Krzyż – Historia

Dodaj komentarz

Czy krzyż od zawsze był znakiem i symbolem chrześcijaństwa? Znak krzyża towarzyszy nam praktycznie od zawsze. Symbol krzyża możemy zobaczyć wszędzie: w kościołach, w herbach, na szpitalnych karetkach, przejazdach kolejowych czy na opakowaniach od leków. Przybiera przeróżne formy i ma różnorodne znaczenia. Przytaczając „Słownik symboli” Władysławowa Kopalińskiego: „krzyż symbolizuje oś świata i jego cztery strony. Dla katolików to śmierć i męka Jezusa, cztery dziedziny ducha, połączenie przeciwieństw, życie i nieśmiertelność, wieczność, czy siłę stwórczą. Według innych interpretacji krzyż to ptak z rozpostartymi skrzydłami, człowiek z rozłożonymi ramionami, element boskości. Jest to amulet symbolizujący ogień czy Słońce. W banalnych przypadkach używany jako podpis czy symbol plus. Jest elementem łączącym boskość i ludzkość, gdzie linia pionowa to boskość a pozioma ludzkość.”

SYMBOL I HISTORIA KRZYŻĄ

symbol-ryby.gif

Krzyż chrześcijański. Dla chrześcijan krzyż ma znaczenie wyjątkowe i święte, który z jednej strony symbolizuje znak cierpienia, śmierci i tortury, a z drugiej strony ogromnej miłości i poświęcenia. Dzięki śmierci Jezusa Chrystusa krzyż stał się dla chrześcijan znakiem zwycięstwa życia nad śmiercią. Znak krzyża był obecny w chrześcijaństwie od śmierci Jezusa, jednak w trzech pierwszych wiekach chrześcijaństwa znakiem tym posługiwano się rzadko. Kiedy chrześcijaństwo rodziło się w Judei, uchodzącej za najgorszą i najbardziej znienawidzoną prowincję rzymską, krzyż Jezusa był dla wszystkich szokiem. Wspomina o tym już św. Paweł: „Gdy Żydzi żądają znaków, Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów i głupstwem dla pogan” (Kor 1,22-23). Z powodu złej sławy krzyża, który był znakiem hańby i poniżenia, a także w obawie przed prześladowaniami, chrześcijanie nie używali go wiele. Powodem dla używania innych symboli była także ostrożność, aby świętych tajemnic wiary nie narazić na profanację ze strony pogan. Żyjący w II w. św. Justyn podaje przykłady reakcji pogan na symbol krzyża, dla których totalnym głupstwem było stawianie na jednym poziomie Ukrzyżowanego i Stworzyciela świata, natomiast sto lat później sytuacja zmieniła się diametralnie. Wśród symboli funkcjonujących niejako w zastępstwie krzyża były m.in.: kotwica, trójząb, ryba. Kotwica wyrażała nadzieję na zbawienie, mocne trwanie pierwszych chrześcijan w wierze, zakotwiczenie łodzi życia w porcie wieczności, ufność wśród burz prześladowań. Znak kotwicy występuje także na grobowcach najstarszych katakumb. „Wiemy, że Klemens Aleksandryjski (150-215) był inicjatorem wprowadzenia kotwicy jako oficjalnego emblematu chrześcijaństwa i propagował szeroko noszenie tego znaku w pierścionku na małym palcu lewej ręki. […] gdyby za czasów Klemensa istniał już emblemat krzyża, czyż do pomyślenia byłaby jego propozycja wprowadzenia kotwicy?” A jednak w niektórych polskich encyklopediach napisano, że „krzyż był przedmiotem ogólnej czci chrześcijan pierwszych wieków. […] wyrabiali go oni na sprzętach domowych, narzędziach, księgach, itp.”. Częstym znakiem był także trójząb, używany w symbolice cmentarnej na znak zbawienia przyniesionego duszy przez Krzyż Chrystusa oraz wskazujący na Trójcę Św. „Jednym z najstarszych symboli chrześcijańskich była ryba. […] Symbol ryby […] wyjaśni odczytanie sposobem akrostychu greckiego zdania:

symbol-ryby2

Symbol ten znał dobrze także Augustyn: „Jeśli się złoży pierwsze zgłoski tych pięciu słów: Jezus Chrystus Syn Boga Zbawiciel – wypadnie słowo ichthys, czyli „ryba”, co mistycznie należy rozumieć – Chrystus.” Mimo tego, iż sam krzyż nie był używany publicznie, to zajmował ważne miejsce w codziennej pobożności uczniów Chrystusa. Jako przedmiot kultu i znak tożsamości dla chrześcijan krzyż rozpowszechnił się i nabrał znaczenia na początku IV w. Od czasów Konstantyna Wielkiego krzyż stał się symbolem chwały, znakiem królewskości Chrystusa, który wszedł na stałe do symboliki władzy cesarskiej. Według przekazu, cesarz Konstantyn Wielki, przed bitwą z uzurpatorem Maksencjuszem, przeddzień bitwy na moście Mulwijskim (312 r.). pod Rzymem, zobaczył we śnie na tle słońca znak krzyża i napis: „w tym znaku zwyciężysz”. Cesarz ujrzał symbol krzyża, a tajemniczy głos objawił mu, że pod tym znakiem zwycięży (In hoc signe vinces). Konstantyn kazał wymalować znak krzyża na tarczach swych oddziałów, i rzeczywiście pokonał rywala Maksencjusza. Drugim czynnikiem było odnalezienia drzewa Krzyża św. w Jerozolimie. Pobożna legenda o św. Helenie, matce Konstantyna, wiążę jej imię z odkryciem autentycznego krzyża Jezusa w Jerozolimie i budową bazyliki na Górze Oliwnej. Edykt tolerancyjny z 313 r. był m.in. oznaką wdzięczności cesarza. Do VI w. nie umieszczano na krzyżu postaci ciała Chrystusa. W dziele „Cywilizacje starożytne” w związku z tym czytamy: „Po kilku latach monogram Chrystusa zaczął się pojawiać na monetach, czasem obok symboli pogańskich”.

Oto dwie ilustracje przedstawiające cesarza Konstantyna na awersie dwóch medali, złotego i srebrnego obu wybitych w r. 313:

1. „Konstantyn i Sol, bóg Słońca, szczególnie czczony przez cesarza na początku panowania; złoty medal z Ticinum (Pavia) z 313 r.; na tle głowy boga Słońca w promienistej koronie popiersie cesarza w zbroi w wieńcu laurowym, z włócznią i tarczą, którą zdobi kwadryga boga Sol i postacie bóstw: mórz Oceanus i ziemi Tellus; legenda z rewersu: felix adwentus augustorum nostrorum, wyjaśnia okazję wybicia medalu – było nią przybycie Konstantyna z Licyniuszem do Mediolanu po zwycięstwie nad Maksencjuszem, kiedy wydali wspólnie tzw. edykt tolerancji wobec chrześcijan.” (Ze zbiorów Cabinet des Medailles, Paryż);

konstantyn.gif

2. „Konstantyn z symbolem chrześcijańskim; srebrny medal z Ticinum z 313 r.; cesarz (popiersie) na koniu, którego cugle trzyma w prawej ręce, w pancerzu z tarczą ozdobioną wizerunkiem wilczycy kapitolińskiej i ze sceptrem w ręce, ma na głowie paradny hełm z piórami, zwieńczony dyskiem z greckim monogramem Chrystusa, chrismonem.” (Ze zbiorów Staatliche Muenzensammlung, Monachium).

Uważny czytelnik łatwo zauważy, że krzyż z medalu łudząco przypomina staroegipski symbol-hieroglif życia, ankli! Jest tak, gdyż stanowi on jego odmianę. Tak oto, w drodze synkretyzmu religijnego wierzenia, praktyki i symbole pogańskie zaczęły się wlewać szerokim strumieniem do chrześcijaństwa. Także później nie ukazywano Jezusa umęczonego lecz chwalebnego: jako Króla z diademem zamiast cierniowej korony na głowie, albo jako Arcykapłana czy Dobrego Pasterza. Krzyż rysowany lub rzeźbiony nie występował u chrześcijan przed soborem nicejskim (325 rok ), na sali obrad soboru, przed tronem cesarskim leżała jedynie otwarta księga Ewangelii, innego symbolu nie było.” W VI w. pojawiły się krzyże z przybitym Chrystusem, ale żyjącym, ubranym w długą tunikę i w koronie na głowie. Dopiero w XI w. w Bizancjum, za sprawą patriarchy Michała Cerulariusza, odstąpiono od tego wzoru, nadając Chrystusowi na krzyżu postać realistyczną: obnażonego, z pochyloną głową w cierniowej koronie.

konstantyn2.gif

Pierwsi chrześcijanie znak krzyża określali często jako sphragis, co można tłumaczyć jako pieczęć, odciśnięty znak. Słowo to określało znak, jakim właściciel oznaczał przedmioty, które są jego własnością. Sphragis to również znamię, którym pasterz naznaczał swoje owce oraz wytatuowany, zazwyczaj na przedramieniu, znak, który w wojsku rzymskim otrzymywał każdy rekrut. Te dwa ostatnie znaczenia nabierają szczególnego wyrazu w chrzcielnej symbolice wczesnochrześcijańskiej. Znak krzyża, którym zostaje naznaczony każdy wierny, zakłada przynależność do trzody Dobrego Pasterza, zaciąg do armii Chrystusa. W Starym Testamencie znajduje się mnóstwo symboli (np. wąż miedziany, drabina Jakuba etc.), które stanowią zapowiedź krzyża. Najciekawszym z nich jest litera taw, która w starożytnym alfabecie hebrajskim ma właśnie kształt krzyża. W Księdze Ezechiela (9,1-7) możemy znaleźć opis zagłady grzesznej Jerozolimy, gdzie znak taw rysowany przez anioła na czole chroni wszystkich niewinnych. Odpowiadająca hebrajskiej taw grecka litera tau była chętnie używana przez św. Franciszka i po dziś dzień jest symbolem jego następców. Pierwotnie liturgiczny znak krzyża czyniono wyłącznie na czole. Wbrew pozorom miało to ważne znaczenie, bowiem czoło to najbardziej widoczna część ciała. Św. Augustyn wskazywał, że żydzi ukrywają swój znak przymierza z Bogiem – obrzezanie, chrześcijanie wprost przeciwnie, eksponują go w najbardziej widocznych miejscach. Św. Hieronim pisał: „Ktokolwiek, bowiem ma sztandar krzyża na swoim czole, ten nie może zostać uderzony przez szatana”. We wczesnośredniowiecznej Irlandii istniała tradycja układania modlitw chroniących przed złem, nazywanych pancerzami (łac. lorica). Wiele z nich odwoływało się właśnie do mocy krzyża: ?Znaczę znakiem krzyża / Moją twarz / Najpierw uszy / Potem oczy, nos, usta (..) Niech będzie krzyż / Przede mną / Za mną / Przeciw kłopotom / W górach i dolinach”.

Do najczęściej używanych przedstawień krzyża należą: krzyż łaciński – belki złożone ze sobą w 2/3 wysokości belki pionowej; krzyż grecki – równoramienny, krzyż św. Andrzeja – w kształcie litery „X”; na takim poniósł śmierć apostoł; krzyż arcybiskupi – łaciński z dwiema poprzecznymi belkami; krzyż papieski – z trzema poprzecznymi belkami; krzyż jerozolimski – duży równoramienny z czterema mniejszymi, symbolizuje 5 ran Chrystusa; krzyż maltański – równoramienny z rozwidlonymi zakończeniami ramion, symbolizuje 8 błogosławieństw; krzyż w kształcie litery „T” (tau); krzyż prawosławny – z dodatkową małą ukośną belką, służącą skazańcowi za podporę nóg. Znane są także różne tradycje czynienia gestu krzyża. Początkowo czyniono go prawą ręką rozpoczynając od czoła, dalej przez prawe ramię, potem lewe ramię, kończąc na piersiach. Ten znak był powszechny zarówno na Wschodzie jak i Zachodzie. Później rzymska tradycja wprowadziła używany do dziś w Kościele rzymsko-katolickim lewostronny znak krzyża. W roku 211 Tertulian pisze tak, jakby zwyczaj czynienia na sobie znaku krzyża był już głęboko zakorzeniony: „Przy każdym kroku lub ruszeniu się z miejsca, przy każdym przyjściu i odejściu, przy wciąganiu obuwia, przy myciu się, przy stole, przy zapalaniu świateł, przy układaniu na spoczynek, przy siadaniu i przy każdej czynności dnia codziennego znaczymy czoło znakiem krzyża”. Teologiczne wytłumaczenia kolejności dotykania ramion wydają się wtórne. W znaku powszechnym dla tradycji wschodniej ruch ręki z góry do dołu oznacza zstąpienie Syna Bożego od Ojca w niebie na ziemię, natomiast ruch ręki od prawego ramienia do lewego wskazuje na to, że Chrystus przyszedł najpierw do narodu wybranego (prawa strona), a po odrzuceniu przez nich do pogan (lewa strona). Odwrotny kierunek czynienia krzyża obok odwołania do wcielenia (oś pionowa) wskazuje na przeprowadzenie ludzkości z ziemi ogarniętej grzechem (piekła) po lewej stronie do chwały niebieskiej po prawicy Bożej przez wniebowstąpienie Chrystusa. Czasami palce dłoni czyniącej krzyż są wyprostowane na znak pięciu ran Zbawiciela (tradycja zachodnia). Mogą być też połączone ze sobą trzy palce na znak Trójcy św., a pozostałe dwa złożone na wnętrzu dłoni jako symbol dwóch natur Chrystusa (boskiej i ludzkiej) – sposób praktykowany przede wszystkim w tradycji wschodniej. Spotykane jest też czynienie krzyża z jednym wyprostowanym palcem na znak jedności Boga.

krzyz-bizantyjski

Ojcowie Kościoła podkreślali, że krzyż jest symbolem, w którym streszczają się najistotniejsze prawdy wiary chrześcijańskiej: ukazuje głębszą rzeczywistość i uobecnienia zbawienia, które stał się narzędziem. Św. Ambroży wzywa: „adorujmy Chrystusa, naszego Króla, który zawisł na drzewie, a nie samo drzewo.” Krzyż jest nazywany drzewem życia, które przynosi wybawienie w odróżnieniu od drzewa rajskiego, które zapoczątkowało grzech. Św. Jan Damasceński pisze: „Krzyż Pana naszego Jezusa Chrystusa, a nie cokolwiek innego, zwyciężył śmierć, zgładził grzech praojca, pokonał piekło, darował nam zmartwychwstanie, udzielił siły do wzniesienia się ponad doczesność i ponad samą śmierć, zgotował powrót do dawnej szczęśliwości, otworzył bramy raju, umieścił naturę naszą po prawicy Boga, uczynił nas Jego dziećmi i dziedzicami”. Ojcowie Kościoła mówili o kosmicznym znaczeniu krzyża, którego ramiona obejmują wszystkie czasy i narody, a pionowa belka łączy niebo i ziemię. Krzyż jest osią Wszechświata: „Krzyż stoi, podczas gdy świat się obraca” – głosi starołacińska sentencja. Całe życie chrześcijańskie powinno być wpisane w krzyż, powinno być umieraniem dla grzechu, aby żyć tylko dla Boga. Św. Paweł pisze: „świat ma być ukrzyżowany dla mnie, a ja dla świata” (Ga 6, 14), a sam Chrystus wzywa: „kto chce pójść za Mną, niech zaprze się samego siebie, niech weźmie swój krzyż i naśladuje Mnie” (Mt 16,24). Krzyż przypomina, że śmierć i cierpienie nie są ostatecznym wymiarem ludzkiego życia, gdyż drugą stroną jest chwała zmartwychwstania, tryumfu nad złem, nowym życiem. Współczesny niemiecki teolog i wybitny duszpasterz, Romano Guardini, napisał: „Czyniąc znak krzyża, czyń go starannie. Nie taki zniekształcony, pośpieszny, który nie wiadomo, co oznacza. Czyń powoli duży, staranny znak krzyża: od czoła od piersi, od jednego ramienia do drugiego, czując, jak on cię całego ogarnia. Staraj się skupić wszystkie swoje myśli i zawrzyj całą siłę swojego uczucia w tym geście kreślenia krzyża”.

krzyz.gif

Krzyż i jego symbolika dziejach biblijnych i starożytności. Źródła naukowe udowadniają, że znak krzyża przynajmniej do IV stulecia po Chrystusie nie był symbolem chrześcijańskim. „Krzyż był od dawien dawna świętym znakiem solarnym”, „boskim symbolem słońca i ognia”, a także „symbolem płodności” – o czym jednoznacznie świadczą ustalenia historyków, potwierdzone odkryciami archeologów. „Słoneczne koła królewskich rydwanów toczyły się na kamiennych reliefach Niniwy i Uru, Teb i Memfisu, Kalkuty i Pekinu” – narodziny krzyża zależne już były jedynie od ilości i układu szprych. Symboliczne słońce miewało ich ilość bardzo rozmaitą, ale najczęściej tylko cztery spotykające się pod kątem prostym. Stąd właśnie powstał krzyż równoramienny, tak zwany „krzyż solarny”. Trudno wprost uwierzyć, że prawie jednocześnie, bo w epoce brązu, około 2 tysięcy lat przed nasza erą, we wszystkich prawie miejscach globu wystąpiła ta sama dekoracyjna czy też kultowa forma. Znane są opowieści hiszpańskich konkwistadorów, którzy ze zdziwienia szeroko otwierali oczy, znajdując na murach azteckich świątyń przepięknie rzeźbione krzyże. Byli przekonani, że ktoś był już tu i ubiegł ich w krzewieniu chrześcijaństwa – tymczasem jak się później okazało, były to symbole deszczu i płodności. Takich samych znaków znajdziemy pełno w grotach Szwecji i Francji, a nawet dalekich Indiach, gdzie bogowie Wisznu i Sziwa nieraz trzymają w kamiennych dłoniach znak wieczystego ognia, który nie jest niczym innym, jak wyobrażeniem palącego słońca. […] Takie same krzyże oglądamy na sztandarach kultowych cesarstwa Hetytów (Anatolia). […] Pośród egipskich hieroglifów również mamy kilka podobnych do krzyża. Tylko jeden z nich przetrwał w użyciu aż do czasów chrześcijańskich, rysowano go mianowicie na drzwiach prywatnych domów w Memfisie, na pomyślność i szczęście – jest to tak zwany Nefer. Niemniej wymowne są późniejsze, w całej pełni już rozwinięte i dojrzałe w formie krzyże – emblematy władzy zawieszane na piersiach asyryjskich królów.”

syryjski-krol-krzyż.gif

Przedchrześcijański wizerunek staroasyryjskiego króla z krzyżem na szyi

„Ten bogaty w treść symbol występował w Eurazji, Afryce i Ameryce, chociaż bez Australii. Już w epoce neolitu spotykamy go około 2000 p.n.e. na glinianych walcach, a w Asyrii jako symbol słońca . Wiele przemawia za tym, że w rejonie śródziemnomorskim, punktem wyjścia wędrówki krzyża był staroegipski symbol-hieroglif życia, ankli. To duże T z uchwytem u góry, zwane krzyżem z uchwytem. Wielu bogów, kapłanów i władców egipskich dzierży go na rzeźbach, płaskorzeźbach i malowidłach. Później zaczął oznaczać magiczną siłę witalną.

hatszepust.gif

Narodziny królowej Hatszepsut

Hatszepsut2.gif

„Ci, którzy należą do gwiazd” ciągną łódź z wizerunkiem twarzy Słońca.

Hatszepsut3.gif

Scena wschodu Słońca. Winieta do 15 rozdziału Księgi umarłych.

Inny wariant schematu krzyża przekazała kultura indyjska. Zgodnie z ideą cyklicznego czasu obdarzyła go złudą ruchu, zginając mu linią prostą albo łukiem w prawo każde ramię. Ten krzyż nazwano swastyką (od su asti = dobre jest). Odnajdujemy go już w prakulturze znad Indusu. Tradycja hinduistyczna, męsko-żeńska, przydała swastykę bogu inicjatywy – Genesi, a odwrotną swastykę, w lewo, zwaną sauwastika – dzikiej i niszczycielskiej Kali. Buddyzm umieścił swastykę na rzeźbach i odciskach podeszew swego Nauczyciela. Największy użytek zrobił dżinizm, gdyż umieścił ją jako trzeci składnik głównego symbolu religijnego z wykładnią: byt niebiański, piekielny, ludzki i zwierzęcy, oraz jako emblemat siódmego z 24. świętych tirthankarów. W rodzimych kulturach Ameryki Łacińskiej odnajdujemy zarówno krzyż z uchwytem, jak i w postaci odgiętej, jak wreszcie symetrycznej, równoramiennej. A nawet wariant krzyża zredukowany do pionu z malutką poprzeczką. Indianie kalifornijscy zastosowali go do idei drzewa życia (odpowiednik germańskiego wieszczego jesionu, Ygdrasilu). Na tym stylizowanym pniu drzewa życia umieszczali ptaka, albo ptaki jednego na drugim, co dało sławny totem, umieszczany obok szałasu modlitwy. […] Długą ewolucję przeszedł krzyż egipski. Grecy zafascynowani tajemniczym Egiptem przetworzyli go w czteroramienny krzyż regularny. Największa kariera czekała go w tradycji chrześcijańskiej, jako krzyż z wydłużonym ramieniem dolnym a skróconym górnym. […] Poprzez Galię krzyż w kształcie T dotarł do Germanów. I tu utożsamiono go z mielnirem, druzgocącym młotem boga Tora. Zaczął służyć żywiołowi błyskawicy. […] W Ameryce Środkowej wstrząsający był moment, gdy oficerowie Corteza natknęli się […] na krzyże. Były wysokie na metr i znajdowały się z reguły w zabudowaniach przyświątynnych. Zaczęto snuć najdziksze domysły. Misjonarze franciszkańscy uwierzyli, że dotarł tu św. Tomasz apostoł lub uciekinierzy hiszpańscy przed Maurami. A podobizny ofiar z ludzi, tak charakterystyczne dla Azteków, brano za rzekome echo ukrzyżowania Jezusa. Z biegiem czasu wyszło na jaw nieporozumienie. Podobnie jak z egipskim pochodzeniem schodkowych piramid kultowych Azteków i Majów.”

rodzaje-krzyza2.gif

Różne rodzaje krzyży znane w starożytności i w czasach chrześcijańskich.

Tysiące lat przed powstaniem chrześcijaństwa wiele starożytnych narodów czciło krzyż, jako znak magiczny. W przedstawionych poniżej rysunkach możemy widzieć:

rodzaje-krzyza.gif

krzyze-new-age2
Prototyp krzyża – złożone na krzyż pałeczki przy pomocy których ludy pierwotne rozniecały ogień, a które były uznawane za przedmioty magiczne;
Krzyż z gałązek sosnowych, czczony przez ludy zamieszkujące Himalaje;
Przedchrześcijański krzyż Koreańczyków;
Przedchrześcijańskie starogalijskie wyobrażenie krzyża na odzieży;
Przedchrześcijańska bogini Diana (Artemida) z krzyżem na głowie;
Średniowieczne wyobrażenie „Matki Boskiej”, niemal identyczne jak poprzednie;
Starożytne wyobrażenie Chrystusa z krzyżem na głowie (w górnej części krzyża widoczna reszta zaokrąglenia, charakterystycznego dla krzyży staroegipskich);
Przedchrześcijańska bogini Minerwa z krzyżem na szyi. Bogini etruska, później rzymska, opiekunka sztuki i rękodzieła.

Chrześcijańska święta Małgorzata;
Przedchrześcijańska fenicka bogini Astarte.
Niezwykle wymowna jest ilustracja, jaką zamieszcza Marcel Simon w „Cywilizacji wczesnego chrześcijaństwa”. Malowidło pochodzące z Pompejów przedstawia „Procesję dzieci do posągu Artemidy”. Osoby nie wtajemniczone w malowidle bez wątpienia widziałyby procesję chrześcijańską. Istniało wiele różnych odmian krzyża. I tak np. krzyż znany dziś jako grecki (zwany też „bizantyjskim”), był znany i używany w starożytnym Egipcie: „W gablocie leży prześliczna szczerozłota korona. […] Arcydzieło sztuki jubilerskiej. Wśród filigranowych gałązek, pastelowo połyskujących kwiatów widnieje sześć równoramiennych, kunsztownie stylizowanych „greckich” krzyży. – Lecz wówczas nie było jeszcze Grecji, tym bardziej nie było chrześcijaństwa, skąd więc te krzyże? Jest to koronacyjny diadem księżniczki egipskiej Knumit (eksponat 3925), późniejszej małżonki faraona Sesostrisa I, a więc korona ta należy do… XII dynastii”

„Krzyż jest prastarym symbolem religijnym i wywodzi się z czasów znacznie poprzedzających chrześcijaństwo. Czteroramienny krzyż wpisany w koło był przedchrześcijańskim symbolem światła i słońca; używały go zarówno ludy azjatyckie, jak i dawni Germanowie. Był również symbolem cyklu rocznego, oznaczał zasadę biologiczną oraz zdrowie i życie. […] Krzyż w kształcie litery tau dla starożytnych znamionował centrum świata i wyobrażał panującą nad wszystkim siłę słońca. Nosili go na szyi królowie asyryjscy. Dla ludów staroamerykańskich symbolizował deszcz. Krzyż z uchwytem (anch) oznaczał – życie albo zapłodnienie przez słońce. Swastyka – krzyż gamma – była pierwotnie znakiem ognia i słońca, a u buddystów wyobrażała klucz do raju. […] heraldyka wyróżnia prawie trzysta odmian krzyża…” Na Bliskim Wschodzie krzyż grecki był symbolem nieba i ziemi, słońca, czterech stron świata, a nawet kosmosu. Ten sam krzyż wpisany w koło jest znakiem kosmicznym znanym u Hetytów już 2000-1000 lat pne., związanym z powszechnym wówczas kultem solarnym. Krzyż w kole był przedstawiany wraz ze skrzydłami i utożsamiał wówczas boga. Rysunki i rzeźby tego krzyża spotyka się także w grotach dzisiejszej Szwecji, Francji, na północy Rosji i u Germanów. Popularny był również u Celtów, zyskując tym samym miano krzyża celtyckiego. Podobnie było wśród pogańskich ludów zamieszkujących w starożytności nasze ziemie. Przykładem są znaki solarne na Ślęży. Od Hetytów znak krzyża dostał się do Babilonu, gdzie zmienił swój kształt, później określany krzyżem rycerskim. Symbolika tego krzyża przetrwała w Babilonii do upadku królestwa Asyrii, czyli do 606 r. pne. Inną postacią krzyża występującego w starożytności jest symbol w kształcie litery „T” (tau), tzw. crux commissa, oznaczający centrum świata, symbol panowania nad wszystkim siły słońca.

Crux commissa pojawia się w Egipcie, na rękach i głowach posągów bóstw, faraonów i kapłanów. Kapłani z Memfis dekorowali się aż sześcioma takimi krzyżami. Znakiem takiego krzyża sygnowano także dokumenty, jakby na potwierdzenie prawdy swych intencji. W podobnej postaci znany jest też Skandynawom jako symbol Młota Thora. Krzyż to motyw ornamentalny i znak symboliczny używany w wielu kulturach, w Kartaginie w celach dekoracyjnych, w Skandynawii jako znaki graniczne (krzyże runiczne). Wznoszono je na grobach królów i bohaterów. Cycero donosi, że laski augurów miały kształt krzyża. Był on również symbolicznym znakiem Fenicjan. Dwie babki drożdżowe z krzyżem odkryto w Herkulanum. Krzyż był świętym symbolem u Azteków na długo przed Cortezem. W Tabasco symbolizował boga słońca, był emblematem Quetzalcoatla jako władcy czterech stron świata i czterech wiatrów, a dla niektórych ludów staroamerykańskich krzyż „T” był symbolem deszczu. Do V w. pne. krzyż był symbolem życia, zdrowia i ochrony przed śmiercią, jednak po tym czasie stał się symbolem śmierci. Od Scytów i Asyryjczyków (legendarna królowa Semiramida pierwsza ponoć wpadła na pomysł ukrzyżowania, dokonując tego na królu Medii Ferno, jego żonie i siedmiu synach), przez Persów trafił dalej. Aleksander Macedoński po zajęciu Tyru kazał z wielkiej uciechy ukrzyżować 2 tys. mieszkańców.

Przez Macedonię i Kartaginę zwyczaj ten trafił do Rzymu, gdzie stosowano go wobec nie Rzymian i niewolników. Kara została zniesiona przez cesarza Konstantyna Wielkiego. Rzymski sposób krzyżowania polegał na przywiązywaniu ramion skazańca do poziomej belki, tzw. patibulum i wciągnięcie jej na przygotowany pal. Bardzo rzadko skazańca przybijano do krzyża. W czasach Chrystusa i apostołów krzyż był narzędziem dokonującej się wciąż wokół zbrodni: „Krzyżowano wówczas na prawo i lewo, bez racji, czy też z racją; dla postrachu albo dla przykładu, złoczyńców i niewinnych. A jeśli komu zależało jeszcze na szczególnym splugawieniu czyjegoś imienia, wówczas krzyżowano nawet martwe ciało. […] gdy na przykład zdobyto miasto, rozgniewany lub pijany z radości dowódca krzyżował masowo niewinnych mieszkańców lub niewolników. […] Licyniusz ukrzyżował 6000 jeńców, stawiając co dwa metry krzyż wzdłuż pięknej Via Appia w Rzymie. […] Tych przykładów chyba starczy, aby uzasadnić istniejącą wówczas nienawiść do krzyża. […] pamięć o tym narzędziu tortury była jeszcze wciąż świeża i lepka od krwi. […]

Wieki musiały minąć, zanim powstał krucyfiks, pojęcie zupełnie odmienne i nowe. W czasach prześladowań myśl o apoteozie tego znaku wydaje się nie do przyjęcia. […] Trzeba się wczuć w ówczesną atmosferę, aby zrozumieć w pełni niedorzeczność podobnego przypuszczenia . Utwierdzi nas jeszcze w tym przekonaniu fakt, że ta nienawiść, to obrzydzenie do krzyżowych kaźni, a nawet do widowisk cyrkowych była tak silna, że okres prześladowań, zdawałoby się tak bogaty w wydarzenia i przeżycia, nie znalazł zupełnie odbicia w sztuce owych czasów. Dopiero później, znacznie później zaczęto ukazywać mękę Chrystusa i męczeństwa świętych, nie oddając jednak nigdy ich całkowitej grozy.”

Kara ukrzyżowania była znana w Palestynie, choć nie przewidywano jej w prawie mojżeszowym. O wiele bardziej ukrzyżowanie praktykowano wśród Fenicjan, Kartagińczyków, Persów i Rzymian. Na terenie Cesarstwa Rzymskiego nie stosowano jej jednak wobec obywateli rzymskich, gdyż była to najbardziej hańbiąca i okrutna metoda wykonywania wyroku śmierci. Skazańca odzierano z szat, rzucano go na ziemię i rozciągniętego przybijano do krzyża. Śmierć następowała najczęściej przez uduszenie, pod wpływem omdlenia, gorączki, wyczerpania, wstrząsu. Rzymianie najczęściej stosowali dwa rodzaje krzyża. Pierwszy to crux commisa (krzyż połączony przez nałożenie) w kształcie greckiej litery Tau (T) powstawał przez nałożenie belki poziomej na pionową. Ten znak czynił na czołach, tych którzy zachowali wiarę prorok Ezechiel, co symbolizowało opieczętowanie zbawionych (Ez 9,4). Podobny kształt przybrał miedziany wąż zatknięty przez Mojżesza na palu, w celu ratowania ukąszonych Izraelitów, podczas drogi przez pustynię (Lb 21,4-9). To wydarzenie uznaje się za zapowiedź krzyża. Drugi rodzaj to krzyż składany (crux immisa), tzw. łaciński. Na jego szczycie często umieszczano tabliczkę określającą rodzaj winy skazańca. O takiej tabliczce z napisem w języku hebrajskim, greckim i łacińskim wspominają ewangeliści: Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski (J 19,19). Ten szczegół wydaje się przesądzać o tym, że kształtu krzyża przygotowanego dla Chrystusa przypominał znaną nam łacińską formę. Nie przesądza to możliwości niesienia w drodze na miejsce ukrzyżowania nie całości krzyża, lecz tylko poprzecznej belki, którą łączono z pionową dopiero na miejscu kaźni.

izyda.gif

Izyda, bogini i matka bogów. Rysunek z dna sarkofagu 21 dynastii.

chryzma.gif

Chryzma – zwycięski krzyż. Scena centralna sarkofagu pasyjnego; druga połowa IV w.

Już u ludów epoki paeolitu pojawia się znak krzyża w postaci X lub +. Jest niewątpliwie symbolem solarnym, łączonym z bóstwami ognia i nieba, zabezpieczającym przed nieszczęściem. Istnieje teoria, że symbol ten był pierwotnie wyobrażeniem dwóch patyków pocieranych w celu wykrzesania ognia. Stąd tak ważny był dla ludów pierwotnych i nierozerwalnie związany był z ogniem. Jak już powiedziano, krzyż jest staropogańskim symbolem słońca i płodności. Od współczesnego wyobrażenia, czczonego w świecie zachodnim niektóre formy różniły się tylko tym, że poprzeczki tego znaku krzyżowały się ukośnie („X”). W innych przypadkach były to formy zbliżone do obecnie istniejących, szczególnie krzyża greckiego (równoramiennego). Ich wspólną ideą było, aby – tak jak słońce góruje nad światem – krzyż górował nad okolicą, skąd umieszczano je na szczytach świątyń pogańskich – a dziś na wieżach kościelnych i innych wzniesieniach. Jest to wierna kontynuacja – idei i praktyki – starożytnych kultów solarnych, z którymi Bóg walczył już w czasach królów izraelskich: „Zniszczę wasze wyżyny słoneczne, rozbiję wasze stele, rzucę wasze trupy na trupy waszych bożków, będę się brzydzić wami.” (3 Mjż 26,30 BT). W okresie reformy religijnej króla Jozjasza, „w jego obecności burzono ołtarze Baalów, zwalił on stele słoneczne, które były na nich u góry, połamał aszery , posągi rzeźbione i odlewane z metalu, pokruszył je zmiażdżył, a szczątki ich rozsypał na grobach tych, którzy im składali ofiary.” (2 Krn 34,4 BT). Interesujące jest poznanie innych elementów staropagańskich kultów solarnych, których kontynuacją jest „chrześcijańska tradycja”; dziś niewiele osób wie, że należą do nich takie „chrześcijańskie” urządzenia, jak: – budynki kościelne stawiane na wzniesieniach, na wieżach których błyszczą krzyże; – ołtarze, usytuowane w większości kościołów na wschodniej stronie, skąd każdy kłaniający się (klęczący) przed ołtarzem, kłania się „wschodzącemu słońcu” (co Bóg uznał za jeden z najgorszych objawów bałwochwalstwa – por. Ezech 8,16-18); – monstrancja, która jest wręcz modelem słońca; – opłatek komunijny w kształcie słońca… – aureola [słoneczna] wokół postaci „świętych”

Niewielu nominalnych chrześcijan wie też – choć w tym przypadku informacja ta jest systematycznie upowszechniana przez publicystów w okresie świąt grudniowych – że święto tzw. Bożego Narodzenia, to naprawdę obchodzony uroczyście przez pogan Dies Natalis Solis Invicti (Dzień Narodzin Niezwyciężonego Boga Słońca). Podobnie niewielu wie – albo chce przyjmować do wiadomości – że niedziela, uznawana za typowo chrześcijański dzień święty, nie była bynajmniej ustanowiona na pamiątkę zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, ale także ma rodowód solarny. Jest to obchodzony od zamierzchłej starożytności „dies solis” (dzień słońca; por w jęz. niem. Sonntag, ang. Sunday), który wprowadził do chrześcijaństwa na mocy wydanego przez siebie edyktu, cesarz Konstantyn Wielki w roku 321 po Chrystusie. W „Historii Starożytnego Rzymu” (16) Maria Jaczynowska pisze: „Religie solarne zatriumfowały w pełni w wieku III. […] Były to kulty pochodzenia bądź syryjskiego (Baal, Jupiter Dolichenus), bądź irańskiego (Mitra). […] Największe jednak wpływy w świecie rzymskim uzyskał kult irańskiego boga Mitry. […] Rzymianie poznali Mitrę, jako boga światłości i słońca, związanego z porządkiem kosmicznym, który miał się narodzić ze skały w dniu 25 grudnia i wychowywać wśród pasterzy. […] Mitraizm osiągnął szczyt popularności w wieku III […] świętowana przez wyznawców Mitry data jego urodzin (25 grudnia) obchodzona jako główne święto w kulcie solarnym Słońca Niezwyciężonego, została w nominalnym chrześcijaństwie uznana za dzień Bożego Narodzenia. […]

Pełny triumf kultów solarnych przypada dopiero na rządy Aureliusza (270-275), który uczynił ze Słońca Niezwyciężonego (Sol Invictus) głównego boga Imperium. […] Uważany za inspiratora nowej polityki religijnej cesarz Konstantyn nie przestał być najwyższym kapłanem kultów pogańskich, czyli Pontifexem Maximusem. W dalszym ciągu lansował kult najwyższego boga – Sol Invictus, którego tradycje przejął na wzór Aureliana.” W związku z powstaniem i umacnianiem się kultu krzyża (także krucyfiksu), Dariusz Łukasiewicz pisze: „[…] długo […] trwały dyskusje, czy umieszczać w świątyniach jakiekolwiek wizerunki i posągi. Walczyły z sobą wroga takim wyobrażeniom tradycja żydowska i wpływy antyczne, ostatecznie zwycięskie . Podobnie, od pogan przejęto wiele innych zwyczajów, jak palenie kadzideł, dotychczas poświęconych rzymskim cesarzom. Kiedy na krzyżu pojawił się Jezus, przedstawiano go odzianego w długą tunikę […] Kiedy chrześcijaństwo stało się rzymską religią państwową, zaczęła się historia krzyża jako znaku militarnego, z którym chrześcijanie ruszali do boju przeciw poganom, a z czasem coraz częściej przeciw sobie.”

krzyz-new-age.gif

„Leksykon religioznawstwa” zwraca uwagę, że „krzyż ze swoimi czterema ramionami i symetrią, ma mieć głębokie znaczenie metafizyczne. Jako wyznacznik kwadratu określa duszę ludzką jako mikrokosmos, postać zbliżoną do indyjskiej mandali – kwadratowego planu psychiki. Zaś jako wyznacznik okręgu zbudowanego na czterech równych ramionach obrazuje makrokosmos. I ten mały, osobisty, i ten duży, wszechświatowy, mają wspólne centrum na skrzyżowaniu obu osi…” Ów metafizyczny sens krzyża wychwycili zwolennicy New Age. Jest znamienne, że jednym ze znaków New Age jest krzyż egipski – ankli.

krzyz-recerece

Pogański symbol Ręce Boga i Krzyż Jerozolimski.

Okultystyczne Drzewo Życia – znaczenie

Dodaj komentarz

Drzewo śycia to jeden z podstawowych mitologemów wielu kultur świata. Nie jest zatem
moŜliwe opisać go w krótkim szkicu, dlatego teŜ poprzestaniemy na próbie zmierzenia się
tylko z jednym z aspektów tego motywu – mianowicie z aspektem Drzewa śycia jako drzewa
karmiącego. To i tak szeroki temat, a jeszcze mimo uczynionego zastrzeŜenia, słów parę
trzeba powiedzieć o najszerszych konotacjach związanych z obrazem mitycznego Drzewa.
Drzewo śycia jest związane z tymi opowieściami mitycznymi, które uwypuklają sferyczną
budowę kosmosu z jego podstawowymi trzema strefami: niebiosami, światem ziemskim i
wreszcie podziemiem, które wertykalnie rzecz ujmując, odpowiadają konarom, pniowi i
korzeniom kosmicznego Drzewa. Tak więc Drzewo pełni rolę axis mundi, która moŜe być
przejmowana przez Górę Kosmiczną czy Filar; te ostatnie mają wtedy dodatkowy sens — są
wspornikami niebios.

Ale jednocześnie Drzewo, przechodząc przez wszystkie sfery, jest łącznikiem między
światami, to dzięki niemu moŜliwa jest między nimi mediacja, i właśnie dlatego drzewa jako
„byty” mediacyjne są wybierane przez bóstwa za miejsca swych objawień. Ten punkt
uporządkowanego świata, który opiera się na kosmicznym Drzewie jest jednocześnie centrum
uniwersum. A przecieŜ to w centrum zrodził się świat, a tam gdzie rodzi się świat, ten
prawdziwy, święty — tam musi pojawić się raj…

Aby zrozumieć czym naprawdę w myśleniu mitycznym jest Drzewo śycia czy Rajskie
Drzewo, naleŜało by podkreślić konieczność zmiany optyki — otóŜ nie jest tak, Ŝe w raju
znajduje się Drzewo, innymi słowy, Ŝe Drzewo jest tu dlatego, Ŝe zaistniała przestrzeń
sakralna zwana rajem (czy jakkolwiek inaczej) — przeciwnie — to Drzewo ewokuje świętość
przestrzeni rozciągającej się wokół niego. Dlaczego? Bo podstawowa intuicja mityczna to
idea centrum — a to centrum stanowi Drzewo — albo Góra, świątynia itd. To od centrum
począwszy sakralizuje się przestrzeń, stąd „rozwija się” obszar Ŝycia. Centrum — to
koncentracja mocy witalnych, absolutny warunek zaistnienia wszystkiego, co ma być
rzeczywiste czyli święte (to utoŜsamienie rzeczywiste=święte wywiódł M. Eliade analizując
niezliczoną ilość mitów). Najlapidarniej — centrum to punkt pozwalający na zaistnienie
śycia. Zatem — raj jest rajem właśnie dlatego, Ŝe poprzedziło go Drzewo wyznaczające sam
środek świata. A nie ma innego świata niŜ ten powstały ze środka. Przy czym naleŜy dodać,
Ŝe centrum w myśleniu mitycznym nie jest jakimś konkretnym miejscem geograficznym
(choć w nim ono się objawia), dlatego teŜ na obszarze jakiejś społeczności moŜe być kilka
takich miejsc świętych; nie jest to wcale niedorzeczne, lecz zgodne z „logiką” mitu. Chodzi
wszak o ideę środka, nie o jego faktyczne wyznaczenie.

Drzewo „ze środka świata” jest przy tym obrazem „Ŝycia w ogóle”, Ŝycia nieustającego, jako
Ŝe mimo podleganiu cyklicznym zmianom, ono jest zawsze, mimo pozornej „śmierci” wciąŜ
się odradza. Jest — i rodzi owoce. Dlatego teŜ jest par excellence drzewem karmiącym.
WyŜej była juŜ mowa, iŜ Drzewo pojawia się w wielu mitologiach świata, najstarsze i
zapewne znane nam najlepiej tradycje to oczywiście egipska, mezopotamska, starogrecka.
Owszem, niektóre elementy zdają się wskazywać, Ŝe Drzewo pojawiało się tu w roli axis
mundi. TakŜe w Indiach, w tradycji upaniszadowej, Drzewo ma wyraźne konotacje
kosmologiczne (jest zresztą drzewem „odwróconym” korzeniami ku niebu, jak sumeryjskie
kiskanu i wiele innych drzew w mitach róŜnych ludów). Zwie się je tam Aśwattha. U
Egipcjan rzadko pojawia się figura Drzewa Świata jako filara uniwersum. Jeśli juŜ, to nie
drzewo było tą wspierającą sklepienie rośliną, ale wyłonione z pierwotnych wód trzciny (por.
motywy na kolumnach egipskich). A w tradycji sumeryjskiej byłoby to Drzewo rosnące w
abzu (Praoceanie) — zwane mes, a było to drzewo „wznoszące się nad wszystkimi krajami,
jak wielki smok stojące w Eridu” [_1_]. Inne z kolei nazywane było kiskanu (wyŜej juŜ padła
ta nazwa). W ikonografii mezopotamskiej dość często napotkamy stylizowane drzewa w
„towarzystwie” węŜy, demonów o postaci podobnej do gryfa, czy teŜ emblematów
niezoomorficznych. Jest wreszcie drzewo zwane po sumeryjsku huluppa. Przytoczmy
obszerniejszy fragment mitu, bowiem są w nim zgromadzone liczne elementy pewnego
mitycznego kompleksu, a kto wie czy w tej lub podobnej opowieści nie kryją się prototypy
niektórych motywów biblijnych.

