak cele i metody jego organizacji nie podlegają dyskusji, a to dlatego, że świadcząc nich oryginalne dokumenty, które dostały się w różnych, nieraz niezwykłych okolicznościach (np. śmiertelne uderzenie piorunu w posłańca, który przewoził tajne akta illuminatów) do rąk władz rządowych Bawarii. Podobny walor mają również zeznania złożone przed sądami bawarskimi przez byłych członków zakonu, którzy z niego wystąpili. Na podstawie tego bogatego materiału dowodowego można stwierdzić, że pierwszą częścią strategii – “dzieleniem” objęte zostały przez illuminatów nawet najbardziej podstawowe więzy łączące ludzi w naturalne i elementarne grupy. Porwane być miały: więzy łączące człowieka z monarchią i całym ładem rządowym (Weishaupt: książęta wraz z narodami powinni zniknąć z powierzchni ziemi);więzy własności prywatnej; więzy dziedziczenia; więzy patriotyzmu; więzy rodzinne (poprzez zniesienie małżeństwa, wszelkiej moralności i kolektywne wychowywanie dzieci) oraz wszelkie więzy religijne. Na rumowisku tych porwanych relacji międzyludzkich, politycznych, gospodarczych, a przede wszystkim psychicznych, miała zacząć działać druga część strategii – “łączenie” rozproszonych elementów w nową całość: jedno państwo światowe i jeden rząd światowy. Weishaupt żądał utrzymania istotnego celu illuminatów w ścisłej tajemnicy: Ci poczciwi ludzie, bogaci i hojni (illuminaci), zwiększają naszą liczebność i napełniają naszą szkatułę (…), ale strzeżmy się przed wyjawianiem im naszych tajemnic; ten gatunek ludzi musi być stale utrzymywany w przekonaniu, że stopień wtajemniczenia, który osiągnęli, jest ostatnim. (…) Czasem trzeba mówić w taki, a czasem w inny sposób, by nasz rzeczywisty cel był dla naszych podwładnych niedostępny; by się nie dowiedzieli, że jest nim zdobycie siły oraz bogactwo i użycie ich do podkopania władzy świeckiej czy religijnej i do osiągnięcia panowania nad światem Równie jasne określenie strategii rozdzielania i łączenia dał Trzeci Kongres Masoński zwołany w Frankfurcie w 1789 r. (illuminaci kontrolowali już wówczas praktycznie wszystkie loże masońskie) w kontekście trzech celów masonerii. Ostatni, trzeci cel przewidywał: Zniszczenie Kościoła i form chrześcijaństwa, usunięcie wszystkich ludzkich rządów celem utorowania drogi do republiki powszechnej, w której powinny zapanować utopijne idee zupełnej wolności od istniejących więzów społecznych, moralnych i religijnych, absolutna równość i braterstwo społeczne.

III

Po śmierci Weishaupta, naczelne zwierzchnictwo masonerii, illuminatów i wszystkich tajnych związków przeszło do loży Alta Vendita (Wysoka Wenta) skupiającej włoskich karbonariuszy. Tam powstało trzecie z kolei (a pierwsze w XIX w.) sprecyzowanie strategii dzielenia i łączenia w związku z realizacją głównego celu masonerii. Znajduje się ono w stałej instrukcji Wysokiej Wenty z 1819 r., sformułowanej przy współudziale Karla Rotschilda (syna Amschela, poplecznika Weishaupta). Głosi ono, że odkąd loża Alta Vendita ukonstytuowała się jako organ wykonawczy i ciało to zaczęło działać w sercu zarówno najodleglejszej jak i najbardziej centralnej loży, interesuje nas, luda aspirujących do powszechnego odrodzenia, tylko jedna sprawa. Jest nim cel