„Dawno temu drzewo huluppu/ rosło nad brzegiem Eufratu/ i Eufrat uŜyczał mu swej wody./
Naraz gwałtowny wiatr południowy wyrwał je z korzeniami (…)/ Niewiasta krąŜąc tu i tam w
bojaźni przed słowem boga Anu,/ krąŜąc tu i tam w bojaźni przed słowem Enlila,/ schwyciła
drzewo w rękę i przyniosła do Uruk:/ „Zaniosę je do sadu czystej Inany”. (…)/ Inana
pielęgnowała drzewo własną ręką,/ zasadziwszy je (…)/ Drzewo wyrosło olbrzymie, jego pień
nie wypuszczał juŜ liści,/ wąŜ głuchy na zaklęcia załoŜył swe gniazdo w jego korzeniach,/
ptak Imdugud umieścił swe młode na jego wierzchołku,/ a pośrodku (demonica) Lilit
urządziła sobie dom” [_2_].

Idźmy po kolei. Pierwotnie drzewo rośnie nad brzegiem Eufratu. Ma to duŜe znaczenie, w
znakomitej bowiem części mitów, w których pojawia się Drzewo śycia pojawia się równieŜ
woda, owa materia prima… Nie inaczej jest zresztą w Biblii — właśnie z raju, gdzie rosną
sakralne drzewa wypływają cztery główne rzeki uniwersum (liczba cztery takŜe ma swoje
znaczenie, por. np. cztery główne kierunki świata). Następuje jednak coś dramatycznego —
drzewo z przestrzeni odległej, która nie jest w pełni uporządkowana (ów gwałtowny wiatr
jako oznaka chaosu) zostaje przeniesione do miasta.

Miasto, co zresztą wymagałoby
osobnego omówienia, nie było w myśleniu mitycznym zaledwie „miejscem do mieszkania”,
jego znaczenie było daleko bogatsze. W jego rozplanowaniu, zabudowie tkwi czynnik takiego
ładu, który w zamyśle miał imitować czy powtarzać uporządkowanie świata „w ogóle” —
było więc ludzkim mikrokosmosem. Jednak aby nabrało cech sakralnych, naleŜało dokonać
pewnych czynności — np. sprowadzić święte drzewo. I posadzono je w Uruk, w ogrodzie czy
sadzie Wielkiej Bogini Inany… To Ŝe pełni tu funkcję kosmologiczną nie ulega wątpliwości.
Na dwóch końcach owego axis mundi widzimy „kosmologiczne” zwierzęta — węŜa u korzeni
i ptaka w koronie. To rozpowszechniony obraz. WąŜ „rządzi” sferą podziemną, ptak —
niebiosami. A pośrodku… Pojawia się tu postać Lilit, postać ambiwalentna, albo i ciemne alter
ego samej Inany? Zaś dowodem, Ŝe Hebrajczycy zetknęli się z tą lub podobną opowieścią jest
to, Ŝe w wersjach niekanonicznych pisma pojawia się postać Lilit jako „pierwsze wcielenie”
(nieudane wedle autorów) Ewy. Tytułem uzupełnienia dodajmy, Ŝe bogini Inana pragnie z
drewna owego drzewa sporządzić dla siebie tron i łoŜe, nie moŜe jednak wygnać zeń owych
charakterystycznych gości. Poproszony o pomoc bóg słońca Utu odmawia, dopiero
Gilgamesz podejmuje się tego zadania, powaliwszy węŜa (iluŜ to herosów występowało w tej
roli!), spłoszywszy ptaka i wygnawszy Lilit na pustkowie, dał drzewo Inanie. Ten motyw
wywołuje pewne zakłopotanie. Owszem, uczynione z drzewa przedmioty (Gilgamesz
otrzymał tajemnicze pukku i mikku, moŜe rodzaj instrumentów muzycznych) mają pewną
wartość mityczno-magiczną, szczególnie tron bogini, ale być moŜe znaczące jest raczej to, Ŝe
Utu nie chciał powalić drzewa. Jakby reprezentował inny, starszy (?) rodzaj „mitycznej
rzeczywistości”. Gilgamesz zaś, na co wskazują równieŜ inne jego poczynania jest nowym
typem herosa, który ośmiela się rzucać wyzwania prastaremu porządkowi, to on wszak
pokonuje Byka bogini, on zabija straŜnika boskiego lasu Humbabę. Niewykluczone więc, Ŝe
w jego postaci i czynach widać juŜ oznaki erozji archaiczniejszych wierzeń.
A jednak nie wydaje się, by w tych tradycjach rola axis mundi była najwaŜniejszą
symboliczno-mitologiczną rolą drzewa. Wyraźnie mocniej nacechowane kosmologicznie było
nie rosnące drzewo jako takie, z gałęziami i konarami, ale drzewo „obrobione” — jako słup
czy kolumna. Interesujące, Ŝe niektóre kolumny w pałacach minojskich były drewniane, a nie
kamienne jak zdecydowana większość.

Drzewo-kolumna zdaje się pojawiać równieŜ w formie „podwojonej” (swoją drogą warto
zwrócić uwagę na niektóre etymologie, polski wyraz „podwoje” oznaczające drzwi, bramę
wyraźnie wskazuje na tę „podwójność”, a czyŜ nie ma brzmieniowego podobieństwa między
słowami „drzewo” i „drzwi”?). Staje się wtedy flankami bramy i nabiera znaczenia „wejścia”
— a nie filaru. W pewnej opowieści egipskiej o dwóch braciach, gdy ścięto cedr, w którym
przebywało serce jednego z nich, ten „umarły” brat odrodził się w bramie świątyni, z tego
właśnie drzewa uczynionej…

Tak czy inaczej najwięksi bogowie staroŜytności mają niebagatelny związek z drzewami. Z
drzewa akacjowego wyszedł Horus, w Heliopolis czczono właśnie akację, Re wyłonił się z
sykomory, inny bóg z tamaryszku. „Panią sykomory” zwano boginię Hathor. Dodajmy, Ŝe
sykomorę zwano niekiedy „ośląfigą”. Ozyrys urodził się pod drzewem kesbet. Koło Memfis
czczono boga imieniem Cheribakef (utoŜsamianego z Ptahem) zwanego „tym, który jest pod
swoim drzewem”. W wiele lat potem Grecy opowiadali jak Apollo i Artemida zrodzeni
zostali pod drzewem palmowym. Na marginesie — palma była w Mezopotamii uwaŜana za
symbol sprawiedliwości, posadził ją w ogrodzie swego pałacu sam Gilgamesz… Drzewo iszed
z kolei to drzewo, w którym „zawarte jest Ŝycie i śmierć”. Właśnie na liściach iszed Thot
zapisywał lata panowania króla, co przywoływało boską opiekę nad nim samym i całym
krajem.
Wiele wskazuje na to, Ŝe konotacjami typu Drzewo śycia obdarzano winorośl. Izyda stała się
brzemienna i wydała na świat Horusa nie inaczej, niŜ wskutek spoŜycia winogrona. Boginię
nieraz nazywano „matką winorośli”. Winnica stała się symbolem nieśmiertelności, a wino –
wiecznej młodości. W Sumerze nawet ideogram oznaczający „Ŝycie” był pierwotnie…liściem
winorośli [_3_]. A jeszcze: w języku sumeryjskim „Ŝycie” znaczyło ti, zaś słowem gesh-tin
— określało zarówno „Drzewo śycia”, jak i „wino”.

W Egipcie panem wina był sam Ozyrys. Wedle jednej z opowieści to właśnie ten bóg we
własnej osobie miał nauczyć ludzi uprawy winorośli. Ale zauwaŜmy jeszcze dodatkowo
wielce pouczającą kwestię związana z terminami. OtóŜ w Egipcie mamy do czynienia z
pewnym swoistym ciągiem znaczeń: i tak na określenie winorośli uŜywano terminu ka,
takiego samego, jakiego uŜywano na oznaczenie duszy (a raczej jednej z jej powłok), a
takŜe… byka — w tym aspekcie rozumiany był zapewne, jak moŜe nas o tym pouczyć
ikonografia i zachowane teksty, jako swoista forma czy „pokrowiec” dla duszy, a
jednocześnie rodzaj „środka transportowego”.

Często widzimy na egipskich zabytkach
plastycznych jak umarły przenoszony jest do królestwa zmarłych właśnie na grzbiecie byka,
nie mówiąc juŜ o tym, Ŝe sam bóg krainy podziemnej Ozyrys tak był obrazowany. Dodać
trzeba, Ŝe wspomniana wyŜej nazwa drzewa, pod którym urodził się Ozyrys — kesbet jest
tylko przybliŜoną formą brzmieniową faktycznie uŜywanego w staroŜytnym Egipcie wyrazu
(Egipcjanie najczęściej nie zapisywali samogłosek) i równie dobrze mógł brzmieć kasbet, a
juŜ wiemy cóŜ mogło oznaczać nagłosowe ka. Bardzo to wszystko razem podobne do
kompleksu wierzeń związanych z greckim Dionizosem. Tu związki winorośli z symboliką
byka i ze śmiercią są nam zapewne najlepiej znane. Bardzo prawdopodobne, Ŝe Grecy
zapoznali się z tym kompleksem wierzeń za pośrednictwem Minojczyków, którzy go
podzielali – pewnie synchronicznie — z Egipcjanami. Nie brak badaczy, którzy Dionizosa
wywodzą właśnie z minojskiej Krety (por. K. Kerenyi). Zresztą czy rdzeń ka nie pobrzmiewa
w imieniu innej greckiej postaci mitologicznej: chodzi o Deukaliona; etymologia wywodzi
jego imię od słowa deu-kas, a to znaczyło „młode wino”.
Autor tekstu: Joanna śak-Bucholc; Oryginał: http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,2540
Wielce pouczające są przedstawienia plastyczne, który zachowały się z tych odległych epok
— takie oto na przykład: Ŝeńskie bóstwo (Hathor albo Nut) podaje wodę czy teŜ owoce
zmarłemu albo raczej jego ba pod postacią ptaka.

Drzewem jest palma daktylowa albo
sykomora. Chyba jaśniej nie moŜna wyrazić hierofanii drzewa jako „dawcy Ŝycia”…
W cywilizacji Harappy świętymi miejscami — jak setki lat potem w buddyzmie — była
ogrodzona niewielka przestrzeń, ze świętym drzewem pośrodku. Nieraz w ten najbardziej
podstawowy kompleks sakralny wchodziła jeszcze skała, kamień, kamienny ołtarz. W
zabytkach tamtej kultury nie brak wizerunków niemal nagich boginek (prototypy jakszów?),
nieraz wylewających dzban z wodą spośród gałęzi drzewa, identyfikowanego najczęściej
przez badaczy, przez wzgląd na późniejszą tradycję, jako figowiec.

CzyŜ to nie przypomina
egipskiego motywu z wyłaniającej się z drzewa Hathor lub Nut podającej wodę zmarłemu? A
takŜe motywów kreteńskich? Z czasów późniejszych znamy przecieŜ kreteńskie monety, na
których widać postacie kobiet lub dziewcząt, usytuowanych na wierzchołku drzewa. Robert
Graves w swej ksiąŜce „Biała Bogini” podaje, Ŝe na podstawie sztuki plastycznej moŜna bez
większych wątpliwości stwierdzić, iŜ drzewami świętymi drzewami na Krecie były: oliwka,
cyprys, sosna, winorośl, palma, ale teŜ i to nie na ostatnim miejscu — figa.
Jak wspomniałam w Indiach nierzadko zespół „bogini i drzewo” otoczone było czymś w
rodzaju płotku, który zakreślał miejsce święte przygotowane na zstąpienie sacrum. CzyŜ nie
podobnie było w Egei? Wydaje się, Ŝe na Krecie, nawet jeszcze w epoce palatialnej (w
okresie wznoszenia wspaniałych pałaców) ten aspekt wierzeń był bardzo Ŝywy, wszak na
niektórych dziedzińcach pałacowych Minojczycy sadzili jakieś drzewo, obok którego
sytuowali ołtarz (por. pałac w Archanes); miało to swoje znaczenie w ceremoniach, których
sensu moŜemy się tylko domyślać.
Zatrzymamy się teraz, by przyjrzeć się bliŜej kilku problemom wynikających z przytoczonych
wyŜej mitycznych opowieści i wizerunków. Dobrze jest uzmysłowić sobie, Ŝe w mitologiach
nigdy nie mamy do czynienia z sytuacją, gdzie jeden obraz równa się jedno i tylko jedno
właściwe znaczenie — poszukująca ustawicznie analogii i homologii myśl mityczna buduje
jakby ciągi pewnych obrazów, których toŜsamość zasadza się np. na posiadaniu przez dwa
„obiekty” jakiejś wspólnej cechy.

Jedno zaś znaczenie natychmiast „obrasta” w nowe
konteksty i rozpoczyna się znowu budowanie kolejnej grupy. Dlatego obraz Drzewa śycia
jako axis mundi nakłada się na obraz filara świata, słupa lub góry, w innej natomiast funkcji
dwa drzewa „rozumiane są” jako odrzwia, bramy, flanków bramy świątynnej i ewokują obraz
ekwiwalenty — na przykład rozwidlonego wierzchołka [_4_], w jeszcze innej — właśnie
drzewa karmiącego, nieustannie odradzającego się i darzącego owocami pokrywa się z
wszelkimi mitycznymi akcesoriami typu „róg obfitości”. A skoro mowa o dwóch drzewach i
to drzewach „Ŝywych”, to nic dziwnego, Ŝe powiązano je z cechami kojarzącymi się z
dualizmem niemal odruchowo — mianowicie z płcią. Dwa drzewa symbolizować mogły, jak
wiele innych „podwójnych obiektów”, komplementarność pierwiastków. Jakiś rodzaj drzewa
związano z bóstwem męskim, inny — z Ŝeńskim. W całej tej skomplikowanej materii warto
zwrócić uwagę na mit biblijny — moŜe bowiem ukazać nam nowe sensy. W Edenie
znajdowały się właśnie dwa najwaŜniejsze drzewa — Drzewo Znajomości Dobra i Zła czy
prościej Drzewo Wiedzy oraz Drzewo śycia rosnące, jakŜeby inaczej, pośrodku Edenu. Ten
motyw „podwójności” tradycja biblijna dzieliła z tradycją i sumeryjską, i egipską, jakkolwiek
inne sensy z niego „wyczytywała”.

W Piśmie nie są wprost podane gatunki obu drzew, a w
świecie staroŜytnym miały one swoje znaczenia; dowiadujemy się tylko, Ŝe Ewa podaje
Adamowi owoc (jabłko to wynik późniejszych interpretacji), a gdy zaczęli wstydzić się swej
nagości, przysłonili się liśćmi figowymi. W całym powyŜszym wywodzie figowiec pojawia
się często jako drzewo znaczące — święte i to we wszystkich najstarszych cywilizacjach
Wschodu. Nic przeto dziwnego, Ŝe takŜe Hebrajczycy ten motyw przejęli. W pozabiblijnej
tradycji hebrajskiej jest o tym mowa wprost: za Drzewo śycia uwaŜano właśnie figowiec.
Drzewo Wiedzy z kolei uwaŜano za olbrzymie źdźbło pszenicy, albo pęd winnej latorośli,
moŜe teŜ palmę daktylową [_5_].

Jest jasne, Ŝe w świecie staroŜytnym jakieś gatunki drzew
związano z jedną płcią, inne — z drugą. Zresztą nie tylko w świecie staroŜytnym tak się
działo — np. w polskiej tradycji ludowej dąb jest drzewem „męskim”, a z „Ŝeńskością”
związana jest lipa. Wiele zdaje się wskazywać, Ŝe figowiec obdarzano konotacjami Ŝeńskimi,
zaś palmę daktylową, a moŜe i latorośl — męskimi. Czy zatem do Ewy „naleŜał” figowiec,
jak do wielu kobiecych postaci w innych i starszych kulturach? Tyle, Ŝe archaiczny kompleks
„bogini+drzewo” w interpretacji hebrajskiej nabrał sensów złowieszczych… A przecieŜ owoce
podawane przez owe postacie zawsze były „darem” – nie przekleństwem. To wynika z logiki
myślenia mitycznego: Drzewo śycia pochodzi ze świata świętego i z czasów początków,
usytuowane jest w centrum uniwersum, na styku wszystkich sfer, tam gdzie moŜliwy jest
przepływ mocy „stamtąd”, ze świata sakralnego, boskiego — i dlatego jego owoce muszą
mieć cudowne właściwości.

Owszem, owoce, które spoŜyli Ewa i Adam takŜe są niezwykłe
— obdarzają świadomością, ale w Biblii aspektem pierwszoplanowym nie jest akurat to, w
ogóle przecieŜ nie postrzega się tego jako „daru”, lecz jako złamanie boskiego zakazu. JuŜ nie
mówiąc, Ŝe w przeciwieństwie do np. tradycji egipskiej spoŜycie owoców nie niesie nadziei
na nieśmiertelność, ale wręcz jest przyczyną jej utraty… Chyba Ŝe… teraz juŜ pospekulujemy
na całego. Jeśli figowiec był drzewem Ewy, to jakimŜ drzewem było drzewo Adama? Palmą
daktylową, a moŜe winoroślą? Jeśli zaś tą ostatnią, to czy konotacje związane ze śmiercią
(por. Ozyrys i Dionizos — bogowie okresowo umierający) — a przecieŜ w wyniku spoŜycia
owoców (winogron?) oboje prarodzice nabywają kondycji śmiertelników -nie przedostały się
do mitu edeńskiego?

Trudno zresztą oprzeć się wraŜeniu, Ŝe w opowieści biblijnej mamy do
czynienia z kontaminacją obrazów „klasycznych” dla starych kultur: Drzewo śycia stoi co
prawda, jak pan bóg przykazał, w centrum raju, ale odgrywa rolę drugorzędną, z drugiej
strony pojawia się wszak wątek śmiertelność-nieśmiertelność, tyle Ŝe związany bardziej z
sytuacją spod Drzewa Wiedzy (i ze złamaniem zakazu). I jeszcze: Ewa nie zrywa owoców ze
swojego drzewa — Drzewa śycia, ale z tego drugiego — Drzewa Wiedzy. Innymi słowy —
to męskie drzewo byłoby odpowiedzialne za upadek. Panowie — moŜna by zakończyć Ŝartem
— pora przejąć część odpowiedzialności…
Joanna żak-Bucholc

Bractwo pitagorejskie

Dodaj komentarz

Autor tekstu: Mariusz Agnosiewicz

Trudno jednoznacznie jest sklasyfikować związek jaki około VI w. p.n.e. w Krotonie na południu Italii założył Pitagoras z Samos (gr. Pythagóras; ok. 570 — ok. 497 p.n.e.). Jeśli uznamy, iż było to bractwo religijne, jak się często pisze, powiem wówczas, iż była to jedna z najbardziej fascynujących sekt religijnych w dziejach. Ich wyjątkowość przejawiała się w wielu aspektach, o czym poniżej, a w szczególności w ich stosunku do badań naukowych. Bractwo pitagorejskie można określić syntetycznie jako związek filozoficzno- religijno- naukowy oraz polityczny. Wokół pitagorejczyków narosło bardzo wiele legend; samą postać Pitagorasa możemy uznać za wpół legendarną; rzymski Pitagoreizm charakteryzowany był czasami jako „starożytna masoneria” [_1_]. Ich symbolem był pentagram. Sam związek istniał około jednego wieku (od połowy VI do 440 r. p.n.e.), jednak myśl jego była nadal kontynuowana i rozwijana, do III w. p.n.e., odcisnęła silne piętno na całym życiu intelektualnym starożytnej Grecji (której jesteśmy spadkobiercami), a w szczególności na Platona [_2_]. Odrodziła się później u schyłku republiki rzymskiej pod postacią neopitagoreizmu (60 r. p.n.e. — 50 r. n.e.). Opisując doktrynę i znaczenie Pitagoreizmu, na marginesie jedynie omawiam neopitagoreizm, który mnie generalnie tutaj nie interesuje.

Boski Pitagoras

Dziś, jeśli kojarzymy Pitagorasa, to przede wszystkim z „twierdzeniem Pitagorasa” i z matematyką, tymczasem w rzeczywistości jest nie tylko nader wątpliwe, aby Pitagoras był autorem tego twierdzenia, ale i nie jest pewne, czy w ogóle zajmował się nauką. To co na pewno o nim można powiedzieć, to że zainicjował religijno- etyczno- polityczne idee związku krotońskiego, a następnie pod imieniem Mistrza świat poznał różne dzieła, myśli i odkrycia, które w większości były zapewne dokonane przez jego uczniów i kontynuatorów. Ogromna większość z tego co napisano na temat „Mędrca samijskiego” to legendy i zmyślenia, a teksty firmowane jego imieniem są apokryfami, Pitagoras nie pozostawił pism. Jeśli więc gdzieś spotykamy się ze stwierdzeniem, że Pitagoras powiedział to czy tamto, bądź dokonał tego lub owego, należy podchodzić do tego z należytą rezerwą.

Pitagoras pochodził z Samos. Nie mogąc jednak znieść rządów Polikratesa, udał się na emigrację, do Wielkiej Grecji, czyli na południową Italię. W międzyczasie ponoć wiele podróżował na Wschód i do Egiptu (tam miał zdobyć swoją wiedzę matematyczną). Jako pierwszy sam określał się filozofem. Uważano go za maga i taumaturga. Obok Epimenidesa zaliczany bywa do największych szamanów starożytności. Miał przypomnieć sobie poprzednie swe wcielenia, czyli:

  1. Syna Hermesa.
  2. Euforba Frygijczyka, który walczył pod Troją z Patroklosem.
  3. Hermotimosa, wieszczka Klazomene.
  4. Rybaka.

Jako założyciela sekty religijnej, proces jego deifikacji był podobny jak w przypadku Jezusa, o którym jednak wiadomo jeszcze mniej pewnego niż o samym Pitagorasie. Co więcej, losy sekt neopitagorejskich w Rzymie były pod pewnymi względami podobne do losów sekt chrześcijańskich, tyle że prześladowania tych pierwszych były skuteczniejsze i w połowie I w. n.e. zostali rozbici. Gdyby więc dzieje potoczyły się nieco inaczej, być nigdy nie powstaliby jezuici, gdyż zamiast Towarzystwa Jezusowego, mielibyśmy Towarzystwo Pitagorejskie, zaś naszym „Zbawcą” mienilibyśmy Pitagorasa…

Jamblich (ok. 270 — ok. 330) w „żywocie” Pitagorasa nazywa go „przywódcą i ojcem boskiej filozofii”, „bogiem, demonem (to jest istotą nadludzką) czy boskim człowiekiem”. Przypisywano mu nieziemską wiedzę i moc czynienia cudów (w pismach świętych wyliczano 11 rodzajów cudów jakie miał zdziałać). Wielu uważało go za wcielenie Hermesa lub Apollona Hyperborejskiego. Podobnie jak Jezus, miał zstąpić do Hadesu. Dzięki zaczarowanej strzale otrzymanej od hiperborejskiego kapłana Abarisa, mógł latać w powietrzu, uśmierzać zarazę i uciszać burzę. [_3_] W imperium rzymskim powszechnie wyobrażano go sobie jako Człowieka-Boga z Samos i proroka nowej wiary, jego życiorysy w niewielu punktach były zgodne z rzeczywistą postacią Pitagorasa, o której nieco wiemy z pism wcześniejszych pitagorejczyków. Według badaczy (m.in. I. Levy, D. Musiał), opowieści o Pitagorasie wpłynęły na autorów układających opowieści o Jezusie. Podobieństwa są zbyt wyraźne. I w przypadku życiorysów ewangelicznych Jezusa mamy takie same powody przypuszczać, że jeśli Jezus istniał, to postaci z opowieści ewangelicznych użyczył przede wszystkim imienia.

Jest pewne, że porównywano obu „bogów”, jak np. w traktacie antychrześcijańskim Celsusa Alethes Logos, gdzie sceptyczny autor tak pisał o zapowiedzi zmartwychwstania przez Jezusa: „Zgoda, załóżmy, że naprawdę to powiedział. Iluż jednak innych ludzi opowiadało o takich cudach po to, by przekonać naiwnych słuchaczy i ciągnąć zyski z oszustwa? Podobno to samo uczynił wśród Scytów Zamolksis, uczeń Pitagorasa, sam Pitagoras w Italii”.

Dalej idących związków doszukiwała się Simone Weil (1909-43), chrześcijańska myślicielka, która w książce Szaleństwo miłości, w której tropi „przedchrześcijańskie intuicje w myśli starożytnej Grecji”, doszła do wniosku, iż pitagorejczycy byli tymi, którzy przygotowali ludzkie dusze na Światło Prawdy. Z pewnością chrześcijaństwo zaczerpnęło pewne elementy swych wierzeń z Pitagoreizmu, ale trudno uznać, aby Pitagoreizm w zdrowej swej postaci zainspirował chrześcijaństwo. Co najwyżej można mówić o tym, iż jego mutacja neopitagorejska, mieszanka bardzo eklektyczna, przyprawiona religiami Wschodu, oddziałała na ten proces. Wiadomo bowiem, że bezpośrednio w okresie narodzenia się gmin chrześcijańskich, na przełomie er, świat rzymski zalewany był mistyczno-eschatologiczną literaturą przypisywaną pitagorejczykom. Legendy dotyczące neopitagorejczyka i teozoficznego gnostyka Apoloniusza z Tiany ogromnie przypominają nam to co pisało się o Jezusie z Nazaretu. Apoloniusz miał być wybitnym cudotwórcą, pośrednikiem między bogiem a ludźmi, podróżował po dalekim Wschodzie.

Pitagorejska polityka i etyka

Jeśli chcielibyśmy scharakteryzować nurt polityczny pitagorejczyków, to najwłaściwszym jego określeniem byłyby słowa: konserwatywno-arystokratyczny. Choć pitagorejczycy czynnie angażowali się w politykę i w sprawowanie władzy, błędem jednakże byłoby uznanie ich za partię polityczną, jaką z pewnością nie byli. Byli jakby szkołą mężów stanu. W Życiu Pitagorasa Jamblich pisze, iż w związkach pitagorejskich o człowieku stanowią nie umiejętności technokratyczne, a takie wykształcenie, które przygotowywałoby do „zajmowania się sprawami publicznymi” i dawało umiejętność rządzenia. Rozumieli, iż warunkuje to znajomość zasad struktury świata i rzeczy. Dziś w polityce liczą się wyłącznie, a co najmniej przede wszystkim, umiejętności technokratyczne i umiejętność sprzedania nadziei jak największej ilości klientów. Reklamacji nie przyjmuje się. Nie ma bardziej odległych pojęć jak etyka i polityka.

Poglądy polityczne Pitagorasa wynikały z jego poglądów etycznych (polityka miała służyć ideom etycznym, ich wcielaniu w życie społeczeństw). Etykę tę można określić „dorycką” (w odróżnieniu od jońskiej), a charakteryzowała się surowością i głosiła wyrzeczenia. Tzw. pitagorejski sposób życia (pythagoricos bios) chwalił Platon (zob. 7. list), porównując ze sobą Syrakuzy i Tarent. W tym ostatnim, leżącymw południowej Italii, przez lata sprawował władzę pitagorejczyk, Archytas z Tarentu (ok. 428 — ok. 365 p.n.e.).

Pierwszy związek pitagorejski w krótkim czasie stał się potęgą polityczną, opanowując miasta południowej Italii. Pitagorejczycy uważali siebie za najlepiej predysponowanych do sprawowania władzy, gdyż posiadali wiedzę i etykę. Nazywali się aristoi (aristos ‚najlepszy’), jako „najlepsi rządcy”. Występowali przeciw nieprzewidywalnej władzy sprawowanej przez lud (demos). Do ścisłego związku nie mogli być dopuszczani wszyscy. Człowiek nie tylko staje się aristeus poprzez wychowanie, ale dziedziczy to po przodkach. Stąd właśnie Pitagoras podkreślał konieczność dbałości o zdrowie i wychowanie silnego potomstwa, a także zachowanie tradycji obyczajów i praw („Nie obrywać wieńca, to znaczy nie gwałcić praw, które są wieńcem — koroną miasta”). Potępiał posłuch dla burzycieli i rewolucjonistów.

Aristoi nie ulega communis opinion. „Nie chodzić po ulicach, przez co zakazywał przyjmowania sądów i opinii ogółu, a nakazywał przyjmowanie poglądów nielicznych i wykształconych”. Horacy dodałby: „Odi profanum vulgus et arceo” (Nienawidzę ciemnego tłumu i trzymam się odeń z daleka).

Symbolem etyki Pitagorasa było „Y” (tzw. litera pitagorejska lub samijska), która reprezentowała rozdroża ludzkiego życia. Człowiek wkracza w życie, w wieku młodzieńczym staje przed rozdrożem: dobra oraz zła, trudu i pracy nad sobą do tego co prawe, szlachetne i wzniosłe oraz łatwizny, przyziemności, zaspokajania wyłącznie sytości ciała lub zmysłów. Aby móc wybrać właściwie należało zdobyć rozeznanie w otaczającym nas świecie. Pitagoras przekonywał dlaczego droga trudu jest tak ważna, dlaczego kroczą nią aristoi. Najważniejszym elementem tej etyki jawi się nam postawienie intelektu nad zmysłową naturą człowieka. Najlepsze zatem jest życie poddane dyscyplinie umysłowej. Zaproponował nowy sposób życia — bios theoretikos, co znaczy życie kontemplacyjne. Nie jest to jednak to znaczenie, które skłonni jesteśmy przypisywać temu terminowi zaanektowanemu przez chrześcijańskich anachoretów. Inne reguły pitagorejskie miały pouczać: „Serca nie zjadać, to znaczy nie pogrążać się w smutku”; „Nie siadać na beczce, to znaczy nie żyć w bezczynności”; „Nie przyjmować do domu jaskółek, to znaczy nie mieszkać pod jednym dachem z ludźmi gadatliwymi i odznaczającymi się niepowściągliwym językiem”; „Pomagać ludziom w dźwiganiu ciężarów, nie zaś w ich zrzucaniu, przez co nakazywał sprzyjać nie gnuśności i lenistwu, lecz dążeniu do trudów i dzielności”.

W sposób interesujący droga do właściwego życia wiązała się oczyszczaniem. Dusze miała oczyszczać nauka i muzyka, zaś ciała – medycyna. Także zdrowe odżywianie, wsparte systemem zakazów. W Żywocie Pitagorasa Porfiriusz pisał: „Jego śniadaniem był miód, obiadem – chleb z prosa lub z jęczmienia i gotowane lub surowe jarzyny; rzadko [jadał] mięso zwierząt ofiarnych i to nie ze wszystkich [ich] części”. Według Cicerona, Pitagoras miał odradzać uczniom jedzenie bobu, gdyż powoduje on wzdęcia a tym samym mąci spokój umysłu poszukującego Prawdy. Można darować fantazje metafizyczne temu, kto wpadł na związek Prawdy z bobem… Wyrażało to coś co określilibyśmy sentencją: w zdrowym ciele, zdrowy duch. Całkowitym przeciwieństwem były różne sposoby umartwiania ciała stosowane m.in. przez chrześcijan. To przeciwieństwo dosadnie podkreślił Nietzsche, pisząc w swym Antychryście: „Chrześcijaństwo potrzebuje choroby, mniej więcej tak, jak Grecy potrzebowali nadmiaru zdrowia — wywoływanie choroby jest ukrytym zamiarem całego systemu procedur leczniczych Kościoła. (..) Gardzi się tu ciałem, higienę odrzuca jako zmysłowość; Kościół broni się nawet przed czystością (- po wypędzeniu Maurów pierwszym krokiem chrześcijan było zamknięcie łaźni publicznych, których sama Kordoba liczyła 270 ). (…) dietę wybiera się tak, by sprzyjała zjawiskom chorobowym i rozdrażniała system nerwowy.”

Innym rysem charakterystycznym pitagorejskiej etyki był sprzeciw wobec samobójstwa, które wielu starożytnych filozofów dopuszczała: kiedy jesteśmy starzy i niedołężni, kiedy trapią nas liczne choroby i życie staje się udręką, znaczy to, że natura daje nam znak, że czas już odejść. Niektórzy nawet przekuwali słowa w czyny, jak Zenon z Kition, założyciel szkoły stoickiej a Atenach, który w starości odebrał sobie życie. Potomni wznieśli mu posąg z inskrypcją: „Temu, który żył tak jak nauczał”. Jednak pitagorejczycy, a później Platon oraz epikurejczycy odrzucali takie postępowanie. Pisana jest nam bowiem „śmierć ze starości”, czyli śmierć „symetryczna”, zgodna z miarą, jak powiadali.

Jak to jednak bywa w polityce, raz na wozie, raz pod wozem. „Rzeczpospolita Filozofów, tj. Liga Krotońska, kierowana przez przywódców Bractwa Pitagorejskiego, po około pięćdziesięcioletnim okresie sprawowania kontroli nad losami politycznymi znacznych połaci Sycylii i południowej Italii, utraciła całą swą potęgę w następstwie ludowej rewolty” (Ghyka). Przeciwko pitagorejczykom wybuchło powstanie krotońskie. Zostali ostatecznie rozbici jako klub polityczny, a członkowie w większości zostali wymordowani, reszta zaś zbiegła do innych miast. Jak ujął ich dzieje polityczne Jacques Brosse: „Były to grupy arystokratyczne, które załamały się pod ciosami demokratów.”

Ostatnim pitagorejczykiem sprawującym władzę polityczną był wspomniany matematyk, Archytas z Tarentu, władca i siedmiokrotny generalissimus „tarenckiej republiki pitagorejskiej”.

Choć najbardziej znaną starożytną utopię polityczną stworzył Platon, jednakże pierwsze utopie [_4_] – modele ustroju doskonałego — pojawiły się właśnie w związkach pitagorejskich.

Równie gwałtownie swój instytucjonalny żywot zakończyły związki neopitagorejskie w Rzymie. Uważani za magów i taumaturgów, zostali w końcu poddani represjom władzy. J. Carcopino twierdził, że to głównie przeciw nim kierowano wszystkie rozporządzenia przeciw astrologom i magom, wydawane przez Augusta i Tyberiusza. Ostateczny cios miała im zadać uchwała senacka z 52 r. n.e. nakazująca wygnanie z Italii astrologów. Zapewne jednak ich doktryny, w formie tajnych bractw, kontynuowane były nadal.

Pitagoreizm i orfizm

Jeśli politykę pitagorejczyków uznamy za pochodną ich etyki, wówczas dodać należy, iż etyka z kolei była pochodną wierzeń religijnych. Pitagorejczycy stanowili związek orficki lub pod wpływem orfizmu pozostawali. Orfizm był to mistyczny nurt religijny starożytnej Grecji, który w odróżnieniu od religii oficjalnej i tradycyjnej dawał jego adeptom możliwość poczucia indywidualnego kontaktu z sacrum. Warto podkreślić, iż nie czyniły one zróżnicowania na wolnych i niewolnych, mężczyzn i kobiety — boskości mógł dostąpić każdy. I podobnie było w związku pitagorejskim: mogły doń należeć kobiety i wiemy, że były pitagorejki, m.in. żona Pitagorasa, Teano, oraz jego córka, Damo.

Nurty mistyczne w greckim życiu religijnym rozwijały się od VIII w. p.n.e., pod wpływem Wschodu i Tracji. Opierały się na tajnych naukach i misteriach, dających mistyczne przeżycia. [_5_] Pitagoreizm wpisał się w ten nurt mistyczno-orficki, a choć wielu badaczy wyklucza pochodzenie doktryny Pitagorasa od orfików, można jednak przyjąć, że obie one zawierały bardzo wiele elementów wspólnych, tak w sferze etyki jak i teologii.

Podobnie jak u orfików, w związku pitagorejskim wymagano od adeptów określonego stylu życia, polegającego m.in. praktykach oczyszczających, powstrzymywaniu się od jedzenia mięsa i bobu, wegetarianizmie.

Związki orfickie charakteryzowały specjalne procedury inicjacyjne, mające za cel przyjęcie profana w krąg wtajemniczonych. Występowało to również u pitagorejczyków. Aby móc zostać przyjętym należało przejść egzamin, trzyletnie studia oraz pięcioletnią praktykę ascezy i milczenia. Wówczas objawiano im tetraktys, czyli symbol świętej liczby pitagorejskiej, będący specyficznym trójkątnym przedstawieniem liczby 10 — „potężnej i tajemniczej Dziesiątki”, „źródła i korzenia Wieczności” — jak mawiali.

Szczególnym rysem orfizmu stała się nauka o duszy. Orficy głosili, że dusza jest niezależna od ciała, jest w nim uwięziona jak w klatce, jest pierwiastkiem boskim i wyższym. Pojęcie to przeniknęło następnie do filozofii i innych religii. Przejął je również późniejszy judaizm i chrześcijaństwo. Chrześcijanie mają dusze nie od Jehowy, gdyż pierwotne pisma biblijne nie znają jeszcze takiego rozumienia duszy, a od Orfeusza (który też zresztą nigdy nie istniał). Nieprzypadkowo postać Orfeusza odgrywała tak duże znaczenie w pierwotnym chrześcijaństwie. Miał on być symbolem Chrystusa. Obraz Orfeusza, który gra na swej lirze dla zwierząt, jest jedynym motywem mitologicznym, który odnajdujemy w chrześcijańskich katakumbach. Ojcowie Kościoła tłumaczyli to bardzo prosto: „Orfeusz był uczniem Mojżesza”. Trafnie podsumowuje to religioznawca Reinach: „Między orfizmem a chrystianizmem były analogie tak oczywiste, tak wyraziste nawet, że nie można było przypisywać ich przypadkowi; przypuszczano starożytną wspólność natchnienia. Krytyka nowożytna szuka wytłumaczenia tych podobieństw gdzie indziej, niż w awanturniczej hipotezie zażyłości między Mojżeszem a Orfeuszem. Dostrzega zresztą, że orfizm ma nie tylko rysy wspólne z judaizmem, ale z innymi odleglejszymi religiami, jak buddyzm, a nawet z zupełnie pierwotnymi wierzeniami dzikich współczesnych. Jeżeli się znajduje, przyglądając się z bliska, trochę orfizmu we wszystkich religiach, to dlatego, że orfizm uruchomił pierwiastki, które są wspólne im wszystkim, zaczerpnięte na samym dnie natury ludzkiej i karmione jej najdroższymi złudzeniami.”

Wierzenia pitagorejskie

Naczelnym pojęciem w doktrynie pitagorejskiej jest dusza. Według nich, dusza jest bytem odrębnym i trwalszym od ciała, może się łączyć z dowolnym ciałem. Wpisując duszę w kontekst kosmologiczny, wiązali ją z substancją, którą nazywali eterem. Ich kosmologia na ogół przedstawiała dziesięć planet (w tym Ziemię) krążących wokół centrum wszechświata. Nie okala tego wszystkiego powietrze, które jest czynnikiem wyłącznie ziemskim, ale właśnie ów „eter”, substancja doskonalsza niż inne, gdyż bardzo ruchliwa (znaczy dosł. ‚zawsze się porusza’), która jest wieczna, niezniszczalna i niestworzona. Dusza to właśnie ten czynnik eteryczny, jednak człowiek ma go mało, więc jest śmiertelny, natomiast ciała niebieskie, które mają go więcej, są przez to nieśmiertelne. Jednak dusza w człowieku jako taka posiada właściwości eteryczne.

Jak jednak wytłumaczyć, iż ta doskonała dusza jest skazana na taki „mezalians”, czyli jej związek z kruchym i marnym ciałem? Przyczyną są jej przestępstwa. Dusza jako winna, doznała Upadku. Aby zostać zbawioną z tego podłego stanu musi się oczyścić, przez odpokutowanie win. Pokutuje zaś w więzieniu ciała. Wina jednak jest tak wielka, że jedno wcielenie to za mało. Wprawdzie na amnestię nie ma co liczyć, ale istnieje możliwość wyjścia na przepustkę lub nawet przedterminowego zwolnienia za dobre sprawowanie. Dobrym sprawowaniem jest oczywiście udział w misteriach i inne praktyki religijne, ale także życie ascetyczne, pobożne i sprawiedliwe (tzw. pitagorejski tryb życia).

Jak wynika z powyższego, pitagorejczycy wierzyli z reinkarnację (metempsychozę). Ma to być dogmat importowany z Indii. Ponoć Pitagoras przejął to od Pherekydosa z Syros, który ponoć przywiózł to znad Gangesu. Raczej skłonny byłbym uznać to za błędny punkt widzenia sympatyków religii Indii. Wiara w wędrówkę dusz występowała w wielu odległych od siebie kulturach (już w paleolitycznych), nie sposób przypisać to wzajemnym przenikaniem się wpływów. Właściwsze zdaje się wyjaśnienie dra J. T. Bąbla: „Wiara w ‚wędrówkę dusz’ jest zjawiskiem konwergentnym, którego źródeł należy szukać przede wszystkim w sferze ludzkiej psychiki.”

Z wędrówki dusz wynikał również zakaz przysięgania [_6_] – aby nie skłamać wobec zobowiązań z innych wcieleń, o których jednak po napiciu się z wód rzeki zapomnienia zatarła się pamięć. Z wierzeń o wcielaniu się dusz w różne formy cielesne wynikał również ich wegetarianizm – aby nie pożreć brata, któremu akurat w udziale przypadło więzienie np. w kaczce czy w świni.

Być może dzisiejsi pitagorejczycy, zakładając, że kontynuowane byłoby skrzydło naukowe ich sekty, zwołaliby sobór celem uchylenia tego dogmatu, gdyż nie zawsze wegetarianizm jest pożyteczny dla „celi więziennej”. Być może swój akt uzasadniliby tak jak autorka Filozofii zdrowia, Anna Ciesielska, która napisała, że w naszym klimacie spożywanie mięsa jest niezbędne, gdyż zawiera ono białko, całą harmonię makro- i mikroelementów, witamin [_7_]. Jest głównym źródłem naszej energii. Za Heleną Kowalik dodaliby może: „Można być wspaniałym wegetarianinem w Kalkucie, bo tam są odpowiednie warunki klimatyczne. Polacy to inna kultura żywieniowa. Ale szerokie otwarcie granic i łatwość podróżowania sprawiają, że rodacy przywożą kulinarne nowinki ze świata potraktowane jednak bardzo wybiórczo. (…) wegetarianizm to nie tylko bezmięsne dania, to sposób na życie — wbrew pozorom agresywny. A agresja wywołuje agresję.” [_8_] Agresywne zachowania mącą spokój ducha, a tym samym są sprzeczne z pitagorejskim trybem życia. Gdyby doszło do wspomnianej modyfikacji doktrynalnej, w konsekwencji musieliby poprawić też interpretację problemów związanych z transmigracją. Pożarcie kaczki nie musiałoby być przecież tożsame z pożarciem brata, gdyż duszy nie sposób unicestwić przez zjedzenie. Oznaczałoby to zatem zaproszenie brata do własnej celi, aby raźniej było pokutować. Jeśli jakiś sceptyczny niedowiarek zarzuciłby takiej interpretacji słabość, implikującą, jego zdaniem, schizofrenię mięsożerców, tedy ja odparłbym mu, iż kolejne dusze nie oznaczają przecież rozbicia osobowości. Różne dusze manifestują się przez wielość nastrojów, zmienność zachowań i reakcji, jak to określa niewierna nauka. Metafizyczne implikacje takiej modyfikacji byłyby bardzo konstruktywne, gdyż wiadomo przecież, że wielkość celi nie jest nieskończona, zbyt dużo dusz nie pomieści, a też pokuta nie może się przerodzić w rozrywki, o jakie łatwiej w dużym towarzystwie. Ergo: za dużo mięsa to też nie zdrowo, a im starsi jesteśmy tym powinniśmy go jeść mniej. Aby z więzienia nie zrobił się burdel.

Koncepcja transmigracji dusz, może mieć jednak pewną wartość dla zmiany naszego sposobu traktowania zwierząt. Ksenofanes opisywał jak Pitagoras widząc człowieka bijącego psa, nakazał mu zaprzestanie, gdyż rozpoznał w skowycie psa głos swego przyjaciela. Pies jest na ogół wierniejszym przyjacielem człowieka niż inny człowiek, Pitagoras z pewnością się nie mylił. Oczywiście nie tylko psy zasługują na lepsze traktowanie. Zresztą, nie tylko zwierzęta, ale wszystko co żyje — cała nasza przyroda jest w wielkim niebezpieczeństwie. Atakuje ją wielki wróg: człowiek…

Nauka o duchu a duch nauki

Pitagoras wtajemniczony był nie tylko w orfizm, ale i w misteria apollińskie. Jego doktryna religijna była syntezą ich obu. Pierwiastek apolliński, w przeciwieństwie do pierwiastka dionizyjskiego łączonego z uczuciami, utożsamiany jest z rozumem. Znalazło to doskonałe odzwierciedlenie u pitagorejczyków. Jeśli istnieje jakiś idealny model relacji wiary religijnej i nauki, to jest to model pitagorejski: Każdy człowiek został stworzony przez Boga w tym celu, ażeby poznawać i oglądać. Fenomen ich wierzeń religijnych polegał na tym, iż w odróżnieniu od innych grup mistycznych, które praktykowały jako środki mistyczne muzykę, tańce oszałamiające czy wino, pitagorejczycy za najważniejsze środki oczyszczania duszy uznawali życie ascetyczne, muzykę i pracę naukową. Dla wielu z nich ten ostatni stawał się najważniejszym, w efekcie czego w V w. doszło do rozłamu. Grupa, którą określa się mianem „akuzmatyków”, koncentrowała się na wątkach mistycznych i sakramentalnych. Natomiast tzw. matematycy (od mathéma ‚nauka, umiejętność’), pozostając przy dawnych wierzeniach, na głównym planie stawiali naukę. Jednak nauka jako środek oczyszczenia nie stanowił dla nich sposobu do osobistego wyróżnienia się. Dla współczesnych naukowców jest to bardzo ważny i stymulujący aspekt badań, zupełnie zrozumiały i pozytywny, choćby w tym sensie, że przez skromność pitagorejskich uczonych dziś nie znamy wiele ich nazwisk ani tego kto czego dokonał. Jako przyczynę tego, wielu skłonnych byłoby wskazać tajemnicę jaką mieli pitagorejczycy otaczać swe nauki. Krążyło np. podanie o tym jak jeden z adeptów sekty został przez braci utopiony za to, że wyjawił obcym odkrycia dotyczące liczb. Są to jednak zapewne legendy.

Związek pitagorejski prawdopodobnie składał się z dwóch kategorii członków: właściwych „pitagorejczyków” (pythagoreioi), którzy tworzyli wspólnotę sensu stricto (wspólnota dóbr, wspólne zamieszkiwanie, noszenie białych szat, przestrzeganie tabu), oraz „pytagorystów” (pythagoristai), którzy zbierali się jedynie dla wysłuchiwania wykładów Pitagorasa. Na podstawie Jamblicha, ten podział możemy utożsamić z podziałem na matematyków i akuzmatyków. J. Brosse przedstawia ten podział jako „krąg zewnętrzny”, czyli akuzmatycy, którzy mieli za zadanie obronę związku, tworzyli konfraternię wojowników dowodzonych przez Milona z Krotony, zięcia Pitagorasa, oraz „krąg wewnętrzny”, czyli matematycy, wtajemniczeni m.in. w prazasadę liczb. [_9_] Pytagoryści-akuzmatycy nie tylko nie zajmowali się pracą naukową, ale z czasem do słów Mistrza zaczęli pochodzić z nabożną czcią, traktując je jako dogmaty (podobnie jak w Średniowieczu traktowano Arystotelesa). Wśród nich za mędrca nie uchodził ten, kto dokonał osobiście najwięcej, lecz ten kto spamiętał więcej z nauk Guru. To oni przyczynili się do ubóstwienia Pitagorasa oraz rozrostu legend pitagorejskich. Jest to postawa zupełnie przeciwna duchowi naukowemu i podobnie jak neopitagoreizm, akuzmatycy stanowią ten nurt w łonie Pitagoreizmu, który nie zasługuje na nasze większe zainteresowanie.

Na temat relacji wiara-nauka w Pitagoreizmie, niezwykle istotna i celna jest uwaga Bertranda Russella: „Niezależnie od elementu mistycznego, wywodzącego się z odżywającego ruchu orfickiego, naukowy aspekt działalności szkoły nie został przyćmiony przez jej koncepcje religijne. Nauka nie nabrała posmaku religii, choć pragnienie poświęcenia się teoriom uznano za coś religijnego.” [_10_] Wielu późniejszych naukowców wyrażało się o swoim stosunku do nauki w podobnym duchu. Oczywiście absurdalne i złośliwe jest przedstawianie tego jako „religii nauki”, czym do znudzenia bałamucą swoich czytelników religijni apologeci i inni przeciwnicy nauki. Posłuchajcie fragmentu popularnonaukowego wykładu Feynmana: „Tej pracy [tj. badań i odkryć] nie wykonuje się dla korzyści płynących z wdrażania w życie nowych osiągnięć. Motywem są emocje związane z odkryciami. Być może, większość was o tym wie. Jest jednak niemal niemożliwe przekazanie podczas wykładu tym z was, którzy tego uczucia nie znają, owego ważnego aspektu pracy naukowej, jej ekscytującej strony, prawdziwego powodu, dla którego ludzie zajmują się nauką. A nie rozumiejąc tego, gubicie istotę rzeczy. Nie możecie pojąć nauki ani jej związku z czymkolwiek innym, dopóki nie zrozumiecie i nie docenicie tej wielkiej przygody naszych czasów. Nie żyjecie pełnią swojej epoki, jeśli nie rozumiecie z jak wielką przygodą — a przy tym szalonym i podniecającym przedsięwzięciem — macie do czynienia. Myślicie, że nauka jest nudna? Nie, nie jest.” Innym razem mówił: „Kiedy taki obiektywny obraz zostaje w końcu skonstruowany, a tajemnica i majestat materii widnieją przed nami w całej krasie, wtedy przyjrzenie się z powrotem człowiekowi jako skupisku materii, potraktowanie życia jako części uniwersalnej, najgłębszej tajemnicy przynosi doznanie, które jest bardzo rzadkie i niezwykle poruszające. Zwykle kończy się to śmiechem i refleksją nad daremnością usiłowań zmierzających do zrozumienia, czymże jest ten atom we Wszechświecie. Czymże jest ta istota – atom obdarzony ciekawością — który przygląda się sobie i zastanawia, dlaczego w ogóle się zastanawia? Zwykle takie naukowe rozważania prowadzą do przerażenia i tajemnicy, do zagubienia na granicy niepewności. Wydają się jednak tak głębokie i tak istotne, że teoria zakładająca, że wszystko to jest sceną, na której Bóg obserwuje ludzkie zmagania z dobrem i złem, okazuje się niewystarczająca. niektórzy powiedzą, że przed chwilą opisałem doświadczenie religijne. Bardzo dobrze. Możecie to nazywać jak chcecie. Powiem wtedy, że dzięki przeżyciu religijnemu tego rodzaju młody człowiek przekonuje się, iż religia wyznawana w jego Kościele nie wystarczy, by opisać, by ogarnąć podobne doświadczenie. Bóg tego Kościoła nie jest dość potężny.” [_11_]

Wilson w swej Konsiliencji nazywa to „jońskim zauroczeniem”. Moim zdaniem słuszniejszym i bardziej adekwatnym określeniem byłoby „pitagorejskie zauroczenie”. Jak powiada Jacob Bronowski: „Kiedy Pitagoras dowiódł swego wielkiego twierdzenia, złożył muzom w ofierze sto wołów w podziękowaniu za natchnienie. Był to gest dumy i pokory zarazem, uczuć jakie po dziś dzień odczuwa każdy uczony, gdy otrzymane dane liczbowe pasują do siebie i powiadają: Oto fragment struktury samej przyrody, klucz do niej.”

Pitagorejski ośrodek badawczy

Główny rozkwit naukowy w łonie Pitagoreizmu wiąże się z czasem tzw. młodych pitagorejczyków (przełom V i IV w. p.n.e.), już po upadku pierwszej szkoły w Krotonie. Do najwybitniejszych młodopitagorejczyków zaliczamy Archytasa z Tarentu i Timajosa z Lokri. W kolejnych generacjach wyróżnił się Eudoksos z Knidos. Filolaos i Eurytas eksportowali Pitagoreizm do Grecji, zakładając związek w Tebach. Ich uczeń, Ksenofil, założył szkołę pitagorejską w Atenach.

Głównymi dziedzinami, jakimi zajmowały się szkoły pitagorejskie były:

  1. Medycyna
  2. Muzyka
  3. Matematyka

Jest to wszelako nasz podział. Pitagorejczyk powiedziałby, że oprócz medycyny ich nauka zajmuje się matematyką, a tutaj: a) geometrią, b) geometrią stosowaną (za jaką uważali astronomię), c) arytmetyką, d) arytmetyką stosowaną (za jaką uważali muzykę).

Największy powód do chluby dała im szkoła matematyczna, (która z pewnością zawdzięczała wiele Babilończykom), dorównując swej sławie szkole medycznej z wyspy Kos (w koskiej szkole działał m.in. Hipokrates). Arystoteles pisał: „Tak zwani pitagorejczycy zajęli się pierwsi matematyką i pchnęli ją naprzód”. Nie znaczy to, że wcześniej ludzie nie umieli liczyć i rachować. Pitagorejczycy stworzyli matematykę jako dziedzinę naukową, podczas gdy wcześniej funkcjonowała w sferze praktyki. Tym samym jeśli ktoś miałby być patronem matematyków, to Pitagoras jest najlepszym kandydatem.

Badanie figur i stosunków przestrzennych (geometria)

Odkryli dwa najważniejsze elementarne twierdzenia: o sumie kątów w trójkącie (jednak twierdzenia te dowodzili oddzielnie dla trójkątów równobocznych, równoramiennych i nierównoramiennych) oraz tzw. twierdzenie Pitagorasa: pole kwadratu zbudowanego na przeciwprostokątnej trójkąta prostokątnego jest równe sumie pól kwadratów zbudowanych na przyprostokątnych: c2 = a2 + b2. Od nich pochodzą takie pojęcia jak „parabola”, „hiperbola”, „elipsa”.

Oni też odkryli regułę „złotego podziału” mówiącą, jak należy ustalić proporcje elementów dzieła plastycznego, by dawały najlepszy skutek estetyczny.

Nauka o liczbach (arytmetyka)

Należy przede wszystkim zaznaczyć, że pitagorejskie pojęcie liczby nie było tak abstrakcyjne jak nasze, traktowali je łącznie z wielkościami przestrzennymi, liczba była rozumiana zawsze jako przestrzenna wielkość (od tego do dziś pozostała nazwa liczb „kwadratowych”).

Zajmowali się klasyfikacją liczb. Wprowadzili takie rozróżnienia, jak liczby parzyste i nie, będące kwadratami i nie. Liczby kwadratowe to sumy kolejnych liczb nieparzystych (np. liczba kwadratowa 9 jest sumą: 1+3+5, nazwa wzięła się z przedstawiania tych liczb pod postacią kwadratów stworzonych z kamyków). Natomiast sumy kolejnych liczb parzystych nazywali liczbami prostokątnymi. Specjalne znaczenie miała suma pierwszych czterech liczba naturalnych (1+2+3+4) — tzw. tetraktys (arcyczwórka lub czwórnia). Układana z kamyków w kolejnych rzędach przybierała postać trójkąta (liczba trójkątna) i była ich liczbą świętą.

Odróżniali także liczby niewymierne (niedające się zapisać w postaci ułamka). Liczby niewymierne odkryli dzięki stosowaniu liczb w odniesieniu do geometrii: stwierdzili, że stosunek długości przekątnej kwadratu do długości jego boku nie jest równy stosunkowi 2 liczb całkowitych.

Nauka o dźwięku (akustyka)

Teorię muzyki rozwijali w związku ze znaczeniem oczyszczającym jakie przypisywali muzyce. Odkryli, że przyczyną dźwięku jest ruch (akustyka jest w istocie nauką o rozchodzeniu się dźwięku w różnych ośrodkach). Wskazali, iż dźwięki muzyczne wykazują matematyczną prawidłowość: odkryli stosunki liczbowe między interwałami harmonicznymi (różnicami wysokości dwóch dźwięków współbrzmiących). Wprawiona w drganie naciągnięta struna wydaje nutę podstawową. Dźwięki brzmiące harmonijnie z nią uzyskujemy w wyniku podziału struny na równe części: dwie, trzy, cztery… W innych punktach unieruchomiona struna wyda dźwięk dysonansowy. Połowa struny daje dźwięk o oktawę (stosunek częstotliwości drgań 2:1) wyższy, zaś 2/3 — o kwintę wyższy od tonu zasadniczego. Akord C, G, c nazwali „harmonijnym” (długość strun: 1, 2/3, 1/2). [_12_]

Nauka o ciałach niebieskich (astronomia)

Osiągnięcia pitagorejczyków w tej dziedzinie również były imponujące, w pewnym sensie wręcz rewelacyjne. Najpierw doszli do kulistości Ziemi. O ile np. kosmologia biblijna ukazywała Ziemię jako płaski naleśnik, o tyle Grecy doszli do odmiennych wniosków. Poczyniono bowiem spostrzeżenie, iż na Wschodzie gwiazdy „wstają wcześniej” niż w Grecji. Przed pitagorejczykami uczeni przypuszczali, iż w konsekwencji tego Ziemia musi być wklęsła, a Wschód leży po prostu bliżej brzegów owej wklęsłości, a tym samym jest bliżej gwiazd. Pitagorejczycy odrzucili to i wysunęli hipotezę o wypukłym kształcie Ziemi.

Odrzucili ponadto pogląd, iż wszechświat jest wypełniony ziemskim powietrzem. Twierdzili, że powietrze otacza jedynie Ziemię, a reszta wszechświata jest próżnią wypełnioną eterem. Konsekwencją tego poglądu było stwierdzenie, że gwiazdy nie są poruszane przez powiewy powietrza, lecz mocą sił tkwiących w nich samych. Planety nie błąkają się przypadkowo po niebie, jak sądzono dawniej, a krążą tą samą drogą poruszane tę samą wewnętrzną siłą (w kosmologii chrześcijańskiej miały to być anioły boże). Dla nauki był to pogląd o ogromnym znaczeniu, implikował bowiem wniosek, iż we wszechświecie panuje porządek (kósmos) i regularność. Wszechświat jest kosmosem — twierdzili pitagorejczycy. Dziś „wszechświat” i „kosmos” to synonimy. Oznaczało to zasadniczą zmianę paradygmatu — całkiem nowy obraz świata.

Po kulistości Ziemi, wpadli na pomysł, iż może się ona obracać dookoła własnej osi.

Inni natomiast zaczęli przypuszczać, że krąży ona dookoła idealnego ośrodka systemu planetarnego (tzw. system pitagorejski; poglądu tego bronili m.in. Hiketas, Filolaos, Ekfantos). Owym ośrodkiem miał być ogień jako „serce wszechświata”, utożsamiany z liczbą Jeden. Ziemia utraciła swoje centralne miejsce we wszechświecie. „To była nowa koncepcja świata. A pomysł pitagorejczyków stanowił najtrudniejszy może krok naprzód w poznaniu ustroju świata, bo przez rozumowanie przezwyciężał najbardziej naturalne i uparte wyobrażenia ludzkie” (Tatarkiewicz). O tym jak trudny i rewelacyjny był to krok świadczy m.in. fragment z utyskiwań Arystotelesa: „Przeciwnego zdania są ci, którzy należą do szkoły italskiej, zwani pitagorejczykami. Twierdzą oni mianowicie, że w środku wszechświata jest ogień, a Ziemia jest tylko jedną z gwiazd i swoim ruchem dokoła środka powoduje dzień i noc. Prócz tego dobierają do pary jeszcze inną Ziemię, przeciwległą do naszej i nazywają ją Antychton (Przeciw-Ziemią) [_13_]. Zamiast opierać swoje poglądy i wyjaśnienia przyczyn na zjawiskach zaobserwowanych, wciągają zjawiska do kadr swoich rozumowań i mniemań i starają się dostosować je do nich” (O niebie, 295a). Jakże stąd już blisko do heliocentryzmu i podwójnego obrotu Ziemi! Dziś największymi laurami honorowany jest Arystarch z Samos ze szkoły Arystotelesa, który w III w. p.n.e. twierdził mniej więcej to co Kopernik. Powinniśmy jednak uznać, iż największym przełomem był system pitagorejski, a Arystarch dokonał jedynie śmiałej syntezy poglądów pitagorejskich.

Warto zauważyć, że po wiekach, kiedy Kościół podjął walkę z kopernikanizmem, to potępiany on był jako „doktryna pitagorejska”! Dekret kościelny z 5 marca 1616 nakazujący zamieszczenie książki Kopernika na Indeksie Ksiąg Zakazanych, głosił m.in.: „Doszło do wiadomości tejże Świętej Kongregacji, iż fałszywa i sprzeczna z Pismem Świętym doktryna pitagorejska o ruchu Ziemi i nieruchomości Słońca, nauczana również przez Mikołaja Kopernika w De revolutionibus orbium coelestium…” W istocie nowożytni heliocentryści nawiązywali do starożytnych, np. Kepler pisał, że niektóre odkrycia zawdzięczał inspiracjom pitagorejskim (m.in. tzw. proporcje interwałowe w torach planet).

Podobnie jak filozofowie jońscy, Pitagoras uznawał też wielość światów, jednak nie nieskończoną wielość.

Nauka o zdrowiu i budowie ciała (medycyna i anatomia)

Bardzo wielu pitagorejczyków było medykami. Najsławniejszym z nich była Alkmeon (Alkmajon) z Krotonu, jeden z pionierów naukowej medycyny, lekarz, anatom i filozof, żyjący w pierwszej połowie V w. p.n.e. Był twórcą pierwszej w filozofii greckiej fizjo-sensualistycznej teorii poznania, opartej na badaniu mózgu i analizie gromadzonych w nim wrażeń. Odróżniał doznania zmysłowe od procesów myślowych. Procesy poznawcze rozumiał jako uzależnione od doświadczenia zmysłowego oraz od zdrowego stanu mózgu. On jako pierwszy twierdził, że emocje, rozum i świadomość mieszczą się w mózgu. Jego poprzednicy doszukiwali tych właściwości m.in. w sercu i w wątrobie.

Numerozofia czyli filozofia pitagorejska

Jak wspomniałem, u pitagorejczyków etyka i polityka wynikały z wierzeń religijnych. Z wierzeń wynikało też zainteresowanie badaniami naukowymi. Natomiast z badań naukowych wynikała filozofia. Filozofię tę stanowiły różnorakie spekulacje związane z liczbami.

Jako pierwsi, którzy w sposób tak intensywny zajęli się matematyką teoretyczną i badaniem stosunków liczbowych w świecie przyrody, wpadli w fascynację „magią liczb”. Odkrywszy, iż własności rzeczy i relacje między nimi tak fenomenalnie mogą być wyrażane za pomocą liczb i stosunków liczbowych, przypisali liczbie mistyczną potęgę — liczby są prazasadą bytu (pratworzywo, archezasada). Jest to zasadnicza zmiana w filozofii w stosunku do tzw. filozofów jońskich, którzy przyjmowali materialną prazasadę bytu (woda — wg Talesa; powietrze — wg Anaksymenesa; ogień – wg Heraklita; natomiast Anaksymander za prazasadę przyjmował apeiron, bezgraniczna, nieskończona, wieczna, bezkształtna i bezkresna pramateria). U pitagorejczyków to nie materia jest prazasadą, a jej forma. Według nich ład i kształt świata opiera się na liczbach. O pitagorejskiej archezasadzie Arystoteles pisał następująco: „Przejąwszy się matematyką, jęli uważać, że zasady jej są zasadami wszelkiego bytu (…) uważali liczby za rzecz pierwszą w całej naturze, pierwiastki liczb za pierwiastki bytu, niebiosa całe za harmonię i liczbę”. Nie należy tego rozumieć w tym sensie, iż byty są liczbami, lecz że mają liczby: podstawową właściwością rzeczy są kształty geometryczne, a ich geometria była ściśle zespolona z arytmetyką, stąd wykoncypowali wniosek: wszystko jest liczbą, liczba jest realną siłą w przyrodzie.

Jednak liczba nie była jedyną zasadą bytu, jako forma musiała istnieć wespół z tym co jest formowane, z substratem. Byt ma zatem charakter dwoisty i tworzy go czynnik kształtujący (peras) oraz kształtowany (apeiron). Peras określa coś co ma w sobie miarę, normę, wzór. Apeiron oznaczał z kolei coś co nie jest przez nic ograniczone. Peras nakłada się na apeiron i go sobie podporządkowuje. Liczba jest peras. Gdyby świat nie miał liczby, to nie istniałby. „Bez liczby byłoby wszystko bezgraniczne, niejasne i niepojęte”. Gdy poznamy stosunki liczbowe świata, będziemy mogli nad nim zapanować. Liczba zatem umożliwia nam poznawanie, gdyby bowiem rzeczy nie miały swoich liczb, nie moglibyśmy ich poznać. Poznanie to sprowadzenie do liczb, wzorów. W istocie, dziś wiemy, że są takie aspekty rzeczywistości, które niezwykle trudno jest na poznać inaczej jak za pomocą wzorów i równań matematycznych. Ta intuicja pitagorejczyków jest nam więc bliska. B. Russell zauważa: „Jest to najważniejsza teza Pitagorasa, zapomniana w okresie posthellenistycznym i odkryta na nowo z tekstami myślicieli starożytnych. Obecnie stanowi ona podstawową cechęmyślenia naukowego.”

Uzupełniając obraz pitagorejskiej epistemologii, należy dodać, iż uznawali oni, że wiedza doskonała jest domeną wyłącznie bogów. Człowiek natomiast wnioskuje tylko ze znaków-objawów. Od znaków można jednak przejść do istoty rzeczy — od fenomenów do esencji (model indukcyjny Alkmeona z Krotonu). Natomiast u Archytasa z Tarentu spotykamy się po raz pierwszy w filozofii z modelem dedukcyjnym.

Dualizm bytu przyjmowany w filozofii pitagorejskiej pobudzał ich do tropienia przeciwieństw we wszystkich zakamarkach istnienia. Oprócz przeciwieństw oczywistych, jak granica i bezkres, spokój i ruch, światło i ciemność, dobro i zło itd., czasami wykazywali wielką pomysłowość w ich odkrywaniu. Za pomocą przeciwieństw Alkmeon z Krotonu tłumaczył istotę choroby. Zdrowie według niego to równowaga przeciwnych sobie jakości, choroba zaś jest panowaniem jednej z nich, jest zatem zaburzeniem równowagi.

Filolaos z Tarentu (ok. 470-399 p.n.e.), który pierwszy spisał nauki Pitagorasa, do tych dwóch zasad bytu dodał trzecią – harmonię, czyli coś co nakłada peras na apeiron, co utożsamiał z demiurgiem, bogiem.

Do liczb przypisane były określone znaczenia, np. 5 oznaczała własności ciał fizycznych, 6 — życie, 7 — ducha, 8 — miłość, 9 — roztropność i sprawiedliwość.

Liczba dziesięć, przedstawiana pod postacią tzw. tetraktys, była dla nich doskonałą i świętą, gdyż symbolizowała strukturę całego świata. Rozumieli to następująco:
1 — punkt,
2 — odcinek (jako połączenie dwóch punktów),
3 — figura (połączenie trzech punktów, trójkąt),
4 — bryła (punkt umieszczony nad figurą w przestrzeni trójwymiarowej daje bryłę).
1 + 2 + 3 + 4 = 10.

Szczególne znaczenie miała też Jedynka — Monada, która symbolizowała także środek wszechświata. W jedynce wszystko znajduje swoją przyczynę, wszystko sprowadza się do tej Jedności, czyli do czegoś stabilnego i skończonego, czyli doskonałego, nieparzystego, męskiego, prostego i dobrego. Jedno to bóstwo i ład, wielość charakteryzuje antybóstwo i bezład. Bóstwo jako Jedno jest wolne od wszelkich przeciwieństwo, jest doskonałą monadą.

Można dodać, że nieco inaczej widział to poeta Ion działający w drugiej połowie V. w. p.n.e. w Chios, który pozostawał pod wpływem pitagorejskiej numerozofii. Za boga w dziele Triagmos (Trójbóg) przyjmował trójkę, jako liczbę oznaczającą początek, środek i koniec wszystkiego.

Władysław Tatarkiewicz dodaje: „Wszelako skłonność do takich spekulacji ogarnęła pitagorejczyków w późniejszych generacjach, bodaj dopiero pod wpływem Platona. Ich oryginalny sposób myślenia wyraził się raczej w empirycznych, ściśle naukowych badaniach przyrody.” Nie jest jednak zupełnie bezpłodna ta filozofia. Zapowiedziała ona ogromną i zasadniczą rolę matematyki w naszym poznaniu świata. Pitagorejczyk powiedziałby, że językiem przyrody są liczby, my powiedzielibyśmy, że jest to piękna metafora dla współczesnej nauki. Jeszcze ważniejsza nauka płynie z numerozofii dla współczesnej filozofii: jakkolwiek filozofia pitagorejska opierała się na spekulacjach i zawierała liczne tezy z którymi trudno jest zgodzić się współczesnemu racjonaliście, jednakże przyjmowała ona zasadę opierania tych spekulacji na badaniach naukowych, zasadniczo była swoistą metafizyczną ekstrapolacją ówczesnej wiedzy naukowej, tymczasem wiele nowożytnych systemów filozoficznych powstawało w zupełnym oderwaniu od nauki. Wiele współczesnych systemów filozoficznych jest znacznie bardziej oddalone od nauki niż numerozofia. Filozofia powinna zasadniczo opierać swe spekulacje i postulaty na nauce.

W żaden natomiast sposób nie odnosi się to do filozofii neopitagorejskiej, która uległa jeszcze większemu wypaczeniu niż spekulacje późnych pitagorejczyków, i która w istocie stała się wiedzą o bogu i służbą bożą. Neopitagorejczycy przejęli głównie mętne elementy pierwotnego Pitagoreizmu, koncentrowali się przede wszystkim na spekulacjach liczbowych. Ich światopogląd religijno-filozoficzny zmodyfikowany został istotnie wpływami wschodniej magii, astrologii [_14_], judejskiej gnozy i egipskiego hermetyzmu. [_15_] Jak ujmuje to Jan Legowicz: „Neopitagorejski filozof to już nie uczony z okresu Pitagoreizmu pierwotnego, ale ktoś natchniony przez Boga, boży posłaniec, ktoś tak do bóstwa zbliżony, że niemal z nim tożsamy, gnostyk-prorok i cudotwórca, dla którego nie ma nic niemożliwego.” W Pitagoreizmie pierwotnym liczby były rozumiane jako prazasady świata, w neopitagoreizmie natomiast liczby same dla siebie stają się realnością.

Muzyka sfer a drgania superstrun

Bardzo ważnym rysem numerozofii było przekonanie o harmonii świata. Budowa wszechświata, wyrażana w świętej dziesiątce, połączona z odkryciami w dziedzinie akustyki (drgania jako przyczyna dźwięków), skłoniła ich do przypuszczenia, iż sfery gwiezdne, krążąc dookoła środka świata, swym ruchem wydają dźwięk. Jako że odległości sfer tworzą harmonijną proporcję, przeto dźwięk przestworzy również jest harmonijny i dla nas niesłyszalny. Wystarczy wsłuchać się w harmonijną „muzykę sfer”, aby umieć rozgryźć i opisać (za pomocą równań matematycznych) wszechświat, jego istotę.

Można w tym dostrzec jakby zapowiedź i przedsmak nowożytnych poszukiwań „teorii wszystkiego” (TOE, od theory of everything), czyli spójnej syntezy wszystkich praw rządzących wszechświatem. Więcej nawet! Owa dziesiątka wyrażająca strukturę wszechświata, owe dźwięki wszechświata możemy odczytać jako prapostać teorii superstrun z jej elementarnymi drganiami i dziesięcioma wymiarami — współczesnej kandydatki do miana TOE. Według tej teorii „wszystkie cząstki, jakie obserwujemy we Wszechświecie, łącznie z atomami naszych ciał, składają się z małych wibrujących strun — pisze Michio Kaku. — Rezonanse, czyli ‚dźwięki’ tych strun, tworzą menażerię cząstek elementarnych (elektrony, kwarki, fotony i tak dalej). Wszechświat jest symfonią drgających strun, a zasady harmonii są znanymi nam [powinien dodać: „dzięki pitagorejczykom” – przyp. M.A.] prawami fizyki. (..) Zaskakujące jest to, że teoria superstrun ogranicza liczbę wymiarów przestrzeni i czasu do dziesięciu. Szczególną cechą teorii superstrun jest to, że mikroskopijne struny (około 100 miliardów miliardów razy mniejsze od protonu) mogą drgać tylko w dziesięciowymiarowej czasoprzestrzeni. (..) mamy matematyczne powody, aby wierzyć w dziesięciowymiarową czasoprzestrzeń, ponieważ tylko we wszechświecie o takiej liczbie wymiarów jest wystarczająco dużo miejsca, aby pomieścić zarówno teorię kwantową, jak i teorię Einsteina.”

Refleksje końcowe

Powyższy tekst był nie tylko charakterystyką pewnego nurtu i doktryny, był również argumentacją mającą na celu wydobycie Pitagoreizmu z ezoterycznych odmętów, w jakie wtrącili go pitagorejscy epigoni i epigoni epigonów, a w jakich tkwi chyba po dziś dzień. Miał on na celu wskazanie istoty i fenomenalności Pitagoreizmu, które zostały zniekształcone szkodliwą mutacją — spowodowaną „egipskimi ciemnościami”, które zaślepiają, i „wiatrem ze Wschodu”, który wywiewa czynnik ratio — w świetle której często był i jest on postrzegany i oceniany. Mówi się np., że Pitagoras „szerzył ezoteryczną doktrynę, której echa spotykamy u myślicieli-spirytualistów całej starożytności”. Jest to w pewnym sensie prawda, ale prawda, która uwypukla nie to co należy do istoty, a tym samym prawda zniekształcająca.

Przedstawia się jończyków jako tych, którzy natchnęli obiektywne i naukowe badania przyrodnicze, a pitagorejczyków jako tych, którzy natchnęli rozwój spekulacji metafizycznych. Moim zdaniem jest to chybione i niesprawiedliwe. Uważam, że i jedni i drudzy mieli inspiracyjne znaczenie dla nauki zachodniej. O ile jednak u jończyków dominowały elementy empiryczno-sensualistyczne, o tyle u pitagorejczyków były to elementy bardziej abstrakcyjne, teoretyczne, spekulatywne i racjonalistyczne. Współczesna nauka opiera się na obu ujęciach. Są w niej dziedziny bardziej „jońskie”, ale są też i bardziej „pitagorejskie”.

Rdzeń Pitagoreizmu opierał się na badaniach empirycznych i na śmiałych, czasami nieudanych, czasami naciąganych uogólnieniach i ekstrapolacjach. Ale przecież pomimo tego, w wielu kwestiach mieli oni rzeczywiste osiągnięcia, czasami wręcz rewelacyjne (m.in. kulistość i ruchy Ziemi, kosmos). Pomimo przyprawiania tego wszystkiego w sosie spirytualistycznym, istota była jak najbardziej naukowa. Warto mieć na uwadze to, że ścisłą czołówkę i esencję tych szkół stanowili „matematycy”, czyli ludzie bez wątpienia kładący naukę na czele środków oczyszczających duszę, czyli w praktyce na pierwszym miejscu. Zwróćmy też uwagę na to, że rekrutowali się oni nie z egipskich magów, wędrownych cudotwórców czy rybaków, ale z ówczesnych naukowców, głównie medyków. Mistycy, bawiący się głównie religijną stroną Pitagoreizmu, stanowili jakby otoczkę, krąg zewnętrzny, także swoisty pion public relations, jakbyśmy powiedzieli współczesnym językiem. On w sposób istotny przyczyniał się do budowania zniekształconego wizerunku Pitagoreizmu.

Jednak pseudonauka i ezoteryka, które dzięki legendom „upadłego Pitagoreizmu” na Pitagoreizm się powołują i w swe pióropusze wpinają pitagorejskie piórka, w sposób zasadniczy z duchem pitagorejskim się różni: o ile ten ostatni przyniósł niekwestionowane osiągnięcia w naszym poznaniu i rozumieniu świata i człowieka, o tyle te pierwsze nie są w stanie nic powiedzieć z czym można by się zgodzić nie będąc ich wyznawcą.

Znając istotę Pitagoreizmu, możemy słusznie przypuszczać, że gdyby żyli oni dziś, to nie zajmowaliby się nonsensami ezoteryczno-okultystycznymi, gdyż musiałoby to oznaczać, że przez wieki musieliby trwać w tym samym punkcie, zaprzestać rozwoju i wyrzec się nauki. Ale nauka przecież oczyszcza duszę! Archytas z Tarentu z pewnością nie zajmowałby się numerologią, choćby dlatego, że równania mechaniki kwantowej bardziej by go oszałamiały i fascynowały. Ktoś mógłby powiedzieć, że odrzuciłby je jako sprzeczne z pitagorejskim światopoglądem. Nic bardziej błędnego. Wszak dziś w arytmetyce kojarzeni są z liczbami niewymiernymi. Liczby te były jednak sprzeczne z ich filozofią, sprzeczne z harmonią wszechświata. Wedle legend obowiązani byli do utrzymywania ich istnienia w tajemnicy, jednak nie odrzucili ich jako sprzecznych ze światopoglądem i wyznawaną filozofią. Nauka była wyżej mniemań. Alkmeon z Krotonu zajmowałby się nie bioenergoterapią czy radiestezją, a neuropsychologią, neurobiologią, neurochemią, neuropsychofarmakologią lub neuropsychiatrią, z całą pewnością jako naukowiec przesiąknięty duchem pitagorejskim starałby się rozwikływać naturę świadomości. Hiketas odrzucałby astrologię, a zajmowałby się kosmologią kwantową, teorią superstrun i wieloświatu. Wreszcie, Pitagoras nie zostałby papieżem czy awatarem, lecz Bertrandem Russellem. Współcześni pitagorejczycy uznaliby, że dla doktryn paranaukowo-magicznych jest miejsce w telewizji Polsat, po serialu „M jak miłość”, a przed transmisją z wyglądania Ojca Świętego przez okno swego pałacu, czyli generalnie między rozrywkami dla ludu. Podczas gdy oni, jako aristoi, zajmują swe dusze nauką…

Jeśli utrzymałby się ich pierwiastek mistyczny i religijny w badaniach naukowych, to zredukowałoby się to do „religijności” jaką widzimy u Alberta Einsteina, Edwarda O. Wilsona, Richarda P. Feynmana, Carla Sagana, czyli do owego „kosmicznego uczucia religijnego” Einsteina i tego co Wilson niesłusznie określił „jońskim zauroczeniem”. (Zob. więcej: str. 2552)

Ich dawne zabawy z liczbami, przypisywanie im znaczenia sakralno-mistycznego i jakby magicznego, możemy zrozumieć. Zrozumieć, to znaczy ujrzeć to w kontekście swoistego „oszołomienia matematyzmem świata”. Oni jako pierwsi zaczęli to zgłębiać i odkrywać — i się zachłysnęli. Takie „oszołomienia” zdarzają się także dziś. Uległ mu nawet Heisenberg, który miał powiedzieć: „Pierwszy kieliszek z butelki nauk przyrodniczych robi z nas ateistów, ale na dnie tej butelki jest Bóg”. Tak samo mniemali Pitagorejczycy, kiedy czuli się wtajemniczeni w największą tajemnicę „butelki”, gdyż dokonali odkrycia, które radykalnie zmieniało światopogląd. Jednak „metodologia picia” z „butelki świata” polega na tym, aby nie zaciągać się zbyt gwałtownie. Heisenberg pomylił Boga z korkiem owej butelki, który po jej otwarciu spoczął na dnie. Dlatego właśnie trzeba pić z niej rozważnie, gdyż może się zdarzyć tak, że Bóg-korek znów zatka butelkę w razie zbyt nachalnego jej nachylania…

Ważniejsze źródła:

  • J. Gajda, Pitagorejczycy, Warszawa 1996.
  • M.C. Ghyka, Złota liczba. Rytuały i rytmy pitagorejskie w rozwoju cywilizacji zachodniej, Kraków 2001.
  • D. Musiał, Sodalicium sacrilegii. Pitagorejczycy w Rzymie w okresie republiki: fakty i mity, Toruń 1998.
  • Żywoty Pitagorasa. Porfiriusz. Jamblich. Anonim, przekł., wstęp i przyp. J. Gajda-Krynicka, Wrocław 1993.
  • W. Tatarkiewicz, Historia filozofii, Warszawa 2001, T.1, s.53-60.
  • J. Legowicz, Historia filozofii starożytnej Grecji i Rzymu, Warszawa 1973, s.31-43, 479-485.
  • S. Bednarek, J. Jastrzębski, M. Kocur, Jak żyć? 265 sposobów na życie. Leksykon, Warszawa — Wrocław 1999, s.425-428.
  • J. Bronowski, Potęga wyobraźni, Warszawa 1988, s.151-160.

 

 

Pitagorejska ezoteryka racjonalna [1]

Autor tekstu: Mariusz Agnosiewicz

 

Zarzucono mi, że nie mam kompletnego pojęcia o związku pitagorejskim, o którym napisałem dość obszerną pracę (Bractwo pitagorejskie). Opinia dość ryzykowna, mówiąc eufemistycznie. Komentator, Andrzej Kosela, wytknął mi przede wszystkim, iż nagiąłem swój rys do „ideologii” wyznawanej przeze mnie. Nie uchwyciłem jakoby istoty związku pitagorejskiego, którym była „ezoteryka”, „święta nauka”. Miast tego unurzałem go w racjonalizmie i „zwykłej” nauce. Radykalność potępienia mojego szkicu nie budzi zdziwienia, kiedy się weźmie pod uwagę, że nauka i racjonalizm nie cieszą się szczególną sympatią wśród „miłośników ezoteryki”. Pomimo tego nadal uważam, że moje ujęcie pitagoreizmu znacznie lepiej wyjaśnia jego istotę niźli oparte na legendach, spekulacjach i przekłamaniach obrazki wielbicieli Niedocieczonych Tajemnic, a że temat uważam za bardzo ciekawy i warty szerszego zainteresowania, na zarzuty odpowiem nieco szerzej.

Temat pitagoreizmu jest trudny zwłaszcza z tego względu, iż opinie o nim kształtowane są często przez pryzmat neopitagoreizmu bądź tego co o Pitagorasie i jego związku pisali pitagorejscy epigoni w ich zmutowanej postaci. Mój tekst miał na celu zrekonstruowanie pierwotnego związku pitagorejskiego. Jest to niemal tak trudne jak pisanie o Jezusie i jego sekcie. Mało kto wie, że Pitagorasa spotkało dokładnie to samo co Jezusa: jako przywódca sekty został deifikowany, uznany za istotę boską w ludzkiej postaci, która potrafi czynić cuda, która zmartwychwstała po śmierci zstąpiwszy wcześniej do piekieł, i była założycielem nowej wiary. Oryginalny Pitagoras utonął pod legendami jakie na jego temat powstały w szeregu „pitagorejskich ewangelii”. Pomimo swego zwulgaryzowania religia-filozofia neopitagorejska była dużo bardziej elitarna niż np. chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo zorientowało się na masy, stąd też dziś czcimy „boskiego” Jezusa, a nie Pitagorasa, Mitrę czy innego „proroka nowej wiary”, jaki musiał się wyłonić z impotencji religijnej tradycyjnych religii starorzymskich. Rekonstrukcja pierwotnego pitagoreizmu jest zajęciem interesującym po pierwsze dlatego, że pomimo wielu legend jest pewna ilość materiałów źródłowych, które dają podstawy do rzetelnych badań [_1_], po drugie zaś dlatego, że związek krotoński, moim zdaniem, zasługuje na szczególną uwagę spośród szkół starożytnych. Dla mnie osobiście, jeśli idzie o starożytną historię filozofii, nauki, religii i etyki, pitagoreizm jest numerem jeden. Nie Sokrates, Platon, Arystoteles, stoicy, epikurejczycy, cynicy, sceptycy itd., lecz właśnie pitagoreizm przedkładam nad innych starożytnych myślicieli i sekty. Pitagoreizm swego czasu odegrał dużą rolę społeczną i intelektualną, a do dziś w naszej kulturze obecne są jego owoce.

Do Pitagorasa i pitagoreizmu nawiązywali później m.in. neoplatonicy, alchemicy, gnostycy, neopitagoreiczycy, numerologowie, hermetyści, różokrzyżowcy, okultyści, ruchy New Age, wolnomularze, Pico della Mirandola pitagoreizm odczytywał w świetle kabały.

W wolnomularstwie Pitagoras, obok Hirama (architekta i budowniczego świątyni Salomona), jest uznawany za głównego patrona duchowego ruchu masońskiego, przede wszystkim jako twórca elitarnego zakonu ezoterycznego, ale także ruchu polityczno-społecznego, co w działalności masonerii ma istotne znaczenie. Nowożytna masoneria była jedną z ważniejszych sił kształtujących, zwłaszcza poprzez wychowywanie i stymulowanie, wolnościowe przemiany ustrojowo-społeczne społeczeństw zachodnich. Jej znaczenie w wiekach XVIII i XIX było zbliżone do znaczenia związku krotońskiego w okresie staropitagorejskim, kiedy „myśl i praktyka działania pitagoreizmu nierzadko decydowała o politycznym i ustrojowym obliczu miast greckich południowej Italii”. Cicero był przekonany, że przy organizacji wielu instytucji rzymskiego życia publicznego wzorowano się na związkach pitagorejskich. Etyka i doskonalenie moralne były jednymi z najważniejszych aspektów działalności związków pitagorejskich, podobnie jest w masonerii, która pielęgnuje szczególną postać laickiej moralności. Nie tylko na tych podstawach można mówić, że istnieją podobieństwa między nowożytną masonerią a związkami pitagorejskimi. Stąd też niektórzy współcześni badacze (m.in. F. Cumont, J. Carcopino, G. Freyburger) wiążą ze sobą te nurty i stowarzyszenia. Z drugiej strony, jak wspomniano, także wolnomularze chętnie nawiązują do Pitagorasa (np. masońska konferencja w Rzymie zorganizowana była pod szyldem: „Pitagora 2000″; pewna amerykańska organizacja masońska dla młodzieży nosi nazwę „Rycerzy Pitagorasa”)

Część jednak wymienionych powyżej ruchów i nurtów ezoterycznych opierała się na legendarnym obrazie pitagoreizmu. Główny zarzut, jaki mi uczynił komentator, brzmi: „Autor nie dostrzega że esencją pitagoreizmu była ezoteryka, a we właściwym rozumieniu tego słowa oznacza to nic innego jak świętą naukę, która jednak z dzisiejszą materialistyczną nauką współczesności ma mało wspólnego, a raczej dzisiejsza nauka jest tylko przedsionkiem tego co wiedzieli pitagorejczycy, choć inaczej ujętym”. Twierdzę, że jest to: a) nieporozumienie (ezoteryka jako esencja), b) ignorancja (nieznajomość głębi współczesnej nauki), c) naiwność (pitagoreizm bardziej zaawansowanym systemem poznawczym niż współczesna nauka).