wyzwolenia Włoch, a z tego, któregoś dnia wyrośnie wyzwolenie całego świata, powstanie braterskiej uniwersalnej republiki i harmonia ludzkości. A zatem podział państw (Lombardia ówczesna była na podstawie postanowień Kongresu Wiedeńskiego z 1815 r. pod władzą Austrii) narodowościowych i zbudowanie z ich elementów jednej republiki globu na nowych podstawach. O tej drugiej części strategii masonerii – łączeniu – mówi również sprawozdanie z kongresu lóż francuskich w 1893 r: Masoneria stara się doprowadzić do Zjednoczonych Stanów nie tylko w Europie, ale i w całym świecie.Wiek XIX przyniósł jednak nie tylko kontynuację tradycyjnych zasad politycznych i celów masonerii – w teorii, ale również liczne próby ich realizacji. Europa tego stulecia stalą się widownią różnych akcji i uporczywych starań inspirowanych przez strategię “dzielenia i łączenia”, a szczególnie przez pierwszy jej człon – “dzielenie”. Napoleon, nieświadomy pionek w ręku illuminatów, dokonał niemal całkowitego rozbicia Europy i zmiany jej oblicza. Położył kres Świętemu Cesarstwu Rzymskiemu, a braćmi swymi poobsadzał Królestwa: Neapolu (z czasem brata Józefa wymienił tam na szwagra Murata), Hiszpanii, Holandii i Westfalii. Dopiero na wygnaniu zorientował się, że kawałkując Europę popełnił błąd, a w testamencie wyznał, że powinien był doprowadzić do jej zjednoczenia. Myśl tę pozostawił do realizacji swemu synowi. Niemniej jednak to, czego dokonał, było korzystne dla illuminatów, a nawet niezbędne do realizacji ich planów, połączenia i zjednoczenia Europy pod ich własną kontrolą. I potem, po Restauracji, Europa była nadal wstrząsana powstaniami, rewoltami i różnego rodzaju zamieszkami, inspirowanymi, popieranymi lub tylko wyzyskiwanymi przez masonerię. Prowadziły bowiem do dalszego rozbijania i osłabiania państw i imperiów europejskich w imię walki o wolność narodów i niepodległość mniejszości narodowych. illuminat G. Mazani, założyciel tajnych “Młodych Włoch”, wypowiedział się z gorącym aplauzem o narodzie jako niezbędnej strukturze społecznej i koniecznym instrumencie służącym postępowi i rozwojowi ludzkości. Wyznania tego nie powstydziłby się nawet dziś niejeden nacjonalista. Widocznie strategia nakazała zamilknąć ideologii Zasady jednoczenia Europy zostały złożone (chwilowo) na ołtarzu skuteczności działań rozkładających. Na tej fali rewolucyjnej i destrukcyjnej pojawiły się również nadzieje wielu Polaków na odzyskanie niepodległości w sojuszu z wolnomularstwem. Stąd liczni emigranci, wojskowi i politycy, którzy po upadku Powstania Listopadowego znaleźli się za granicą, zasilili loże masońskie, szukając w nich oparcia i pomocy dla swych dążeń niepodległościowych. Książę Adam Jerzy Czartoryski (1770-1861), mąż stanu i jeden z przywódców politycznych emigracji popowstaniowej, a także autor jednego z liczących się ówczesnych projektów zjednoczenia Europy, był członkiem kilku lóż masońskich w Kraju i za granicą, Ferment osłabiający spoistość państw europejskich przybrał na sile w drugiej połowie XIX w. wskutek ożywienia się istniejących lub powstania nowych separatyzmów narodowościowych, np. baskijskiego w Hiszpanii, ukraińskiego w Galicji pod zaborem austriackim, irlandzkiego czy walijskiego.