Co oznacza ezoteryka?

Duże znaczenie dla wyjaśnienia wielu nieporozumień związanych z pitagoreizmem mają kwestie terminologiczne. Nie ulega wątpliwości, że związek pitagorejski miał charakter ezoteryczny, mówi się też, że Pitagoras „szerzył doktrynę ezoteryczną”. Dziś z pojęciem tym, z racjonalistycznej optyki, wiąże się pejoratywne skojarzenia. Wynika to z faktu, że za ezoteryką, szczególnie obecnie modną, kryją się dziś na ogół różnej maści szarlatani i ich pseudonaukowe teorie. Ezoteryka nie oznacza wszelako jakiejś konkretnej doktryny czy systemu, lecz jest cechą formalną. Wiedza ezoteryczna, w przeciwieństwie do egzoterycznej, jest przeznaczona tylko dla wybranych. Związek ezoteryczny jest miejscem gdzie profan powinien poszukiwać owej „elitarnej” wiedzy i jeśli na nią zasługuje, dostąpi wtajemniczenia, na ogół poprzez specjalne rytuały, aby stopniowo mógł zgłębiać ową wiedzę. Ezoteryczność związku może też wiązać się nie tyle ze zdobywaniem w nim tajemnej doktryny, ale sposobu i metod jego działania, obrzędów, symboli itd. Jest naturalne, że w związkach tego rodzaju będą się skupiać zwłaszcza szarlatani różnej maści, gdyż nimb tajemności jest tarczą ochronną przed sceptykami i innymi niedowiarkami, którzy chcieliby ową wiedzę poddać racjonalnym próbom. Mogę sobie jednakże bez trudu wyobrazić różne oblicza naukowej, racjonalnej czy po prostu niepodszytej blagą ezoteryki. Takie związki ezoteryczne mogą powstawać wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z wiedzą, która nie powinna być znana szerokiemu ogółowi, oraz tam, gdzie sposoby i metody osiągania pewnych celów społecznie pożądanych, lepiej realizują się w towarzystwie tajności czy dyskrecji. Inna ezoteryka nie zasługuje na miano racjonalnej: co do zasady wiedza i działania powinny być maksymalnie jawne, transparentne, ekshibicjonistyczne. Ideał oświeceniowy głosi, iż wiedzę należy czynić maksymalnie powszechną i dostępną.

W takim ujęciu kwestii terminologicznej sprzeciwiłbym się też tezie, iż wiedza ezoteryczna to koniecznie najbardziej zaawansowana, wręcz „boska”, dotykająca najgłębszych problemów człowieka i świata. Otóż nie, ezoteryczną nazwałbym wiedzę utajnionej receptury jakiejś potrawy czy piwa, przekazywanej np. w ramach rodziny, z ojca na syna. Nierzadko zresztą towarzyszą temu swoiste obrzędy czy zasady, w jakich wiedza ta jest przekazywana, które mogą być uznane za odpowiednik sformalizowanego wtajemniczenia np. w sektach ezoterycznych. Węższym od ezoteryzmu określeniem wiedzy tajemnej będzie „okultyzm” — pojęcie związane z wiedzą tajemną o siłach i zjawiskach nadprzyrodzonych, nadzmysłowych (warto jednak dodać, że pojęcie to etymologicznie związane jest z łacińskim słowem occulere ‚ukrywać, zatajać’; z kolei pojęcie „ezoteryczny” związane jest z greckim słowem esõterikós ‚wewnętrzny’).

Mogę sobie wyobrazić także naukową organizację ezoteryczną. Otóż wyobraźmy sobie, że kiedyś gdzieś pewna grupa naukowców dochodzi do przekonania, że pewne odkrycia, badania czy ogólnie nauka jako taka jest „bronią” zbyt potężną, aby można było ją czynić w całości powszechnie dostępną. Nasza hipotetyczna grupa naukowców-humanistów dochodzi do przekonania, że określone odkrycia, efekty prac w laboratoriach, dociekania mogą nie sprzyjać szczęściu ludzkości lub też, że istnieje zbyt łatwa możliwość ich katastrofalnie nieodpowiedzialnego zastosowania, a przecież rozwój nauki i techniki, jak się czasami dziś słyszy, nie idzie w parze z rozwojem moralno-etycznym. Jednak w związku z tym, że powstrzymanie nas od pasji badania, dociekania, odkrywania jest absolutnie niemożliwe, gdyż nasza naukowa natura nie uznaje kompromisów z ciekawością, zakładamy przeto ezoteryczny związek naukowo-etyczny, w ramach którego adepci będą się doskonalić naukowo i etycznie, oraz poznawać najgłębsze tajemnice świata i człowieka. Nie wnikam w to, czy byłoby to moralnie fair wobec ludzkości, ani też, czy związek taki mógłby efektywnie funkcjonować. Mogę sobie wyobrazić argumenty zarówno na tak, jak i na nie, jednak niewątpliwie mogę sobie wyobrazić „naukową ezoterykę”.

Uwypuklenie znaczenia szerokiego, ahistorycznego, formalnego ezoteryki, daje nam lepsze wyjaśnienie dlaczego tak wiele doktryn ezoterycznych nawiązywało do Pitagorasa. Jeśli były to często nawiązania oparte na legendach lub na formalnym charakterze związku krotońskiego, to oczywistym jest, że faktyczne związki pitagoreizmu ze szkołami, które się nań powoływały na przestrzeni wieków, mogą być nikłe, powierzchowne lub zgoła żadne.

Często tak się dzieje, że „uhistorycznienie” określonego pojęcia utrudnia nam ujęcie jego istoty, bowiem dane pojęcie kojarzy się nam przede wszystkim z jakimś swoim historycznym odniesieniem. Jan Skoczyński podkreśla to w odniesieniu do „gnozy”: gnoza uhistoryczniona kojarzy się przede wszystkim z początkami chrześcijaństwa i gnostycznymi sektami chrześcijańskimi. Jest to jednak ujęcie wąskie. W ujęciu ahistorycznym definiuje Skoczyński gnozę jako rodzaj poznania, w którym dominuje czynnik emocjonalny; staje się więc gnosis wypadkową napięcia między biegunami wiedzy i wiary, wyrazem ogólnoludzkiej tęsknoty osiągnięcia wyższej jedności między wiedzą i wiarą. Poznanie gnostyczne będzie miało charakter jednoczącego, miłującego, służącego. Będzie tym samym różne od „poznania diabolicznego”, czyli naukowego, od episteme, które „dzieli i rozbija”, służy beznamiętnemu i rozumnemu opisowi rzeczywistości. Takie ujęcie gnozy pozwala Skoczyńskiemu doktrynę Jana Stachniuka (tzw. kulturalizm) określić mianem „polskiej neognozy” [_2_].

Numerologia a numerozofia

Nie przeczę bynajmniej, że związek krotoński można określić ezoterycznym, że pielęgnował „świętą naukę” i w moim tekście dałem temu niejednokrotnie wyraz. Problem w tym, że owe „święte nauki” poddałem racjonalnej analizie, racjonalistycznemu zachwytowi, a przede wszystkim, że wyraźnie odciąłem je od niemal całej późniejszej i współczesnej „ezoteryki”, jako w gruncie rzeczy dość prymitywnych i naiwnych zabaw dla ludzi z rozbudzoną fantazją, niezdyscyplinowanych intelektualnie, ale z potrzebami poznawania i rozumienia, acz bez solidnego zaplecza wiedzy niedostępnej owym „ezoterystom” przez fakt jej zaawansowania, czyli wiedzy naukowej. Współczesna „ezoteryka” jest wyjątkowo zwulgaryzowana — „wtajemniczenia” można dostąpić na seansie u pani Zosi vel Adelajdy za określonym „co łaska”. Jest bowiem „ezoteryka” dziś głównie modnym towarem niuejdżowym dla znudzonych gospodyń. Aby ocenić współczesną „ezoterykę” wystarczy się udać do jednej z większych księgarń ezoterycznych… Eksponowanie ezoteryczności związku pitagorejskiego mogłoby się przyczyniać do nieporozumień, a moim zdaniem fakt jego otoczenia tajemnością czy istnienia w nim wtajemniczeń nie jest kluczowo ważny dla zrozumienia jego istoty i znaczenia.

Wiedza „ezoteryczna” pitagorejczyków była związana z liczbami, jednak nie była to żadna numerologia, jak się czasami pisze, gdyż badania związane z liczbami miały u pitagorejczyków zasadniczo naukowe podłoże w zdrowym sensie tego słowa. Numerologia natomiast docieka liczbowej natury człowieka, uczy, jak za pomocą liczb wpływać na nasze życie, jest swoistą psychologią liczb i systemem wróżebnym. W słowniczku numerologa szalenie ważne jest pojęcie „wibrowania”, które wyjaśnia związek liczb z naszą naturą i osobowością: otóż, mówią numerologowie, jesteśmy zbudowani z atomów w których wirują elektrony, a cyfry i litery na jakich operują numerologowie po prostu „odzwierciedlają kształt tych wibracji, opisując go w formie ludzkich zachowań”.

Poddawszy się numerologicznym testom dowiedziałem się paru miłych banałów na swój temat, z których część była „prawdziwa”, a część „nieprawdziwa” (w dobrodusznej interpretacji mogę uznać, że jeszcze nie całość numerologicznej prawdy o mojej osobie została przeze mnie odkryta). Sumując cyfry daty mojego urodzenia i dokonując tzw. redukcji teozoficznej, dowiedziałem się, iż jestem numerologiczną Czwórką. Czwórka, jako liczba mojej karmy, oznacza, że osiągnę w życiu sukces, że jestem ambitny i wytrwale dążę do celu; że moje marzenia wykraczają poza przeciętność; że moją domeną jest umiejętność logicznego i analitycznego a także zdroworozsądkowego myślenia, tudzież inteligencja; że mam dobrze rozwinięte poczucie moralności i sprawiedliwości; że irytuje mnie rozmowa o niczym a jako osoba o materialistycznym podejściu do życia „rozważania duchowe” pozostawiam innym; że najlepiej odnalazłbym się w zawodzie urzędnika, księgowego tudzież mechanika, jednak i żołnierz byłby ze mnie niezgorszy. Wiem wreszcie, że moja optymalna partnerka powinna być numerologiczną Dwójką, Szóstką bądź Siódemką.

Numeroanaliza własnej osobowości zawiera kilka aspektów (m.in. liczba przeznaczenia, osobowości, serca, wyrazu; powinniśmy jednak zwrócić uwagę, że pomiędzy numerologami występują tutaj pewne dystynkcje terminologiczne, np. pani Natasza, numerolożka Radia Zet, dwie ostatnie określa mianem — Liczby Duszy i Liczby Ekspresji Zewnętrznej). W badaniu mej osobowości odkryłem drobne nieścisłości zachodzące na poziomie poszczególnych aspektów numerologicznych. I tak, jeden orzekał, że jestem stały i odpowiedzialny, inny — żem niestały i w sumie lekkomyślny; jeden twierdził, że jestem sybarytą, duszą towarzystwa, inny przekonywał, że jestem nierozumianym przez otoczenie dziwakiem, którego bardziej kręci wiedza tajemna niż życie towarzyskie. Niedowiarkom od razu wyjaśniam, że jest wyjaśnienie tych pozornych sprzeczności: „Liczbę tę [osobowości] jednak należy zawsze rozpatrywać w łączności z Liczbą Urodzenia i z etapami Drogi Życia, bacząc czy te wibracje są zharmonizowane, czy wspierają się i wzmacniają, czy może odwrotnie: tworzą dysonans, specyficzne wyzwanie domagające się od nas indywidualnego sposobu przezwyciężenia uosabiających nas sprzeczności”. (Jeśli w zrozumieniu sensu owego wyjaśnienia przeszkodą jest specyficzny żargon „ezoteryczny”, informuję, że rudymenty numerologii można zdobyć via Internet.) Oto wyjaśnienie, jakiego nie powstydziłby się i najlepszy apologeta biblijny!

Numeroanaliza nie jest sztuką dla sztuki, albowiem ogląd liczbowy samego siebie pozwala nam dokonywać „świadomej już korekty losu przy pomocy technik numerologicznych”. Ważną sprawą jest jednak konsultacja z biegłym numerologiem ewentualnego planu zmiany imienia czy nazwiska, bo nieświadom numerologicznego aspektu tej czynności mogę sobie przysporzyć nieopisanych szkód. Wraz ze zmianą nazwiska zmienia się przecież Portret Numerologiczny osoby, który wiąże się z liczbową reprezentacją tej nazwy własnej, a tym samym z jej „wibracją” (tzw. WWW — Wibracja Wyrazu Własnego), cokolwiek to znaczy. W odpowiedzi na pytanie: jak to możliwe? — otrzymujemy ezoteryczny wymiar numerologii. Otóż: „Tu właśnie dopatrywać się trzeba jednej z wielkich tajemnic i zagadek numerologii — pisze pewna numerolożka — która, ujmując w precyzyjne obliczenia liczbowe cały „mikrokosmos” człowieka, stwarza metaforyczny obraz jego motywacji, ukrytych dążeń, predyspozycji, działań, oceny przez innych itd., co zbliża ją raczej do poezji i dywinacji niż do nauki. Duch czasu podpowiada jednak coraz wyraźniej, że nauka — przy całym uznaniu dla jej zasług — straciła monopol na dociekanie Prawdy, a racjonalistyczne dziedzictwo Oświecenia coraz częściej ustępuje miejsca tzw. nowemu paradygmatowi — który pełnymi garściami czerpie z na nowo docenionych zasobów różnorodnych tradycji duchowych Zachodu i Wschodu, z mitologii (…), a także z magii, szamaństwa i gnozy”.

Jako redaktor Racjonalisty otrzymałem ponadto informację tej treści: „Zamiłowanie do perfekcji może ich zaprowadzić daleko, ale cel osiągają samotnie — współpracownicy dawno już odpadli gdzieś po drodze, nie mogąc wytrzymać narzuconego tempa”. Jakże więc bym mógł dać wiarę takim „wróżbom”!?…

Pomimo, że numerologowie powołują się na Pitagorasa jako na jednego ze swych najważniejszych protoplastów, jest to jednak uzurpacja. Znacznie bliższa jest numerologia np. tradycji wedyjsko-chaldejskiej czy żydowskiej kabale z jej gematrią i kodami numerycznymi, niż pitagoreizmowi. Dla podkreślenia tych różnic, pitagorejską „świętą naukę” o liczbach nazwałem numerozofią.

Wiedza tajemna pitagorejczyków

Na czym polegała numerozofia? Była przede wszystkim kwintesencją ich wiedzy ezoterycznej, swoistą mistyką liczb. Pra-zasadą świata jest liczba, wszechświatem rządzić mają liczby, odkrywanie liczbowych stosunków tworzących rzeczywistość jest najdoskonalszym sposobem wtajemniczenia i poznania.

Ezoteryczność tej wiedzy to nie tyle fakt ukrywania nauk i doktryny, co przede wszystkim przekonanie, iż stanowi ona najgłębsze tajemnice wszechświata. Wydzierając przyrodzie jej tajemnice, możemy nad nią zapanować. Rozumienie racjonalnej struktury wszechświata przyczynia się do oczyszczania duszy, która zarazem sama staje się coraz bardziej racjonalna. Studiowanie racjonalnej i uporządkowanej struktury wszechświata, zamiast jego irracjonalnej i chaotycznej powłoki, ma moc wyzwalania duszy z ciała [_3_]. Nie tyle przypomina to nam mistykę np. kabalistyczną, co Einsteina „kosmiczne uczucie religijne”, o którym pisał: „Religia przyszłości będzie religią kosmiczną. Przekroczy ona osobowego Boga i odrzuci dogmaty i teologię. Będzie opierać się na religijnym zrozumieniu, wypływającym z doświadczania natury i duchowości jako pełnej znaczenia jedności”, „jestem usatysfakcjonowany tajemnicą wieczności życia i spojrzeniem na cudowną strukturę istniejącego świata, wraz z pełną oddania próbą pojęcia choćby maleńkiej części Rozumu, który ukazuje się w naturze”.

Jeśli chodzi o tajemność samych odkryć, to krążyło podanie o tym, jak jeden z adeptów sekty został utopiony, gdyż wyjawił profanom pewne odkrycia związane z liczbami (niewymiernymi). Nie wiadomo jednak, na ile wiarygodne a na ile legendarne są to podania. Nauki i poglądy pitagorejskie były szeroko popularyzowane w świecie starożytnym (m.in. przez Platona). Jeden z czołowych znawców pitagoreizmu, Jerôme Carcopino, pisał nawet, iż w szczytowym okresie swojej popularności nad Tybrem, na przełomie er, wszyscy Rzymianie byli po trosze pitagorejczykami, a elementy nauk Pitagorasa można było odnaleźć w doktrynach większości szkół filozoficznych. Być może więc ezoteryzm pitagoreizmu należy przede wszystkim rozumieć jako badanie tajników przyrody, do której zgłębiania potrzeba było pracy w ramach związku pitagorejskiego poprzedzonej obrzędową inicjacją, przede wszystkim jednak indywidualnego wysiłku intelektualnego i dyscypliny.

Po owocach ich nauk poznacie ich…

Mocno należy podkreślić, że pitagorejskim spekulacjom i symbolicznym skojarzeniom towarzyszyły także naukowe badania liczb i stosunków między nimi oraz ich manifestacji w przyrodzie. Przecież samo odwoływanie się do liczb nie może stanowić głębszej nici łączącej nawet krańcowo różne rodzaje fascynacje liczbami. Już przed pitagorejczykami kapłani zajmowali się liczbami symbolicznie, rachmistrze i geometrzy zajmowali się nimi praktycznie. Wielkość pitagorejczyków polegała na tym, że, jak pisze Tatarkiewicz, „umieli znaleźć drogę naukową pomiędzy symboliką a praktyką”. Zatem, obok rozwiniętej symboliki liczbowej, dokonywali oni weryfikowalnych odkryć matematycznych (zwłaszcza tzw. twierdzenie Pitagorasa), naukowych typologii (m.in. liczby parzyste i nieparzyste), odkryć liczbowych stosunków w świecie przyrodniczym (m.in. stosunki liczbowe między interwałami harmonicznymi w muzyce). Słusznie więc podkreśla Tatarkiewicz: „skłonność do… spekulacji ogarnęła pitagorejczyków w późniejszych generacjach, bodaj dopiero pod wpływem Platona. Ich oryginalny sposób myślenia wyraził się raczej w empirycznych, ściśle naukowych badaniach przyrody”.

Tymczasem numerologowie, z ich luźnymi asocjacjami i wariacjami na temat liczb, nie dokonali jak dotąd ani jednego choćby maciupeńkiego odkrycia matematycznego, żadnej właściwości liczbowej, którą dałoby się dowieść inaczej niż stwierdzeniem: „jest to niedocieczona tajemnica”. Mało osób zdaje sobie sprawę z tego, że zasługa pitagorejczyków nie polega na „odkryciu twierdzenia Pitagorasa”. Właściwość ta znana była już ponad tysiąc lat przed Pitagorasem w Babilonii. Jednak dopiero pitagorejczycy przedstawili jego niepodważalny dowód i wyjaśnienie [_4_]. Z kolei w pracach domniemanych następców Pitagorasa spod sztandaru numerologii czy innej ezoteryki, można szukać wszystkiego prócz dowodów ich spekulacji na liczbach. „Dowód” to tabu numerologów, dla którego tarczą jest ezoteryka.

Kontynuacją pitagorejskiej „świętej nauki” o liczbach nie była numerologia, kabała czy inna późniejsza ezoteryczna nauka związana z liczbami, lecz naukowa matematyka oraz odkrywanie istniejącego faktycznie matematyzmu przyrody. Ten ostatni, jako paradygmat naukowy, jest jednym z fundamentów współczesnej nauki, który do dziś budzi zachwyt badaczy. Jak podkreśla Jacob Bronowski: „Odkąd Pitagoras stwierdził, że liczby są językiem przyrody, jej prawa wyrażano zawsze za ich pośrednictwem” [_5_].

Wiedza święta a wiedza profańska

Mój krytyk odnosząc pitagoreizm do współczesnej nauki stwierdził, że święta nauka pitagorejczyków nie ma wiele wspólnego z „materialistyczną nauką współczesności”, oraz że owa profańska nauka jest tylko przedsionkiem tego co wiedzieli pitagorejczycy. W ocenie swej Kosela sprawia wrażenie, iż jego znajomość współczesnej nauki zatrzymała się na poziomie mechaniki Newtona. Jednak współczesna nauka zawiera w sobie niezwykłe piękno, głębię, szereg tajemnic, majestatu i niezwykłości. Nie bez przyczyny Edward Wilson w swej Konsiliencji stwierdził: „Nauka oferuje dziś najśmielszą metafizykę naszych czasów”. Jeśli nie jest ezoteryczna de iure, to niewątpliwie poprzez swe zaawansowanie w poważnej mierze jest taką de facto: aby ją poznać należy dostąpić (nierytualnego) wtajemniczenia, dla którego potrzeba wiele wysiłku i pracy. Przy czym można uznać, że do wtajemniczenia nie wystarczą same chęci, gdyż zbyt duże lenistwo oraz za niski stopień inteligencji uniemożliwiają poznanie większości współczesnej nauki o świecie i człowieku. Przy wtajemniczeniu w tę „naukową ezoterykę” wtajemniczenie w ezoterykę niuejdżowo-nienaukową jest jak wyprawa po bułki do sklepu względem założenia własnej piekarni.

Podobnie należy się odnieść do twierdzenia o rzekomej niezwykłości pitagoreizmu w porównaniu ze współczesną nauką. Rozumiem, że ludzka natura lubuje się w sensacjach, tajemnicach, cudach, lecz rzeczywistość jest na ogół dużo bardziej prozaiczna. Przypisywanie starożytnym i różnym związkom ezoterycznym posiadania wiedzy tajemnej, niesamowicie zaawansowanej czy nawet takiej do której nasza współczesna wiedza „oficjalna” ma jeszcze daleko, jest dziś szczególnie modne, zwłaszcza wśród różnej maści fantastów i mitomanów. Na tym przecież po części bazuje daenikenizm, fascynacja św. Graalem czy Atlantydą, legendy związane z masonerią i wiele innych awanturniczych hipotez. Dla takich ludzi masoneria, będąca zakonem etyczno-filantropijnym, jest tajną organizajcą sterującą światem i od czasu do czasu urządzającą satanistyczne orgie. Jednak bez posiadania dowodów opinie takie są jedynie czczymi spekulacjami. Zgodzimy się, że „święta wiedza” pitagorejczyków była imponująca, w dużej mierze wyprzedzała swą epokę (zwycięski heliocentryzm renesansowy zapoczątkowany został przecież już u pitagorejczyków i w kościelnych potępieniach ujmowany był często jako „system pitagorejski”), że odznaczała się oryginalnością i pionierskością – i to stanowi o jej wielkości i niepodważalnym szacunku na jaki zasługuje także dziś. Nie przekonuje jednak twierdzenie o jakiejś jej absolutnej doskonałości, niezrównaniu, gdyż w zestawieniu z wiedzą współczesną jest bardzo skromna i czasami nieporadna, np. twierdzenia o sumie kątów w trójkącie dowodzili oddzielnie dla trójkątów równobocznych, równoramiennych, nierównoramiennych. Tylko oceniając ich wiedzę z punktu widzenia ich epoki mogą budzić nasz podziw.

Controversiae

Mojemu szkicowi na temat pitagorejczyków zarzucono „wybiórczą interpretację faktów”. Zarzut ten jednak został mizernie uzasadniony. Napisano, że Teano była żoną Pitagorasa, a to przecież nie jest pewne, pisze krytyk. Pomijam już fakt, iż jest to zagadnienie w mojej pracy więcej niż marginalne, jednak uważny czytelnik zauważy, że nieco wyżej napisałem, że praktycznie nic pewnego o Pitagorasie nie można powiedzieć. Następujące dalej twierdzenia na temat Pitagorasa należy więc odczytywać przez pryzmat tego zastrzeżenia. Analiza pożycia małżeńskiego mędrca z Krotony nie była czymś co miałoby znaczenie dla mojego szkicu, zwłaszcza, że nie pisałem przecież książki na temat pitagoreizmu, lecz artykuł, który wyszedł i tak nazbyt długi.

Kolejnym moim błędem miało być pomylenie rozłamu ze stopniami inicjacji. Oto kolejne nieporozumienie. Napisałem, że podział na tzw. akuzmatyków i matematyków w łonie pitagoreizmu był wyrazem rozłamu, jaki się dokonał w V w. Grupę akuzmatyków utożsamiłem z nurtem, który przywiązany był przede wszystkim do mistycznego aspektu pitagoreizmu. Z kolei matematycy mieli być tymi, którzy na pierwszym planie stawiali naukę i badania. Matematycy mieli być też jądrem szkoły krotońskiej. Komentator zarzucił mi, iż podział na akuzmatyków i matematyków nie był wyrazem żadnego rozłamu, lecz stopni wtajemniczenia: akuzmatycy mieli być swoistym pitagorejskim nowicjatem zakonnym, adeptami, którym przekazywano jedynie egzoteryczne formuły i alegoryczne treści; zaś matematycy mieli stanowić drugi stopień wtajemniczenia, który, wedle krytyka, polegać miał na objaśnianiu alegorii i symboli. A gdzie badania i nauka? Detal, który umknął mojemu miłośnikowi ezoteryki, który to jest święcie przekonany, że tajemna wiedza pitagorejczyków zasadzała się na objaśnianiu alegorii i symboli… Nawet z tą ułomnością miałby ten zarzut pewien sens, gdyby nie fakt, że …o istnieniu takich właśnie stopni wtajemniczenia wyraźnie pisałem w moim „Bractwie pitagorejskim”, krąg ścisły, wewnętrzny określając mianem pythagoreioi, zaś krąg zewnętrzny – mianem pythagoristai. Co więcej, napisałem także, że na podstawie Jamblicha podział ten możemy utożsamić z podziałem na matematyków i akuzmatyków [_6_]. O ile istnienie owych dwóch zasadniczych stopni wtajemniczenia nie podlega wątpliwościom w moim tekście, o tyle samo utożsamienie tych stopni z matematykami i akuzmatykami nie jest niewątpliwie. Opinię o tym, że nie jest to tożsame zaczerpnąłem od Tatarkiewicza, który pisał: „W V w. dokonał się w związku rozłam: na akuzmatyków i matematyków. Pierwsi chcieli pielęgnować w związku ducha orfickiego i przylgnęli do jego tradycji mistycznych i sakramentalnych; drudzy, nie porzucając związku ani wiary akuzmatyków, chcieli jednakże być przede wszystkim ludźmi nauki i na tym polu służyć związkowi. U pierwszych górę wzięły mistyczne tajemnice, u drugich — dążność do racjonalnych wyjaśnień. Ci przetworzyli związek religijny w szkołę naukową” [_7_].

Gdyby nawet upierać się, że taki rozdział nie istniał równolegle (a wątpię, czy można wysuwać takie hipotezy), to chyba trudno byłoby nie zauważyć, że istniały różne fazy rozwojowe pitagoreizmu, które wyrażały tendencje takie, jakie ukazaliśmy za pomocą podziału na matematyków i akuzmatyków. Pierwszą fazą był okres staropitagorejski, który cechował się największym ładunkiem religijnym związku, który podówczas także stanowił potęgę polityczną. Drugi był tzw. okres młodopitagorejski (albo średniopitagorejski), kiedy to religijne i polityczne wątki uległy osłabieniu a na czoło wysunęły się zadania naukowe. Temu to właśnie okresowi związek pitagorejski zawdzięcza swe poczesne miejsce w dziejach nauki i filozofii. Okres młodopitagorejski można dalej podzielić na fazę, w której dominowały badania empiryczne, oraz fazę poplatońską, kiedy na czoło wysunęły się dociekania spekulacyjne. Okres trzeci, przypadający na I w. p.n.e. i I w. n.e., to okres neopitagorejski, który związany był ze wzmożonymi nastrojami religijnymi i eschatologicznymi społeczeństwa rzymsko-greckiego. W stosunku do okresu młodopitagorejskiego, zwłaszcza fazy badań empirycznych, była to degradacja, uwstecznienie.

Abstrahując od faz rozwojowych, można powiedzieć, że jeśli ja przytaczam oba poglądy na znaczenie podziału na akuzmatyków i matematyków, to zarzut jaki sformułował Kosela, jego absurdalność, praktycznie dyskredytuje go nie tylko jako poważnego krytyka, ale i jako rzetelnego czytelnika. Czytanie ze zrozumieniem jest cechą, której brak jest szczególnie uciążliwy we współczesnych społeczeństwach, i to już na poziomie instrukcji obsługi sprzętu gospodarstwa domowego, cóż więc dopiero kiedy mowa o tekstach nieco bardziej zaawansowanych…

Jakby tego było mało, wziął się na końcu komentator za wytykanie mojego niezrozumienia istoty także i neopitagoreizmu, którego esencją był eklektyzm. Pomijając fakt, że na wstępie odkreśliłem, że poza moim zainteresowaniem jest neopitagoreizm, czyli nie można się spodziewać, że poświęcę mu jakieś pogłębione analizy, godzi się zauważyć, że akurat eklektyzm tego nurtu podkreśliłem expressis verbis

Kończąc mój kolejny szkic poświęcony pitagoreizmowi, zachęcam czytelników Racjonalisty do szczególnego zainteresowania tą szkołą antycznej myśli, której odkrywanie jest tyleż frapujące co inspirujące. Bez wątpienia możemy odebrać „ezoterystom” Pitagorasa i twórczo przyswoić go nurtowi racjonalistycznemu…

 

 

 

Spór o Pitagorasa

Autor tekstu: Mariusz Agnosiewicz

 

Polecam wcześniej zapoznać się z poprzednimi tekstami o pitagoreizmie:
1. Bractwo pitagorejskie (plus komentarz Andrzeja Koseli)
2. Pitagorejska ezoteryka racjonalna (plus polemika Andrzeja Koseli)

Spis treści:
Krytyczne i konstruktywne podejście do źródeł
Możliwość porozumienia racjonalisty z neopitagorejczykiem
Porządki pojęciowe
Czy Pitagoras został ubóstwiony?
Rytuały wtajemniczenia
Symbolika
Triumf akuzmatyków
Związki pitagoreizmu z innymi szkołami
Wschodni depozyt
Pitagoreizm redivivus!

*

Nepitagorejczyk Andrzej Kosela, z jakim mam przyjemność polemizować na pitagorejski temat, był łaskaw szerzej przedstawić siebie i swoje postrzeganie pitagoreizmu. Wyjaśnienie, iż odcina się on od nowomodnej „ezoteryki” jest dla mnie ważną informacją, gdyż jednym z istotniejszych motywów moich prezentacji pitagoreizmu „starej szkoły” było wykazanie absurdalności powoływania się nań zwłaszcza przez adeptów „wiedzy tajemnej” spod znaku New Age, którzy ostentacyjnie gardzą rozumem i wyjaśnieniami racjonalnymi zjawisk. Były te teksty odpowiedzią na takie z głupoty lub bezlczeności się biorące uzurpacje szarlatanów:

Jak powszechnie wiadomo, Pitagoras stworzył koncepcję opartą na stwierdzeniu, że liczby posiadają pewną magnetyczną siłę, oddziałującą na osobowość i zachowanie człowieka. Początkowo jego teoria znana była jedynie nielicznym, głównie w krajach Orientu. Dziś naszą wiedzę na ten temat znacznie wzbogaciły odkrycia takich naukowców jak dr. Jordan z instytutu Nauk Numerologicznych w Kalifornii, a także licznych badaczy — numerologów angielskich i amerykańskich. Numerologia została powszechnie uznana jako odrębna dziedzina wiedzy, a jej praktyczne zastosowanie pozwala w dokładny i trafny sposób określić charakter, osobowość, a nawet przeznaczenie danej osoby.” (Ezoteryka – Numerologia)

Nawet dziewczęta z pewnego kółka matematycznego powtarzają na swych stronach dezinformujące tezy numerologów: „Ojcem numerologii był Pitagoras, który twierdził, że liczby mają magnetyczną siłę, która wpływa na charakter i los człowieka. Ukryte w liczbach wibracje łączą się z całym Kosmosem, z planetami i ludźmi, z którymi się stykamy. To od wysyłanych przez nas fal zależą kontakty z bliskimi, znajomymi, współpracownikami wreszcie.” Jeśli zgodzimy się ze Steinerem, iż staropitagorejska mistyka liczb uległa z czasem spłyceniu w nurcie pitagorejskim, to powyższe opinie są niczym innym jak karykaturą. Odpowiedzmy im słowami Galileusza: „aby tajemnice, na podstawie których Pitagoras odnosił się wraz ze swoją szkołą z takim szacunkiem do nauki o liczbach, miały być owymi głupstwami płynącymi z ust i pism pospólstwa, w to żadną miarą uwierzyć się nie da” [_1_].

Mam nadzieję, że mój krytyk nie uważa moich tekstów na temat pitagoreizmu za równie wypaczające istotę rzeczy. W każdym jednak razie moje stanowisko potrafię obronić i udowodnić — nawet jeśli nie niepodważalnie, to w sposób, który skłoni do uznania go za najbardziej prawdopodobne i płodne intelektualnie.

Krytyczne i konstruktywne podejście do źródeł

Ja piszę o pitagoreizmie w wyrazie mojego zafascynowania tą szkołą, ale jednak z pozycji zewnętrznego obserwatora, z kolei mój polemista pisze z punktu widzenia wyznawcy. Rzetelny wyzawca, który bada historię swojej doktryny, musi stale mieć na baczności niebezpieczeństwo bezkrytycznego stosunku do materiałów źródłowych. Łatwo bowiem można za dobrą monetę brać pisma starożytnych pitagorejczyków, które nazbyt koloryzują bądź służą uzasadnieniu „prawa sukcesji” po wielkich poprzednikach, zwłaszcza jeśli to pasuje do naszego obrazu pitagoreizmu (a każdy wyznawca ukuwa taki bardziej lub mniej subiektywny obraz dla własnych potrzeb). W naszym przypadku jest to o tyle ważne, iż mój oponent krytykuje moje analizy i tezy z punktu widzenia neopitagoreizmu, który według mnie (i nie tylko) najbardziej przyczynił się do wypaczenia obrazu pierwotnego pitagoreizmu. Niestety, nie wszyscy „wielcy” znawcy pitagoreizmu bądź pitagorejczycy mieli wystarczająco krytyczne nastawienie. Jedną z niewielu prac poświęconych krytycznej analizie materiałów źródłowych na temat pitagoreizmu jest Sodalicium sacrilegii. Pitagorejczycy w Rzymie w okresie republiki: fakty i mity (Toruń 1998) Danuty Musiał, w której autorka w szczególności ponownie rozważa dorobek „najwiekszego” bodaj znawcy pitagoreizmu — Jerôme Carcopino, na którego powołuje się wielu innych badaczy. Pisze, iż w przypadku Carcopino można mówić nie tyle o jego badaniach pitagoreizmu co o „wizji” pitagoreizmu (który był mu bardzo bliski osobiście). Kwestia krytycznego podejścia do źródeł musi stale wisieć nad naszymi poglądami na ten temat, zwłaszcza zaś odnośnie okresu „starej szkoły”. W razie jakichkolwiek wątpliwości co do danego świadectwa należy zadać sobie pytanie: z jakiej perspektywy piszący mógł zniekształcić obraz rzeczywistości?

Odrzucam przy tym pogląd jakoby jedyne co było nam dziś dostępne o Pitagorasie to „legendy, spekulacje i mniejsze lub większe przekłamania”. Taką sytuację mamy odnośnie rzekomego twórcy chrześcijaństwa, natomiast w przypadku Pitagorasa po pierwsze dysponujemy większą ilością materiałów źródłowych, po drugie zaś wcześniej od jego śmierci powstały pierwsze prace na jego temat z aspiracjami obiektywności. Jeszcze więcej można powiedzieć o samej szkole krotońskiej. Pogląd o zupełnej niepewności naszych informacji o wczesnym pitagoreizmie może być wykorzystywany jako przepustka dla uzurpatorów snujących na jego temat fantastyczne spekulacje.

Przyjmując najgorszy wariant: zupełnej niewiarygodności zachowanym źródłom, nasza polemika zostaje sprowadzona do prezentacji dwóch konkurencyjnych wizji pitagoreizmu…

Możliwość porozumienia racjonalisty z neopitagorejczykiem

Zarówno mój polemista, jak i ja deklaratywnie przyjmujemy optykę racjonalistyczną, ale pomimo tego nasze podejście jest bardzo różne. Dla Andrzeja Koseli racjonalizm to „czysta intelektualna nauka i wiedza” „nieskażona przez materializm”. Dla mnie „skażenie materializmem” nie jest wynikiem przyjęcia określonego paradygmatu, lecz konsekwencją racjonalistycznego przywiązania do uzasadnień i dowodów dla przyjmowania poglądów na określony temat. Sądzę wszelako, iż podział na materializm i idealizm w pryzmacie współczesnej nauki cokolwiek się zaciera, z pewnością nie ma już tego znaczenia co w starożytności. W każdym bądź razie najbardziej naiwny idealizm wiążę z teizmem, zwłaszcza w jego monoteistycznym wydaniu. Niektóre idealistyczne interpretacje pitagoreizmu (np. R. Steinera) czy innych „ścieżek duchowych” oceniam pozytywnie co najmniej z estetycznego punktu widzenia. Jestem racjonalistą sceptycznym otwartym na nowe doznania intelektualne.

W pewnej części cała ta polemika jest zupełnie bezprzedmiotowa: jeśli z pobudek światopoglądowych twierdzi się, że istnieje pewna wiedza na temat pitagoreizmu, której ja znać nie mogę jako czowiek egzoteryczny (o znaczeniu symboli, naukach, racjonalnych przesłankach wiedzy okultystycznej), to uczciwość intelektualna wymagałaby podejmować polemiki tylko na temat treści, które oponent uznaje za egzoteryczne. Na wskroś nieuczciwa jest taka postawa w której się twierdzi: Jesteś w błędzie, musisz mi uwierzyć na słowo. Taka argumentacja względem racjonalisty jest wadliwa i nieskuteczna.

Porządki pojęciowe

Jeśli chcemy jakoś określić filozofię liczb pitagorejczyków, to nawet jeśli kiedyś mogła to być numerologia, jako po prostu „nauka o liczbach”, to w obliczu kradzieży i upowszechnienia tego pojęcia przez współczesnych szarlatanów, używanie tego określenia dla systemu pitagorejskiego jest szkodliwe, bo jest dezinformujące i może de facto legitymować szarlatanów. Dlatego właśnie według mnie należy używać pojęcia numerozofia.

Ponadto sprzeciwiłbym się utożsamianiu pojęć ezoteryka i okultyzm, nawet jeśli etymologicznie czy historycznie były ze sobą ściśle związane. Sądzę, że ezoteryka powinna być pojęciem szerszym, zaś dla okultyzmu zarezerwowałbym tę ezoterykę, która związana jest z magią, parapsychologią itp., nawet jeśli według niektórych magia czy parapsychologia mają racjonalne podstawy (mam nadzieję, że ich legitymacją jest coś więcej niż hipotezy Mesmera). Chętnie się dowiem dlaczego stworzenie bomby atomowej było „wynalazkiem paru adeptów czarnej magii” czy też poznam okultyzm jako „czystą i pełną naukę o przyrodzie”, jednak na wypadek nieuleczenia mojej ignorancji uznałbym powyższe kryteria pojęciowe za użyteczne i porządkujące. Natomiast nie uważam za sensowne wyróżnianie „prawdziwej” i „fałszywej” ezoteryki, jak czyni to mój oponent.

Komentator wiele pisze o domniemanym „biopolu”, o którym ja nic nie wiem. Jednak wyjaśnianie za jego pomocą zjawisk naturalnych wydaje się słabo uzasadnione. Powstawanie wizji, zjaw czy różnych projekcji w „odmiennych stanach świadomości” przypisać możemy deprywacji sensorycznej (zob. więcej: str. 1955, 2116, 2153), a nie rzekomej „wyobraźni wszechświata”, „Human Energy Field”, czy jak nazwać to ezoteryczne „biopole”. Za pomocą współczesnej nauki można wyjaśnić większość innych zjawisk, jakie niektórzy mogą wiązać z jakimiś „tajemnymi siłami natury”. Właśnie weszliśmy na pole paranauki. Dla takiej ezoteryki koniecznie trzeba węższą nazwę — okultyzmu właśnie. Jeśli ma on racjonalne podstawy, to mam nadzieję, że kiedyś je poznam, lecz aktualnie nie mam podstaw, aby to stwierdzić.

Nie zgadzam się z twierdzeniem, iż pojęciu naukowy odpowiada poznany rozumowo, intelektualny, gnostyczny. Za wadę naszego języka uważam tak szerokie pojęcie naukowości, bez osobnego pojęcia dla tzw. science. W języku polskim naukowcem określimy zarówno literaturoznawcę jak i biologa molekularnego. Ja zawsze staram się używać pojęcia „naukowy” dla określenia tego procesu badawczego i poznawczego, który wiąże się z precyzyjną i efektywną metodologią nauk przyrodniczych i częściowo nauk społecznych. Jeśli jakakolwiek wiedza okultystyczna jest w stanie przejść przez ten proces metodologiczny, to może być uznana w moim rozumieniu za wiedzę naukową. Jeśli nie, może być określona „doktryną”, „filozofią”, „wierzeniem” itp.

Czy Pitagoras został ubóstwiony?