IV

Tą samą drogą potoczył się rozwój jednej ze szczególnie złowrogich odrośli masonerii – komunizmu. Masońską proweniencję komunizmu dostrzegł bardzo wcześnie papież Leon XIII (encyklika Humanun Genus z 1884 r.). Napominał, by sekta wolnomularzy nie wypierała się wspólnoty z tłumami komunistów i socjalistów, gdyż owszem popiera ona wielce ich zamiary i pod niejednym względem te same co oni zasady wyznaje. Wielki zaś Mistrz Wielkiego Wschodu Francji Gilbert Abergel, oświadczył w wywiadzie dla “Wolnomularza Polskiego”, że to wolnomularze stworzyli dewizę “ Wolność, Równość, Braterstwo”. Za sprawą ludzi doszło do obniżenia wszystkich tych wartości. W imię wolności i braterstwa powstały ideologie, które doprowadziły do zniewolenia ludzi. (…) Rozdział w postaci marksizmu został zamknięty. Trzeba tedy ponownie sięgnąć po ideały wieku Oświecenia (…)Znaczy to, że komunizm wywodzi się z doktryny wolnomularstwa. Jej dzieckiem bowiem była rewolucja francuska, której towarzyszył rozwój kilku kierunków komunistycznych. Szczególnie zaś jeden z nich, pojmujący rewolucję komunistyczną jako “akcję militarną”, “powstanie”, “wojnę” – zwany od jego twórcy babuwizmem – silnie wpłynął na wszystkich rewolucjonistów, późniejszych współpracowników Karola Marksa, a potem i Włodzimierza Lenina. Rozczytywali się oni w pismach Babeufa, co do którego nie ma wprawdzie pewności, czy był formalnym członkiem masonerii, ale który starał się o przyjęcie do niej. Liczył na to że idee jego włączone do dyskusji w lożach, nabiorą siły perswazyjnej i za pośrednictwem lóż rozpowszechnią się w całej Europie. Kontynuatorem działalności Babeufa był jego uczeń i towarzysz Filippo Buonaroti (1761-1837), o którym wiadomo już na pewno, że był członkiem wolnomularstwa. Doktryna zatem komunizmu w wersji Babeufa stała się fundamentem późniejszego komunizmu Marksa, a w 100 lat po Babeufie komunizmu marksistowsko-leninowskiego. Można więc powiedzieć za ks. prof. Michałem Poradowskim, że komunizm marksistowski, jak i komunizm marksistowsko-leninowski są częścią “dziedzictwa” rewolucji francuskiej”.Dodajmy: i jej masońskiej inspiracji. Nie ma wprawdzie zgodnej opinii w historii wolnomularstwa na temat przynależności do niej Lenina, ale analiza zarówno jego doktryny, jak i szczególnie jego strategii, pod kątem widzenia hasła “dziel i łącz” dostarcza kilku argumentów nie pozostawiających wątpliwości co do korzeni tzw. leninizmu. Doktryna jego zawiera wyraźną tezę na temat uniwersalnego celu socjalizmu, którym jest utworzenie jednego państwa światowego, a następnie po zapanowaniu komunizmu, zlikwidowanie wszelkiego państwaRuch socjalistyczny nie może zwyciężyć w starych ramach ojczyzny. Stworzy on nowe, wyższe formy ludzkiego współżycia, kiedy uzasadnione potrzeby i postępowe dążenia mas pracujących każdej narodowości będą po raz pierwszy zaspokojone w jedności międzynarodowej, pod warunkiem unicestwienia obecnych przegród narodowych. Nie jest to jednak jeszcze najwyższy poziom uniwersalizmu socjalistycznego w interpretacji Lenina. Szczytowy punkt osiąga on dopiero w tezie o zlaniu się wszystkich narodów świata w jedną całość: Celem socjalizmu jest nie tylko zniesienie rozdrobnienia ludzkości na małe państwa i w ogóle rozdrobnienia narodów, lecz także zlanie się narodów. Ale jak to osiągnąć? W dalszym ciągu tej wypowiedzi Lenin przechodzi już do wyraźnego nakreślenia strategii “dziel i łącz”: Do nieuniknionego zlania się narodów w ludzkość (“łącz!”) dojść może jedynie przez przejściowy okres zupełnego wyzwolenia wszystkich uciśnionych narodów, tzn. przez swobodę ich oderwania się (“dziel!”). Bliższe informacje, jak ta strategia na odcinku “dzielenia” ma wyglądać możemy znaleźć w pracy Lenina z 1920 r.Dziecięca choroba “lewicowości” w komunizmie. Treścią jej jest totalna krytyka tych socjalistów-komunistów, szczególnie niemieckich, którzy z całą stanowczością odrzucili wszelki kompromis z innymi partiami, wszelką politykę lawirowania i ugodowości, które tylko oddalają dzień zwycięstwa. Lenin tłumaczy im, że nie można osiągnąć celu ostatecznego bez “dzielenia”, ale by “dzielić” trzeba wchodzić w kompromisy z innymi partiami, lawirować między innymi, jak to było w