Andrzej Kosela zarzucił mi: „Pitagoras nigdy tak naprawdę nie został deifikowany przez swoich potomnych, a co dopiero za życia. To jest nonsens, pokazujący jak małą tak naprawdę wiedzę autor posiada o Pitagorasie i o filozofii, którą on reprezentował. Jeśli już, to był on uważany za jednego z największych filozofów i mędrców w historii świata, obok Hermesa, Zoroastra, Ostanesa, Orfeusza, Platona czy Arystotelesa, ale nigdy za boga.” Nie wiem co autor słów rozumie poprzez deifikację, ale jeśli nie możemy mieć pewności co do wiarygodności opinii neopitagorejczyków o Pitagorasie, to nie mamy powodów, aby nie wierzyć im, że traktowali Pitagorasa jako boga, boga w ludzkiej postaci, boską istotę — jeśli tak pisali. A pisali. Z faktu jego deifikacji biorą się właśnie tak bujnie produkowane legendy na temat Mędrca Samijskiego: wszystkie jego cuda (częściowo podobne do cudów Jezusa), zdolności, proroctwa i inne zmyślenia. Przecież nawet przy wyjątkowo dobrej woli trudno jest uznać, że cała ta hagiografia to po prostu symbole. Trudno się zgodzić z tezą, że Pitagoras był traktowany podobnie jak Platon czy Arystoteles. Ci traktowani byli jako niezwykli mędrcy, ale nigdy nie dostąpili wątpliwego zaszczytu ubóstwienia (chyba że za to uznać średniowieczny skostniały arystotelizm chrześcijański z nabożną czcią traktujący pisma Arystotelesa). Pitagoras, podobnie jak Empedokles czy Jezus, został przez swych wyznawców deifikowany. Przy określonym pojmowaniu ubóstwienia można uznać, że Pitagoras nie dostąpił tego zaszczytu, lecz była to z pewnością deifikacja analogiczna do tego co spotkało Jezusa (tym bardziej, że w niektórych ewangeliach jest on „mniej boski” niż Pitagoras w niektórych pismach pitagorejskich).

Ze świadectw jakie nam pozostały wiemy, jakie znaczenie miała w pitagorejskiej szkole formuła, za pomocą której przedstawiano uczniom myśli Pitagorasa: „On tak powiedział” [_2_]. To formułka dla wiedzy w randze dogmatu z pieczęcią boskiego Pitagorasa. U Apulejusza znajdujemy taki fragment: „…zanurzywszy się w ich falach siedmiokroć razy — bowiem tę liczbę boski ów Pitagoras zalecił jako szczególnie się przy świętych obrzędach nadającą.” [_3_]

W Żywocie Pitagorasa (2 poł. III w. n.e.) Porfiriusz tak pisał o jego uczniach z miast greckich na południu Italii: „Zajęli oni, wzniósłszy miasta, tę część Italii, którzy wszyscy nazywają Wielką Grecją, przyjąwszy od Niego prawa i ustawy, traktując je jak boskie nakazy, wbrew którym nie godzi się czynić niczego. Ci również dobra swoje uczynili wspólnymi i zaliczyli Pitagorasa w poczet bogów. Dlatego wszyscy spośród nich — ilekroć zamierzali przekazać komuś coś z niewypowiedzianych tajników Jego nauk, z czego wyprowadzali liczne wnioski dotyczące natury rzeczywistości – [wymieniali] tak zwaną arcyczwórkę (tetraktys), na którą przysięgali, przywołując na świadka Pitagorasa jak boga.” Dalej pisze Porfiriusz: „Opowiada się zresztą niezliczone, jeszcze bardziej zadziwiające i boskie historie o tym mężu, zgodnie i jednogłośnie poświadczone. By rzec krótko, nikt nie uchodził za większego i sławniejszego. Są przechowywane w pamięci [ludzi] sprawdzone przepowiednie [Pitagorasa] o trzęsieniach ziemi, jak i to, że potrafił odwrócić epidemie i powściągnąć gwałtowne wiatry i grad, jak też uciszać fale rzeczne i morskie, by przyjaciele mogli bezpiecznie płynąć.” Podobnie pisze Jamblich, wedle którego Pitagoras miał być czczony w Krotonie jak bóg. [_4_]

Do procesu deifikacji mógł zresztą przyczyniać się sam Pitagoras, bo wiele wskazuje na to, że już za swego życia gorliwie dbał o swój „boski” image. Było to jednak, jak się zdaje, nietypowe podejście do boskości jak na ówczesne czasy i kulturę, przeto zniekształcenia były czymś zupełnie naturalnym. Pitagoras miał bowiem w dążeniu do prawdy widzieć drogę upodobniania się ludzi do Boga, wznoszenia się na drabinie doskonałości. Interesująco pisze o tym Steiner: „Lud czuł się dobrze ze swoimi bogami; Pitagoras zaś musiał odesłać tych bogów do królestwa tego, co niedoskonałe. W tym też należy doszukiwać się „tajemnicy”, o której mówi się w związku z Pitagorasem i której nie wolno było zdradzić niewtajemniczonemu. Polegała ona na tym, że jego myślenie musiało przypisywać duszy ludzkiej inną przyczynę niż boskie dusze religii ludowej. Do tej „tajemnicy” sprowadzają się ostatecznie liczne ataki, których doświadczył. (…) Tak jak dusza w tonach muzyki przeżywa stosunki liczb, tak Pitagoras wczuwał się w duchowe współżycie ze światem, które rozum może wypowiedzieć w liczbach; przecież dla tego, co dane w przeżyciu, liczby nie są niczym innym niż tym, czym dla przeżycia muzycznego są znalezione przez fizyków liczby odpowiadające stosunkom dźwiękowym. Dla Pitagorasa miejsce mitycznych bogów zajęła myśl; ale przecież — przez odpowiednie pogłębienie — dusza, która za sprawą myśli oddzieliła się od świata, znowu odnajduje swoją jedność ze światem.” [_5_]

Nawet jeśli przyjmiemy, iż sam Pitagoras usiłował takiej właśnie deifikacji dostąpić, to czymś nieuniknionym musiało być, że wielu jego uczniów, zwłaszcza akuzmatyków, musiało w nim widzieć boga w sensie właściwym dla swej kultury, mniej wysublimowanym. Dzisiejszy obraz Jezusa w świecie chrześcijańskim jest właśnie takim „akuzmatyckim” przykładem prymitywnego wypaczenia zjednoczenia z bóstwem o jakim opowiadało ówcześnie wielu nauczycieli stojących na czele sekt o wschodnich korzeniach.

Rytuały wtajemniczenia

Pisząc o rytuałach, jakie się wiążą z wiedzą ezoteryczną, nie miałem bynajmniej na myśli jej zdobywania poprzez owe rytuały. Rytuały w tej dziedzinie wiążę z wtajemniczeniami co można chyba utożsamić z tzw. ceremoniami przejścia (do nowego życia). Oznaczają one symboliczne nowe narodziny i ich funkcją jest odciśnięcie piętna psychicznego na adepcie, aby tym wyraźniej odczuł cezurę jaka zachodzi w jego życiu. Pitagorejczyków kręgu wewnętrznego można przedstawić także jako tych z części „zaksiężycowej”, którzy wyszli poza pełną chaosu część „podksiężycową”. W wielu, jeśli nie we wszystkich szkołach ezoterycznych, opuszczenie wewnętrznego kręgu lub zdrada wiąże się także z ceremonią wyjścia, na ogół symbolizującą śmierć. „Czcigodna szkoła pitagorejska wznosiła cenotafy odstępcom od swej nauki, uważając ich za trupy” — pisze adept ezoteryzmu chrystiańskiego, Orygenes [_6_]. Ci, którzy po wtajemniczeniu wrócili do normalnego życia bądź zostali wydaleni [_7_], mieli usypywany symboliczny grób. Rytuały nie będą więc wiązać się tylko z ezoteryką misteryjną, choć istotnie nie są chyba nieodzowne w ezoteryce jako takiej.

Symbolika

Pisząc, iż „badania związane z liczbami miały u pitagorejczyków zasadniczo naukowe podłoże w zdrowym sensie tego słowa” nie miałem na myśli, iż zajmowali się czystą matematyką. Napisałem „zasadniczo naukowe”, czyli zdaję sobie doskonale sprawę, iż zajmowali się także symboliką, swoistą semantyką liczb (nie przypisując im wszelako magicznych właściwości, jak sobie interpretują współcześni szarlatani). Gdybym twierdził, że zajmowali się czystą matematyką, to nie określiłbym ich systemu numerozofią. Symbolikę nie uważam za szarlataństwo (choć może w nie się przerodzić). „Symbol jest pośrednikiem pomiędzy pojęciem i jego odbiciem w głębinach psychiki i ducha ludzkiego” (Gentili). Dlatego też nie można wychodzić od symbolu, lecz od badania. Uważam za błędne stwierdzenie mojego polemisty, iż „Prawdziwa droga naukowa to właśnie symbolika, a z niej dopiero wypływa praktyka”. Jeśli symbolika jest właściwie wykorzystywana, może sprzyjać poznaniu czy pełnić inne pozytywne funkcje. Ale w tych rozważaniach nad symboliką liczb nie możemy z rozpędu zagubić znaczenia czystej, zdrowej nauki, matematyki, z jaką ściśle zespolili swoją numerozofię.

Zobrazujmy to pewnym faktem: jeśli wychodzimy od symbolu i symbol jest „prawdziwą wiedzą”, to jeśli znamy „twierdzenie Pitagorasa”, jeśli nie mamy wątpliwości, że jest ono poprawne, że prawidłowo opisuje rzeczywistość, a zatem może być dobrą podstawą do dalszych rozważań symbolicznych, po cóż nam u licha jeszcze szukać dowodu tego twierdzenia? On w żaden sposób nie zmieni naszej wiedzy symbolicznej. Tymczasem pitagorejczycy mieli „twierdzenie Pitagorasa” a zasłynęli jego udowodnieniem. Odrzućmy spekulacje, iż dowód też przejęli od Egipcjan. Pitagorejczycy szukali dowodów! Na tej podstawie twierdzę, iż można łatwo przewartościować znaczenie ich symboliki. Symbolika nie była trzonem ich wiedzy, nie była wszystkim (choć można przyjąć, że u akuzmatyków tak było, podobnie jak i u neopitagorejczyków, którzy nie dokonywali odkryć naukowych). Kosela pisze: „Pitagorejczycy nie przeprowadzali eksperymentów naukowych; była to sekta oparta na pewnej bardzo specyficznej i zamkniętej doktrynie, bazującej na symbolicznej matematyce, geometrii, muzyce i astronomii”. Nie można się z tym zgodzić. Czyż ich odkrycia w „arytmetyce stosowanej”, jak zwali muzykę, mogły być dokonane bez eksperymentów? To zapewne tylko wierzchołek góry lodowej.

O zredukowanie elementu symbolicznego i mistycznego nauki o liczbach polemista oskarża współczesnych „ekspertów”, rysując przy tym diametralnie odmienny od współczesnego starożytny model nauki. Nie jest to prawdą. Już przecież wielki grecki matematyk Euklides (IV-III p.n.e.), który zebrał i spisał zasady odkryte przez pitagorejczyków, zostawił na boku ich teorie mistyczne. Matematyk czy fizyk nie musi przecież zajmować się symboliką. W dzisiejszym świecie, symbolicznym czy metaforycznym podejściem do prawd naukowych powinni zajmować się przede wszystkim filozofowie, którzy mogą tworzyć nad nauką jej metafizyczną nadbudowę. Filozofowie są dziś oderwani na ogół od prawd naukowych, tkwiąc w swych światach pełnych oderwanych od rzeczywistości idei. Pitagorejskie zespolenie nauki i filozofii legło w gruzach. Filozofowie współcześni powinni próbować je odbudowywać.

Triumf akuzmatyków

Jak bardzo mylące może być eksponowanie ezoteryczności danej szkoły jako jej istoty (co na samym początku zarzucił mi Kosela) można dowieść poprzez stwierdzenie, iż tak samo o pierwotnym chrystianizmie można powiedzieć, iż jego istotą była ezoteryczność nauk. Głównymi ideologami tego nurtu byli zwłaszcza Klemens Aleksandryjski oraz Orygenes. Klemens Aleksandryjski pisał, że w chrześcijaństwie są „pisma ezoteryczne, to znaczy wewnętrzne, oraz inne, zwyczajne, egzoteryczne, to znaczy zewnętrzne” [_8_]. Ten sam nurt znajdujemy u Orygenesa, który w swej polemice z Celsusem pisał m.in.: „istnienie pewnych tajemnic ukrywanych przed pospólstwem nie jest wyłączną właściwością nauki chrześcijańskiej” [_9_]. Obowiązek zachowania nauk w tajemnicy (disciplina arcani)istniał w chrześcijaństwie od III do V wieku (ale miał swój rodowód już w ewangeliach). Tajemność obejmowała zwłaszcza dogmaty, obrzędy i sakramenty. Mało chrześcijan zdaje sobie sprawę, jak bardzo NT nasączony jest obrazkami „ezoterycznymi”. Mamy tam nawet klasyczne przedstawienie starożytnych dwóch kręgów: ezoterycznego i egzoterycznego („I dodał: Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha. A gdy był sam, pytali Go ci, którzy przy Nim byli, razem z Dwunastoma, o przypowieść. On im odrzekł: Wam dana jest tajemnica królestwa Bożego, dla tych zaś, którzy są poza wami, wszystko dzieje się w przypowieściach, aby patrzyli oczami, a nie widzieli, słuchali uszami, a nie rozumieli, żeby się nie nawrócili i nie była im wydana /tajemnica/.” — Mk 4,9-12, BT; por. też Łk 8,8-11). [_10_] Czy jednak daje to podstawy, aby wysnuwać twierdzenia o powiązaniu pitagoreizmu i chrystianizmu? Nie wydaje się to możliwe, pomimo tego, że Isidore Lévy i kilku innych autorów tropiło pitagorejskie źródła chrystianizmu (w istocie raczej neopitagorejskie). [_11_] Jeśli miałbym się doszukiwać tutaj jakichś analogii w obu nurtach, to np. w oparciu o tezę, iż chrześcijaństwo to triumf „chrystiańskich akuzmatyków”, którego instytucjonalizacją był kościół. [_12_]

„Triumfem akuzmatyków” jest dla mnie także neopitagoreizm. [Przy takiej analogii nie mogę nie dodać zastrzeżenia, iż pitagoreizm jest dla mnie oczywiście dużo bardziej wartościowy niż chrystianizm.] Mój komentator nadal uparcie nie zauważa, iż ja w swoim tekście przedstawiłem oba znaczenia podziału na akuzmatyków i matematyków: zarówno jako wyraz rozdziału, jak uważają niektórzy badacze, jak i wyraz dwóch kręgów (egzoterycznego i ezoterycznego) wśród pitagorejczyków. Kosela przypuszcza, że przyczyną rozłamu mogły być kontrowersje związane z zachowaniem tajemnicy. Być może, ale istnieje bardziej interesujące wyjaśnienie. Niektórzy uważają, całkiem sensownie, iż rozłam się wiązał z odkryciem liczb niewymiernych. Mówiąc ściślej, nie istniały dla nich takie liczby: niewymierność boku i przekątnej w kwadracie była dla nich wyrazem pewnej słabości arytmetyki, w pewnym sensie burzyła ich światopogląd, ich numerozofię (czyżby nie wszystko miało liczbę?). Na tym tle miało dojść do rozłamu: jedni po tym odkryciu zwątpili w badania naukowe i poczęli odtąd szukać prawdy tylko w medytacjach i rozmyślaniach, w dużo bezpieczniejszej symbolice. Inni pozostali przy badaniach naukowych i próbowali jakoś radzić sobie z tym odkryciem (zmiana spojrzenia na liczby, liczby niewymierne, zapis bezliczbowy, skupienie się na geometrii). Przy tej wersji wydarzeń, neopitagorejczycy będą kontynuatorami tych co zepchnęli badania na dalszy plan lub z nich zrezygnowali. Potwierdzają to dokonania neopitagorejczyków.

Wskazałem też, że akuzmatycy rozumiani jako krąg zewnętrzny, mogą być zarazem grupą rozłamową, bo czyż trudno sobie wyobrazić sytuację w której nowicjusze, niedopuszczeni do największych tajemnic, zaznajamiani jedynie z powierzchownymi naukami i obrzędami, dokonują rozłamu w tym sensie, iż zaczynają forsować, iż „to oni są prawdziwym kościołem”, oni są prawdziwymi pitagorejczykami, pitagoreizm akuzmatycki jest pitagoreizmem jako takim, itd. Triumf powierzchownych nauk jest dużo łatwiejszy niż nauk zaawansowanych, stąd ich przypuszczalny rozłam mógł upowszechnić w starożytności wykoślawiony obraz pitagoreizmu, skupionego zwłaszcza na obrzędach i symbolach, a nie na badaniach i nauce. Ale na szczęście, pozostały nam owoce i niejasne świadectwa ze „starej szkoły”, które pozwalają nam zrekonstruować obraz pierwotny, przełamujący tradycję i legendy, jakie wytworzyli neopitagorejczycy.

Związki pitagoreizmu z innymi szkołami

Mój polemista, identyfikując się z neopitagoreizmem, twierdzi zarazem, iż „wywodzi się on w prostej linii ze Szkoły Pitagorasa w Krotonie, reprezentując te same podstawowe idee i naukę”. Zgadzam się, że istnieją pewne wspólne idee, lecz „reaktywowany” pitagoreizm był jednak czymś innym. Usiłowanie dowiedzenia „ciągłości sukcesji” przypomina mi tutaj próby katolickie czy protestanckie udowodnienia, iż w prostej linii wywodzą się one z pierwotnego chrystianizmu i Biblii. Aby przyjąć tezę, iż neopitagoreizm kontynuował najważniejsze założenia pitagoreizmu trzeba by przyjąć, że czegoś istotnego o szkole krotońskiej nie wiemy.

Ale nawet i z tym założeniem byłoby to trudne. Możemy się przecież odwołać do „owoców” obu nurtów: szkoła krotńska pozostawiła w spadku wiele wspaniałych odkryć i śmiałych teorii (nie o wszystkim pisałem w moich tekstach); po neopitagorejczykach nic takiego nie pozostało, co choćby było tylko bladym cieniem dokonań ich poprzedników (chyba, że uznamy, że ich wielkie odkrycia dotyczyły wiedzy „ezoterycznej”, jednak z wielu powodów taka opinia do mnie nie przemawia). Już to każe przypuszczać, że podejście do nauki było zupełnie różne. Nie możemy chyba przyjąć opinii o jakichś zewnętrznych, obiektywnych przyczynach tej jałowości neopitagoreizmu z naukowego punktu widzenia.

Kosela twierdzi, że było to po prostu odkrycie na nowo przez ludzi, którzy mieli dużo lepszy dostęp do źródeł niż my. Jakkolwiek prima facie różnica dwudziestu wieków wydaje się niezrównanie oddalać nas od oryginalnego pitagoreizmu w stosunku do neopitagorejczyków, to jednak w dużym zakresie może to być złudna optyka. Tzw. neopitagorejczycy „odkrywali” pitagoreizm jako wyznawcy, zaangażowani niemal religijnie, w kontekście kreowania się ówczesnej mody na wschodnie wierzenia. Do swego systemu wchłonęli wiele takich elementów i akcentów, które były obce pierwotonemu pitagoreizmowi. Ale najważniejsze jest to, że przecież już nawet za życia Pitagorasa rozpoczął się proces otaczania jego i pitagorejczyków legendami i równie dobrze możemy przyjąć, że systemy neopitagorejskie w dużej mierze bazowały na zniekształconym obrazie, zaś ówcześnie ludzie byli bardziej naiwni i mniej zaprawieni w krytycznej analizie podań, tekstów i tradycji, niż my.

Dlatego też zaufanie budzi opinia jednej z czołowych polskich badaczek pitagoreizmu, Danuty Musiał: „Pitagoreizm odrodził się w Aleksandrii w II wieku p.n.e, przede wszystkim jako postawa wobec problemów eschatologicznych i określony model życia. Neopitagorejczycy odwoływali się do nauk akuzmatyków„wzbogaconych” o elementy judejskiej gnozy, filozofii platońskiej i stoicyzmu z jego afirmacją astrologii. Uważali się za spadkobierców Pitagorasa, ale z jego filozofii przejęli jedynie zainteresowanie dla spekulacji liczbowych i pewne wskazania etyczne. Dla neopitagorejczyków Pitagoras był nie tyle filozofem co mistrzem wiedzy tajemnej i prorokiem nowej wiary.” [_13_] W późniejszej publikacji ta sama autorka podkreśla deformacyjne tendencje neopitagorejczyków: „Eksponują oni przede wszystkim cudotwórczą działalność Mistrza z Krotony i ezoteryczne aspekty jego nauki, przynależne bardziej do pitagorejskiej legendy niż do rzeczywistości, w której żył i działał Pitagoras.” [_14_] Sądzę, że powinno to skłonić mojego polemistę do nieco ostrożniejszego wypowiadania poglądów o ezoterycznych aspektach związku krotońskiego, a także nieco oględniejszego potępiania poglądów, które, choć również pozytywnie odnoszą się do pitagoreizmu, to jednak postrzegają go w nieco innym świetle.

Wywodzenie alchemii (filozoficznej) z pitagoreizmu jest według mnie zupełnym nieporozumieniem. Pomimo pewnych wspólnych idei, są to jednak systemy fundamentalnie odmienne. Jak wiadomo, wśród różnych typologii, w starożytnej filozofii możemy wyróżnić dwa paradygmaty: joński, poszukujący prazasady i istoty bytu w aspekcie materialnym (woda, powietrze, ogień i in.), oraz pitagorejski, zupełnie odeń różny poprzez wyjście od formy (liczby — w ujęciu arytmetycznym i geometrycznym). „Filozofia ognia” ze swymi czterema podstawowymi „elementami” świata, czterema „żywiołami” (ziemia, powietrze, woda, ogień), siedmioma „zasadami” (rtęć, siarka, złoto, srebro, miedź, żelazo, cyna, ołów) jest w swej istocie filozofią „substancjalną”, odległą tym samym od pitagoreizmu. Być może bliżej jej neopitagoreizmu, w którym bardzo różne elementy zostały zmieszane, jednak sposób myślenia alchemików był bardzo różny od pitagorejczyków „starej szkoły”. Znów mamy tylko podobieństwo formalne, związane z otoczką ezoteryczną obu tych nauk, co może stanowić pokusę do zestawiania ze sobą obu nurtów, jednak nie jest to dostateczne podobieństwo.

Równie wątłe zdają mi się związki pitagoreizmu z kabałą, której korzenie zresztą polemista cofa ponad to co możemy dowieść (Sefer Jezira pochodzi z ok. I-III w. n.e.). Może na jakimś poziomie symbolicznym zachodzą podobieństwa, lecz są one chyba niezbyt głębokie, nie sięgają istoty obu systemów (symbolika kabalistycznego sephiroth i pitagorejskiego tetraktyks ma istotne różnice, ale nie miejsce w tym artykule, aby je przedstawiać). Wynalezienie takiego związku będzie raczej bardzo życzliwą interpretacją niż stwierdzeniem faktu [_15_]. Jeszcze bardziej zagadkowe wydaje mi się powiązanie pitagoreizmu z zurwanizmem, jednak moja wiedza na ten temat jest znikoma, stąd nie mogę się do tego odnieść. Są też u mojego polemisty zupełnie fantastyczne powiązania. Jakkolwiek wywodzenie trzech najważniejszych szkół filozoficznych świata grecko-rzymskiego od Pitagorasa może być ryzykowne, to doszukiwanie się ich korzeni w legendarnym Orfeuszu jest tak samo trudne do obalenia jak i potwierdzenia. Równie intrygująca jest wzmianka o biblijnym Danielu jako magu.

Jeśli ja nie mam wątpliwości, że powoływanie się na pitagoreizm przez współczesnych szarlatanów jest zwykłą uzurpacją, o tyle pewne moje wątpliwości budzi tutaj relacja neopitagoreizmu i tych niuejdżowych produktów. Po pobieżnym porównaniu dostrzegamy niepokojące podobieństwa, czy też zarodki „chwaściej filozofii” w neopitagoreizmie. Podobnie w przypadku zestawiania New Age z alchemią, gnostycyzmem, kabałą i innymi systemami okultystycznymi. Być może skłonny byłbym postrzegać New Age jako okultyzm z postoświeceniową traumą. Jeśli jednak jest to ocena niesprawiedliwa, błędna, to liczę na to, że ktokolwiek głebiej zainteresowany neopitagoreizmem i innymi szkołami ezoterycznymi, zechce swoją wiedzę na ten temat wyartykułować w „Racjonaliście” [_16_].

Wschodni depozyt

Z doszukiwaniem się tak ścisłych związków między bardzo wieloma szkołami, zwłaszcza ezoterycznymi, wiąże się koncepcja wiedzy Andrzeja Koseli. Ma on mianowicie pewną wizję depozytu wiedzy, która gdzieś tam na Wschodzie się wykluwszy nie wiadomo skąd i jak, była następnie w całości i starannie przekazywana dalej. Pitagoras nie stworzył niczego nowego, ale przejął wszystko ze Wschodu. Platon w swoim filozoficznym systemie nie stworzył niczego oryginalnego, ale przejął depozyt od Pitagorasa. Zaś cała późniejsza filozofia to zapewne tylko przypisy do Platona. Dalej też mój neopitagorejczyk usiłuje dowieść, że neopitagoreizm to mniej więcej pitagoreizm. Ten ciąg depozytariuszy Kosela jest zapewne skory kontynuować do XXI w., a jeśli na jakimś etapie „sukcesji” wydaje się nam, iż wiedza uległa istotnemu rozwojowi, to znaczy, że nie znamy wszystkich faktów o poprzednikach. Z drugiej strony wizja ta zawiera założenie kompletności tego depozytu wiedzy: w doskonałej interpretacji tetratyksa pitagorejskiego Neopitagorejczyk dopatruje się alfy i omegi tego co umysł ludzki może pojąć i zrozumieć, tak jakby niemożliwe było znajdowanie nowych pytań i odpowiedzi.

W moim przekonaniu jest to całkowicie fałszywy obraz, który nie docenia twórczości i inwencji ducha ludzkiego. Jestem przekonany, że zarówno Pitagoras (czy raczej pitagorejczycy), jak i Platon nie byli po prostu depozytariuszami jakiejś nietykalnej wiedzy, lecz że sami wiele jej wnieśli, że każdy z nich był twórcą, odkrywcą. Poza tym, niekoniecznie Pitagoras czerpał bezpośrednio od Egipcjan czy Babilończyków swą matematyczną wiedzę, być może jego głównymi nauczycielami byli Tales [_17_] i Anaksymander. Nasza wiedza o świecie w ciągu wieków niezwykle ewoluuje i trudno jest uwierzyć w istnienie jakiegoś wspaniałego depozytu sprzed dziesiątków wieków, który byłby także dziś kluczem do zrozumienia i poznania świata. Kiedy wskazałem, iż pomimo uznania jej wielkości, wiedza Pitagorasa nie może być porównywana do naszej, odwołując się do pewnych niezdarności matematyki pitagorejczyków, mój oponent stwierdził po prostu, że nie rozumiem tej wiedzy i zamiast wyjaśnić pozorność tych niezdarności zaczął opowiadać o „tajemnym i świętym alfabecie”, który tak się ma do odpowiedzi na moją wątpliwość jak piernik do wiatraka. Jest ta wizja co prawda obrazem nieco bardziej optymistycznym niż bełkot postmodernistyczny, że wszystko już zostało wypowiedziane i nic nowego nie jesteśmy w stanie dodać, jednak nie wydaje się odpowiadać prawdzie ten pogląd. Dobrze natomiast odpowiada mitologizacyjnym opowieściom o tzw. złotym wieku dziejów ludzkich. Z całym szacunkiem dla egipskich kapłanów, ale wiemy znacznie więcej o świecie niż oni.

Pitagoreizm redivivus!

Niepokojące u mojego polemisty jest ciskanie anatem na „naukę materialistyczną”, „pozbawioną Boga”, jako „zimny i suchy opis natury, oparty wyłącznie na zewnętrznych zmysłach, częściowy i wyrwany z całości”. Ciągle tu pobrzmiewa ten spłycony wizerunek współczesnej nauki. Dla mnie nauka ta jest bez wątpienia „pozbawiona Boga”, ale bynajmniej nie tak płytka jak sugeruje polemista. Ghyka w Złotej liczbie pisze: „Poprzez Cantora, Einsteina, Schrödingera i de Broglie’a nauka współczesna urzeczywistniła ideał Pitagorasa i Platona”. Bardzo znamienne jest w szkole pitagorejskiej to, że Dionizosa orfizmu zastąpili Apollem, opiekunem rozumu i nauki. Wyraża to przekonanie, że doskonalenie należy prowadzić poprzez badania naukowe a nie ekstatyczną mistykę czy magiczne obrzędy. Jostein Gaarder pisze: „wiara pitagorejska strukturalnie zakłada naukę. Dzięki temu mistycyzm pitagorejski różni się radykalnie od różnych form mistycyzmu wschodniego, jako że zamiast odwoływać się do sił pozalogicznych i pozaracjonalnych, do unicestwienia świadomości, odwołuje się do logosu, do rozumu, do nauki, do świadomości. Postawa pitagorejczyków jest pierwszym przykładem połączenia mistycyzmu z racjonalizmem, które to połączenie potem wielokrotnie powtórzy się w świecie zachodnim.”

Najwięcej pitagoreizmu odkryłem u takich współczesnych naukowców, jak Albert Einstein, Edward O. Wilson czy Richard Feynman. Byli oni przy tym ateistami, a jeśli pisali o Bogu to wyłącznie w metaforyczny sposób. Jednak pierwiastki religijne były u nich obecne, choć nie wiązało się to z żadnym idealizmem. Ich nauka nie ma oczywiście nic wspólnego z płytkim zmysłowym oglądem świata czy „diabolicznym rozbijaniem”, lecz przeciwnie, chce wejść jak najgłębiej, obejmować jak najwięcej, unifikować jak najwięcej wiedzy dla budowy spójnego obrazu świata, który jest urzekająco piekny i niezwykły (choć całkowicie „naturalny”).

Dlatego też za dzieło odrodzonego pitagoreizmu nie nazwałbym hagiografii neopitagorejskich, lecz np. Konsiliencję Wilsona. Wyraża ono wiarę w jedność nauki, przekonanie, że świat jest uporządkowany i że można go objaśnić za pomocą niewielkiej liczby praw przyrody. Osiągnięcie konsiliencji nauki rozumiane jest jako zjednoczenie wszystkich najważniejszych dziedzin wiedzy, wykraczającej poza nauki przyrodnicze. Podobnie jak u pitagorejczyków, językiem przyrody są tutaj prawa matematyczne, nauka określona zostaje mianem „religii wyzwolonej”, zaś badania naukowe wyrażają najgłębsze religijne potrzeby człowieka: „poszukiwanie obiektywnej rzeczywistości, w miejsce objawienia, jest jedynie innym sposobem zaspokajania tego samego religijnego głodu. Niemniej nauka, będąca przedsięwzięciem niemal tak starym jak cywilizacja i niewątpliwie splecionym z tradycją religijną, zmierza do tego celu zupełnie inną drogą — jako nasze stoickie wyznanie wiary, skłonność nabyta, przewodnik w wyprawie przez nieznaną, górzystą krainę. Zmierza do uratowania ludzkiego ducha nie przez poddanie się zewnętrznemu autorytetowi, lecz przez wyzwolenie ludzkiego umysłu. Fundamentem tego dążenia jest, jak wiedział Einstein, unifikacja wiedzy”. I dalej: „Jeśli w naszych mitologicznych opowieściach nie będziemy mogli odwoływać się już do religijnej kosmologii, ich materią staną się dzieje przyrodniczej ewolucji wszechświata i ludzkiego gatunku. Z pewnością nie należy sądzić, że byłby to proces degradujący. Prawdziwa epopeja ewolucji, opowiedziana przez poetę, może być równie wzniosła jak epika religijna. Obraz przyrody odsłaniany przez naukę już dziś oferuje na wizję bogatszą niż wszystkie kosmologie religijne razem wzięte. Dzieje ludzkiego gatunku zrekonstruowane przez naukę sięgają tysiąckrotnie dalej w przeszłość niż wizje wielkich religii świata zachodniego. Dzięki poznaniu tych dziejów dokonaliśmy doniosłego odkrycia o wielkim znaczeniu moralnym. Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że gatunek Homo sapiens jest czymś więcej niż zbiorowiskiem plemion i ras. Należymy do jednej puli genowej, z której w każdym pokoleniu wyłaniają sięposzczególne jednostki i do której wracają ich geny w pokoleniu następnym. Jako gatunek jesteśmy na zawsze zjednoczeni przez nasze dziedzictwo i wspólną przyszłość. Z takich idei, opartych na solidnym fundamencie wiedzy naukowej, może się wyłonić nowe poczucie nieśmiertelności i nowy rodzaj mitologii.” Nauka współczesna ma nie tylko wielkie walory estetyczne, ale i swoiście ezoteryczne. Znane jest powiedzenie pewnego naukowca: Jeśli fizyka kwantowa nie oszałamia cię, to znaczy, że jej nie rozumiesz… Pisze nasz Pitagorejczyk (w nieświadomości mieniący siebie, jak i Einsteina, Jończykiem): „Natura i jej tajemnice powinny działać na wyobraźnię równie intensywnie jak poezja czy baśnie. Aby osiągnąć ten cel, uczony powinien bez obawy sięgać po wszelkie dostępne formy literackie i środki stylistyczne: aforyzm, metaforę, przypowieść, analogię czy bajkę, które pomogą mu plastycznie przekazać prawdę czytelnikowi” [_18_].

Istnieje całkiem sporo takiej nauki „egzoterycznej” przedstawianej niewtajemniczonym: w poezji o ewolucji, alegorii o fizyce kwantowej [_19_], metaforach o kosmosie, itd. W tych ostatnich celował Einstein odwołując się zwłaszcza do pojęcia Boga („Bóg jest wyrafinowany, ale nie złośliwy”, „Bóg nie gra w kości”). I pomimo, iż sam niejednokrotnie deklarował niewiarę w Boga, do dziś dostaję protesty w sprawie mojej klasyfikacji Einsteina jako człowieka niewierzącego od tych, którzy bądź to nie rozumieją jego metafor, bądź jeszcze częściej zostali wprowadzeni w błąd przez nieuczciwych propagatorów. Niedoścignionym nauczycielem współczesnych „akuzmatyków” był Carl Sagan, którego niezrównane i piękne metafory i analogie popularyzujące „tajemnice Natury” zaczarowały niejednego „akuzmatyka”, niejednego także pchnęły do kręgu ezoterycznego czy wręcz „kapłańskiego” [_20_].

Warto podkreślić, iż pomimo istnienia różnych prób intepretacji i wciśnięcia Boga teistów do tego obrazu świata, czołowi naukowcy w większości zdecydowanie sprzeciwiali się tym zabiegom lub co najmniej ich nie podzielali. W obliczu oszałamiającej niezwykłości wszechświata, Bóg tego Kościoła nie jest dość potężny — rzuca Feynmann. Znów wróćmy do Pitagorejczyka Wilsona: „Można go potraktować jako menedżera alternatywnych kosmosów wyłaniających się z czarnych dziur, który zmieniając prawa fizyki i ich parametry pragnie zobaczyć, co z tego wyniknie. Być może widzimy jego odległy ślad we właściwościach promieniowania kosmicznego tła, pochodzącego z pierwszych momentów istnienia naszego wszechświata. W innej wersji za ileś miliardów lat nieuchronnie spotkamy się z nim w punkcie Omega ewolucji kosmosu — całkowitej jedności, pełnej wiedzy ku któremu zgodnie zmierzają gatunek ludzki i pozaziemskie formy życia. Muszę przyznać, że czytałem wiele podobnych wizji i choć wyszły one spod pióra naukowców, uważam, że są przygnębiająco nieoświeceniowe. W końcu o tym, że Stwórca żyje poza tym wszechświatem i w jakiś sposób ukaże nam swe oblicze wraz z jego końcem, od niepamiętnych czasów słyszymy od teologów. Jednak niewielu naukowców i filozofów, nie mówiąc już o myslicielach religijnych, bierze te płody wybujałej wyobraźni przyrodników-teologów poważnie.” [_21_]

Z drugiej strony równie niechętnie traktuje się w nauce naciągane jej reintepretacje w duchu wschodnich doktryn. Obecnie jest moda na te doktryny, tak więc i modne są takie tendencje. Noblista Leon Lederman, któremu Sagan zarzucał uleganie pokrewnym wpływom (o bozonie Higgsa pisał jako o „boskiej cząstce”), sam z tego w istocie drwił, co pokazał w książce napisanej wspólnie z Dickiem Teresi, pt. Boska cząstka. Jeśli Wszechświat jest odpowiedzią, jak brzmi pytanie?: „Wciągu ostatnich kilku lat ukazało się mnóstwo publikacji — Tao fizyki Fritjofa Capry może być kolejnym przykładem — które usiłują wyjaśniać współczesną fizykę wkategoriach pojęciowych właściwych wschodnim religiom imistycyzmowi. Ich autorzy mają skłonność do formułowania ekstatycznych konkluzji typu: wszyscy jesteśmy częścią kosmosu, kosmos jest częścią nas. Wszyscy jesteśmy jednością! (Abank, nie wiadomo dlaczego, przysyła rachunki każdemu zosobna).” Opieranie się na pewnych podobieństwach może być zdradliwe dlatego, iż rodzić może tendencje nasilania się mody wschodniej i coraz większego bezkrytycyzmu w przyjmowaniu wschodnich idei religijnych wraz „z dobrodziejstwem inwentarza”. A przecież obok idei jakoś podobnych do wyobrażeń jakie stymuluje współczesna nauka, w doktrynach tych wiele jest teorii jak najbardziej od niej odległych i co najmniej jałowych, a bywa że i szkodliwych.

Tropiąc związki pitagoreizmu z różnymi szkołami okultystycznymi, stawiamy pytanie, czy możemy się u nich doszukać najbardziej znamiennej formuły okultystycznej: „Jako w niebie tak i na ziemi”, makrokosmos wszechświata odpowiada mikrokosmosowi człowieka? Pitagorejczycy uczyli, iż jesteśmy częścią kosmosu, że powinniśmy się wspinać do sfery zaksiężycowej, która jest rozumna i uporządkowana. Rozumność własnej duszy możemy tworzyć poprzez muzykę i badania naukowe, które budują harmonię naszego kosmosu. „Wszystko ma liczbę” znaczy to, że może być rozumowo poznane. To są piękne symbole i metafory, ale nie dostrzegam w tym magicznych związków mikrokosmosu z makrokosmosem o jakich opowiadają inni okultyści. Jeśli uznamy, że to matematycy a nie mistycy i magowie są następcami pitagorejczyków, dostrzeżemy, iż ich „magia liczb” jest naprawdę realizowana we współczesnym świecie naukowym. Jeśli rozumieć będziemy magię jako zdolność opanowywania ukrytych sił natury, to najskuteczniejsze jej zaklęcia dostarcza współczesna matematyka. Gdyby nie zaawansowana matematyka (od poziomu rachunku różniczkowego), niemal żadna z naszych zdobyczy technologicznych nie mogłaby zaistnieć. Gdyby Pitagoras się dowiedział, że dzięki matematyce można latać ponad chmurami, uznałby to za czystą „magię liczb”.

 

Tajemne niemoce

Dodaj komentarz

ks.prof.  ANDRZEJ  ZWOLIŃSKI

Fragment książki „Tajemne niemoce” 

Wydawnictwo Sióstr Loretanek

ul.L.Żeligowskiego 16/20, 04-476 Warszawa, tel (022) 673-46-93, 673-58-39

W okresie trwającego sporu między teologami chrześcijańskimi a przyrodnikami na temat interpretacji opisu stworzenia zawartego w Księdze Rodzaju w 1875 r. powstało w Nowym Jorku Towarzystwo Teozoficzne. Helena Pietrowna Bławatska (1831-1891), która wraz z Henrym Steelem Olcottem (1830-1907) była jego założycielką, za cel wyznaczyła mu przybliżenie zachodniemu audytorium myśli indyjskiej – zwłaszcza hinduizmu -jako alternatywy wobec chrześcijaństwa. Podtekstem tego pomysłu była uniwersalizacja religii. Tajemna doktryna Bławatskiej miała stanowić syntezę nauki, religii i filozofii. Teozofowie wierzyli nie tyle w nieśmiertelność duszy, ile w nieśmiertelność boskiego ducha, czyli reinkarnującej się jaźni. Byli przekonani, że kolejne wcielenia pozwalają osiągać coraz wyższe formy doskonałości, aż do uzyskania, drogą ewolucji, formy anioła, który nie potrzebuje dla istnienia ciał widzialnych (fizycznego i eterycznego). Teozofia przeciwstawia chrześcijańskiej teorii zbawienia przez pośrednika -Boskiego Odkupiciela – możliwość osiągnięcia zbawienia przez każdego, jego własnym staraniem. Na myśl teozoficzną składają się systemy wielu starożytnych religii i filozofii.

W kręgu londyńskich teozofów narodził się pomysł powołania do istnienia Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku. W 1877 r. dr Wynn Westcott, londyński koroner, wolnomularz, nabył od dr. Woodforda pisany szyfrem manuskrypt, który wcześniej należał do członka Angielskiego Towarzystwa Różokrzyżowców. Za pomocą kodu alchemicznego Westcott zdołał odczytać ów manuskrypt, zawierający, jak się okazało, pięć rytuałów masońskich. Westcott wraz ze swym przyjacielem Samuelem Mathersem opracował i poszerzył ów tekst tak, by mógł stanowić podstawę nowego stowarzyszenia masońskiego. Hierarchia nowo powołanego Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku stworzona przez Westcotta zamiast stopni masońskich posiadała „sefirot”, czyli stadia świadomości mistycznej wpisane w kabalistyczne Drzewo Życia. Westcott założył w Londynie w 1888 r. świątynię Izydy – Uranii Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku, zapraszając Mathersa oraz swego przyjaciela z loży masońskiej, dr. Woodmana, aby dołączyli do niego jako zwierzchnicy nowej świątyni. Zakon miał być alternatywą wobec chrześcijaństwa i oferował: szczegółowe przedstawienie symboliki Księgi Rodzaju o stworzeniu świata; wiedzę o tym, jak człowiek może ostatecznie stać się podobny Bogu dzięki spotkaniu i ucieleśnieniu w stanie wizji archetypu odrodzenia, który w swym uniwersalizmie, oprócz postaci Jezusa Chrystusa, obejmuje także inne zmartwychwstające bóstwa, np. Ozyrysa; nauki duchowe, które nie wymagają wiary lecz samorozwoju i które za punkt wyjścia przyjmują człowieka, a nie Boga. W ten sposób narodziła się nowoczesna magia, okultyzm, pseudonaukowa teoria, która miała korzystać z doświadczeń religii pogańskich i nauki, z ceremoniałów starożytnych i środków psychodelicznych, z naturalnych sił człowieka i nadnaturalnych mocy demonów. W ceremoniach Zakonu Westcotta przy zyskiwaniu stopnia Adeptus Minor, aspirant, jako Chrystus – Ozyrys, mówi: „Jestem Pierwszy i jestem Ostatni. Żyję na wieki i dzierżę Klucze Śmierci i Piekła. Jestem wschodzącym Słońcem. Przebrnąłem przez chmury i noce. Jestem Amon, Ukryty, Zwiastun Dnia. Jestem Ozyrys, Onnophris, Sprawiedliwy”.