całej historii bolszewizmu, zarówno przed, jak i po rewolucji październikowej. Zwyciężyć potężniejszego przeciwnika można tylko przy największym wytężeniu sił i wykorzystujcie bezwarunkowo najstaranniej, najtroskliwiej, najostrożniej, najumiejętniej zarówno wszelką, chociażby najmniejszą “s z c z e l i n ę” pomiędzy wrogami, wszelkie przeciwieństwo interesów między burżuazją różnych krajów, między różnymi grupami albo odmianami burżuazji wewnątrz poszczególnych krajów-jak i wszelką, choćby najmniejszą możliwość pozyskania sobie masowego sprzymierzeńca, niechby nawet chwilowego, chwiejnego, niestałego, niepewnego, względnego. Kto tego nie zrozumiał, nie zrozumiał ani źdźbła z marksizmu (podkr. J.Ch.). Użyte tu i podkreślone słowo “szczelina” szczególnie nadaje się do wyjaśnienia na czym polega “strategia dzielenia”. Na koniec Lenin daje klasyczny przykład takiego dzielenia, korzystnego dla bolszewików: traktat wersalski! Rozbił on jedno imperium wielonarodowe na suwerenne państwa narodowe, inne osłabił, ale te nowe państwa narodowe będzie można teraz scalić drogą rewolucji międzynarodowej w dalekiej wprawdzie, ale realnej przyszłości w jedno światowe państwo rządzone przez dyktaturę proletariatu. Dlatego gromi bezkompromisowych “lewicowców” w Niemczech za nieuznawanie traktatu wersalskiego: Wysuwanie sprawy wyzwolenia od pokoju wersalskiego koniecznie, bezwarunkowo i niezwłocznie na naczelne miejsce przed kwestią wyzwolenia spod jarzma imperializmu – to mieszczański nacjonalizm (…), nie zaś rewolucyjny intemacjonalizm. Trzeba umiejętnie manewrować przeciwko podstępnemu i w danej chwili silniejszemu wrogowi (…). Trzeba mu powiedzieć “ teraz podpiszemy pokój wersalski” (…). Przyjmowanie bitwy wówczas, gdy z góry wiadomo, że jest to korzystne dla nieprzyjaciela, lecz nie dla nas. jest przestępstwem i do niczego są tacy politycy klasy rewolucyjnej, którzy nie potrafią dokonać “lawirowania, porozumienia, kompromisów”, aby uniknąć z góry przesądzonej niekorzystnej bitwyW oparciu o oryginalne wypowiedzi Lenina oraz o deklaracje jego współczesnych uczniów zbudowana została teoria o kłamliwości i iluzoryczności wszelkich działań zmierzających rzekomo do przebudowy komunizmu. Pierwociny jej stworzył Józef Mackiewicz. Aktualnie w Polsce podtrzymuje ją i rozwija Dariusz Rohnka; sugestywną formę nadał jej A. Golicyn (były funkcjonariusz wywiadu sowieckiego) oraz znany dysydent rosyjski W. Bukowski. Zdaniem tych autorów, pieriestrojka jest tylko etapem dalekosiężnej konwergencji, mającej doprowadzić do zniewolenia Zachodu i poddania go pod komunistyczny Rząd Światowy. Strategia ta jest zgodna z zaleceniem Lenina, by prawdziwy rewolucjonista prowadzący politykę rewolucyjną nie wahał się w razie potrzeby przed odrzuceniem frazeologii rewolucyjnej i stosowaniem taktyki prawicowej. Teorię tę uprawdopodobnią charakterystyczna opinia Lenina o wydłużonej skali historycznej przemian zachodzących w czasie i małej skali wydarzeń politycznych. W skali historycznej 10-20 lat to niezmiernie mało, a w skali politycznej dużo. Nie można jednak rezygnować z ważnych przeobrażeń historycznych na rzecz doraźnych korzyści politycznych. Wymagana jest dalekosiężna cierpliwość i wytrwałość w dążeniu do wielkich zmian historycznych. 10-20 lat wcześniej czy później z punktu widzenia skali światowo historycznej nie stanowi różnicy, z punktu widzenia dziejów świata drobiazg, którego niepodobna nawet w przybliżeniu wziąć pod uwagę. Ale właśnie dlatego w kwestii praktycznej polityki powoływać się na skalę światowo-historyczną jest najbardziej krzyczącym fałszem teoretycznym. Wątku tego dalej nie rozwijamy, gdyż poświęcony jest mu rozdział III niniejszego zbioru. Na szczere wypowiedzi Lenina o giętkiej strategii komunistów powinni zwrócić uwagę szczególnie przywódcy ugrupowań prawicowych w Polsce, by nie dać się zwieść formalnym tylko zbieżnościom stanowiska postkomunistów w pewnych sprawach (np. w kwestii negatywnego stosunku do uczestnictwa Polski w UE) ze stanowiskiem ich organizacji. Chodzi o to, by nie stwarzać im “szczelin” ułatwiających infiltrację partii prawicowych. Próby takie byty już i są podejmowane w stosunku do pewnych czasopism narodowych.