W Zakonie Westcotta wyrósł Aleister Crowley. Został on wtajemniczony jako neofita 18 grudnia 1898 r. i po tym wydarzeniu bardzo szybko wstępował po drabinie wtajemniczeń. Studiował jogę w Indiach, na Cejlonie i w Birmie. Eksperymentował z narkotykami psychodelicznymi, szukając związku, który by „otworzył wiązary duszy”, aby w ten sposób, w duchu, zbadać świat znajdujący się poza światem materialnym. Spędził noc w królewskiej komnacie wielkiej piramidy w Egipcie. 14 marca 1904 r. w swym pokoju niedaleko muzeum Boulak w Kairze odprawił ceremonię magiczną, przywołując egipskiego boga Totha, bóstwo mądrości. Po czym ogłosił światu, że duch zwany Aiwass lub Aiwaz, wysłannik, przekazał mu specjalne przesłanie. Uczył: „Musicie wiedzieć, iż wybrany kapłan i apostoł nieskończonej przestrzeni jest księciem – kapłanem Bestii, a jego żonie zwanej Kobietą w Szkarłatach dana jest wszelka władza. Zgromadzą oni me dzieci w swej owczarni; przywiodą chwałę gwiazd do ludzkich serc”. Crowley twierdził, że prawdziwe odrodzenie magii nastąpiło właśnie w 1904 r. z „zainicjowania tego okultnego prądu, które wywołało wir, bóle porodowe nowego eonu nazwanego roboczo mianem równonocy bogów. Zdarzenie takie powtarza się w odstępach mniej więcej dwóch tysięcy lat”. W ten sposób idee New Agę nabrały magicznej mocy i lucyferycznego wymiaru. Sam Crowley twierdził, że Aiwaz jest „świętym aniołem opiekuńczym i należy go utożsamiać z diabłem chrześcijan, szatanem”.Crowley nazwał siebie Boskim Dziecięciem, Antychrystem i Panem Nowego Eonu. Założył własny magiczny zakon Argentinum Astrum i wydawał swój magazyn „TheEquinox”. Nawiązał również kontakt z pracującym w Niemczech Braterstwem Światła dr. Karla Keltnera, znanego pod ezoteryczną nazwą Zakonu Świątyni Wschodu (Ordo Templi Orientis – O.T.O.). Nazwa ta jest aluzją do „miejsca wschodu słońca, źródła oświecenia”. W 1912 r. O.T.O. (zwany też: Templariusze Orientu) ogłosił, że posiada „klucz, który otwiera wszystkie tajemnice masońskie i hermetyczne, mianowicie nauki magii seksualnej wyjaśniające wszystkie bez wyjątku sekrety natury, całą symbolikę wolnomularstwa oraz wszelkie systemy religii”. Crowley został przyjęty do O.T.O. w Berlinie, a po wtajemniczeniu mianowano go „najwyższym i świętym królem Irlandii, Jony oraz całej Brytanii w obrębie Sanktuarium Gnozy”, czyli przywódcą brytyjskiej filii O.T.O. zwanej Mysteria Mystica Maxima (M.M.M.).

O.T.O. istnieje do dziś. W 1977 r. pozostawało pod przewodnictwem Kennetha Granta, który w 1946 r., na rok przed śmiercią Crowleya, został jego następcą. Argentinum Astrum wtajemniczyło prawie stu zwolenników Crowleya. Do najbardziej wpływowych zaliczali się: Norman Mudd -profesor matematyki stosowanej w Bloemfontein; Victor Neuburg – „poetycki ojciec” brytyjskich pisarzy Dylana Thomasa i Pameli Hansford Johnson; Austin Spare – wizjonerski artysta, stypendysta Royal College of Art. Crowley zainspirował także szereg towarzystw magii seksualnej w Stanach Zjednoczonych. Wielotomowe pisma Wielkiej Bestii (to kolejne imię, jakie nadawał sobie Crowley) są aktualnie wznawiane w dużych nakładach pod auspicjami Israela Regardie, byłego sekretarza Crowleya. Do czołowych uczniów Crowleya, jeszcze za jego życia, należał „brat” Achad, czyli Charles Stansfeid Jones, autor trzech książek traktujących o nowoczesnej interpretacji symboliki magicznej. Ostatecznie Achad uznał Crowleya za Pana Eonu. Jak napisał Gerard Yorke: „Złoty Brzask wydał na świat swojego pierwszego pseudo-Mesjasza”. Idee Crowleya zawierały zarodki mistycznego faszyzmu. W jego Księdze Praw czytamy: „A zatem Królowie tej ziemi muszą być Królami na zawsze; niewolnicy zaś muszą im służyć. Nikt nie będzie poniżany ani wywyższany: wszystko pozostanie tym, czym było zawsze. Jednakże moi słudzy bywają zamaskowani – być może ów żebrak jest Królem. Król może wybierać szaty według upodobania…, żebrak zaś nie może ukryć swojego ubóstwa”.

W 1989 r. A. Allaud w książce Początki tajemne nazizmu oraz G. Galii w książce Hitler i nazizm magiczny przedstawili ciekawą hipotezę. Twierdzili, że zjawisko hitleryzmu należy tłumaczyć głębokim wpływem swoistej doktryny ezoterycznej, a nie szaleństwem Hitlera. Na procesie przywódców nazistowskich w Norymberdze (1945—1946) Alfred Rosenberg, czołowy ideolog hitlerowski, zeznawał: „Thule? Ależ wszystko wyszło stamtąd! Pouczenie tajne, któreśmy mogli stamtąd zaczerpnąć, pomogło nam więcej w dojściu do władzy niż dywizje SA i SS. Ludzie, którzy założyli to stowarzyszenie, byli prawdziwymi magami”. Stowarzyszenie Thule to jedno z niezliczonych rozgałęzień masonerii. Jak twierdzi G. Galii: „Znajdowało się tam po trosze wszystko: gnoza rasistowska, snobizm kierowniczych klas europejskich oddanych kultom ezoterycznym (tajemnym), obecność służb tajnych i potężnych lobby (związków) finansowych, łajdacy i prawdziwi magowie okultystyczni”. Stowarzyszenie Thule powstało w 1918 r. jako filia masonerii staropruskiej, w szczególności Zakonu Germanów. Przyjęło za symbol swastykę. Wśród tysiąca pięciuset członków Thule znajdowali się m.in. Hitler, Hess, Himmler, Rosenberg, Frank, Bormann, a więc przywódcy reżimu nazistowskiego. Członkowie Thule założyli w 1919 r. Partię Robotników, która w rok później stała się nazistowską partią Hitlera. Wielki wpływ na dostojników III Rzeszy mieli nieliczni filozofowie i okultyści, a wśród nich Dietrich Eckart i Gwido von List (zm. 1919 r.). Herman Goering, uzależniony od morfiny marszałek III Rzeszy, w swej ziemskiej posiadłości w Karinhall próbował odtworzyć świetność pałaców starożytnego Rzymu. Przed rozpoczęciem kariery politycznej u boku Hitlera był kilkakrotnie przymusowo osadzany w zakładach dla umysłowo chorych, gdzie określano go jako człowieka niebezpiecznego dla społeczeństwa. Rudolf Hess w wyniku kabały postawionej przez astrologów udał się do Anglii w celu podjęcia pertraktacji z Brytyjczykami. Po jego nieudanej misji nastąpiła masowa seria aresztowań pośród „mistyków”. W The Labyrinth, wspomnieniach Waltera Schellenberga, oficera niemieckiego wywiadu i najbliższego adiutanta Himmlera, czytamy m.in.: „Zdumiewające, jak Hess z całkowitym przekonaniem fanatyka czy szaleńca wierzył w stare przepowiednie i niezwykłe objawienia. Potrafił recytować urywki z ksiąg przepowiedni Nostradamusa i innych, których nie pamiętam. Poza tym wierzył w stare horoskopy dotyczące jego samego, a także losów jego rodziny i Niemiec”. Heinrich Himmler byt nekromantą; niejednokrotnie przy podejmowaniu decyzji radził się duchów zmarłych szlachciców niemieckich. Sam uważał się za wcielenie średniowiecznego króla Henryka I (Ptasznika), który miał kierować jego postępowaniem. W swoim zamku w Wewelsburgu (Westfalia) próbował odtworzyć zamek świętego Graala. Powołał krąg medytacyjny skupiony wokół okrągłego stołu, stworzył armię mnichów-wojowników oraz organizację zajmującą się tropieniem reliktów pogańskich i chrześcijańskich. Jedna z tajemnych organizacji – Ahnenerbe (Dziedzictwo Przodków) – poszukiwała takich przedmiotów, jak święty Graal, Arka Przymierza czy Całun Turyński. Przy umieszczonym na szczycie zamku Himmlera dębowym stole mogło zasiąść dwunastu „rycerzy”. Na każdym z miejsc wyryto w srebrze imię rycerza SS. Jak podają autorzy The Messianic Legacy (M. Baihent, R. Leigh, H. Loncoln), Himmler zachęcał esesmanów do płodzenia dzieci na płytach nagrobnych, przekonany, że w ten sposób duchy zmarłych pokierują w przyszłości esesmańskimi dziećmi. Hitler pod wpływem D. Eckarta wierzył w tajemny spisek żydowski. Wspólnie wydali nawet broszurę, która w języku angielskim nosiła tytuł: Bolshevism from Moses to Lenin. Ludobójstwo Żydów -jak twierdzą niektórzy badacze — miało charakter ofiary rytualnej, jakiej domagała się doktryna ezoteryczna wyznawana m.in. przez Hitlera. Według Hermanna Rauscheninga, wysokiego urzędnika hitlerowskiego, przez pewien czas Hitler wierzył, że kontaktuje się z demonami. Lekarz Hitlera Ernst Schenck mówił o nim jako o „żywym trupie, umarłej duszy” („American Medical News”, 11 października 1985).

Większość autorów choć nie zaprzecza wpływom okultyzmu na Hitlera i jego najbliższe otoczenie, to jednak najczęściej je lekceważy. Trudno dzisiaj ocenić stopień zależności, jaki istniał między zagładą milionów ludzi i niemal całkowitym zniszczeniem Europy a okultyzmem. Pewne jest natomiast to, że w porządek świata na pewien czas wprowadzona została bezsprzecznie demoniczna siła. Okultyzm, czyli odwoływanie się do sił demonicznych jest wyraźną zdradą Boga – Pana i Nauczyciela. Św. Jan Apostoł uczy: „Dzieci, nie dajcie się zwodzić nikomu (…). Kto grzeszy, jest dzieckiem diabła, ponieważ diabeł trwa w grzechu od początku. Syn Boży objawił się po to, aby zniszczyć dzieła diabła. Każdy, kto narodził się z Boga, nie grzeszy, gdyż trwa w nim nasienie Boże; taki nie może grzeszyć, bo się narodził z Boga”(l J 3, 7-9).

Pan Europy i Mein Kampf

Dodaj komentarz

Fragment noty wydawniczej
 
Bardzo niewielu Polaków wie, że Rząd Polskiej Rzeczypospolitej 38 razy w czasie II Wojny Światowej prosił Zachód o pomoc dla Żydów mordowanych przez Niemców. Szczególnie finansjera amerykańska była absolutnie głucha na polskie informacje. Od jednego podpisu żydowskiego notabla Bernarda Barucha, szefa przemysłu zbrojeniowego USA, zależało przydzielenie Polakom kilku samolotów, które z polskimi załogami udzieliłyby pomocy mordowanym Żydom w okupowanej Polsce. Nic takiego nie nastąpiło. Jakie siły za tym stały? Komu poza hitlerowcami zależało na holocauście milionów ludzi? Opracowanie niniejsze zawdzięczamy dr. Andrzejowi Leszkowi Szcześniakowi. Jest ono poszerzoną wersją hasła „Holocaust” z Encyklopedii „Białych Plam”, która podejmuje tematy trudne i przemilczane przez „politycznie poprawne” media, Jest ono poszerzoną wersją hasła „Holocaust” z Encyklopedii „Białych Plam”, która podejmuje tematy trudne i przemilczane przez „politycznie poprawne” media.

 

Fragmenty książki dr A.L.Szcześniaka „Holokaust”

KUŹNIA MYŚLI POLITYCZNEJ – OŚRODEK WIEDEŃSKI

To, co się działo w Niemczech, niewątpliwie przygotowywało grunt pod przyszłe teorie narodowosocjalistyczne, umownie określane jako hitlerowskie. Prawdziwą jednak kuźnią germańskiej myśli politycznej, która w poważnym stopniu ukształtowała światopogląd Hitlera i wizję tworzenia „Nowej Europy” dla wybranych elit, stał się ośrodek wiedeński. Uformował się on i działał w latach 1912-1923. Skupiał on ludzi o „otwartych poglądach”. Ośrodek ten, choć nie stanowiący formalnie żadnego związku ani loży, odegrał ogromną rolę w kształtowaniu się geopolitycznych i uniwersalistycznych wizji „uszczęśliwiania” świata. Należeli doń m.in.: Karl Haushofer (twórca teorii Lebensraum i współautor Mein Kampf Hitlera), Houston Stewart Chamberlain (twórca teorii o „wyższości” rasy aryjskiej, „duchowy Fundator III Rzeszy”), Walther Rathenau (przemysłowiec, polityk, minister spraw zagranicznych, twórca traktatu w Rapallo w 1922, zwolennik etatyzmu i współpracy z bolszewikami, Żyd antysemita), Adolf Hitler, Hjalmar Schacht (prezes Banku Rzeszy, poparł w 1933 dojście Hitlera do władzy, 1933-1945 realizował program zbrojeń Rzeszy), Ryszard Coudenhove-Kalergi (twórca idei Pan-Europy) oraz wielu przywódców późniejszej Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej (NSDAP). Rathenau i Schacht powiązani byli z środowiskami finansjery anglo-amerykańsko-żydowskiej, finansującej w 1917 roku rewolucję bolszewicką oraz byli wyznawcami określonego mondialistycznego socjalizmu. Haushofer był związany z brytyjską lożą masońską Golden Dawn, silnym ośrodkiem socjalistycznych fabianistów, którzy inspirowali i ukierunkowywali anglo-amerykański świat finansowy w kierunku centralizmu (totalitaryzmu). Coudenhove-Kalergi miał związki z mondialistycznymi politykami, którzy ostro propagowali wprowadzenie socjalistycznego planowania i systemu nakazowo-rozdzielczego w gospodarce (P. Vilemarest, Źródła finansowe komunizmu i nazizmu…, s. 143, 148-155). Ośrodek wiedeński sprecyzował na piśmie i wydał swe mondialistyczne programy. Zakładano w nich utworzenie wielkich globalistycznych regionów: Pansowieckiego, Panamerykańskiego. Paneuropejskiego, Panbrytyjskiego i Panazjatyckiego. W ten właśnie sposób, poza ideologiami i granicami od tej chwili anachronicznymi, konflikty byłyby regulowane dzięki racjonalnej organizacji świata powierzonej animatorom grupującym się w jednej szkole myślenia. To szczególne środowisko„chciało stworzyć system światowej kontroli, scentralizowany w rękach osobowości, które są zdolne dominować nad systemami polityczny mi wszystkich krajów i następnie ustanowić rodzaj wielkiej planetarnej całości gospodarczej” (C. Quigley, Tragedy and Hope…, s. 954). Na razie działania zaplanowane były na nieco mniejszą skalę. ” W trakcie wymiany punktów widzenia pierwsi jego inicjatorzy ustalili jednakże własną zasadę: Francja, jeszcze za bardzo nacjonalistyczna, nie powinna fedrować ekonomicznie i politycznie Europy. Powinny to być Niemcy, w owym czasie zdominowane przez socjalistów, którym brakowało kapitałów, które można wiec było kontrolować (mowa tu o okresie po I wojnie -ALS), finansując ich wzrost gospodarczy – Coudenhove-Kalergi miał swą placówkę w sercu ośrodka wiedeńskiego, tam, gdzie przybywają liczni inspiratorzy Adolfa Hitlera (…) dzielił on Z Chamberlainem uwielbienie dla Nietzchego, proroka Nadczłowieka. I taki sam podziw dla Oswalda Spenglera, dla jego metodycznej i zdyscyplinowanej „pruskości”, dla jego socjalizmu marzącego o „TrzeciejRzeszy”, którą w 1919, na sześć lat przed swą śmiercią, wieszczy Moller Van den Bruck, inny inspirator doktryny, którą w 1923 wyłożą Hitler i Rudolf Hess” (cyt. za P. Villemarest, s. 150). Elity polityczne owych czasów ścisłe kontaktowały się ze sobą i wzajemnie uzupełniały swe poglądy. Ośrodek wiedeński utrzymywał ożywione kontakty z antyżydowskimi lożami germańskimi, które w 1912 roku scalone zostały przez islamizującego Prusaka Rudolfa Glauera w Stowarzyszenie Thule. Do stowarzyszenia tego należeli m.in. Max Amman, Dietrich Eckart, Rudolf Hess, Adolf Hitler i Alfred Rosenberg – elita hitlerowskiej NSDAP. Ze stowarzyszeniem był także w kontakcie Coudenhove-Kalergi, który szukał zwolenników do rodzącej się idei Pan-Europy. Zaraz po zakończeniu I wojny światowej jego najbliższymi towarzyszami i zwolennikami byli: Rathenau i Schacht. To właśnie przewidział dokładnie Coudenhove (wraz z Schachtem), czemu dał wyraz w swej książce Pan-Europa (1923): „nadejście nowej Formy istnienia, nowej moralności w Europie może się dokonać tylko za pośrednictwem jakiegoś dyktatora” (cyt. za P. Villemarest, s. 152).

NA DRODZE DO PRZYWÓDZTWA

Adolf Hitler, obywatel austriacki, uciekł przed poborem do wojska w Austrii i zgłosił się na ochotnika w Bawarii. Uważał on, że głównymi winowajcami wojny byli Żydzi, którzy piastowali najważniejsze stanowiska w rządzie Austro-Węgier. Dlatego też Niemcy powinny zerwać sojusz z Austro-Węgrami: ” Ten sojusz musi być zerwany, im szybciej, tym lepiej dla narodu niemieckiego, także dla Niemców w Austrii. Poświęcenie monarchii habsburskiej nie jest żadną ofiarą, jeśli dzięki temu Niemcy osłabią swoich wrogów. Nie po to nałożyliśmy stalowe hełmy, aby ratować złajdaczoną monarchię, ale aby uratować naród niemiecki przed żydowską międzynarodówką apostatów równości”. W innym zaś miejscu dodawał: ” Przywódcy tego całego ruchu powinni natychmiast znaleźć się za kratkami. Trzeba się z nimi załatwić krótko. Należy użyć wszelkich środków, aby wy tępić tę zarazę” (H. Kardel, Hitler założycielem Izraela?, s. 44). W czasie wojny pisał Hitler do przyjaciela list, w którym zawarł jakby zarys swego przyszłego programu: ” Tak często myślę o Monachium i każdy z nas ma tylko jedno życzenie, aby jak najszybciej porachować się z tą bandą, to trzeba zrobić, niech kosztuje, ile chce; aby ci, którzy będą mieli to szczęście zobaczyć znów ojczyznę, zastali ją czystą, oczyszczoną z obcych wpływów; aby dzięki ofiarom i cierpieniom, które codziennie dotykają setki tysięcy z nas; aby dzięki rzece krwi, która płynie tutaj każdego dnia w walce przeciw całemu wrogiemu światu nie tylko zewnętrzni wrogowie zostali zmiażdżeni, ale aby również rozbity został rodzimy internacjonalizm „ (Archiwum Federalne w Koblencji NS 26/4). To właśnie Monachium stało się zaraz po wojnie terenem, który wymagał „oczyszczenia z elementów internacjonalistycznych”. Bawaria jako pierwsze państwo niemieckie ogłosiła się republiką, a jej pierwszym premierem został Żyd ze Wschodu – Kurt Eisner, który planował oderwanie Bawarii od Niemiec, usamodzielnienie jej, a nawet alians z Francją. Kolejnymi przywódcami Bawarskiej Komunistycznej Republiki Rad byli rosyjscy Żydzi: E. Levine-Nissen, M. Lewien i Tobias Akselrod. Levine-Nissen został rozstrzelany wyrokiem sądu specjalnego, Lewien po ucieczce do Rosji został członkiem rosyjskiego Komitetu Wykonawczego, a Akselrod, moskiewski bankier, został mianowany posłem bolszewickim na Litwie. Po stłumieniu bolszewickiej rewolty Monachium usiane było trupami niewinnych ludzi. W Berlinie przywódcami powstania Spartakusowców byli również Żydzi: Karl Liebknecht i Róża Luksemburg. Podobnie było na Węgrzech, gdzie przez kilka miesięcy komunistycznym dyktatorem był Żyd Bela Kun, który pozostawił po sobie pamięć swoich krwawych rządów. Wydarzenia z okresu funkcjonowania Bawarskiej Republiki Rad miały długotrwale skutki psychologiczne i stały się podstawą do stworzenia przez marszałka P. Hindenburga i gen. E. Ludendorfa osławionej teorii o „ciosie w plecy” (Dolchstoss) zadanym armii niemieckiej przez komunistów i Żydów. Stworzyły także sprzyjający klimat do rozwoju ruchu narodowych socjalistów w Bawarii, traktowanego jako przeciwwaga dla bolszewickiej rewolucji. Po opanowaniu Monachium przez „Białą Gwardię” powołano komisję śledczą, w skład której wszedł starszy szeregowy Hitler. Jego zadaniem było wytropienie wszystkich, którzy w okresie Bawarskiej Republiki Rad znajdowali się po niewłaściwej stronie. Hitlera chwalono za to, że „Jego oskarżycielskie pisma pomogły wyjaśnić niezmierzoną hańbę wojskowej zdrady dokonanej przez żydowską dyktaturę w okresie republiki rad.” Wkrótce potem Hitler został szefem komórki ds. agitacji w niewielkiej Niemieckiej Partii Robotniczej (DAP), która w 1920 roku przekształciła się w Narodowosocjalistyczną Niemiecką Partię Robotniczą – NSDAP. Na zebraniu NSDAP w monachijskiej piwiarni Hitler ogłosił 25 punktów programu, z których 13 skierowanych było przeciw Żydom: „Żaden Żyd nie może być Volksgenosse (…) Jeśli niemożliwe jest wyżywienie całej ludności kraju, należy usunąć z Rzeszy wszystkich ludzi innej narodowości (…) Żądamy, aby wszyscy nie będący Niemcami, którzy przybyli do Niemiec po 2 sierpnia 1914 roku, zostali natychmiast zmuszeni do opuszczenia terytorium Rzeszy (…) Żądamy całkowitej konfiskaty wszystkich zysków wojennych”. Hitler objaśnił te punkty: „Robotnikom mówi się ciągle, ze powinni wyjechać do Rosji. Czy nie byłoby bardziej sensowne, gdyby Żydzi ze Wschodu pozostali tam, gdzie jest wy starczająca dużo pracy? Najpierw należy wyrzucić winowajców czyli Żydów, potem zabierzemy się za porządki na własnym podwórku. Dla przestępstw popełnionych przez spekulantów i lichwiarzy kary pieniężne są nieskuteczne „. Hitler tak podsumował pierwsze wielkie zgromadzenie nowo powstałej NSDAP: ” Wzniecony został ogień, z którego żaru wytopiony zostanie miecz przywracający wolność niemieckiemu Zygfrydowi i życie narodowi niemieckiemu. Przeczuwałem, ze nadciągającemu buntowi towarzyszy bogini bezlitosnej zemsty za zdradę 9 listopada 1918 roku „ (cyt. za H. Kardel, s. 54-55). W VII 1921 roku Hitler wystąpił z partii, uzależniając swą dalszą działalność od uzyskania stanowiska „pierwszego przewodniczącego wyposażonego w dyktatorskie kompetencje”. Kierownictwo partii wyraziło zgodę na piśmie, uzasadniając: „w uznaniu Pańskiego wkładu w rozwój ruchu czynionego z rzadką ofiarnością i bez wynagrodzenia, jak również Pańskiego niezwykłego talentu oratorskiego wyraża się gotowość przyznania Panu dyktatorskich kompetencji i z radością powita Pana na stanowisku pierwszego przewodniczącego, gdy tylko ponownie wstąpi Pan do partii” (G. Franz-Willing, Die Hitlerbewegung – Ursprung…, s. 113). Od tej pory niemiecki ruch narodowosocjalistyczny stał się antyżydowskim ruchem Adolfa Hitlera.

MEIN KAMPF I PAN-EUROPA

Hitler, pozyskawszy dla swych planów gen. E. Ludendorfa, na czele oddziałów SA (Sturmabteilungen, Oddziały Szturmowe) próbował dokonać zamachu stanu w Monachium (12 XI 1923). Władze wysłały policję przeciwko narodowym socjalistom, a Reichswehra (armia niemiecka) odmówiła poparcia puczu. Zamachowcy zostali aresztowani i oddani pod sąd. Hitler został skazany na 5 lat więzienia, ale w rzeczywistości w odosobnieniu przesiedział tylko dziewięć miesięcy i to w bardzo dobrych warunkach, gdzie przy współudziale Karla Haushofera i Alfreda Rosenberga przystąpił do napisania „biblii narodowych socjalistów” – Mein Kampf (Moja Walka). Gdy Hitler przekształcał w Monachium narodowy socjalizm na antyżydowski ruch, inny uczestnik wiedeńskiego ośrodka politycznego, Coudenhove-Kalergi – rozpowszechniał w Europie ideę wielkiej, sfederowanej całości i zyskiwał coraz więcej zwolenników w Austrii, Niemczech, Holandii, Francji i Szwajcarii. W krótkim czasie udało mu się pozyskać np. takich ludzi: Otto Abetz (późniejszy pracownik niemieckiego MSZ, ambasador Rzeszy przy rządzie Petaina), F. Aschenbach (przyszły deputowany z Bonn), H. Speak (późniejszy premier Belgii), Henri de Man (słynny polityk belgijski), oraz przekonać ich o konieczności stworzenia „ponadnarodowych” powiązań zmierzających do „Nowego Porządku”. Już w tym pierwszym okresie do wyznawania nowej idei dał się namówić Louis de Rothschild, wielki bankier z Wall Street, zaś Max Warburg zaczął poważnie zasilać finansowo działalność Coudenhove’a. Tenże, walcząc z anty-żydowskimi nastrojami, sam zaczął odkrywać w żydostwie wartości, które jego zdaniem były niezwykle cenne do scalenia narodów chrześcijańskiej (jak na razie) Europy. W jednej ze swych pierwszych prac Heid oder Heiliger proponował talmudyczną wizję uniwersalizmu: Chrystus jest tu tylko jednym z proroków, chrześcijaństwo skazane jest na zagładę i ma zginąć, narody Europy nie są zdolne do uratowania Europy i od nieszczęść może je uchronić tylko panowanie Izraela na ziemi. Do tego dodaje jeszcze autor wizję stworzonego przez Żydów „współczesnego socjalizmu”. W kolejnych swoich pracach Coudenhove-Kalergi wyznacza żydostwu specjalną rolę w misji kierowania Pan-Europą: jej „przywódcami mają być Żydzi, ponieważ dobrotliwa Opatrzność obdarzyła Europę Żydami jako nową rasą szlachecką z laski Ducha (…). Wyższość ich ducha predystynuje ich do odegrania roli głównego czynnika w tworzeniu się szlachty przyszlości (…). Europa zamiast zniszczyć Żydów dokonała wbrew swej woli drogą kunsztownej selekcji ich uszlachetnienia i wychowania do roli, którą mają spełnić w przyszłości jako naród -przywódca. Nic wiec dziwnego, że naród ten, wyrwawszy się Z uwięzienia gett, rozwija się w duchową szlachtę Europy. Tak więc w momencie, gdy szlachta feudalna rozpadła się. Boska Opatrzność obdarowała Europę, poprzez emanację żydostwa nową rasą z łaski Ducha. (…) Żydostwo nie jest nową szlachtą, ale tonem, dookoła którego grupuje się duchowa szlachta. Tworzy się duchowa, miejska rasa panów „ (R. Coudenhove-Kalergi, Praktischer Idealismus…, s. 51-54; przedruk pracy Adel z 1922;podkr.-ALS). W nowej Europie władcami mieli być Żydzi, a rządzonymi mieszańcy eurazyjsko-negroidalni lub, zgodnie z określeniem autora, „ludy aryjskiego obszaru językowego”. Coudenhove, opisując wizję przyszłej Pan-Europy i stosunków w niej panujących, posługuje się w stosunku do Żydów terminologią: Fuhrersnation (naród wodzów),Herrenrasse (rasa panów), Herrenvolk (naród panów), Herrenmensch (mężczyzna pan, władca). Teorie te zostały zawarte w pracy Pan-Europa, opublikowanej w pierwszej połowie 1923 roku. W półtora roku później ukazała się książka Mein Kampf Adolfa Hitlera, który zapożyczył wszystkie te pojęcia od Coudenhove’a. Hitler jednak odwrócił do góry nogami piramidę władzy zaproponowaną w Pan-Europie i na jej wierzchu osadził „szlachetną rasę aryjską”. Zapewnił przy tym Aryjczyków, że ochroni ich przed „knowaniami Żydów – największych wrogów rasy aryjskiej”. Ostrze obłędu rasistowskiego zostało odwrócone i zaczęło zagrażać kandydatom na władców Pan-Europy. Niezrażony tym Coudenhove-Kalergi rozwijał dalej swoje myśli i licytował się z Hitlerem w propagowaniu rasistowskich bredni. Coudenhove brylował na politycznych salonach i zdobywał poparcie polityków i bankierów, Hitler początkowo zdobywał masy, a gdy wielka finansjera przekonała się o skuteczności jego działań, wówczas to on stał się oczkiem w głowie i zasilony został przez banki poważnymi sumami. Napisana przez Hitlera w czasie jego pobytu w więzieniu Mein Kampf była w zasadzie programem, jaki mieli realizować narodowi socjaliści po dojściu do władzy. Stanowił on zlepek różnych ideologii, często nawzajem się wykluczających. Z teorii Gobineau wziął Hitler tezę o nierówności ras i uznał, że Niemcy jako Aryjczycy stanowią rasę najdoskonalszą. A jeśli tak, to są jednocześnie „nadludźmi”, a więc „narodem panów” (Herrenvolk u Coudenhove’a) i jako silni mają zawsze rację, a wszyscy „podludzie” powinni im się podporządkować. Program polityczny przedstawiony w Mein Kampf możnaw uproszczeniu ująć następująco – l) zniesienie wszelkich powinności i ograniczeń, jakie nałożył na Niemcy traktat wersalski, łącznie z odzyskaniem utraconych terytoriów; 2) przywrócenie Niemcom ich mocarstwowej pozycji w Europie i w świecie; 3) zjednoczenie w jednym państwie wszystkich Niemców i niemieckojęzycznych obywateli innych państw; 4) zdobycie dla „wielkiego narodu niemieckiego” przestrzeni życiowej na Wschodzie Europy, aby mógł się on swobodnie rozwijać; 5) „małowartościowe” narody zamieszkujące dotychczas te przestrzenie będą musiały je opuścić; 6) zapewnienie narodowi niemieckiemu, jako „narodowi panów” (Herrenvolk), władania nad innymi „małowartośćiowymi” narodami (Untermenschen) – usunięcie z terenu Niemiec wszystkich obcych, a szczególnie Żydów zatruwających naród niemiecki zarówno rasowo, jak i kulturowo; 7) zlikwidowanie w Niemczech marksizmu i wszelkich objawów bolszewizmu jako ideologii wrogich państwu i narodowi niemieckiemu. Mein Kampf przyjęta została w świecie z lekceważeniem. Politycy po prostu zignorowali zawarte tam groźne tezy, traktując je jako wytwór chorego umysłu jakiegoś mało znanego politycznego awanturnika. Nawet po dojściu Hitlera do władzy, gdy książka jego wydawana była w milionowych nakładach i stała się „biblią” narodowego socjalizmu, nie traktowano poważnie ludobójczych zamierzeń Fuhrera. On jednak wiedział, jak trafić swymi poglądami do narodu niemieckiego i przekonać go do idei nazistowskiej. Problem żydowski był najczęściej poruszany w Mein Kampf, nawet wtedy, gdy chodziło o sprawy innych państw. Wszędzie pojawiali się Żydzi, np. pisząc o Francji, włączał Hitler temat żydowski: „Zatrucie przez murzyńską krew nad Renem, w sercu Europy wynika zarówno z sadystycznej, perwersyjnej żądzyzemsty tego szowinistycznego, światowego wroga naszego narodu jak i z zimnej kalkulacji Żydów, zęby bastardyzację europejskiego kontynentu zacząć od centrum i zęby poprzez zainfekowanie niższym typem człowieka pozbawić rasę białą jej wladczych egzystencji. To, co Francja motywowana własną żądzą zemsty, kierowana przez Żydów, wyprawia dziś w Europie, jest grzechem przeciw istnieniu białej rasy i rzuci kiedyś na ten kraj wszystkie demony zemsty z pokolenia, które pohańbienie rasy uznało za grzech pierworodny ludzkości”. Żydom przypisywał również rewolucję rosyjską: „Najbardziej przerażającym przykładem jest Rosja, gdzie Żyd z prawdziwie fanatyczną dzikością, zadają
c nieludzkie cierpienia, zabił lub pozwolił umrzeć 30 mln ludzi, aby zapewnić panowanie nad wielkim narodem żydowskim literatom i giełdowym bandytom”
 (cyt. za H. Kardel, s. 78). Na tezy zawarte w Mein Kampf Hitlera miały także wyraźny wpływ poglądy badacza problemów rasowych prof. Hansa Guenthera, który w swej książce Nauka o rasie, wydanej w 1923 roku, pisał: ” Obserwacja i badania dowodzą, ze rozproszenie Żydów wśród narodów nieżydowskich powoduje ciągle niepokoje i intensyfikuje wrogość pomiędzy Żydami a nie-Żydarni aż do nienawiści. Zrozumienie tego faktu jest największą zasługą syjonistów. Syjoniści widzą jasno, że tylko zniesienie stanu współzamieszkiwania Żydów i narodów nieżydowskich jest sposobem na uporządkowanie stosunków między nimi. Wydaje się, że jest już dziś politycznie możliwe stworzenie w Palestynie ojczyzny dla narodu żydowskiego posiadającego prawno-międzynarodowe gwarancje istnienia” (H. Guenther, Rassenkunde des deutschen Volkes…, s. 430). Zapowiedzią, że hasła zawarte w Mein Kampf mogą być realizowane w praktyce, było zachowanie się bojówek SA wobec Żydów: bojkotowano sklepy żydowskie, w ciemnych uliczkach sprawdzano „aryjskość” napadniętych mężczyzn, rozlepiano antyżydowskie hasła, często bito Żydów w miejscach, gdzie według hitlerowców nie powinni się oni znajdować, studenci urządzali burdy, usuwając Żydów z uczelni, a ulubionymi pieśniami marszowymi SA były: „Wszystko będzie dobrze, gdy spod noża tryśnie żydowska krew” oraz „Cierpliwości zdradzeni bracia, już chwieje się Judy tron”. Na więcej nie pozwalała na razie policja Republiki Weimarskiej. Hitler, którego działalność była finansowana pieniędzmi z banków USA i Niemiec, przemierzał cały kraj w asyście swoich pretorianów i wszędzie na wiecach, w rozmowach z przemysłowcami i bankierami wygłaszał swoje credo: „Żydzi są naszym nieszczęściem”; ludziom zaś obiecywał pracę i przywrócenie godności Niemiec po anulowaniu wszystkich postanowień traktatu wersalskiego – „Dziś słuchały go Niemcy, a jutro cały świat” (cyt. z pieśni marszowej: „Heute gohort uns Deutschland, und morgen die ganze Wek”, z pamięci). Mimo tego reakcje polityków i obserwatorów wysokiego szczebla były zadziwiająco łagodne. Brytyjski attache wojskowy Thorne pisał do swojego ambasadora w Berlinie: ” Wszyscy oficerowie czują, że ruch narodowosocjalistyczny jest dziś najlepszym środkiem zdyscyplinowania niemieckiej młodzieży i wyrwania jej spod wpływu komunistów” (H. Kardel, op. cit., s. 96). Zachodni Żyd Stern, bardziej znany jako brytyjski magnat prasowy lord Rothemore i brat innego magnata prasowego lorda Nordcliffe’a, stwierdził w 1930 roku: „Jeśli wnikliwiej zanalizujemy możliwość przejścia władzy w ręce narodowych socjalistów, to zobaczymy, ze miałoby to wielorakie zalety. Narodowy socjalizm tworzy mocny wał przeciw bolszewizmowi eliminując niebezpieczeństwo, które polega na tym, że sowiecka krucjataprzeciw europejskiej cywilizacji dociera do Niemiec uzyskując w ten sposób taką pozycję w strategicznym centrum Europy, ze będzie nie do pokonania”. Ten sam autor pisał w 1939 roku, a więc w czasie, gdy narodowi socjaliści pokazali już, co potrafią: ” Hitler cierpiał widząc nieudolność ludzi rządzących jego krajem. Jako osobistą zniewagę odczuwał to widowisko, w którym przedstawiciele innej rasy robili w Niemczech i Austrii znakomite interesy, podczas gdy jego rodacy żyli w nędzy” (cyt. za H. Kardel, s. 97). Wybitny fizyk Albert Einstein, który jako poseł do Landtagu występował przeciwko oddaniu Polsce Pomorza, sam przezornie wyemigrował do USA, ale lekceważył finansowanie Hitlera przez wielki kapitał, jak i coraz bardziej groźne działania nazistów: „w ruchu narodowosocjalistycznym widzę na razie tylko konsekwencję obecnej trudnej sytuacji gospodarczej i dziecięcą chorobę republiki. Solidarność Żydów jest jak najbardziej wskazana, ale jakąś specjalną reakcję na wyniki wyborów uważam za niecelową „ (F.W. Fabry, Mutmassungen Uber Hitler…, s. 130).

WIELKI ŻYDOWSKI KAPITAŁ WSPIERA HITLEROWCÓW

W miarę przedłużania się wielkiego kryzysu Republika Weimarska przeżywała trudny okres. W 1932 roku bezrobotnych było ok. 6 mln, a głód i nędza zagrażały coraz większej części społeczeństwa. W tej sytuacji poparcie osiągały partie głoszące radykalne programy. Każda z nich posiadała uzbrojone bojówki i Niemcy stały się widownią krwawych walk ulicznych. Po wielkich sukcesach politycznych hitlerowska NSDAP przeżywała ostry kryzys. Zabrakło pieniędzy na utrzymanie aparatu partyjnego i bojówek. Wygłodniali i od miesięcy nie opłacani członkowie SA i SS(Schutzstaffein, Sztafety (Drużyny) Ochronne) kwestowali na ulicach, zbierając datki na ubożejącą partię, której dodatkowo groził rozłam. W katastrofalnej sytuacji z pomocą Hitlerowi pospieszył wielki międzynarodowy kapitał żydowski, który wcześniej dofinansowywał Lenina i Trockiego, a potem dopłacał do stalinowskich pięciolatek. Hitler, walcząc z Żydami, miał na myśli przede wszystkim Ostjuden (Żydzi ze Wschodu), do których z pogardą odnosili się bogaci i na ogół zasymilowani Żydzi Zachodu. Aby zapobiec napływowi na Zachód Ostjuden,nazywanych pogardliwie „galicyjskimi kaftaniarzami” albo „zawszonymi chałaciarzami”, wprowadzony został mały traktat wersalski, czyli Traktat o Mniejszościach Narodowych (1919). W walce z żydostwem ze Wschodu Hitlera od początku wspierali finansowo Żydzi z NowegoJorku. Tylko dzięki nim mogły się rozwijać oddziały SA i SS oraz istnieć w ogóle NSDAP. Kanclerz Republiki Weimarskiej, Heinrich Bruning, pisał do swego przyjaciela doktora Pechela: „Nigdy nie mówiłem o tym publicznie, ale w interesie Niemiec należałoby to uczynić i ujawnić, jak ci sami bankierzy jesienią 1930 roku wywierali naciski na ambasadora amerykańskiego Saketta, aby nastawić go negatywnie do mojego rządu a pozytywnie do partii”. Już na początku lat dwudziestych wielki bankier niemiecki, w czasie I wojny szef tajnej policji, Max Warburg radził prezydentowi Rzeszy F. Ebertowi, aby położył tamę napływowi Ostjuden. Kiedy jego bratanka Johna Warburga, który miał przekazać Hitlerowi pieniądze z Wall Street, ogarnęły wątpliwości, stryj powiedział: „Hitler to mocny człowiek i takiego człowieka Niemcy potrzebują. Mówiąc o Żydach Hitler ma na myśli Żydów galicyjskich, którzy od wojny zapowietrzają Niemcy. Żydów z dziada pradziada żyjących w Niemczech traktuje po partnersku. W partii socjaldemokratycznej i komunistycznej ton nadają Żydzi. Za nich się weźmie, nie dlatego, ze są Żydami, ale dlatego, że są socjaldemokratami albo komunistami” (cyt. za H. Kardel, s. 90). O misji młodego Warburga (syn Paula Warburga, współzałożyciela Biura Rezerw Federalnych USA w 1913 r.) do Niemiec wspomina także historyk szwajcarski (Rene Sonderegger) Sevcrin Reinhard: ” Człowiekiem, którego bankierzy wysłali do Niemiec, aby zbadał sprawę niemieckiej rewolucji, był młody Warburg, inteligentny, wykształcony, rozważny, znający język niemiecki, gdyż pracował kilka lat w hamburskim banku swego wuja. Zaopatrzony w najlepsze rekomendacje spotkał się w Monachium z Hitlerem, który bardzo chętnie „przybił” wyciągniętą dłoń bogatego Amerykanina”. To, jak wielkie sumy byly potrzebne Hitlerowi na utrzymanie NSDAP, może uświa domić skala wydatków na utrzymanie partii w 1932 r. – utrzymanie SA kosztowało wówczas około 180 milionów marek, a razem z innymi kosztami, takimi jak: utrzymanie aparatu partyjnego, wybory, podróże samolotami, wychodziło około 300 milionów marek, co było wówczas sumą ogromną. Ze składek członkowskich pochodziło zaledwie 1/6 tej sumy, resztę dostarczały banki żydowskie z USA i Niemiec. Według raportu holenderskiego autora Schoupa, Hitler dostał od banku Mendelsohn and Co. w Amsterdamie raz 10 milionów, a drugi 15 milionów dolarów; podobne kwoty przekazały banki: Kuhn, Loeb and Co., L. Morgan and Co., Samuel and Samuel (Severin Reinhard (Sonderegger), Spanischer Sommer…, przedruk raportu Schoupa). Jest to tylko mały fragment długiej listy zasilających Adolfa Hitlera banków żydowskich. Dopisać do niej należy m.in. banki Maxa Breitunga oraz całej niemiecko-amerykańskiej rodziny Warburgów. Bez pomocy międzynarodowych bankierów żydowskich hitlerowski ruch narodowosocjalistyczny nie miałby szans na przetrwanie, a tym bardziej na osiągnięcie przyszłego zwycięstwa.

KRÓL BANKIERÓW POŚREDNICZY W PRZEKAZANIU HITLEROWI WŁADZY

Ponowne zwycięstwo w wyborach, uzyskane przy pomocy zagranicznych finansów, i osiągnięta dzięki temu siła NSDAP skłoniły kierownictwo Niemiec do podzielenia się władzą z hitlerowcami. 4 I 1933 roku odbyło się tajne spotkanie Hitlera z byłym kanclerzem Rzeszy Franzem Papenem, zaufanym człowiekiem prezydenta Paula von Hindenburga. Spotkanie odbyto się w Kolonii w pałacu barona Kurta von Schroedera, „bogatego finansisty izraelskiego pochodzenia” (O. Strasser, Hitler et moi, s. 155), właściciela wielu banków niemieckich i anglosaskich, współtwórcy Klubu Londyńskiego. Papen z Hitlerem osiągnęli porozumienie: kanclerzem Rzeszy zostanie Adolf Hitlcr, wicekanclerzem von Papen. 30 I Adolf Hitler został legalnie powołany przez prezydenta Hindenburga na kanclerza Rzeszy Niemieckiej. Był to początek panowania nazistów w Niemczech. Organizator spotkania, baron Kurt von Schroeder, otrzymał od wdzięcznego Hitlera stopień generała SS. Kiedy po wojnie zeznawał przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze, tak uzasadnił swoje postępowanie: „Kiedy 6 listopada 1932 roku NSDAP poniosła porażkę i poparcie dla niej zaczęło maleć, pomoc dla niej stała się sprawą nie cierpiącą zwłoki. Wspólny interes całej gospodarki wynikał z lęku przed bolszewizmem” (cyt. za H. Kardel, s. 109). Schroeder, po zorganizowanym u niego spotkaniu von Papena z Hitlerem, stał się uprzywilejowanym członkiem hitlerowskiej elity władzy. Wstąpił do NSDAP. Jako członek Akademii Prawa Niemieckiego (Akademie fur Deutsches Recht) uczestniczył w opracowaniu Ustaw Norymberskich (1935), pozbawiających Żydów praw obywatelskich. Jako członek „Kręgu Przyjaciół Reichsfuhrera SS” (Freundenkreis Reichsfuhrer SS) brał udział w opracowaniu i nadzorze nad przebiegiem antyżydowskiej operacji pod nazwą „aryzacja”. Jako członek Izby Gospodarczej Rzeszy (Reichswirtschaftskammer) brał udział w opracowaniu planów masowej eksploatacji więźniów wszystkich typów niemieckich obozów (ok. 19 mln ludzi) oraz darmowej pracy przymusowych robotników sprowadzanych do Rzeszy z podbitych krajów Europy (w 1944 roku było to 7,1 mln ludzi). W XI 1947 roku Brigadefuhrer SS, baron Kurt von Schroeder, przestępca wojenny, skazany został na karę pieniężną i… 3 miesiące aresztu (Lexikon der deutschen Geschichte…, s. 1120).