V

Wszystkie mchy mniejszości narodowych, o których była mowa w podrozdziale ni, przeszły do XX wieku, rozwijały się nadal w dwudziestoleciu międzywojennym, po wojnie światowej powiększyły się o nowe, np. lombardzki, jurajski, zachodnio-somalijski, pod koniec stulecia niektóre przygasły lub wygasły, jak np. ukraiński, ale powstały nowe na terytorium byłego ZSSR, jeszcze inne, jak bałkańskie (np. macedoński w Grecji i Bułgarii czy albański dają o sobie znać nadal w zaraniu XXI wieku. Nie przestały być przedmiotem manipulacji masonerii, posługującej się nimi jako narzędziem realizacji ciągle tej samej, pierwszej części ich hasła strategicznego “dziel i łącz!”. Jest ona nieustannie kierowana przeciw państwom narodowym. Natomiast realizacja drugiej części tego hasła – “łącz” zaczęła się właściwie dopiero w połowie XX wieku. Już z początkiem jego lat dwudziestych powstała nowoczesna forma doktryny połączenia państw europejskich w federację. Wyłoniła się w toku dyskusji prowadzonych w wiedeńskiej loży Humanitas, a autorem, który ją ostatecznie sformułował i opublikował w książce ptPaneuropa (Wien 1923), był Richard Coudenhove-Kalergi, sam mason wysokiego stopnia. Wychodząc z definicji narodu jako świadomej wspólnoty kultury i losów dziejowych, uważał, że wszyscy mieszkańcy Europy stanowią jeden naród, tylko rozczłonkowany językowo i politycznie. To rozczłonkowanie polityczne należy zlikwidować i połączyć Europejczyków w jedno państwo. Rolę narodu – przywódcy mają spełniać Żydzi. W momencie bowiem, gdy szlachta feudalna rozpadła się. Boska Opatrzność obdarowała Europę poprzez emancypację żydostwa nową rasą z łaski Ducha. (Praktischer Idealismus, Wien-Leipzig 1925, s. 49, 50). Coudenhove był głęboko przekonany o wyjątkowych walorach intelektualnych i moralnych Żydów, stąd mawiał o nich jako o duchowym narodzie panów (das geistige Herrenvolk der Juden, dz. cyt, s. 54). Celem realizacji Paneuropy, w 1923 r. powołana została do życia Unia Paneuropejska, która miała swe oddziały we wszystkich niemal krajach europejskich (także i w Polsce) i pod koniec dwudziestolecia międzywojennego mogła się już poszczycić dużymi sukcesami politycznymi, propagandowymi i organizacyjnymi. Po II wojnie światowej przywództwo ruchu na rzecz zjednoczenia Europy przeszło w ręce Jeana Monneta, również masona wysokiego stopnia, któremu udało się doprowadzić do utworzenia w 1951 r. pierwszej ponadnarodowej, składającej się z sześciu państw członkowskich, wspólnoty gospodarczej – Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Stała się ona zalążkiem, z którego drogą powiększania liczby członków i zakresu działalności powstała dzisiejsza Unia Europejska. Pod koniec życia, myśląc o Nowym Ładzie Światowym, Monnet, wyraził się, że sama Wspólnota Europejska jest tylko etapem na drodze do zorganizowanego świata jutra. Aczkolwiek masoneria przemknęła do wszystkich głównych struktur organizacyjnych UE i prasa europejska podaje nawet szacunkowo procenty stanowisk zajmowanych przez masonów w poszczególnych instytucjach zjednoczonej Europy, to jednak widocznie uznano ten stopień i formę kontroli za nie wystarczający. Albowiem 5 VI 1993 r., z