Okultyzm – źródło nazizmu

Dodaj komentarz

Mówiąc o  głównych autorach ideologii hitlerowskiego narodowego socjalizmu (nazizmu)  wymienia się najczęściej  jedynie samego Adolfa Hitlera , czasem jeszcze dodając  Alfreda Rosenberga  i nie zauważając jakby innych, pozostających z reguły w ukryciu, inspiratorów. Jak sądzą niektórzy badacze tego problemu zjawisko nazizmu można tłumaczyć raczej głębokim wpływem pewnej doktryny ezoterycznej zaszczepionej  hitlerowskiej elicie  przez ukrytych „mistrzów”, niż  tylko i wyłącznie działalnością samego  Hitlera. Nazizm bowiem tkwi swymi korzeniami, przynajmniej w pewnej części, w tajnych stowarzyszeniach. Z drugiej strony nie można popadać w przesadę i oceniać Trzecią Rzeszę wyłącznie jako rodzaj jakiegoś „germańskiego New Age”. Faktem natomiast  pozostaje  znacząca obecność idei i ruchów okultystycznych oraz neopogańskich w życiu publicznym hitlerowskich Niemiec.  Mimo to ostatnio dość często, jakby na przekór wszystkim faktom,  niektóre dzisiejsze  „autorytety” usiłują  fałszywie doszukiwać się źródeł nazizmu wprost w chrześcijaństwie, nazywając Hitlera katolikiem i argumentując, że w końcu  był on ochrzczony w kościele katolickim.Niektórzy, jak  prof. Yehuda Bauer posuwają się nawet do nazwania żydowskiego holocaustu „największą zbrodnią chrześcijaństwa”  ([7] str. 41). Z kolei inni używają równie absurdalnych  sformułowań w rodzaju:  „nazizm był nieuniknionym rezultatem chrześcijaństwa”, „hitleryzm wyrósł w świecie chrześcijańskim”  czy też „nazizm był fenomenem chrześcijańskim”  Ostatnio  żydowski autor  Daniel Jonah Goldhagen w swojej książce „Moralny rozrachunek” poszedł dosłownie „na całość” w szkalowaniu Kościoła katolickiego i generalnie chrześcijaństwa. Autor ten  twierdzi, między innymi, że „Kościół jest odpowiedzialny za holocaust, a chrześcijaństwo legło u podstaw nazizmu” , a  zagłada Żydów, jaka dokonała się w Europie ponad pół wieku temu, była po prostu „wojną religijną chrześcijaństwa z judaizmem” i „erupcją tego, co pod powierzchnią europejskiej kultury gotowało się od dawna za sprawą chrześcijaństwa.” ([23] str. 1).  Niestety tak to już  jest, że często najgłośniej krzyczą i rzucają oszczerstwa ci, którzy  albo nie wiedzą co mówią , albo kierują się zwykłą nienawiścią do chrześcijaństwa, zresztą taką samą jaką okazywał mu Hitler. Fakty bowiem wskazują na coś zupełnie przeciwnego, gdyż nazizm nie miał nic wspólnego z chrześcijaństwem, stanowiąc zresztą swoją rasistowską ideologią dla niego zagrożenie. W istocie jego ideowych źródeł   należy się doszukiwać  raczej w neopoganiźmie i okultyźmie, a nie w chrześcijaństwie. To, że  Hitler został ochrzczony  w kościele katolickim o niczym nie przesądza , podobnie zresztą jak i ten fakt, że  prawdopodobnie w jego żyłach płynęła krew żydowska ([7] str. 43). Ponadto Hitler ani nie uważał się za katolika , ani nie postępował jak powinien postępować katolik. Prawdziwy katolik winien postępować zgodnie z nauką Chrystusa, która  jest „religią miłości” – jak  żadna inna na świecie, co więcej prawdziwym katolikiem nie może być  człowiek, który sieje wokół  nienawiść, rasizm, gardzi  chrześcijaństwem i  niszczy Kościół katolicki. Zresztą sam Hitler wypowiedział następujące zdanie: „Gdy dojdę do władzy Kościół katolicki nie będzie w Niemczech mieć głosu, lecz by cel swój osiągnąć nie mogę się bez niego obejść.”  Zaś  rzeczywisty, pełen pogardy  stosunek  do chrześcijaństwa wyraźnie ukazują  następujące słowa Hitlera:  „Najcięższym ciosem jaki kiedykolwiek spadł na ludzkość, było chrześcijaństwo … Jest ono wynalazkiem  chorych umysłowo … plagą podobną do syfilisu”  ([26] str. 134). Wkrótce  dały się zauważyć kolejne , wyraźne etapy stopniowego nasilania walki z Kościołem. Organizacje katolickie pozamykano już w 1933 roku ([12] str. 399) zaś w 1935 roku zlikwidowano modlitwę w szkołach. Konsekwentnie usuwano także księży ze szkół tak, że już w 1935 roku około 700 duchownych pozbawiono prawa nauczania religii. Wykorzystując sfabrykowane oskarżenia stawiano pod sądy setki duchownych i katolików świeckich. Jak pisze Andrzej Solak ([28] str. 153): „W 1937 r. Stolica Apostolska potępiła niemiecki narodowy socjalizm w encyklice “Mit brennender Sorge” (zaś włoski faszyzm – w 1931 r. w encyklice “Non abbiamo bisogno ”). Watykan umieścił na indeksie ksiąg zakazanych sztandarowe dzieło głównego ideologa  nazizmu, Alfreda Rosenberga – “Mit XX wieku” (Rosenberg propagował tam wizję heretyckiego, podbudowanego neopoganizmem, “chrześcijaństwa pozytywnego”)   (…) Za rządów Hitlera dla niemieckiego Kościoła nastały ciężkie dni. Rozwiązano katolickie partie i stowarzyszenia. Zamknięto większość religijnych gazet, zniesiono szkoły wyznaniowe. Mnożyły się napady bojówek. Duchownym wytaczano procesy, często pod wydumanymi zarzutami nadużyć finansowych i przestępstw seksualnych. Prześladowania dotknęły 12 tysięcy niemieckich księży; setki z nich poniosły męczeńską śmierć.   Jeszcze gorzej przedstawiała się sytuacja na terenach państw zniewolonych. W jednej tylko Polsce z rąk niemieckich narodowych socjalistów zginęło 6 biskupów, 1923 księży diecezjalnych, 63 kleryków, 580 zakonników, 289 zakonnic. Symbolem męczeństwa duchowieństwa okupowanej Europy stał się obóz koncentracyjny w Dachau; więziono w nim 2720 duchownych (w tym 2597 katolickich) z 20 krajów – 1780 Polaków, 447 Niemców, 156 Francuzów, 109 Czechów i Słowaków, 63 Holendrów, 50 Jugosłowian, 46 Belgów, 28 Włochów, 16 Luksemburczyków, 5 Duńczyków, 3 Litwinów, 3 Węgrów, 2 Albańczyków, 2 Anglików, 2 Greków, 2 Szwajcarów, 1 Norwega, 1 Rumuna, 1 Hiszpana oraz 3 bezpaństwowców.” Jednocześnie wszystkim tym antykościelnym akcjom towarzyszyła coraz intensywniejsza agitacja antyreligijna. Jedno z haseł hitlerowskiej propagand
y głosiło 
„… Kościół musi upaść , aby Niemcy mogły żyć …  .” W refrenie jednej z pieśni hitlerowskich oddziałów szturmowych SA powtarzano  „Towarzysze z oddziałów szturmowych wieszajcie Żydów, stawiajcie księży pod ścianę”, z kolei młodzież z Hitlerjugend śpiewała podczas zlotu norymberskiego w 1934 roku „… Żaden podły ksiądz nie wydrze z nas uczucia, że jesteśmy dziećmi Hitlera. Czcimy nie Chrystusa, lecz Horsta Wessela. Precz z kadzidłami i wodą święconą. Kościół nie rozumie , co dla nas jest cenne. Ta swastyka przynosi zbawienie światu, chcę podążyć za nią krok w krok.”  ([16] str. 97). Ostatecznie w Trzeciej Rzeszy stanęło na tym, że według wyrażenia dra Hompfla  „kultura którą posiadamy nie jest chrześcijańską , a co jest chrześcijańskie nie jest dla nas kulturą.” ([13] str. 391).  Gdzie można doszukiwać się źródeł tego typu postaw?  Jak  uważają niektórzy  niemałą rolę w tym dziele odegrał  Luter i jego następcy, którzy starali się z użyciem wszelkiej przemocy wykorzenić z ziemi niemieckiej katolicyzm, postrzegany jako podległość wobec Rzymu, niegodną prawdziwego patrioty niemieckiego. Protestantyzm tracił bowiem charakter religii uniwersalnej , stając się religią plemienną, a później  narodową, podporządkowaną Państwu, czy panującemu, w myśl zasady cuius regio eius religio.  W protestantyzmie zanika chrześcijański personalizm, oparty na pojęciu „osoby” na rzecz indywidualizmu opartego na pojęciu „jednostki”, jako tylko części społeczeństwa, poza którą nie istnieje, a  więc fragmentem, rzeczą i w końcu w okresie hitlerowskim – niczym. Kilka stuleci później neopogański hitleryzm powie  o człowieku – Du bist nichts, das Volk ist alles. Zdaniem ks. prof. M.Poradowskiego porzucone przez protestantyzm chrześcijańskie pojęcie godności człowieka doprowadza także w konsekwencji  do pogardzania tej godności w drugich i do przesadnego wyolbrzymiania jej u swoich. ([24] str. 29).  Ponadto  protestantyzm był nie tylko zjawiskiem religijnym, ale także cywilizacyjnym. Stanowił on bowiem w pewnym sensie reakcję cywilizacji germańskiej przeciwko cywilizacji łacińskiej  ([24] str. 41): „… niemiecka  pycha nigdy nie mogła pogodzić się z faktem, że to nie oni dali światu cywilizację (…) że cywilizacja, którą żyją narody europejskie i z europejskich pochodzące, jest cywilizacją z pochodzenia rzymską i chrześcijańską (…) Ten bunt cywilizacji germańskiej przeciwko cywilizacji łacińskiej znajdzie pełne ujście w protestantyźmie i przez protestantyzm ujawni się właśnie oblicze cywilizacyjne Niemiec.”   Istnieją bowiem historycy, którzy uważają, że obok podanych przez polskiego historiozofa Feliksa Konecznego czterech podstawowych cywilizacji (łacińska, bizantyńska, żydowska i turańska)  istnieje w Europie również piąta – germańska.  Wedle tego poglądu ową cywilizację germańską można traktować jako rozwinięcie lub przetworzenie cywilizacji bizantyńskiej   w duchu niemieckim. Tendencje antychrześcijańskie w Niemczech  nasiliły  się szczególnie  w XIX wieku, w  czasach „bismarckowskich”. „Żelazny Kanclerz” określił swoje prześladowania katolików w czasie Kulturkampfu  jako „walkę o cywilizację”, odgrodzenie ich od „obcego i przesądnego” papiestwa i zgromadzenie ich  w kościele narodowym, tak jak to kilka wieków wcześniej chcieli uczynić luteranie ([15] str. 145). Z czasem jednak zaczął następować również stopniowy rozkład protestantyzmu oraz wzrost wpływów neopogańskich.  W 1889 roku  Nietzsche wydał  swoje dzieło pt. „Antichrist” w którym zawarł niejako zupełnie nowy „katechizm” : ” Co jest dobrem? wszystko co potęguje uczucie potęgi, wolę do potęgi, samą potęgę człowieka. (…) Słabi i nieudolni niech zginą , to pierwsze zadanie naszej miłości ludzi. (…) Potępiam chrześcijaństwo …Kościół żył z biednych , stwarzał biedy żeby je uwieczniać”. Nietsche wprowadził także pojęcie istnienia istot wyższych „nadludzi” (Ubermenschen) i niższych – „podludzi” (Untermenschen).  Zwalczając chrześcijaństwo głosił on także pogląd, że działalność ludzka uwarunkowana jest potrzebami życiowymi. Przy ich zaspokajaniu „nadludzie”, czyli istoty o bogatej indywidualności, pełne godności, stanowczości i bezwzględności w przeprowadzaniu swych zamierzeń, mogą wprowadzać własne zasady i łamać już istniejące. Ich przeciwieństwem są „niewolnicy-podludzie”, którzy wyznają takie zasady jak sprawiedliwość, litość, miłość bliźniego i dobro społeczne  ([19] str. 11).  Mniej więcej w tym samym czasie  Paul de Lagarde (który niegdyś nazywał się Botcher) słynny orientalista i biblista  „stał się na schyłku życia antychrześcijańskim i ogłosił swoje „Nationale Religion”. On pierwszy dostrzegł rozkład protestantyzmu i dobijał go. Odrzuca bóstwo Chrystusa: u niego ,,rabin z Nazaretu jest w najwyższym stopniu nudnym”. Jego zaś religia narodowa ma być oparta na jakiejś specjalnej pobożności niemieckiej i służyć wielkości Niemiec. Głównym środkiem dobrze obmyślane wychowanie dzieci. Lagarde uważa Niemców za naród wybrany, któremu Opatrzność porucza rządy nad ludami?”  ([12] str. 394).  Do tego wszystkiego coraz silniej  w ówczesnych  Niemczech dochodziły do głosu nastroje antyżydowskie. W roku 1879 hamburski anarchista Wilhelm Marr założył Ligę Antysemicką, wprowadzając do słownika politycznego termin „antysemityzm” . Jak na ironię  miał on  żydowskiego ojca  Heinricha Marra, który był znanym artystą w Hamburgu.Warto jednak zauważyć, że  termin „antysemityzm”  w warunkach drugiej połowy XIX wieku (zgodnie z teorią o tzw. „rasach niższych”) wymierzony był  przeciw wszystkim Semitom : tj. Arabom, Żydom, Aramejczykom, Chaldejczykom, Asyryjczykom, Etiopczykom itp. Obecnie zatracił swój pierwotny sens i został przywłaszczony przez niektóre środowiska żydowskie jako określenie jakiejkolwiek krytyki czy postawy skierowanej  przeciwko nim. W 1879 r. w Berlinie Chrześcijańsko-Socjalistyczna Partia Robotników przyjęła program wymierzony w Żydów. Z kolei w 1882 roku w Dreźnie odbył się pierwszy Międzynarodowy Kongres Antyżydowski, zaś następny w Kassel (1886) i Bochum (1889)  ([19] str. 15). Jak zauważa Feliks Koneczny  wkrótce zaczęto pracować nad  utworzeniem nowej  „religii narodowej”  , której podstawą miał być„mit krwi i rasy niemieckiej” a rasizm niemiecki „doskonale przygotowany przez antropologię, nabiera od roku 1907 walorów religijnych. Zerwanie z chrześcijaństwem narzucało się już z nieodpartą konsekwencją … Stając się na nowo poganami popadli Niemcy w sekciarstwo neopogańskie, w gmatwaninę wymysłów wiodących do coraz większych nieporozumień.” ([12] str. 395).  Doprowadziło to do takiego stanu, że już przed pierwszą wojną światową były już w Niemczech gotowe „neopoganizmy i rasizm … To wszystko nie mieściło się już w cywilizacji bizantyńskiej. Natomiast nastąpiło zbliżenie do cywilizacji żydowskiej” ([12] str. 396).  Co więcej zdaniem  F.Konecznego  sam hitleryzm, mimo swej postawy antyżydowskiej, jest owocem wpływu niektórych pojęć cywilizacji żydowskiej na postawę środowiska europejskiego, zbuntowanego przeciw chrześcijaństwu i przeciwko cywilizacji łacińskiej; do światopoglądu hitlerowskiego należy przecież pojęcie narodu wybranego, wyższego nad inne, wiara w mesjanizm i wybraństwo – czyli naturalne prawo Niemców do panowania nad światem i bycia „Herrenvolkiem” dla nie-Niemców oraz pojęcie moralności i etyki , odmiennej w zastosowaniu do swoich i obcych.  Wytworzono też w hitleryźmie  pojęcie plemiennego „boga niemieckiego” (der Deutsche Gott), który nie był bynajmniej bogiem  innych ludów. Jak wiadomo wedle tej idei wybraństwo to miało w końcu doprowadzić do panowania nad całym światem. Podobnie Hitler przyrzekał, że Niemcy mają stać się panami „naszej planety.”   W duchu tej niemieckiej monolatrii od roku 1930 protestanci  jednoczyli się w tzw. „Kościele Rzeszy” jako „Deutsche Christen” („Chrześcijanie Niemieccy”), których mottem było „Jeden naród , jedna rasa, jeden Fuhrer” , hasło zaś brzmiało „Niemcy naszą misją, Chrystus naszą siłą.”  Statut tego „kościoła” został ustalony według  zasad partii faszystowskiej , włączając „paragraf aryjski”, wykluczający ordynację pastorów spoza „czystej rasy” i zaostrzający warunki udzielania chrztu osobom nie będących czystej krwi  ([15] str. 149). Jak napisał kardynał Joseph Ratzinger: “Fenomen  ‚Chrześcijan Niemieckich’ naświetla charakterystyczne zagrożenie, na jakie narażony jest protestantyzm w obliczu faszyzmu. Luterańska koncepcja chrześcijaństwa narodowego, niemieckiego i antyłacińskiego, stanowiła dla Hitlera dobry punkt wyjścia, zgodny z tradycją Kościoła Narodowego, kładącego silny nacisk na posłuszeństwo wobec władz politycznych, co jest normalne wśród wyznawców Lutra. Z tych właśnie powodów protestantyzm luterański czuł się bardziej zobowiązany niż katolicyzm do schlebiania Hitlerowi. Tak błędny ruch jak ‚Deutsche Christen’ nie mógłby powstać na bazie katolickiej koncepcji Kościoła” ([15] str. 151). Należy podkreślić jednak, że opanowanie przez nazistów Niemieckiego Kościoła Ewangelickiego wywołało sprzeciw uczciwych ewangelików, którzy założyli własny “Kościół wyznaniowy”. Warto przytoczyć jeszcze pewien tekst , który ukazał się  w  okresie międzywojennym w hitlerowskich Niemczech  nakładem „Vereinigung zum Schutze Oberchlesiens” . Stanowi on  swego rodzaju modlitwę do monolatrycznego „niemieckiego boga” i  w polskim przekładzie brzmi  następująco  ([25] str. 1):

Poraź, o panie, bezwładem ręce i nogi Polaków;
Zrób z nich kaleki, poraź ich oczy ślepotą.
Tak męża jak kobietę ukarz głupotą i głuchotą.
Spraw, żeby lud polski gromadami całymi zmieniał się w popiół
Ażeby z kobietą i z dzieckiem został zniszczony, sprzedany w niewolę
Niech nasza noga rozdepcze ich pola zasiane!
Użycz nam nadmiernej rozkoszy mordowania dorosłych, jak też i dzieci.
Pozwól zanurzyć nasz miecz w ich ciało,
I spraw, że kraj polski w morzu krwi i zgliszczach zniszczeje
Niemieckie serce nie da się zmiękczyć,
Zamiast pokoju, niech wojna zapanuje między oboma państwami,
A jeśli kiedyś będę się zbroił do walki na śmierć i życie,
To będę wołał, umierając: Zmień, o panie, Polskę w pustynię.

Sytuację w jakiej znalazły się ówczesne Niemcy  trafnie i lapidarnie ujął generał Erich von Ludendorff , który w 1935 roku w czasie rozmowy przeprowadzonej z dziennikarzami stwierdził: „Jestem przeciwnikiem chrześcijaństwa i poganinem i jestem z tego dumny (…). My Niemcy jesteśmy w tej chwili ludem, który najbardziej odłączył się od chrześcijańskiej nauki. Dopiero wskutek zupełnego odrzucenia chrześcijaństwa nabędzie lud niemiecki zwartości, której potrzebuje i której byłby potrzebował w ciężkich chwilach 1918 roku.”  Tak więc następowała  reorientacja cywilizacyjna Niemiec, stopniowe spychanie ich ku neopoganizmowi i wzrost antychrystianizmu. Niebagatelną rolę  w tym procesie odegrała  również działalno ść różnych tajnych towarzystw, które czasem w swoich doktrynach  nawiązywały wprost do okultyzmu czy wręcz satanizmu.   Według oceny ks. prof. A.Zwolińskiego:  ” większość autorów  choć nie zaprzecza wpływom okultyzmu na Hitlera i jego najbliższe otoczenie, to jednak często je lekceważy. Trudno dzisiaj ocenić stopień zależności, jaki istniał między zagładą milionów ludzi i niemal całkowitym zniszczeniem Europy a okultyzmem. Pewne jest natomiast to, że w porządek świata na pewien czas wprowadzona została bezsprzecznie demoniczna siła ([14] str. 59).  Jak pisze J.Carr  – „Wiemy, że Hitler i jego najwyżsi dostojnicy byli albo adeptami nauk tajemnych albo zupełnymi satanistami .” ([6] str. 184). Z kolei znany biograf Adolfa Hitlera, brytyjski historyk Alan Bullock wyraził  sugestię, że wódz Trzeciej Rzeszy był opętany ([21] str. 1). Jest to prawdopodobnie  spora przesada, natomiast faktem jest, że   magia iokultyzm  cieszyły się niejednokrotnie  zainteresowaniem hitlerowskich elit. Chętnie słuchano  fantastycznych przepowiedni i wzniosłych wizji głoszonych przez partyjnego jasnowidza, wiedeńskiego Żyda Herschela Steinschneidera, który występował pod nazwiskiem Eric Jan van Hanussen  ([3] str. 111). W bliskim   otoczeniu Himmlera działał Austriak  Karl Maria Wiligut, który dzięki rzekomemu posiadaniu „pamięci przodków” i natchnionemu reprezentowaniu tradycji germańskich  stał się ulubionym mentorem reichsfuhrera SS w dziedzinie mitologii.  W latach 1933-1939 otrzymał on nawet oficjalną misję prowadzenia badań prehistorycznych w SS  ([17] str. 252). Wiadomo też, że spore wrażenie na Hitlerze i ludziach z jego otoczenia wywoływała  działalność angielskiego satanisty Aleistera Crowleya ([7] str. 40), którego idee zawierały także pewne zarodki mistycznego faszyzmu. Crowley wyrósł w stowarzyszeniu różokrzyżowców „Hermetycznym Zakonie Złotej Zorzy”. Pomysł powołania do życia tego stowarzyszenia powstał w kręgu londyńskich teozofów.  Założona w 1888 roku przez londyńskiego wolnomularza  Wynna Westcotta. „Złota Zorza” („Golden Dawn”) utrzymywała także ścisłe stosunki z Iluminatami niemieckimi, zaś Crowley po swojej inicjacji  w 1898 roku szybko awansował w hierarchii kolejnych wtajemniczeń. Niedługo potem  założył on własny magiczny zakon „Argentium Astrum” (Srebrna Gwiazda) i wydawał  magazyn „Equinox”  ([14] str. 55). Crowley nawiązał również kontakt z działającym w Niemczech kolejnym tworem Iluminatów:  „Braterstwem Światła” znanym pod ezoteryczną nazwą „Zakonu Świątyni Wschodu” („Ordo Templi Orientis” – O.T.O),  a   wkrótce potem zostaje mianowany przywódcą brytyjskiej filii O.T.O. zwanej „Mysteria Mystica Maxima” (M.M.M.) ([14] str. 57).  W rozpowszechnianiu  doktryn okultystycznych w Europie  dużą rolę odegrała światowa organizacja teozofów. Doktryny te opierały się zasadniczo na kabale i gnozie i były oferowane w rozmaitych formach takich jak choćby  astrologia, alchemia, czy też  religie wschodnie ([18] str. 25). Niemieckie Towarzystwo Teozoficzne powstało w 1896 roku jako filia Międzynarodowego Bractwa Teozoficznego, które zostało założone w 1875 roku w Nowym Jorku   ([17] str. 77).  Wkrótce ruch ten stał się bardziej spójny będąc wspierany przez dziesięć lokalnych teozoficznych i około trzydzieści mniejszych kół na terenie całych Niemiec i Austrii. Zresztą podobnie jak nazizm tak i  komunizm  posiadał w pewnym zakresie swoje ezoteryczne źródła. Bowiem również w przedrewolucyjnej Rosji,  propagowano okultyzm poprzez różne tajne stowarzyszenia. Jako jeden z przykładów można wymienić  tzw. „Zakon Martynistów”, do którego należeli  między innymi: wybitny malarz  Nikołaj Roerich wraz z małżonką Heleną (po wyemigrowaniu do USA tenże Roerich,  miał się przyczynić się do umieszczenia na banknotach dolarowych trójkąta z wszechwidzącym okiem  i dewizą Novus Ordo Seclorum), akademik prof. Oldenburg, rzeźbiarz Siergiej Mierkułow (przyrodni brat znanego sekciarza G.Gurdijewa, który później miał ponoć wtajemniczyć w okultyzm Karla Haushofera i Rudolfa Hessa), redaktor pisma „Russkoje bogatstwo” Paweł Makijewski oraz  Aleksander Barczenko. Ten ostatni był znanym w Rosji hipnotyzerem, pisarzem-okultystą i założycielem „Jedynego Robotniczego Bractwa” – organizacji skupiającej wielu martynistów. Jej członkowie, podobnie jak niektórzy teozofowie, utrzymywali, że na Wschodzie (najprawdopodobniej w Tybecie lub w Himalajach) istnieje rzekomo podziemna kraina, zamieszkiwana przez świętych, nieśmiertelnych ludzi (czy też raczej nadludzi), którzy z ukrycia uczestniczyć mają w kierowaniu sprawami świata ([21] str. 1). Istnieje również wśród niektórych autorów teoria , że
  tajne stowarzyszenia będące spadkobiercami  Iluminatów miały wpływ na  stworzenie odpowiednich podstaw filozoficznych dla wprowadzanych stopniowo w życie zasad komunizmu i nazizmu.
  Wedle tego poglądu w czasie gdy Karol Marks opracowywał „Manifest Komunistyczny” pod nadzorem jednej grupy „oświeconych” , Karol Ritter , wykładający w Berlinie i we Frankfurcie , pisał antytezę komunizmu pod opieką innej. Dzieło Rittera ukończył F.W.Nietzsche.  Dało ono podwaliny dla faszyzmu i nieco później dla nazizmu. Chodziło bowiem o to by stworzyć dwa zwalczające się obozy, które dostatecznie wzmocnione, mogłyby zniszczyć się nawzajem, niszcząc przy tym wszelkie instytucje państwowe oraz religijne i przybliżając w ten sposób dzień nastania „nowego światowego ładu”  ([22] str. 13).  Dla przykładu można wymienić także kilka innych tajnych towarzystw i ruchów, które jak się uważa były mniej lub bardziej związane z powstaniem i  rozwojem nazizmu:

„Zakon Nowej Świątyni”

Adolf Josef Lanz (Georg Lanz von  Liebenfels),  uważany przez niektórych za jednego z głównych „przedwojennych wiedeńskich mentorów” Hitlera ([17] str. 133), urodził się 19 lipca 1874 w Wiedniu, choć sam głosił , że dniem jego urodzin był 1 maja 1872. Wbrew swojej późniejszej fantazji na temat rzekomego arystokratycznego pochodzenia, został on wychowany przez rodziców pochodzących z tzw. klasy średniej. W 1893 roku Lanz wstąpił do nowicjatu w cysterskim opactwie Heiligenkreuz niedaleko Wiednia, jednak ostatecznie w 1899 roku opuścił  zakon cystersów, zrywając śluby zakonne i w 1900 roku założył w Wiedniu masońską organizację pod nazwą  „Zakon Nowej Świątyni” – „Ordo Novi Templi” („Zakon Nowych Templariuszy”). Twierdził on, że odradza w ten sposób dawny zakon, który zginął w płomieniach wraz ze swym mistrzem Jakubem de Molay. ([8] str. 204). Jako symbol  nowej organizacji  wybrał on okultystyczny, starohinduski znak boga -słońca, czyli swastyki, który zdobił czarny sztandar jego „zakonu”.   Mimo swego żydowskiego pochodzenia, Lanz wydawał od 1905 roku okultystyczne czasopismo „Ostara” propagujące także treści antyżydowskie. Był on maniakiem rasowym głosząc  różne urojone idee na temat „czystości rasy”. W latach 1908-1909  publikował on na jego łamach między innymi instrukcje do obmierzania różnych części ciała w celu ustalenia stopnia ich „nordyckości” ([3] str. 33). Pismo to, którego okładkę zdobiło godło ze swastyką,  obwieszczało także nadejście „Nowej Ery Świata”, którą mieli ustanowić. właśnie naziści. Lanz „odkrył” także, że „miłość bliźniego u Chrystusa Pana to nic innego, jak tylko walka o czystość rasy. A rasa germańska tj. rasa Niemców protestanckich , a w szczególności Prusaków, to rasa nad rasami i prarasa zarazem.”  ([12] str. 374). Gorliwym czytelnikiem „Ostary” miał być  także Hitler, który spotkał się z Lanzem w Wiedniu w 1908 roku ([3] str. 33).  Za zebrane pieniądze  Lanz zakupił zamek Werfenstein , na którego wieżę  w 1907  roku została wciągnięta  flaga ze swastyką. Podobne zamki  w zamyśle Hitlera, miały być  miejscami kształcenia przyszłej partyjnej elity ([3] str. 33).  W 1932 roku Lanz pisał  tak do „brata zakonnego” Emiliusza  „… Hitler jest jednym z naszych najlepszych uczniów . Jeszcze zobaczysz , że zwycięży, a my wraz z nim i zainicjujemy ruch, który wprawi świat w drżenie. Heil Dir . ” Jak się okazało Hitler  w swoim programie politycznym, wypowiedziach i działaniach, rzeczywiście niejednokrotnie nawiązywał do religijno-rasowej manii Lanza, ([3] str. 34). Zresztą wkrótce postanowił on „poprawić rasę” w Niemczech i w 1929 roku zapowiedział ustawodawstwo rasowe „według ideału Sparty” ([12] str. 399). Nieco wcześniej, bo w 1920 roku  Rosenberg w swojej pracy  „Mythus des XX Jahrhundrets” („Mit XX wieku”) popularyzuje „mit rasy”  i „odkrywa”, że rasa nordycka, a  zatem Niemcy, wznosi się  duchowo do równości z Bogiem i że największym obowiązkiem jest dbać o jej rozmnożenie. Dla osiągnięcia tego celu proponuje wielożeństwo dla mężczyzn uznanych za „najczystszych” rasowo. Jego zdaniem   samo pojęcie grzechu jest  szkodliwe  i nowa „religia niemiecka” obejdzie się bez tego, zaś  samo chrześcijaństwo „nie  nadaje się dla niemieckiej duszy , bo mieści w sobie ‚dużo szkodliwych objawów’ …” ([12] str. 397). Później tenże Rosenberg postuluje by Niemcom przywrócić stanowisko mocarstwowe i rozszerzać  granice „na cztery strony świata„, zaś w innej swojej rozprawie udziela takiego wyjaśnienia tej zaborczości: „Trzeba ziemi dla rasy stumilionowej. Nie w Afryce nam jej zdobywać, lecz w Europie. Oto kwintesencja całej polityki zewnętrznej niemieckiej na najbliższe stulecia.” ([12] str. 398). 

Strona tytułowa jednego z zeszytów „Ostary” z symbolem swastyki, czasopisma wydawanego w Wiedniu od 1905 roku przez  Georga Lanza  von Liebenfels – głosiciela nowej „nauki o rasie”, który miał duży wpływ na kształtowanie się poglądów młodego A.Hitlera. 

Stowarzyszenia „Vril” i „Thule”

Kolejnymi  tajnymi organizacjami, które odegrały pewną rolę w tworzeniu  nazizmu były stowarzyszenia  „Vril”  i  „Thule” . Stowarzyszenie  „Thule”  zostało  założone przez  Rudolfa Glauera , bardziej znanego jako baron Rudolf von Sebottendorff ([2] str. 151), który przez pewien czas przebywał w Turcji. Był on astrologiem , różokrzyżowcem i uczniem żydowskiego kabalisty Termudi, którego rodzinę poznał podczas swojego pobytu w Bursie ([4] str. 180). Rodzina Termudich zajmowała się bankierstwem i handlem. Stary Termudi po wycofaniu się z interesów, których prowadzenie przejęli  jego krewni, poświęcił się studiom Kabały zbierając teksty alchemiczne i różokrzyżowe. ([17] str. 199).  Termudi  byli także wolnomularzami czynnymi w loży, najprawdopodobniej afiliowanej do rytu Memphis. W 1901 roku Glauer został wprowadzony do masonerii przez najstarszego z Termudich  i  po nim też odziedziczył jego okultystyczną bibliotekę ([17] str. 199).  Wedle niektórych loża masońska , której członkiem został Glauer mogła stanowić lokalną kadrę przedrewolucyjnego Tajnego Stowarzyszenia Unii i Postępu założonego na wzór wolnomularstwa, które dało początek tzw. „świadomości liberalnej” w Turcji. Choć Glauer zaczął posługiwać się tytułem i nazwiskiem von Sebottendorff twierdząc, że jest arystokratycznego pochodzenia , to jak się przypuszcza była to tylko jego własna fantazja. 

Emblemat tajnego stowarzyszenia „Thule”   (1919 r),  założonego przez Rudolfa Glauera. Propagowano w nim różne doktryny ezoteryczne, które odegrały istotną rolę w rozwoju nazizmu.  Członkami tego stowarzyszenia byli między innymi: Max Amman, Dietrich Eckart, Rudolf Hess, Adolf Hitler, Alfred Rosenberg. Umieszczona u góry emblematu swastyka – czyli równoramienny krzyż ze zgiętymi końcami – jest starohinduskim znakiem symbolizującym Słońce oraz siłę, światło i moc jakie się z nim wiążą.

 W 1912 roku wraca on do Niemiec , a w 1913 roku wstępuje do tajnego stowarzyszenia  „Germanenorden” (Zakon Germanów) . Wkrótce w porozumieniu z jej głową – Hermannem Pohlem – postanawia zreorganizować ten „zakon”, podejmując się jego ożywienia na terenie Bawarii, oraz  doprowadzić  do scalenia, dotychczas rozproszonych, lóż germańskich pod jednym kierownictwem. Formalnego otwarcia  nowego stowarzyszenia dokonano 18 sierpnia 1918 roku w Monachium (w hotelu „Vierjahreszeiten”)  przyjmując dlań nazwę „Thule Gesellschaft” (Stowarzyszenie Thule) ([17] str. 207).  Glauer zainteresował się bowiem nordyckim mitem Hyperborei (Antlantydy ?) , której stolicą miało być rzekomo Thule i postanowił go wykorzystać w swojej organizacji. Wylansował on także dwa czasopisma, których artykuły wstępne obwieszczały zbliżanie się „Apokalipsy” i „Nowej Ery” , głosząc iż: „Wszystko co żyje musi zniknąć , aby zrobić miejsce nowemu życiu .” ([8] str. 205). Członkami stowarzyszenia Thule byli między innymi: Max Amman, Dietrich Eckart, Rudolf Hess, Adolf Hitler, Alfred Rosenberg  ([2] str. 151).  Od 1918 roku jeden z wpływowych członków tej tajnej organizacji pisarz Dietrich Eckart organizuje seminaria rasistowskie pod nazwą „Dobry Niemiec” ([4] str. 180). W 1919 roku tenże Eckart spotyka Hitlera i jest pod wrażeniem jego zdolności krasomówczych i osobistego magnetyzmu. W tym samym roku Hitler wstępuje do Niemieckiej Partii Pracy (DAP-Deutsche Arbaiter Partei) i zostaje przyjęty do stowarzyszenia „Thule” ([5] str. 35). Według niektórych badaczy właśnie to tajne stowarzyszenie miało decydujący wpływ na powstanie DAP,założonej formalnie przez Antona Drexlera. Ich zdaniem  DAP  była „tylko zewnętrznym przejawem pewnej grupy ezoterycznej , wywodzącej się z antysemickich lóż germańskich” scalonych po 1912 roku przez wspomnianego już Glauera ([2] str. 151). 24 lutego 1920 roku DAP zostaje przekształcona  w NSDAP czyli Narodowo-Socjalistyczną Niemiecką Partię Robotniczą. Wkrótce Hitlerowi  powierzane są różne funkcje propagandowe, a w czerwcu 1920 roku otrzymuje on propozycję kierowania tą partią. O istotnej roli stowarzyszenia „Thule” w tworzeniu ruchu nazistowskiego świadczyć może także wypowiedź „czołowego ideologa nazizmu” Alfreda Rosenberga  z okresu  procesu przywódców hitlerowskich w Norymberdze:  „Thule? Ależ wszystko wyszło stamtąd! Pouczenie tajne, któreśmy mogli stamtąd zaczerpnąć, pomogło nam więcej w dojściu do władzy niż dywizje SA i SS. Ludzie, którzy założyli to stowarzyszenie, byli prawdziwymi magami .”  Jak stwierdził  G.Galli  „znajdowało się tam po trosze wszystko: gnoza rasistowska, snobizm kierowniczych klas europejskich oddanych kultom ezoterycznym (tajemnym), obecność służb tajnych i potężnych lobby (związków) finansowych, łajdacy i prawdziwi magowie okultystyczni.” ([14] str. 57). Z kolei zdaniem pastora niemieckiego F.W.Haacka  „… listę członków rasistowsko-neogermańskiej organizacji ‚Thule’ czyta się jak jakieś ‚Who is Who’  Trzeciej Rzeszy.”

Jeśli chodzi o stowarzyszenie „Vril” to jego założenie wiąże się z osobą   Karla Haushofera, słynnego geopolityka i  jednego z głównych inspiratorów nazizmu ([2] str. 149). Ten katolik żydowskiego pochodzenia był  także członkiem stowarzyszenia „Thule” jak również należał  do grupy tzw. „Poszukiwaczy Prawdy”, na czele której stał  Georg Iwanowicz Gurdijew ([27] str. 11), również żydowskiego pochodzenia,  działający w różnych sektach i wspólnotach religijnych na terenie Gruzji, Francji, USA. Gurdijew  miał , wedle niektórych autorów, wtajemniczyć Haushofera i Hessa w okultystyczne nauki tybetańskie, a później osiedlić się w Tybecie by  wychowywać Dalaj Lamę ([3] str. 72-73). Jak twierdzi Wulf Schartzwaller w swojej książce „The Unknown Hitler” to właśnie Haushofer, będąc „uczniem” Gurdijewa,  założył w Berlinie stowarzyszenie „Vril”, znane także pod nazwą „Świetlistej Loży”. Zarówno Gurdijew jak i Haushofer utrzymywali, że jakoby mają  kontakty z pewną tajemniczą „tybetańską lożą”  , która posiadała rzekomo sekret „nadczłowieka”. Zdaniem Schartzwallera do stowarzyszenia „Vril” należeli między innymi: Hitler, Rosenberg, Himmler, Goering i osobisty lekarz Hitlera –  dr Morell. Ponadto Gurdijew i Aleister Crowley mieli  utrzymywać kontakty z Hitlerem, który  swoją siłę sugestii i  magnetyczny wpływ na tłumy  ponoć zawdzięczał  psychologicznym technikom nabytym w tajnych stowarzyszeniach. Trudno jest jednoznacznie ocenić, czy  powyższe informacje są do końca wiarygodne, w każdym razie faktem jest, że w  1919 roku Haushofer bywał u Rudolfa Hessa wraz ze swoimi przyjaciółmi z lóż „Vril” i „Thule”, a we wrześniu tego roku zostaje on przedstawiony Hitlerowi przez tegoż Hessa w trakcie zebrania Niemieckiej Partii Pracy (DAP) ([2] str. 150). Karl Haushofer był także  twórcą pojęcia tzw. „przestrzeni życiowej” (Lebensraum) i  tzw. „doktryny kontynentalnej” , w oparciu o którą Hitler podporządkował sobie obszary Europy Środkowej i Wschodniej. Haushofer otrzymał  stanowisko prezesa Akademii Niemieckiej w Monachium, a jego syna  , również profesora ekonomii politycznej , Hitler umieścił w sztabie swego zastępcy, Rudolfa Hessa, gdzie powierzano mu najbardziej zaufane misje do różnych krajów świata ([3] str. 73). Przez osobę Haushofera można było także dotrzeć do brytyjskiej loży „Golden Dawn” (Złota Zorza) „emanacji fabianistycznych socjalistów , którzy właśnie inspirowali i ukierunkowywali anglo-amerykański świat finansowy …” ([2] str. 149). Co więcej  loża ta utrzymywała ścisłe stosunki z Iluminatami niemieckimi poprzez zakonspirowane stowarzyszenie lucyferiańskie „Stella Matutina”  ([11] str. 37).   Karl Haushofer był również jednym z mentorów Rudolfa Hessa i głównym inspiratorem jego tajemniczego lotu do Szkocji w maju 1941 roku. Jak się powszechnie utrzymuje Hess udał się tam żeby spotkać z dobrym znajomym Haushofera, księciem Hamilton. Celem tego spotkania miało być  uzyskanie takiego wpływu na króla angielskiego aby doprowadzić do pokoju z Wielką Brytanią. Stowarzyszenia „Vril” i „Thule”  nosiły  znamiona prawdziwego „zakonu” religijnego i podobnie jak to było w przypadkuIluminatów Weishaupta, reprezentowały zbliżoną ideę lucyferianizmu tylko z różnymi wariantami ezoteryczno-okultystycznymi , propagując „Religię Rozumu”, nadejście „Nowej Ery” i  powstanie „Nowego Człowieka”.  Słowo „Vril” oznacza bowiem  „szczególnie silny fluid powszechnego magnetyzmu, esencję boskości (…) prawdopodobnie stał się on źródłem koncepcji przyszłego naddczłowieka. Jego energia ponownie odkryta przez wielkich wtajemniczonych (…) miała być tchnięta w całą rasę germańską by uczynić z niej rasę panów . ” ([8] str. 204). Zresztą w tym duchu wypowiadał się także  sam Hitler, który twierdził, że religia w rozumieniu tradycyjnym już się przeżyła i  zostanie ona zastąpiona przez „Naukę (…) nową gnozę, która zainauguruje Erę Umysłu i w ten sposób urzeczywistni – poza mutacją biologiczną – ideę człowieka-boga , odpowiedzialnego jedynie przed samym sobą .” ([8] str. 148). Warto w tym miejscu odnotować, że sformowane w 1923 roku tzw. Sztafety Ochronne NSDAP (Die Schutzstaffeln Natzionalistischen Deutschen Arbeitspartei), które w 1925 roku przyjęły nazwę SS , posiadały również pewne znamiona zakonu religijnego o charakterze ezoterycznym i hierarchicznych szczeblach. Zakon SS zawierał  „krąg wewnętrzny” , który obejmował towarzystwo badań i studiów ideologicznych  – Ahnenerbe (czyli Dziedzictwo Przodków) oraz organizację o charakterze mistycznym i wykonawczym – właściwy zakon SS , czyli Czarny Zakon. Ahnenerbe prowadziła na przykład„badania dotyczące różokrzyżowców, świętych liczb , psychicznych skutków jogi i zenu, skuteczności praktyk magicznych i alchemicznych, lokalizacji ośrodka Agarttha. Są to klasyczne tematy współczesnej literatury ezoterycznej. Doktryna SS  jest symbolicznie wyrażana podwójną runą : dwa „S” narysowane jako pararelne błyskawice. W mitologii germańsko-nordyckiej jedna błyskawica wyraża dobro, a dwie błyskawice – zło  .” ([8] str. 148). Według  doktryny  propagowanej w SS  świat jest „surową materią, którą trzeba przekształcić. Wewnątrz tej materii jest uwięziona energia  ; została tam  zgromadzona przez magów, mędrców starożytnej Hyperborei. Ci którym uda się wydobyć ową energię (nazywaną Vril)  będą mogli wejść w kontakt z „zewnętrznymi mocami” (…) człowiek jest przejawem sił uniwersalnych , które krążą w obiegu międzyplanetarnym. Zawiera w sobie cały kosmos (…) kto umie w sposób doskonały zastosować tę doktrynę odpowiedniości , jest w stałym kontakcie z bogami , znajduje się w drodze do naddczłowieczeństwa .” ([8] str. 149). Jak widać można w tych stwierdzeniach odnaleźć niektóre idee propagowane również obecnie, choćby przez ruch New Age.