inicjatywy Wielkiego Wschodu Francji i Wielkiej Loży Francji oraz niezależnych obediencji i lóż europejskich (w tym sześciu lóż polskich), utworzona została w Strasburgu Europejska Konferencja Masońska, która uchwaliła Europejską Umowę Masońską mającą doprowadzić w oparciu o etykę wolnomularską do -jak głosi jej tekst – zbudowania Europy masońskiej jako konstrukcji nośnej dla naszych ideałów bez kompromisów i dewiacji. W Umowie tej najważniejsze są Zasady działania w liczbie siedmiu, a wśród nich zasada druga i piąta. Zasada druga – to laickość. Masoneria uważają za kwintesencję etyki społecznej, gwarantkę postępu społecznego, a rozumie przez nią wolność sumienia, tolerancję i rozdział Kościoła od państwa. Jak ważną jest ta zasada dla masonów, świadczy wypowiedź cytowanego już Jeana Monneta: Gdybyśmy wiedzieli (jak wielką rolę ma w procesie integracji kultura) zaczynalibyśmy zjednoczenie od stworzenia Europy laickiej. Zasada zaś piąta głosi, że masoneria ma w swej tradycji ideę europejską jako cząstkę idei uniwersalizmu. Wobec tego uznaje konieczność utworzenia Europy masońskiej, która przyczyniłaby się do zbudowania Europy kulturalnej, społecznej i politycznej, przy wzajemnym respektowaniu ich identyczności. Mamy zatem jeszcze jedno wcielenie Europy: masońskie.

Z przedstawionego powyżej w skrótowym zarysie obrazu stosowanej przez wolnomularstwo w kolejnych trzech stuleciach metody integrowania Europy i świata wynikają dwa wnioski.

Po pierwsze, dzisiejsza Unia Europejska jest tworem masońskim, zaprogramowanym zgodnie z filozofią i zasadami politycznymi wolnomularstwa i zbudowanym według jego planów. Z konieczności do współdziałania zostali dopuszczeni lub zaangażowani również nie-masoni. Nie wszyscy byli pozbawieni świadomości, z kim podejmują współpracę, jak np. niektórzy chadecy w czołowych demokracjach europejskich. Dzieło kosztowało wiele wysiłku, cierpliwości, determinacji, zbrodni i ofiar. I nic nie wskazuje na to, że masoni są skłonni do choćby koniunkturalnego rozluźnienia kontroli nad nim. Wręcz przeciwnie, zmierzają do jej zacieśnienia z uwagi na liczne sygnały o zagrożeniu demokracji i laickości ze strony Frontu Narodowego we Francji, biskupów europejskich czy nawet Watykanu. Nie są niezwyciężalni, ale dziś są silni.

Po drugie, pojawiająca się jeszcze ciągle w poglądach pewnych kręgów kościelnych i ugrupowań politycznych w Polsce nadzieja, że wejście naszego kraju do Unii może zaowocować przeobrażeniem jej z masońskiej w chrześcijańską lub co najmniej chrześcijaństwu życzliwą – nie ma żadnych podstaw. Jest po prostu złudzeniem towarzyszącym być może dobrotliwości, ale na pewno naiwności. Jedyną rozsądną postawą wobec członkostwa Polski w UE jest postawa kilkakrotnie już prezentowana na łamach “Nowe Przeglądu Wszechpolskiego”, a ostatnio bodaj przez p. Jerzego Wieluńskiego, – kategorycznego “nie”. Wyklucza ona jakikolwiek kompromis, nie dopuszcza żadnych “ale”, jednak”, “pod warunkiem”, gdyż konsekwencje jego mogą być dla Polski nieodwołalne i zgubne, a partner nie jest wiarygodny. Zjednoczenie Europy może być chrześcijańskie, ale wpierw Europa musi być chrześcijańska.

Older Entries