Globalny socjalizm i „Ruch Paneuropejski”

Jak się przypuszcza opisywana wcześniej reorientacja cywilizacyjna Niemiec poprzez działalność rozmaitych tajnych towarzystw odbywała się w ściśle określonym celu, gdyż postanowiono  wykorzystać hitlerowskie Niemcy jako  narzędzie do swoistego  „federowania” Europy. W zamyśle sterników światowej finansjery  miał to być bowiem jeden z etapów  do utworzenia większych, ponadnarodowych  całości tj. pansowieckiej, panamerykańskiej, paneuropejskiej, panazjatyckiej, panbrytyjskiej, a w końcu  jednej światowej organizacji polityczno-ekonomicznej –  „Republiki Światowej” pozostającej pod ich kontrolą. Zaczęto także  propagować  pewną formy  totalnego socjalizmu, w którym  państwo i jego jedyna partia kontroluje całe państwo i społeczeństwo oraz  wszystkie jego zdolności produkcyjne, gdzie człowiek pełni rolę jedynie  trybu w maszynie. Jego odmianami były : socjalizm sowiecki  oraz  niemiecki narodowy socjalizm, określany teraz wstydliwie „nazizmem”, choć przecież termin „nazi” pochodzi od dwóch  zgłosek wyrazu  „Nationalsozialist” (narodowy socjalista) względnie „National sozialismus” (narodowy socjalizm). Zarówno jeden jak i drugi system  ma te same antychrześcijańskie korzenie, ten sam cel oraz  tych samych  bardzo możnych i wpływowych protektorów w postaci  międzynarodowej finansjery ([22] str. 13).Obie te formy powstały z tej samej woli ustanowienia Anty-Kościoła i z podobnego mesjanizmu, będąc jedynie  adaptacjami dostosowanymi do danych ludów. Jak pisał w 1923 r.  Ernst Niekisch, jeden z przywódców niemieckiej „kompartii” w latach 1920-tych i wschodnioniemieckiej partii komunistycznej po 1945 r. doktryny komunistyczna i nazistowska są  „z istoty najbardziej skutecznymi przejawami nieprzejednanego fanatyzmu antyrzymskokatolickiego” ([2] str. 202). Z kolei Goebbels w liście otwartym z datą 1925 podkreślał, że „w rzeczywistości komuniści nie są naszymi wrogami”, zaś  Hitler , który po 1933 r., żądał by pozostawiono otwarte drzwi do NSDAP komunistom, którzy chcieliby do niej wstąpić, pisał w tym samym czasie : „W naszym ruchu (socjalistycznym) łączą się dwie skrajności: komuniści z lewicy i oficerowie oraz studenci z prawicy (…) To zbrodnia, że przeciwstawiają się oni sobie w walkach ulicznych. Komuniści są idealistami socjalizmu” ([2] str. 200). Tak więc zarówno czerwony jak i brunatny socjalizm miały wiele punktów wspólnych, o czym świadczyć może także ich stała i  bliska współpraca w okresie międzywojennym.  Jak  słusznie zauważył jeden z ówczesnych  badaczy „Niemcy dzisiejsze równie dobrze są przygotowane do komunizmu, jak do rasistowskiego nacjonalizmu. Zmiana systemu społeczno-politycznego na komunistyczny byłaby tylko przemalowaniem szyldu, bo ducha nie trzeba tam przekształcać.” ([12] str. 400). Jednak ostatecznie kierownictwo światowej finansjery zdecydowało się jednak na wsparcie finansowe dla narodowego wariantu socjalizmu w Niemczech. Już w latach 1912-1923 tworzy się w Wiedniu pewien ośrodek o kluczowym znaczeniu dla propagowania tych idei. Grupuje on w swoim małym kręgu między innymi ([19] str. 46)

Waltera Rathenaua  – ” żydowski przemysłowiec, polityk, minister  spraw zagranicznych, twórca traktatu w Rapallo w 1922 , zwolennik etatyzmu i współpracy z bolszewikami” 

Karla Haushofera  – „twórca teorii ‚Lebensraum’ i współautor ‚Mein Kampf’ Hitlera”  

Houstona Stewarta Chamberlaina  – „twórca teorii o ‚wyższości’ rasy aryjskiej”

Richarda Coudenhove-Kalergi  – „twórca idei Pan-Europy

Hjalmara Schachta  – „prezes Banku Rzeszy, poparł w 1933 roku dojście Hitlera do władzy, w latach 1933-45 realizował program zbrojeń Rzeszy”

Adolfa Hitlera i wielu przywódców późniejszej NSDAP. 

Przez Walthera Rathenaua i Hjalmara Schachta można było się dostać w środowisko międzynarodowej  finansjery, związanej szeroko z finansowaniem rewolucji bolszewickiej w Rosji w 1917 roku, a później także potęgi przemysłowej Związku Sowieckiego i hitlerowskich Niemiec ([2] str. 149). Jak napisał  biograf  W.Rathenaua,  hrabia Kessler: „jego [tj. Rathenaua]  koncepcja przemysłu zorganizowanego pod kontrolą państwa, w kierunku Ogólnoświatowej Organizacji Ekonomicznej, została jakby skopiowana przez sowiecki plan pięcioletni. Niedługo po rozruchach 1919 powiedział mi on, że bolszewizm jest systemem prezentującym wielkość, do którego bez wątpienia należy przyszłość. Zachwalał upaństwowienie  monopoli przemysłowych, obalenie prawa dziedziczenia, wyzwolenie proletariatu … .”   Podobne programy były opracowywane w Stanach Zjednoczonych przez stojącego u boku prezydenta W.Wilsona, masona i Iluminata, pułkownika  Edwarda Mandella House’a (właściwe nazwisko: Mendel-Hans). Tenże House  uważał, że dzięki jego przyjaciołom fabianistom amerykańskim i angielskim dojdzie do ustanowienia na świecie „socjalizmu o jakim marzył Marks”  ([2] str. 153). Następną ważną postacią z „ośrodka wiedeńskiego” był wspomniany już wcześniej  Karl Haushofer. Miał on liczne powiązania ze stowarzyszeniami „Thule” i  „Vrill” oraz brytyjską lożą „Golden Dawn”. Kolejnym przedstawicielem tego kręgu osób był przyjaciel Schachta i Rathenaua, Richard Coudenhove-Kalergi, który już w 1919 roku inspirował w Wiedniu założenie ruchu zdolnego przekonać opinię publiczną do sfederowania Europy i utworzenia tzw. Stanów Zjednoczonych Europy czyli tzw. „Paneuropy”. Jak pisze P.Vilemarest, Coudenhove-Kalergi  „miał  swą placówkę w sercu ośrodka wiedeńskiego, tam gdzie przybywają liczni inspiratorzy Adolfa Hitlera (…) dzielił on z Chamberlainem uwielbienie dla Nietzschego , proroka Nadczłowieka. I taki sam podziw dla Oswalda Spenglera, dla jego metodycznej i zdyscyplinowanej „pruskości”, dla jego socjalizmu marzącego o „Trzeciej Rzeszy”, którą w 1919 roku na sześć lat przed swą śmiercią , wieszczy Moller Van den Bruck, inny inspirator doktryny, którą w 1923 wyłożą Hitler i Rudolf Hess”  ([2] str. 150). Coudenhove-Kalergi utrzymywał także kontakty ze stowarzyszeniem „Thule”, szukając również tam zwolenników dla swych idei  ([19] str. 18).  Wprawdzie „Ruch Paneuropejski” rodzi się oficjalnie dopiero w 1922 roku, lecz rozmowy na jego temat prowadzone są już trzy lata wcześniej. Utopijna wizja Paneuropy opracowana przez Coudenhove-Kalergiego była częścią globalistycznej koncepcji świata lansowanej przez ośrodki światowej finansjery. Centrala przygotowawcza i propagandowa idei „Paneuropy” została utworzona w Austrii , zaś w Stanach Zjednoczonych został utworzony komitet pomocy, założony przez tamtejsze loże masońskie z  bankierem Felixem Warburgiem i posłem Straussem na czele ([9] str. 23). „Apostołem” Paneuropy został  Coudenhove-Kalergi , członek wiedeńskiej loży „Humanitas” i kapituły – zrzeszenia masonów 18 stopnia, tzw. „Różokrzyżowców” w „Obrządku Szkockim Dawnym Uznanym” pod nazwą „Kapitel Mozart im Tale von Wien” w Wiedniu. Przynależność Coudenhove-Kalergiego do masonerii nie była wcale przypadkowa gdyż  tajne towarzystwa  odegrały dużą rolę w propagowaniu  idei „Paneuropy” jako części  przyszłej „Republiki Światowej”. Jak głosi sprawozdanie z Konwentu „Wielkiego Wschodu Francji” z 1932 roku ([9] str. 23)„Czyż nie z łona masonerii wytrysnęła iskra, co spowodowała wyklucie się Ligi Narodów , Międzynarodowego Biura Pracy i wszystkich instytucji międzynarodowych , co tworzą znojny, ale owocny zarys Stanów Zjednoczonych Europy , a może i świata ? „  Wspomniana idea zakładała między innymi skasowanie gospodarek narodowych poszczególnych państw, utworzenie jednej międzynarodowej całości gospodarczej, w której pojedyncze państwo byłoby nastawione na produkcję tylko jednego rodzaju, uzupełniając swoje potrzeby w innych dziedzinach wytworami innych państw. W ten sposób nastąpiłoby całkowite uzależnienie w sferze gospodarczej. Wszystko to miało być dokonane w imię utrzymania pokoju, wyjścia z kryzysu gospodarczego, utrzymania przywódczej roli Europy w świecie, obrony przed Związkiem Sowieckim itp. Wszystkie te, zresztą bardzo realistyczne, cele polityczne Coudenhove-Calergi wyłożył w swojej książce-manifeście „Pan-Europa” , wydanej w Wiedniu 1923 roku. Jednak o wielu innych, ukrytych, a chyba najistotniejszych  celach  pisał on jedynie w swych trudno dostępnych pracach, ogłaszanych np. na łamach „Wiener Freimaurerzeitung” ([10] str. 107). Wynika z nich, że  jednym z głównych celów „Paneuropy” miało być stworzenie takich warunków, w których „mógłby zostać dopełniony i zakończony proces emancypacji żydostwa” ([10] str. 108). Bowiem Coudenhove-Kalergi „zaczął odkrywać w żydostwie wartości, które jego zdaniem były bardzo cenne dla scalenia narodów chrześcijańskiej (na razie) Europy” ([19] str. 24).  Już wcześniej w jednej ze swych pierwszych prac „Held oder Heilinger” proponował „talmudyczną wizję uniwersalizmu” , w której Chrystus jest tylko jednym z proroków. Co więcej jego zdaniem chrześcijaństwo ma zginąć, gdyż skazane jest na zagładę, zaś narody europejskie „nie są zdolne do uratowania Europy i od nieszczęść może je uchronić tylko panowanie Izraela na ziemi” ([19] str. 24).Niestety ale Coudenhove-Kalergi walcząc w swoich pracach z rasistowskim antysemityzmem popadł w inną skrajność i  doszedł do rasistowskiego filosemityzmu. Jednym z jego postula
tów  była wręcz „hodowla”  „szlachty europejskiej” stanowiącej  „elitę przyszłości” , w której tworzeniu decydującą rolę mieli odegrać Żydzi jako ci , którzy są
„obdarzeni wyższością ducha” . Dla jej potrzeb Coudenhove stworzył nawet specjalną teorię eugeniki o podkładzie rasistowskim ([10] str. 134). Już w 1922 roku  wyjaśniał on, że „Tysiącletnia niewola pozbawiła Żydów , z rzadkimi wyjątkami, gestów pańskości. Długotrwały ucisk hamuje rozwój osobowości  i tym samym zabija w estetycznym ideale szlachectwa główny element (…) Tak to żydowski , duchowy naród panów (das geistige Herrenvolk der Juden) musi cierpieć pod brzemieniem cech niewolnika, które wycisnął na nim jego rozwój historyczny .” W zjednoczonej Europie sytuacja ta ulegnie zmianie gdyż mimo iż „od tysiąca lat Europa usiłuje wytępić naród żydowski” to „dokonała wbrew swojej woli, drogą kunsztownej selekcji, ich uszlachetnienia i wychowania do roli, którą mogą spełnić jako naród-przywódca (…)  w momencie gdy feudalna szlachta rozpadła się, Boska Opatrzność  obdarowała Europę poprzez emancypację żydowską nową rasą z łaski Ducha .” Tak więc rządzić Paneuropą miał tylko jeden naród, natomiast rządzeni według życzeń Coudenhovego mieliby utworzyć mieszankę rasową w postaci „Euroazjatyckiej rasy przyszłości” , która „zastąpi różnorodność narodów przez różnorodność osobowości .” ([10] str. 108). Warunkiem powstania przyszłej „Paneuropy” było dla Coudenhove-Kalergi to, że„nadejście nowej formy istnienia, nowej moralności w Europie może się dokonać tylko za pośrednictwem jakiegoś dyktatora …”  Zresztą podobnie uważało także wielu przedstawicieli ówczesnych „elit”, jak choćby Hjalmar Schacht , prezes Banku Rzeszy, jak również mason o długoletnim stażu i gorliwy poplecznik zjednoczenia Europy, który przekonywał Coudenhovego, że jedyną osobą mogącą zrealizować „Paneuropę” jest Hitler i że na niego trzeba postawić. Z kolei znany literat Emil Ludwig (syn wrocławskiego okulisty Hermana Cohna), zrzeszony „paneuropejczyk”, w 1932 roku przekonywał osobiście Mussoliniego, by podjął się dzieła zjednoczenia Europy. Tenże Ludwig  w 1938 roku opowiedział się za wojną, jako jedynym sposobem do osiągnięcia tego celu politycznego ([10] str. 144).  Coudenhove-Kalergi opisując swoją wizję przyszłych stosunków europejskich w swojej pracy „Pan-Europa”, opublikowanej w 1923 roku, często posługiwał się w odniesieniu do Żydów terminologią: Fuhrersnation(naród wodzów), Herrenrasse (rasa panów), Herrenvolk (naród panów) itp.  W niespełna półtora roku później ukazała się książka „Mein Kampf” Adolfa Hitlera, nawiasem mówiąc napisana  przy współudziale Karla Haushofera i Alfreda Rosenberga.  Hitler zapożyczył od Coudenhove’a wszystkie te pojęcia z tym że odwrócił do góry nogami piramidę władzy zaproponowaną w „Pan-Europie” i na jej wierzchu osadził „szlachetną rasę aryjską” ([19] str. 25). W 1924 roku, dzięki odpowiedniemu poparciu, Hitler rozpoczyna swój marsz po władzę, podczas gdy Coudenhove-Kalergi, wcale się tym nie zrażając, zajęty jest nadal propagowaniem w Europie idei wielkiej sfederowanej całości , rekrutując zwolenników w Niemczech, Holandii, Belgii, Francji i Szwajcarii ([2] str. 152). Jest on jednocześnie zwolennikiem ZSRR – „dzisiaj nadziei milionów Europejczyków” i sowieckiego planu pięcioletniego. W tymże 1924 roku Louis de Rothschild przekonał swego przyjaciela  Maxa Warburga (brata Felixa Warburga) o potrzebie dopomożenia Coudenhove-Kalergi i wkrótce 60 000 marek w złocie zostało przekazanych jemu i jego zarządcom – Fritschemu z „Dresdner Bank” i wiceprezesowi „Kredit-Anstalt” w Wiedniu, Broschemu. Co więcej w 1935 roku pierwszej manifestacji „Ruchu Paneuropejskiego” w Niemczech będzie przewodniczył „czarodziej”   hitlerowskich finansów  – Hjalmar Schacht ([2] str. 152-153).  

Finansowe źródła nazizmu

Tak więc proces politycznego i ekonomicznego podporządkowywania sobie Europy  rozpoczęto od Niemiec wykorzystując do tego hitlerowski narodowy socjalizm. Wprawdzie początkowo brakowało tutaj  kapitałów, ale dzięki zagranicznej pomocy postanowiono przejąć  kontrolę nad państwem, finansując jego wzrost gospodarczy. Chociaż historia oficjalna podaje, że od swego zarania hitlerowski nazizm  zawdzięczał swe istnienie i rozwój dzięki ogromnej pomocy wielkiego przemysłu niemieckiego, wymieniając przy tym nazwiska Fritza Thyssena, Augusta Borsiga, Emila Kirdorfa, Alberta Voeglera, Georga Schnitzlera, czy dynastię Krupp von Bohlen. Jednak jak się okazuje jest to wyliczenie niekompletne i doskonały pozór by zatuszować  odpowiedzialność, która nie była wyłącznie niemiecka. Profesor Antony C.Sutton jest pierwszym, który udowodnił po latach poszukiwań, w oparciu o dokumenty rządowe i inne źródła, że  odbudowie niemieckiego przemysłu cały czas towarzyszyła również ogromna zagraniczna pomoc ze strony międzynarodowych bankierów i przemysłowców spod znaku Wall Street i  londyńskiego City. Wyniki swoich dociekań w tej kwestii zawarł on w  książce pt. „Wall Street and the rise of Hitler”.  A.C.Sutton będąc pracownikiem naukowym  „Hoover Institute for War, Revolution and Peace”  opublikował wcześniej  monumentalne trzytomowe dzieło pt. „Western Technology and Soviet Economic Development”  dowodzące, że również potęga przemysłowa ZSRR została zbudowana przy wydatnej pomocy sfer finansowych USA. Choć prace te były dużym wydarzeniem w kołach uniwersyteckich, to główne media, nie próbowały nawet ich krytykować i  zareagowały całkowitym milczeniem. Tak więc okazuje się, że elita bankowa z Wall Street  współfinansowała nie tylko przymierze niemiecko-sowieckie po Rapallo , ale także różne narodowe nurty niemieckie , jak też partię narodowo-socjalistyczną i samego Hitlera ([2] str. 162). Niestety wszystkie te fakty zostały w Norymberdze pominięte całkowitym milczeniem. W tym międzynarodowym towarzystwie można znaleźć takich bankierów i finansistów, takich jak choćby Henry i Edsel Ford  z „Ford Motor Company”,  J.P.Morgana, J.D.Rockefellera, Warburgów, Schiffa, Dillona, Harrimanów, Lamonta i Du Ponta. Firmy Morganów i Rockefellerów  już wlatach 1900-1914 wysuwają się na czoło w Ameryce i na świecie ([2] str. 65).  Rockefellerowie  poczynając od swego imperium naftowego „Sandard Oil”, przejmują kontrolę nad rynkami miedzi , stali , tytoniu oraz centrów bankowych, w szczególności „National City Bank” i „U.S. Trust Company” jak też jedno z największych przedsiębiorstw ubezpieczeniowych na świecie „Equitable Life and Mutual ” w Nowym Jorku ([2] str. 65). Z kolei Morganowie rządzą przemysłem stoczniowym, elektrycznością, kauczukiem, jak również centrami bankowymi – „National Bank of Commerce” i „Chase National Bank” oraz firmami ubezpieczeniowymi. Klejnotami ich fortuny są „General Electric” oraz „Guaranty Trust Company”. Z grupą Morgana jest także zrzeszona poprzez „American International Corporation” (AIC)  firma Kuhn, Loeb & Co. ([2] str. 

Literatura:

1. A.C.Sutton – „Wall Street and the rise of Hitler” –  Seal Beach 1976.

2. P.Vilemarest – „Źródła finansowe komunizmu i nazizmu” – Warszawa 1997.

3. H.Kardel – „Hitler założycielem Izraela ?” – Warszawa 1996.

4. ks. J.A.Cervera – „Pajęczyna władzy” – Wrocław 1997.

5. H.Pająk – „Bestie końca czasu” – Lublin 2000.

6. W.Still – „Nowy Porządek Świata” – Poznań 1995.

7. M.Kałuski – „Wypełniali przykazanie miłosierdzia” – Warszawa 2000.

8. J.Vernete – „New Age – u progu ery wodnika” – Warszawa 1998.

9. K.M.Morawski, W.Moszczyński – „Co to jest masoneria” – Poznań 1997.

10. J.Chodorowski – „Czy zmierzch państwa narodowego ?” – Poznań 1996.

11. P.Virion – „Rząd Światowy” – Komorów 1999.

12. F.Koneczny – „Cywilizacja bizantyńska” – Warszawa 1997.

13. F.Koneczny – „Cywilizacja żydowska” – Warszawa 1995.

14. ks. A.Zwoliński – „Tajemne niemoce” – Warszawa 2001.

15. V.Messori – „Czarne karty Kościoła” – Katowice 1998.

16. J.R.Nowak – „Walka z Kościołem wczoraj i dziś” – Szczecinek 1999.

17. N.Goodrick-Clarke – „Okultystyczne źródła nazizmu” – Warszawa 2001.

18. J.Cotter – „Synkretyzm” – Poznań 1996.

19. A.L.Szcześniak – „Holokaust” – Radom 2001.

20. A.Kurajew – „Tajemnica 8 marca” – Fronda  Nr 11/12/1998.

21. Z.Chocimski – „Ezoteryczne źródła komunizmu” – Fronda Nr 9/10/1998.

22. R.Gładkowski – „Myślącym pod rozwagę”  – Toronto 1984.

23. J.R.Nowak  – „Kolejny wybryk antychrześcijański” – Tygodnik Niedziela Nr 43(491).

24. ks. M.Poradowski – „Kościół od wewnątrz zagrożony” – Wrocław 2001.

25. „Modlitwa do niemieckiego boga” – Nasz Dziennik Nr 201 (1697) z 29 sierpnia 2003.

26. ks. S.Tworkowski – „Ostatni zrzut” – Kraków 1984.

27.  Encyklopedia Białych Plam , tom 8 – Radom 2002.

28. A.Solak – „Wojownicy Chrystusa” – Brzesko 2003.   –   LINK

Tajna Symbolika

Dodaj komentarz

Pieczęć Iluminatów

Przedstawia niedokończoną piramidę składającą sie z 13 wartsw z Wszystkowidzącym Okiem oprawionym w  trójkąt. Na pierwszej warstwie znajduje się wyrażony w cyfrach rzymskich napis MDCCLXXVI oznaczający liczbę 1776. Dewiza-program-plan „Novus Ordo Seclorum” (Nowy Porządek Wieków)  znajdujący się na Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych był już znany Iluminatom ,  bowiem używał jej Adam Weishaupt , gdy 1 maja 1776 roku ogłosił założenie swojego Zakonu masońskiego. 20 czerwca 1782 roku Kongres zatwierdził powyższy emblemat  jako odwrotną stronę Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych. W wyniku decyzji podjętej przez prezydenta F.D. Roosevelta począwszy od 1935 roku pojawiła się ona także na banknocie jednodolarowym. 

Oko w trójkącie symbolizuje na płaszczyźnie duchowej lub boskiej Wielkiego Architekta Wrzechświata. Wedle niektórych symbol Wszystkowidzącego Oka nawiązuje do egipskiego hieroglifu „złego oka”, przedstawiającego  Ozyrysa, który  był  bogiem  świata podziemnego i księciem zmarłych, będąc jednocześnie postrzeganym jako naczelny bóg zła. Warto nadmienić, że w okultyźmie  Ozyrys i Horus (syn Ozyrysa) są to również imiona odnoszące się do samego Szatana . I tak na przykład zdaniem  Williama J.Schoebelena znak „złego oka” jest uważany „przez wszystkich satanistów za symbol Lucyfera”  (LINK ). „Oko Ozyrysa” (zwane też „Okiem Horusa”)  zostało  przyjęte także przez masonerię jako jeden z jej najważniejszych symboli. Niektórzy interpretują emblemat Wszystkowidzącego Oka także jako symbol ustawicznej kontroli Iluminatów nad ich „wielkim dziełem” czyli budową, opartego na lucyferianiźmie,  Nowego Porządku Świata. Warto wspomnieć, że nie kto inny jak Adam Weishaupt – założyciel Zakonu Iluminatów –  nazwał ten symbol „insynuacyjnym braterstwem” lub „szatańskim okiem” , które spogląda w dół i kontroluje społeczeństwo ([6] str. 34).

 

Angielski satanista Aleister Crowley, nazywający siebie „Antychrystem”, „Wielką Bestią” i „Panem Nowego Eonu” w trójkątnej czapce z Wszystkowidzącym Okiem, które symbolizowało „wiedzę” i „moc” odnoszącą się do staroegipskiego boga Horusa. W okultyźmie Horus  jest jednym z imion odnoszących się do samego Szatana. Crowley był także założycielem swojego magicznego zakonu „Argentium Astrum” („Srebrna Gwiazda”). 

Okładka  czasopisma „EQUINOX” z 1909 roku (dosłownie nazwa ta oznacza „Równonoc”) – organu prasowego zakonu „Argentium Astrum” założonego przez angielskiego satanistę Aleistera Crowleya. Nazwa „Equinox” była prawdopodobnie nawiązaniem do odprawionej w 1904 roku  w Kairze przez Crowleya ceremonii magicznej , która jego zdaniem ” …  wywołała bóle porodowe nowego eonu nazwanego mianem równonocy bogów” ([4] – str. 55). W Gnozie i Kabale pod pojęciem „eonu” rozumiano istotę wyższą, pośredniczącą między stworzycielem a stworzeniem. Tutaj również na czołowym miejscu jest eksponowany symbol Wszystkowidzącego Oka oprawionego w trójkąt.

/ źródło: Terry Melanson – LINK  /

 

Godło i flaga Samoa Zachodniego, państwa w Oceanii, które dopiero od 1962 roku jest niepodległe. Tutaj także widoczna jest obecność charakterystycznej symboliki, miedzy innymi w postaci białych gwiazd pięcioramiennych  oraz tzw. „krzyża słonecznego”. Jak widać mimo dużej odległości geograficznej i czasowej  pewne idee pozostają takie same. Główny architekt i ideolog zjednoczonej Europy  Richard Coudenhove-Kalergi w swojej książce-manifeście „Pan-Europa” wydanej w Wiedniu w 1923 roku proponował by znakiem Paneuropy był czerwony krzyż na złotym słońcu, jako symbol „ludzkości i rozumu”. Jak pisał on wtedy:  „Znakiem, w którym zjednoczą się paneuropejczycy wszystkich państw jest krzyż słoneczny: czerwony krzyż na złotym słońcu, symbol ludzkości i rozumu. Ta flaga miłości i ducha powinna kiedyś powiewać od Portugalii po Polskę nad jednym mocarstwem światowym pokoju i wolności.”  Zbliżony symbol został zaproponowany przez Wielki Wschód Francji dla Ligi Narodów w projekcie tej instytucji z 1917 roku. Nie powinno to specjalnie dziwić bo słońce stanowi jeden z głównych motywów symboliki wolnomularskiej, a sam Coudenhove-Kalergi był członkiem wiedeńskiej loży „Humanitas”   ( [7] str. 83). 

 Astrologiczny symbol Słońca – był on używany  między innymi  w tajnej korespondencji prowadzonej przez Iluminatów  Weishaupta na oznaczenie słów „iluminizm”, „iluminowany” itp. 

Wielki kabalistyczny heksagram – obraz „świata ubóstwionego”. 

Heksagram, zwany także „Pieczęcią Salomona”, był używany już w starożytnych religiach jako symbol bóstw: Molocha i Astoretha, jak również jako znak Saturna , planety ważnej w okultyzmie i  Kabale. Bywa też on interpretowany jako symbol równowagi dobra i zła oraz równowagi między duchem a materią. W okultyźmie i czarnej magii symbolu  heksagramu  używano do wzywania i odpędzania demonów oraz do nakładania  klątw i  zaklęć na określone ofiary. Również w  Kabale sześcioramienna gwiazda  stała się jednym z najważniejszych magicznych symboli. Czerwony heksagram był także używany jako  znak bankierskiej rodziny Rothschildów, potem sześcioramienną gwiazdę jako swój symbol przejęli także syjoniści ( [5] str. 61).

Reprodukowany  powyżej obrazek  jest wariantem heksagramu, jaki zamieścił w XIX wieku w swoim dziele „Dogmaty i rytuały wysokiej magii” („Dogme et rituel de la Haute Magie”) znany  okultysta i kabalista Eliphas Levi (ex-ksiądz Ludwik Constant), który z kolei zaczerpnął ów symbol ze starych manuskryptów. Levi należał  do grupy wysoko wtajemniczonych „mistrzów”, którzy pod pozorem propagowania poprzez różne tajne towarzystwa tzw. „chrześcijańskiej magii”, usiłowali podsunąć Kabałę Kościołowi. Co więcej jego zdaniem sama masoneria to w istocie „wielkie stowarzyszenie kabalistyczne … ,  co pojawia się niespodziewanie w dziejach świata w chwili, kiedy protest przeciwko Kościołowi rozczłonkował był jedność chrześcijańską” ([3] str. 40). Przedstawiony na rysunku heksagram  występuje także pod nazwą  MAKROPROZOPUS i MIKROPROZOPUS („wielki i mały świat”) Kabały. Poniżej przedstawiono w obszernych fragmentach wyjaśnienie jego symboliki, które  podaje  Pierre Virion ([2] str. 157): 

1. Wąż trzymający w pysku swój własny ogon i oplatający heksagram jest symbolem wysokiego wtajemniczenia okultystycznego. Wyobraża on uniwersalność wiedzy tajemnej i potęgę magów panującą nad światem.

2. Dewiza „Quos superius macroprosopus, suit quod inferius microprosopus” jest prastarą formułą wiedzy hermetycznej. Znaczy „To co jest na górze , jest jak to co jest na dole” (i przeciwnie). Należy w niej widzieć przede wszystkim błędną analogię, która uważa świat widzialny za odbicie niewidzialnego świata wyższego, którego jest repliką. Iluminizm i teogonia sekt masońskich prowadzą tą drogą do odwrócenia prawd objawienia, a co za tym idzie – teologii katolickiej. Mikroprozopus (wyższy) przybrany w papieską tiarę jest więc Człowiekiem-Archetypem, idealnym, boskim Adamem-Kadmonem Kabały. Mikroprozopus (niższy) jest to Mag, istota „nadludzka” tu na ziemi; „wiedza tajemna czyni z niego jedną z tych nieprawadopodobnych istot, które z człowieczeństwa  zachowują właściwie tylko wygląd zewnętrzny, ale których wyzwolony umysł wznosi się na niesłychane wyżyny, gdzie człowiek przemienia się w półboga.”  Jest to również formuła odrodzenia, regeneracji (czy reintegracji) człowieka przy pomocy „wielkiego dzieła” hermetyzmu, wiedzy tajemnej, która z człowieka (niższego) czyni boga (wyższego).

3. Z dwóch trójkątów ten, którego wierzchołek zwrócony jest ku dołowi, przedstawia zstępowanie pierwiastka boskiego – Ducha – w materię. Trójkąt, którego wierzchołek  zwrócony jest ku górze  przedstawia wszystko, co ponownie wstępuje ku „Duchowi” (…)

Heksagram jest więc doskonałym  obrazem „świata ubóstwionego” , a w odniesieniu do człowieka jest dokładnym odzwierciedleniem słów z Księgi Rodzaju: „Eritis sicut dii” („Będziecie jako bogowie”)

Pentagram , pentagrammon (gr. penta -pięć, gramma – litera, znak), pięciokąt foremny gwiaździsty lub gwiazda pięcioramienna ([8] str. 95)  – jest ważnym symbolem magiczno-okultystycznym, a także satanistycznym. W XIX wieku znany  okultysta i kabalista Eliphas Levi (ex-ksiądz Ludwik Constant), wprowadził podział pentagramów na „dobre” i „złe”. Pierwszy z nich (rysunek z lewej) posiada jeden wierzchołek skierowany ku górze i jest często przedstawiany z wpisanym w siebie wizerunkiem człowieka. Pentagram ten jest jednym z ważniejszych symboli masonerii i bywa interpretowany jako symbol człowieka (ADAM-EVE) , będącego w drodze do „odrodzenia” i „ubóstwienia” –  jest to więc symbol pogańskiego humanizmu inicjatycznego. W niektórych przypadkach znak ten jest  także uznawany jako symbol „dobrego” Lucyfera.  Z kolei odwrócony pentagram z dwoma wierzchołkami skierowanym ku górze (rysunek z prawej) jest uważany za symbol „złego” Szatana (SAMAEL-LILITH), przedstawionego w  postaci tzw. „kozła z Mendes” (Baphometa). LILITH – „w tradycji talmudycznej i folklorze żydowskim demon (…) zagrażający zwłaszcza dzieciom i kobietom w ciąży. (…) Wg legendy hebrajskiej była pierwszą żoną Adama, ale tak samowolną i złośliwą, że Adam nie mógł z nią wytrzymać (…).” [9] str. 599).SAMAEL W tradycji żydowskiej   to anioł śmierci, zarządzający „Siódmym Niebem”, jeden z siedmiu wysłanników Boga na świecie, któremu służy dwa miliony aniołów, on miał kusić Ewę w raju jako wąż. Według tradycji chrześcijańskiej upadły anioł, wypędzony z nieba za sprzeciwienie się Bogu. Przejściecie z jednej formy pentagramu w drugą można uzyskać poprzez jego obrót o 33 stopnie, zaś liczba 33 ma podstawowe znaczenie w symbolice masońskiej – między innymi wiąże się ona z ilością stopni wtajemniczenia w niektórych obrządkach masońskich. Pentagram wykorzystywany był i jest w symbolice masonerii okultystycznej, magii ceremonialnej i kabalistyce oraz jako symbol komunizmu – znak gwiazdy pięcioramiennej został przedłożony bolszewikom przez Leivę  Trockiego-Bronsteina, członka loży masońskiej Wielki Wschód, który zdawał sobie sprawę z jej ezoterycznego sensu.( [8] str. 96).

 

Baphomet to imię antychrześcijańskiego bóstwa , któremu cześć mieli oddawać templariusze. Jak podaje ks. prof. A.Zwoliński:  „Baphomet” to akrostych, czytany wspak (według kryptografii Kabały) – „Temophab”, znaczy:  „Templi omnium hominum pacis  abbis”  tj.  „opat świątyni pokoju wszechludzkości.”  Baphomet jest przedstawiany jako kozioł z wielkimi rogami, z kobiecą piersią, ze skrzyżowanymi kopytami, siedzący na ujarzmionym globie. Na łbie ma pentagrammę (gwiazdę pięcioramienną), u pleców zaś skrzydła. Jego prawa ręka z napisem „Solve” („rozwiąż”) i złożonymi na krzyż palcami, jest wyciągnięta ku znajdującemu się u góry półksiężycowi. Lewa ręka z napisem „Coagula” („zwiąż”), również ze skrzyżowanymi palcami, wyciągnięta jest do półksiężyca na dole. Na pokrytym  łuską brzuchu ma kaduceusz Hermesa (pospolity znak sztuki lekarskiej), tutaj będący symbolem drzewa wiadomości dobrego i złego. Według podania masońskiego statua z wizerunkiem Baphometa została dana templariuszom przez samego „Wielkiego Budowniczego Świata”. Od templariuszy miała ona przejść do socynianów, a potem do masonów  ([6] str. 12-13). 

 

Znak „Różanego Krzyża” stanowiący  godło Różokrzyżowców, symbolizuje także  ideologię oraz  „magiczną moc” tego tajnego stowarzyszenia.  Wedle jednego z poglądów Różokrzyżowcy pojawili się z początkiem XVII wieku dając początek wolnomularstwu. 

Powyższy znak nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem.  Jest to stary symbol mistyczny składający się z połączonych dwóch „Krzyży Różanych”. Mały Krzyż Różany w środku reprezentuje człowieka, czyli mikrokosmos, stanowiąc jednocześnie centrum dużego krzyża symbolizującego makrokosmos. Na każdym z ramion krzyża oprócz symboli alchemicznych umieszczono również pentagram. Duża róża na środku krzyża  ma 22 płatki, co odpowiada 22 literom hebrajskiego alfabetu kabalistycznego. Zewnętrzny krąg reprezentuje 12 pojedynczych liter tego alfabetu, kolejny krąg 7 płatków symbolizuje 7 podwójnych liter. Wewnętrzny krąg trzech płatków odpowiada trzem literom macierzy – powietrzu, wodzie, ogniowi.  Ze środka krzyża  wybiegają cztery grupy trzech promieni symbolizujące boską światłość. Poniżej znajduje się heksagram, w środku którego umieszczono  symbol słońca, a wokół jego szpiców symbole sześciu ciał niebieskich: Księżyca, Wenus, Jowisza, Saturna, Marsa i Merkurego. Najniższa część najdłuższego ramienia krzyża jest podzielona dwoma przekątnymi na cztery części, które  mają kolory zgodne  z czterema barwami Malkutu – kabalistycznego „Drzewa Życia” ([5] – str. 221). Wedle kabalistycznej księgi Zohar (nazwa Zohar oznacza „Swiatło”, „Blask”) róża jest uważana także za symbol ludu izraelskiego.

 

Emblemat i dewiza „Międzynarodowego Towarzystwa Teozoficznego” („Nie ma religii wyższej nad prawdę”). Zostało ono założone w 1875 roku w Nowym Jorku oficjalnie w celu „przybliżenia zachodniemu audytorium myśli indyjskiej … jako alternatywy dla chrześcijaństwa” a mniej oficjalnie w celu stworzenia podwalin dla utworzenia jednej światowej religii. Tajemna doktryna teozofów czerpała w wielu starożytnych religii i filozofii, głównie z Kabały, uważając że  „kolejne wcielenia pozwalają osiągać coraz to wyższe formy doskonałości aż do uzyskania formy anioła” ([4] – str. 53). W symbolice emblematu Towarzystwa Teozoficznego (jak też w ich doktrynie) rzuca się w oczy  bezpośrednie nawiązanie  do  kabalistycznego heksagramu. 

Flagi Stanów Zjednoczonych Ameryki, Związku Sowieckiego i Unii Europejskiej zawierają taki sam  okultystyczny i wolnomularski symbol – gwiazdę pięcioramienną. (Patrz także – FLAGA, KULTURA I EKOLOGIA W U.E. ).

Emblemat tajnego stowarzyszenia „Thule”   (1919 r),  założonego przez Rudolfa Glauera. Propagowano w nim różne doktryny ezoteryczne, które odegraly istotną rolę w rozwoju nazizmu.  Członkami tego stowarzyszenia mieli być  między innymi: Max Amman, Dietrich Eckart, Rudolf Hess, Adolf Hitler, Alfred Rosenberg. Umieszczona u góry emblematu swastyka – czyli równoramienny krzyż ze zgiętymi końcami – jest starohinduskim znakiem symbolizującym Słońce oraz siłę, światło i moc jakie się z nim wiążą  ([4] – str. 35).

 

Masońska „trójca”  – „wolność, równość, braterstwo”, na tle wolnomularskich symboli.

Kątownica jest zwieńczona gwiazdę pięcioramienną  z literą „G” w środku , która wedle niektórych interpretacji ma symbolizować „wiedzę” (G=Gnosis).  

 

 

Ilustracja z V wieku przedstawiająca Św. Piotra ukrzyżowanego głową w dół.  Św. Piotr został ukrzyżowany w rzymskim ogrodzie cesarza Nerona w 67 roku po narodzeniu Chrystusa. Odwrócony krzyż , zwany krzyżem Nerona , został zaadoptowany w wiekach średnich przez satanistów jako jeden z ich symboli, a ostatnio także przez „bojowników o pokój” ( [1] str. 61) .

Szesnastowieczny wizerunek szatana posiada na nakryciu głowy pięcioramienną gwiazdę , a w oczach krzyże Nerona. Oba te symbole były używane podczas czarnych mszy odprawianych przez satanistów ( [1] str. 63) .

Z lewej strony – hitlerowski znaczek z odwróconym krzyżem Nerona i symbolem swastyki. Odwrócony krzyż Nerona był także umieszczany przez SS na zawiadomieniach o śmierci i na nagrobkach. Narodowi socjaliści tym znakiem nawiązywali do pogańskiej czarnej magii ( [1] str. 62). Z prawej –  krzyż Nerona zaadoptowany przez „pacyfistów” jako ich „znak rozpoznawczy”. Wśród współczesnych grup okultystycznych oznacza upadek chrześcijaństwa – odwrócony krzyż z ramionami złamanymi ku dołowi.

 

Logo Zakonu Skull & Bones, założonego  w 1832 roku na Uniwersytecie Yale w USA przez  Williama H. Russela, i stanowiącego jedną z gałęzi Iluminatów. Członkiem tego tajnego stowarzyszenia, zrzeszającego  elitę (Establishment) Stanów Zjednoczonych, został między innymi były prezydent USA George Bush. Podobnego symbolu czaszki ze skrzyżowanymi piszczelami używali także hitlerowcy na czapkach niektórych swoich formacji (np. w  oddziałach „SS”).

 

 

Źródła tekstu i ilustracji:

1.  R.Gładkowski – Myślącym pod rozwagę – Toronto 1984.

2.  P.Virion – „Misterium nieprawości” – Warszawa 1996.

3.  K.Morawski, W.Moszczyński – „Co to jest masoneria” – Poznań 1997.

4.  A.Zwoliński  – „Tajemne niemoce” – Warszawa 2001.

5.  H.Pająk – „Bestie końca czasu” – Lublin 2000.

6.  A.Zwoliński – „Wokół masonerii” – Kraków 1995.

7.  J.Chodorowski – „Osoba ludzka w doktrynie i praktyce europejskich wspólnot gospodarczych” – Poznań 1990.

8.  Encyklopedia Białych Plam,  tom XIV – Radom 2004.

9.  Wł. Kopaliński – „Sownik mitów i tradycji kultury” – Warszawa 1991.